Okładki:
Zajrzyj też: listy, komentarze, fandomowe portrety
• Nagroda im. Jerzego Żuławskiego
|
ANDRZEJ ZIMNIAK Flirt zaczepno-obronny
Ach, miłość! Bartolomeo Passerotti, 16. wiek
Pod koniec 2003 roku wpadłem na pomysł, aby wykorzystać formę dyskusji kilku osób do napisania cyklu felietonów. Rzecz skądinąd znana, lecz rzadko stosowana. Zaczęło się od "Anita contra Zimniak", ale potem forma okrzepła pod nazwą "Flirt zaczepno-obronny", którego odcinki przez lata ukazywały się w sieciowym periodyku "Fahrenheit" (http://www.fahrenheit.net.pl/). I nadal się tam ukazują, choć już znacznie rzadziej. Ponieważ cykl uważam za udany, chciałbym przybliżyć go czytelnikom w zwartej postaci, aby nie musieli szukać po kolejnych numerach "F". Pytania, przesyłane na aj@zimniak.art.pl, mogą być włączone do kolejnych odcinków. W poniższych tekstach wiodące pytania zostały tematycznie wyselekcjonowane z kolekcji. Imiona, ksywy i etykiety są zmienione lub nadane przez AZ. Nowe teksty będą dodawane do tej strony po 3-miesięcznym okresie karencji po oryginalnej publikacji.
|
|
Publicystyka także w:
|
Teksty:
|
SKROMNOŚĆ OPTYMISTY Naciska: Anita Broni się: Andrzej Zimniak
Anita: Czy uważasz się za najlepszego pisarza sf w Polsce?
AZ: Skromność nakazywałaby zaprzeczyć, lecz delikatnie, nie do końca, żeby nie wyjść na durnego męczennika. Ale odpowiem inaczej: oczywiście, bo akurat w swoim typie prozy jestem najlepszy, i do tego jedyny! Każdy z czołówki ludzi pióra ma do zaoferowania coś jedynego i najlepszego, podobnie jak Oscary osobno przyznawane są za role główne, drugoplanowe, scenariusze, dekoracje itd. Sapkowski ma pierwszą pozycję w stylu sienkiewiczowskim, Pilipiuk ma unikalny groteskowy humor, Kres rzeźbi wyniosłe światy w zimnej skale Grombelardu, Oramus kiedyś pisał rubaszną social-fiction, walącą w łeb dźwięczną frazą, a gdy ta przebrzmiała, przyszła nostalgia uogólnień. Każdy z nich, i jeszcze kilku, zarobili na naszego lokalnego Oscara. Akurat mnie niektórzy chwalą za wyobraźnię, nastrój, poezję, także za humanizm i rozważania egzystencjalne, inni ganią za beztalencie. Tak to jest, jak człowiek wystawi się na widok publiczny.
Anita: A więc lokujesz się pierwszej dziesiątce?
AZ: Ale naciskasz. Może i tak, to zależy od upodobań oceniających. Według własnych upodobań tak, inaczej bym zostawił pisanie, albo pisał inaczej, albo wziął się za pisanie do brukowców. Patrząc w swoje notatki mogę wskazać może dwudziestu liczących się polskich pisarzy sf/f. Jeśli ich spytać, każdy wykaże swoją mocną pozycję w pierwszej dziesiątce.
Anita: Dlaczego nie piszesz fantasy?
AZ: Bo niezbyt ją lubię, a poza tym w takiej formule miałbym kłopoty z wyrażeniem swojego credo. Ogólnie uważam fantasy za mało pojemny gatunek, który był modny, a teraz się kończy. Większość utworów f schodzi z tej samej sztancy.
Anita: Zaraz, przystopuj. A Brzezińska?
AZ: Nie jestem pewien, czy to, co pisze Ania, to w ogóle fantastyka. Ona pisze ciekawą literaturę historyczno-baśniową z domieszką mitu. Ponieważ obecnie granice konwencji rozmyły się, klasyfikacje są dosyć dowolne, ale ja wolę bardziej tradycyjne i ostrzejsze podziały.
Anita: Dlaczego nie pisujesz powieści? Kiedyś wydałeś "Marcjannę i aniołów", podobno nienajlepsza rzecz.
AZ: Właśnie teraz siedzę nad powieścią, ale rzeczywiście wolę krótką formę. Jak mam pomysł, nie lubię topić go w gadulstwie, rozrośniętej fabule, ozdobnikach tła. Trzeba pokazać go tak, żeby rozbłysnął jak raca na wieczornym niebie i aby coś z tego widoku u odbiorcy pozostało. Ale szanuję przywiązanie czytelnika do fabularnych wędrówek, jego zaprzyjaźnianie się z bohaterami, potrzebę dłuższych seansów. "Marcjanna" miała przewagę wizji wobec akcji, zapewne dlatego została chłodno przyjęta, ale - podkreślam - nie przez wszystkich. Popełniłem także sporo dłuższych opowiadań, w granicach 50-100 stron, a więc prawie mikropowieści, które były chwalone. Teraz piszę pełnowymiarową powieść, ale nic o niej nie powiem, bo jeszcze nie czas.
Anita: A na co jest czas?
AZ: Właśnie ukazał się w "Fabryce Słów" mój zbiór opowiadań "Śmierć ma zapach szkarłatu", już jest w księgarniach. W "Fahrenheicie" można poczytać fragmenty.
Anita: Kryminał? Coś mi pachnie Conan Doylem.
AZ: Nie. Tytułowe nowe opowiadanie stanowi historię sensacyjną: są terroryści, feromony, atraktanty płciowe, seks międzygatunkowy, klonowanie świadomości i modyfikacja sposobu odczuwania. To trochę zwariowana mikropowieść.
Anita: Poczytamy, zobaczymy. Spodziewaj się najgorszego, taka strategia daje szansę na miłą niespodziankę.
AZ: Gram inaczej. Pesymiści mają szansę martwić się dwa razy, optymiści cieszyć.
Listopad 2003
|
WĄCHANIE SZKARŁATU Zaczepnie flirtują: protagoniści, troglodyci, mizantropi i filateliści Broni się: Andrzej Zimniak
Piotr: Czy mógłbyś opowiedzieć o swojej nowej książce „Śmierć ma zapach szkarłatu”?
AZ: Nie! Moja rola jest już zakończona: wymyśliłem, napisałem, wydałem. Waszą rolą jest kupić, przeczytać, skomentować.
Piotr: Dlaczego? Huberath opowiada o alabastrze i szkatułkach, Pilipiuk w najlepsze wędrowyczy na swoich spotkaniach autorskich...
AZ: Moim zdaniem jest to zwyczaj urągający ich własnemu pisarskiemu geniuszowi, bo komentujący autor jest w stanie straszliwie sponiewierać swoje dzieło. Na przykład Romek Pawlak tłumaczył na spotkaniu autorskim, skąd wziął tytuł „Inne okręty” – chodziło o to, że Hiszpanie kiedyś wymyślili inny typ kadłuba, jakiś rodzaj apgrejdu do starego kształtu łajby. A ja podczas wcześniejszej lektury już zdążyłem sobie podłożyć pod ten tytuł alegorię do historii alternatywnej, do innego oglądu konkwisty, innej literatury wreszcie, lokującej fabułę na białych plamach mapy historii, na których poznanie jest równoznaczne z ekstrapolacją i pracą wyobraźni. Naprawdę lubię tego autora, ale mam do niego pretensję, bo po inżyniersku rozwalił mi poetycką wizję. Po prostu, pisarz nawet nieświadomie potrafi zbudować dostatecznie bogaty świat, aby każdy czytelnik odszyfrował go na swój sposób. Mówię o pisarzu, który doznał Łaski, i o czytelniku, który jest inteligentny.
MaGo: A ty? Załóżmy, że czasem doznajesz Łaski. Jak się to dzieje?
AZ: Kiedyś wyłożyłem rzecz w opowiadaniu o Krystalitach. Ta kosmiczna inteligencja buduje sobie superkomputer hodując ziemskie życie, bo połączone ludzkie mózgi będą dla nich kiedyś pracować w jednym zespole. Ale przedtem ludzkość musi osiągnąć odpowiednio wysoki poziom rozwoju, a więc ci Obcy co raz ładują błyskawicę iluminacji w cywilizacyjną biosferę, i właśnie dzięki temu powstają wynalazki, rodzą się kawały, a twórcy wpadają na pomysły nowych utworów. To najprostsze wyjaśnienie, łatwiejsze niż jakieś tam ględzenie o sumie wiedzy i doświadczeń życiowych, o ciśnieniu cywilizacyjnych wpływów, o sytuacjach wyzwalających skojarzenia. Prawda?
Agnieszka: No nie wiem. Jak na naukowca chyba nadmiernie bujasz poza brzytwą Ockhama.
AZ: Podczas pisania literatury uciekam od nauki, bo lubię urozmaicenie. Poza tym na moim poziomie uprawiania nauki, przyznajmy że ciut odległym od noblowskiego, robi się głównie analizę, kolekcjonuje drobne obrazki, natomiast w pisarstwie mogę do woli próbować syntezy, uogólniać, zabawiać się w kreatora światów. Ale nauka, a dokładniej biorąc wykształcenie ścisłe, umożliwia mi zachowanie właściwej perspektywy - gdy wkraczam na tereny, odcięte przez Ockhama, dokładnie wiem, kiedy to robię, a także jak głęboko wypuściłem się na dziewicze terytorium. To jest ważne, bo czytelnik, bystra bestia, natychmiast wyczuwa, jeśli autor błądzi niby nawiedzony ślepiec po tak grząskim terenie.
MaGo: Wspomniałeś o syntezie, daj trochę konkretów.
AZ: Interesuje mnie człowiek, postawiony w sytuacjach ekstremalnych, taki zwykły Jaś Kowalski albo Mańka Wiśniewska. Wzięty wprost z ulicy i przerzucony do świata równoległego, zwykły ludzik może stać się kimś wielkim, wspaniałym, zadziwiającym, albo podłym czy okrutnym. Okoliczności potrafią odmienić, wymusić działania, odsłonić cechy ukryte, bo na co dzień niepotrzebne, wyzwolić inną osobowość. Ponadto, fascynują mnie relacje między dwiema super-rasami człowieka: kobietą i mężczyzną, odmienne sposoby percepcji, wynikające z płci mózgu. Co by było, gdyby ustało działanie narkotyków miłości, tak obficie wytwarzanych w naszych ciałach? Wolę o tym nawet nie myśleć.
Tiger: Jednak także piszesz o nauce, o genetyce, sprzedajesz poszufladkowaną wiedzę. Czego w końcu próbujesz, odlotu czy dydaktyki?
AZ: Owszem, nauka często stanowi tło, choć nie jest u mnie głównym bohaterem. Spośród naukowych problemów szczególnie interesują mnie reperkusje inżynierii genetycznej. Uważam, że nie damy rady terraformować planet, za to tanio i prosto już wkrótce zaczniemy kosmoformować własne organizmy. Odpowiednio przetworzony Marsoludź mógłby biegać po Czerwonej Planecie bez skarpetek! Zawsze, nawet pisząc o genetyce, próbuję pisarskiego odlotu, po którym u czytelnika pozostaną zaczątki nieuładzonych myśli. Każdy musi je sam dokończyć.
Agnieszka: Wolałabym jednak nie spotkać takiego Marsoczłeka.
AZ: Dlaczego? Gdybyś przedtem przeszła małą kurację, wydałby ci się cholernie przystojną partią, i dalibyście początek społeczności Marsoludków, z którymi za sto lat Ziemianie będą handlować i wojować. To właśnie jest historia antycypacyjna, czyli futurologia. Ale nie martwcie się, z proroczenia futurologów dotychczas naprawdę niewiele się sprawdziło.
Grudzień 2003
|
KOSMOFORMOWANIE LUDZI Zaczepnie flirtują: Harpia, Lolek, Kasjopeja i Sir Edzio Broni się: Andrzej Zimniak
AZ: Przy okazji różnych spotkań i dyskusji wzbudziłem zaciekawienie prognozami dotyczącymi kosmoformowania człowieka, więc dziś będziemy kontynuować ten temat. Oto w skrócie moja teza: znacznie prostsze, tańsze i szybsze niż terraformowanie planet będzie kosmoformowanie ludzi, czyli przystosowanie ich do kosmicznych warunków. A więc będziemy to robić, zwłaszcza że w sukurs przyjdzie inżynieria genetyczna. [Od Redakcji: koniecznie przeczytaj artykuł A. Zimniaka „Wyjście życia poza Ziemię”].
Harpia: Chcesz produkować monstra?!
AZ: Typowa reakcja. Jednak zastanów się, zanim uruchomisz całą artylerię świętego oburzenia, czy człowiek z protezą nogi to monstrum? Albo taki na wózku inwalidzkim, czy z rozrusznikiem serca? Cóż, w kosmosie będą nam potrzebne inne „protezy”, żeby przeżyć bez zupełnego odizolowania od środowiska.
Kasjopeja: Nie bardzo rozumiem, co masz przeciw skafandrom? Astronauci zawsze je noszą, to im dodaje uroku, nagi astronauta niczym by się nie różnił od mojego Józia...
AZ: Brawo, Kasia! O to właśnie chodzi, żeby Józio także mógł wyjść w kosmos. Dotychczas jesteśmy tam gośćmi - ubieramy się w pancerne skafandry, zabieramy ze sobą zapas powietrza, jedzenia, wody, a potem, po małym spacerku, co prędzej wracamy do domu. Natomiast domem dla Homo cosmicus będzie kosmos, albo jakiś jego uroczy zakątek.
Lolek: Eee, nie sądzę. Ja bym tam nigdy się nie zgodził, żeby mój syn miał anteny zamiast uszu.
Sir Edzio: Ależ nie będziesz musiał wyrażać zgody! Jak mój synalek gra na gitarze, wszyscy mają siedzieć cicho, żeby mu się nutki nie pomyliły. Teraz to my ich musimy słuchać, kolego, a nie odwrotnie.
AZ: Moi drodzy, nic na to nie poradzimy, że nam się teraz takie pomysły nie podobają. Ja też wolę karmić wzrok sarnimi nogami Kasjopei, i muszę sycić się szybko, bo jak wyekspediują ją na Trytona, pewnie będzie trzeba znacznie obniżyć dziewczynie środek ciężkości. Ale taka jest prawidłowość dziejów: człowiek zawsze korzystał z okazji, jak tylko potrafił poprawić swoje „parametry” - siłę fizyczną, stopień przystowania czy dominacji, albo coś ulepszyć w organizmie. Także teraz znajdą się ochotnicy, którzy z chęcią poddadzą się transformacji, aby tylko wyruszyć na eksplorację kosmosu. Może sam dałbym sobie trochę uszczelnić nos i uszy, żeby w podkoszulku pospacerować po Księżycu?
Harpia: Wariatów nie brakuje... Ale nikt nie da na to pieniędzy. My, podatnicy, zamkniemy nasze portfele, bo nie ma sensu w zdobywaniu kosmosu za taką cenę. Nam dobrze tutaj, na Ziemi.
AZ: Czy Kolumb też był wariatem? Przecież Europa nie była specjalnie przeludniona, więc po co narażał życie swoje i innych? Nie tylko człowiek, ale całe życie ekspanduje, zdobywa nowe terytoria, taka jest już jego natura. Z tego samego powodu, dla którego kiedyś Wikingowie wyruszali na morza, teraz astronauci wylatują w kosmos. I niech nikt mi nie mówi, że to się opłaca! Nic nie opłaca się stamtąd przywozić, a podatnicy nie mają wiele do gadania, nawet jeśli by protestowali, nic by to nie dało. Ale nie protestują, więc także przywykną do idei kosmoformowania. Kto wie, może nawet ziemskie kobiety będą uganiać się za gruboskórnym, wyłupiastookim Ganimedejczykiem, jak kiedyś Rzymianki za gladiatorami?
Harpia: Ja byłbym za tym, żebyśmy najpierw wzięli się za terraformowanie Ziemi, tu na miejscu jest wiele do zrobienia.
AZ: Hejże, czy potrafimy? Pogodę możemy ledwie próbować przewidywać, zwykle bezskutecznie, nie mówiąc już o jej zmienianiu. Jaki więc ma sens snucie mrzonek o stworzeniu na Marsie łąk, lasów i krystalicznie czystych potoków, szemrzących pod lazurowym niebem i barankami obłoków? Na Ziemi nawet nie potrafimy zmienić kierunku przemieszczania się niszczycielskich cyklonów, zresztą może i dobrze, bo nie wiadomo, co by z tego wynikło. Klimat jest tak złożoną dynamiczną homeostazą, że modyfikacja jednego parametru mogłaby mieć nieprzewidywalne i katastrofalne następstwa.
Harpia: Na Ziemi codziennie ulega zagładzie jeden gatunek. Chodzi mi o to, żeby tutaj, na naszym globie, powstrzymać niszczycielską działalność człowieka, a nie szykować monstra na podbój kosmosu.
AZ: Przypuszczam, że za dużo sobie przypisujemy. Ocieplanie klimatyczne zaczęło się 80 lat przed epoką industrializacji, więc jest wysoce wątpliwe, czy udział człowieka w tym procesie był istotny. Kilka solidnych erupcji wulkanicznych dostarcza do atmosfery więcej dwutlenku węgla niż piece całej Europy na przestrzeni dziejów. Stwierdzenie „niszczycielska działalność człowieka” pachnie mi z daleka ekoterroryzmem, który de facto jest głęboko ahumanistyczny. Oczywiście, że we wszystkim należy zachować umiar, np. trzeba dbać o środowisko, ale z drugiej strony nie wolno en bloc negować dokonań cywilizacyjnych. Mnie tam się nie spieszy z powrotem na gałęzie, lubię swój komputer i czuję się pewniej, mając w apteczce antybiotyk.
Lolek: Człowiek sam nie wyżyje w kosmosie, choćbyś zrobił z niego 8-ego pasażera Nostromo. Potrzebuje zjeść schabowego i zakąsić rzodkiewką. Chcesz zmajstrować przy okazji kosmiczne świnie?
AZ: Jasne, że tak. Fundamentem mojej koncepcji jest analogia paleohistoryczna: tak jak kiedyś życie wyszło z morza na ląd, podobnie kiedyś wyjdzie w przestrzeń kosmiczną. My ze swoją technologią możemy pomóc w tym procesie.
Sir Edzio: Jak będzie wyglądał taki człowiek kosmiczny? Chyba nie chcesz powiedzieć, że zakochane parki będą nago odprawiać Walentynki w próżni między orbitą Jowisza i Saturna?
AZ: Mógłbym wam przedstawić kilka projektów, ale po co - w rzeczywistości szczegóły i tak będą inne. W swojej futurologii nie wikłam się w detale, lecz próbuję nakreślić ogólne trendy. Wydaje mi się logiczną hipotezą to, że życie rozprzestrzeni się po wszechświecie, a wiadomo z historii Ziemi, że organizmy doskonale potrafią dostosowywać się do środowiska, a więc dopasują się i do kosmosu. Wracając do twego pytania - nie będzie jednego Homo cosmicus, będzie ich tyle, ile środowisk zasiedlą. Inni ludzie zamieszkają planety i księżyce, inni asteroidy i planetoidy, jeszcze inni sztuczne miasta i habitaty typu kosmicznych gniazd. Muszą być fenotypowo odmienni, bo różne będą warunki środowiskowe w ich światach.
Kasjopeja: Jak tak różne istoty zdołają porozumieć się między sobą?
AZ: Może zrobią to lepiej, niż dzisiejszy Palestyńczyk z Izraelczykiem, chrześcijanin z muzułmaninem, czy Hutu z Tutsi. Powód wydaje się prosty: będą zajmować tak różne siedliska, że wojowanie o nie straci wszelki sens.
Luty 2004
|
VIRTUAL (NON)REALITY Zaczepnie flirtują: Pantera, Guziec, Fernando i Phyllis Broni się: Andrzej Zimniak
Guziec: Robisz wycieczki na nie swoje tereny VR, więc czy wiesz, o czym piszesz?
AZ: Robię wycieczki na tereny fantastyki, a te są moje, podobnie jak twoje. VR to świat wyimaginowany, wylęgły tylko w wyobraźni, choć będący odbiciem realnej rzeczywistości. Według takiej definicji dziś do VR należałoby zaliczyć wszelkie wyobrażenia, marzenia senne, majaki i halucynacje, ale także seanse filmowe czy światy fikcji literackiej. Dodatkowy wymóg interaktywności, czyli wpływu woli uczestnika na przebieg wydarzeń, prowadzi do lemowskich stanów fantomatycznych, czyli życia w świecie sztucznie wygenerowanym wokół nas, a może bezpośrednio w naszych umysłach. Przy wysokim poziomie dostępu, a więc dużych możliwościach wpływania na kształt otocznia, oraz przy odpowiednio silnym natężeniu bodźców, taki świat mógłby stać się rajem, albo - piekłem.
Fernando: Czy świat fantomów może wpływać na nasz?
AZ: Dziś nie, ale nie jestem pewien, co będzie jutro. Na razie świat VR jest rozłączny wobec rzeczywistości, co oznacza, że łączność jest tylko pośrednia, poprzez wpływ na umysł podróżnika. Przy takim rozumieniu np. potoczne sformułowanie „wirtualny pieniądz” nie ma sensu, bo ów pieniądz ma realną siłę nabywczą i naprawdę istnieje, choć nie jako brzęczące monety, lecz w postaci jak najbardziej materialnego, magnetycznego zapisu. Podobnie jest z rejestrem długów czy wierzytelności, których wszak nikt nie uważa za wirtualne, zwłaszcza jak ma komornika na karku.
Phyllis: A co powiesz o snach?
AZ: Senne marzenia w chwili ich trwania w żadnym stopniu nie wpływają na otoczenie śpiącego, i vice versa. Chociaż czasami coś może zakłócić sen, np. ostre dźwięki, które bywają przekładane na oniryczne obrazy. Analogicznie, zakłócenia w aparaturze generującej VR mogą zaburzyć doznawane wrażenia. Gdyby kiedyś jakieś wirtualne życie rozwinęło się w sieci internetowej, awaria sieci mogłaby stanowić apokalipsę dla jej mieszkańców. Pantera: Czyżbyś sugerował, że kiedyś światy się wymieszają, czyli jakiś gustowny potwór wylezie z RPG i narozrabia na Marsalkovska Street?
AZ: Marzy ci się Conan Amoroso? Pozostańmy przy nadziei! Sadzę, że kidyś możliwe będzie się odwzorowanie ludzkiego umysłu w pamięci maszyny, czyli coś, co moglibyśmy dziś porównać z wgraniem inteligentnego programu na twardy dysk. Taki program żyłby sobie w wirtualnej rzeczywistości owego dysku, który stwarzałby mu pełną symulację świata, ale mógłby także „wyglądać” na zewnątrz, używając odpowiedniego interfejsu, i badać otoczenie. Dobry program nie pozwoli na rozróżnienie między obydwoma światami. Kto wie, może obecnie cały kosmos jest zimny, nieprzyjazny i pusty, a Ziemia ze swoją ciepłą otuliną atmosfery, niebieskimi oceanami i życiem organicznym jest jedynie wirtualnym istnieniem, zamkniętym w jakimś obwodzie na pustynnej i nagiej trzeciej planecie ? Przy takim założeniu nasze życie jest w pełni wirtualne, a wyglądamy na zewnątrz i robimy małe kosmiczne wycieczki na Księżyc i Marsa w świat rzeczywisty, do paskudnego realu. Warto podkreślić, że w takim układzie aktualne pozostanie pytanie, kto stworzył ów obwód i zaprogramował ziemską biosferę.
Guziec: O rany! Czy mój wnuk będzie żył na hard dysku jako elektryczna sinusoida, a jak się wnerwi, zwiększy mu się tylko amplituda? Takie makabreski opisywałeś w opowiadaniu „Na końcu będzie słowo”, jeśli dobrze pamiętam.
AZ: Kto wie, czy tak się nie stanie, chociaż osobiście nie wierzę, że wszyscy i na stałe pogrążymy się w wirtualu. Bardziej prawdopodobne wydaje mi się, że ludzie przed śmiercią będą mogli „skopiować się” do komputerów i tam żyć w lepszym lub gorszym substytucie świata, który zapamiętali. Przez specjalny interfejs będą kontaktować się ze swoimi bliskimi, i będzie to łączność obustronna. Może kiedyś w ten sposób będziemy rozmawiać z cyfrowymi duchami swoich przodków? Doskonałość aparatury i programów będzie wyznaczała stopień wiarygodności duchów naszych bliskich. Pantera: Ale w jaki sposób poznasz, że w tej rozmowie sam nie występujesz jako duch?
AZ: Masz rację, że nie poznam, chyba że otaczający mnie świat zacznie się sypać, gdy moje wymagania przekroczą sprawność systemu. Podobną sytuację opisywał Snerg w powieści „Według łotra”.
Phyllis: Czy kreacja światów wirtualnych pozwoli na zrealizowanie odwiecznych marzeń o utopii i krainie wiecznej szczęśliwości, gdzie nie krępują nas już prawa fizyczne, nasze ciało się nie starzeje, możemy kształtować siebie i przestrzeń, w której żyjemy wedle własnych potrzeb? Jednym słowiem, czy będzie to raj? AZ: Rozwój technologii umożliwi realizację części tych marzeń, ale raj pozostanie jeszcze daleko. Niestety, stworzymy świat zamknięty, coś na kształt węża połykającego własny ogon. Chyba że twórczy program będzie generował zmiany, wprowadzając nowe jakości, a te zaczerpnie z zewnątrz, z realu. Inna rzecz: symulacja musi być naprawdę doskonała, bo taki świat potrzebuje miłości, tradycji, więzi rodzinnych i przyjacielskich, a także - niestety - bólu i śmierci. Bez tego wszystkiego stanie się namiastką, obszarem bezkarnego spełniana podpowiedzi najgorszych instynktów, wylęgarnią psychopatów.
Guziec: Nie strasz, bracie, bo i tak najpierw strzeli cię ptasia grypka!
AZ: Nie mieszaj wątków, lwie zanzibarski. Chcę powiedzieć, że wirtualna rzeczywistość, traktowana jako przestrzeń życiowa, nie może być jakąś komputerową strzelanką, chyba że zostanie zaprogramowana jako przedsionek piekieł.
Fernando: Czy nauka może przybliżyć nas do prawdziwej wiedzy o świecie, czy będzie dostarczać zasłon dymnych i szumu informacyjnego? Napoczynasz ten problem w opowiadaniu „Rozpakuj ten świat, Evitt”.
AZ: Oczywiście, wiedzy dostarczy nam tylko nauka i technologia, ale interpretacji i wartościowania musimy dokonać na wielu płaszczyznach, nie tylko naukowych. Jestem wyznawcą nauki i uważam, że stale przybliża nam rzeczywisty obraz świata. Naukę często wini się za ludzkie wady, jak głupota czy agresja, albo zarzuca się jej, że nie spełniła marzenia o wiecznej szczęśliwości. To nieporozumienie, bo nauka przywdziewa znacznie skromniejsze szaty. Nauka jest jedynie sposobem obserwacji świata, weryfikowalnym i pozwalającym na wyciąganie wniosków, kierunkujących dalsze obserwacje. Tylko tyle! Zastosowanie, wartościowanie, poszukiwanie sensu i celu oraz indywidualne poczucie szczęścia to sprawy niesłychanie ważne, ale do nich nauka nie rości sobie pretensji.
Phyllis: Twoi bohaterowie nie są specjalnie sympatyczni ani szlachetni, raczej zdeformowani i gruboskórni, natomiast historie, które każesz im przeżywać, są ciepłe i często wzruszające. Jak ci się udaje dokonać takiego zabiegu?
AZ: Sorry, Winnetou, ale to tajemnica warsztatowa. Mogę powiedzieć tyle, że przecież każdy ma w sobie coś wartościowego i wzruszającego, tylko trzeba poszukać. Nie lubię literatury malkontenckiej, skrajnie pesymistycznej - u mnie zawsze jest jakieś światło w tunelu. Tak piszę, bo tak widzę świat. A jak to robię? Klucz dostaje się w darze, odpowiednie drzwi trzeba już znaleźć i otworzyć samemu.
Pantera: Mówisz o życiu wirtualnym, a co to jest życie w ogóle? Przenosząc je na dysk oddzielisz ciało od świadomości, formę od treści, materię od duszy. Czy to jest w ogóle możliwe?
AZ: Samo życie - jeśli zastanowić się na tym fenomenem w aspekcie kosmosu, gwiazd i planet, które znamy, i na których chaotycznie przebiegają procesy geologiczne - jest czymś niesłychanym, wyjątkowym, chciałoby się rzec - wybrykiem natury. Nie wiemy, czy w kosmicznej skali jest regułą czy wyjątkiem, czy siłą sprawczą były immanentne cechy materii, czy w jego zaistnieniu jest celowość, czy może stanowi istotne ogniwo w ewolucji wszechświata. Paradoksalnie, nie rozumiejąc tego zjawiska, być może przeniesiemy je kiedyś na inny poziom istnienia. Może ta droga nie skończy się ślepo? Wbrew chwalcom bezmyślnej materii uważam, że gloryfikacja człowieka i jego osiągnięć jest głęboko humanistyczna. Może, zmieniając świat na nasz sposób, dokonujemy czegoś naprawdę ważnego ?
Marzec 2004 |
PUBLICYSTYKA NAUKOWO-FANTASTYCZNA Zaczepnie flirtują: Beata, Kwatur, Ingles Broni się: Andrzej Zimniak
Beata: Dlaczego przestałeś pisać publicystykę?
AZ: Po pierwsze, nie widzę dobrych miejsc do publikowania, z różnych względów, nie tylko finansowych. Do niedawna interesowała mnie stała rubryka, gdzie mógłbym pisać na różne tematy teksty sytuujące się gdzieś między felietonem, esejem i artykułem popularnonaukowym. Po upadku "Feniksa" oferty jakoś nie napływały, zresztą i ja specjalnie nie szukałem. Po drugie, teraz szczególnie wyraźnie czuję jednorazowość tego rodzaju twórczości, a po trzecie, zwolniony czas poświęciłem na pisanie literatury i jestem z tego naprawdę zadowolony.
Beata: Jak to, nie masz gdzie publikować? Istnieje kilka płacących honoraria czasopism papierowych o profilu fantastycznym, nie mówiąc już o internetowych, które co prawda nie płacą...
AZ: Tam jest tłok, a mnie się nie chce przepychać. Publicystykę "taką sobie" może uprawiać praktycznie każdy, ona jest łatwiejsza od literatury, a co drugi fandomiarz bardzo chce być publicystą. Patrząc wstecz, najlepiej współpracowało mi się z "Feniksem". Miałem tam swój kącik, stały comiesięczny felieton, i carte blanche, mogłem pisać praktycznie co chciałem. Uważam, że udało mi się opublikować na tamtych łamach kilkanaście ciekawych artykułów, co potwierdzają opinie czytelników. Jednak i tam kiedyś pojawiły się problemy: po przetasowaniach redakcyjnych jeden z moich tekstów odrzucono, rzekomo (informacja z poczty pantoflowej) ze względów... językowych. Wydaje się, że już trochę za późno, aby można mnie było nauczyć pisać po polsku. Tekst poszedł gdzie indziej bez jednej poprawki, "z pocałowaniem ręki". Na szczęście następne artykuły znów okazały się bezbłędne, pewnie się podciągnąłem. Teraz zebrałem te i inne prace i szykuję je do wydania książkowego.
Kwatur: Gdzie?
AZ: Wydawnictwo Srebrzysty Glob, Mare Imbrium 4. Jak sprawa będzie dograna, powiem więcej.
Beata: Dlaczego nie publikujesz felietonów w "Nowej Fantastyce"?
AZ: Hmm, to złożony problem. Kiedyś, bardzo dawno temu, Marek Oramus bardzo namawiał mnie na comiesięczny artykuł. W ogóle trzba zacząć od tego, że u Marka debiutowałem zarówno literacko, jak i publicystycznie - w "Politechniku", rok 1980. Markowi jednak odmówiłem pisania do "Fantastyki", bo uważałem, że nie podołam rónoległym pracom naukowym, literackim i publicystycznym, na dodatek wykonywanym regularnie. Potem opublikowałem tam kilka artykułów, m. in. "Chemia czy wolna wola", jednak zraziłem się, gdy kolejny tekst "Krajobraz za milion lat" przeleżał u Oramusa w redakcyjnej szufladzie ponad dwa lata, a w innym artykule ("Pisarz XXI wieku") Maciej Parowski dokonał, bez uzgodnienia z autorem, skrótów zamazujących przesłanie. Ogólnie trzeba powiedzieć, że Oramus był niemożliwie autokratycznym redaktorem, bez uzgodnień zmieniał tytuły nadsyłanych tekstów i dokonywał obszernych skrótów, zwłaszcza wyrzucał te opinie, z którymi sam się nie zgadzał. Jeśli jednak ktoś inny zrobił coś znacznie delikatniejszego z jego tekstem, obrażał się na całe życie i dodatkowo na pół w następnym wcieleniu.
Kwatur: Teraz mógłbyś tam pisać, autokrata odszedł.
AZ: Właściwie szkoda, że odszedł, bo był to profesjonalista na naszym podwórku, na dodatek o wyrazistym profilu. Pewnie mógłbym teraz publikować w NF, choć wyraźnego zaproszenia nie dostałem, tylko rodzaj zapewnienia, że przecież każdemu wolno nadsyłać teksty, a moje ogólnie są mile widziane. Problem w tym, że trochę odechciało mi się publicystyki. Jest to, jak wspomniałem, twórczość na potrzeby dnia, szybko się dezaktualizująca, nie stanowiąca trwałego dorobku. Wolę skupić się na literaturze, ona więcej waży od ulotnych tekścików disposible. I tak mam niewiele czasu na pisanie, bo na kieliszek chleba zarabiam jako chemik i nauczyciel akademicki.
Ingles: Masz w dorobku ponad sto publikacji publicystycznych. Gdzie jeszcze posyłałeś teksty?
AZ: Rzeczywiście, zebrało się tego sporo. Oprócz tekstów naukowo-futurologicznych i o literaturze sf ("Fantastyka", "Feniks") publikowałem sporo artykułów o zdrowym odżywianiu, z punktu widzenia chemika. Wysyłałem je do tzw. prasy kobiecej, gdzie miały szeroki oddźwięk, jak również do pism specjalistycznych (np. "Świat to apteka"). Ponadto popełniłem kilka prac nt. popularyzacji nauki, jak "Rola słowa w cywilizacji obrazkowej" w poważnych i naukowych "Zagadnieniach Naukoznawstwa". Trafiały się też publikacje w innych pismch, jak "Playboy", "Życie Warszawy", "Gazeta Wyborcza" itd.
Ingles: A "Science fiction"?
AZ: U Szmidta publikowałem tylko literaturę. Kiedyś złożyłem mu propozycję pisania stałego felietonu, ale wtedy nie był przekonany do tego pomysłu. Teraz ja nie jestem, z różnych względów, o których wyżej i niżej.
Beata: Czytałam kilka twoich artykułów w pismach internetowych. Dlaczego jest tego tak mało?
AZ: Już powiedziałem, dlaczego piszę mniej publicystyki. Warto dodać, że za teksty w internecie z reguły nie dostaje się honorariów, a one jakieś tam znaczenie dla autora jednak mają, nawet jeśli wynagrodzenie jest symboliczne.
Ingles: Nie widziałam, żebyś pisał recenzje. Czy coś przeoczyłam?
AZ: Nie, nigdy ich nie pisałem, chociaż nieraz miałem ciągoty. Ponieważ piszę literaturę, nie czuję się uprawniony do oceniania dokonań innych w tej dziedzinie, zwłaszcza kolegów z polskiego podwórka. Wydaje mi się, że jest to wycieczka po ostrej grani i bardzo łatwo obsunąć się na stronę podwójnej perspektywy, a nawet jeśli się ustrzeżesz, postronni mogą twierdzić coś odwrotnego.
Beata: A więc mamy się pożegnać z Zimniakiem-publicystą?
AZ: Tak bym tego nie ujął - od czasu do czasu coś przecież wypuszczę. Nie twierdzę też, że zawsze będę stronił od publicystyki, bo ten rodzaj twórczości także ma swoje uroki. Przede wszystkim twój tekst - zwykle - ukazuje się zaraz po napisaniu, za dzień lub tydzień wszyscy już go mają. No i czyta go znacznie więcej osób niż książkę. To jest paradoks publikowania w czasopismach - dotyczy również literatury. Nakład czasopisma jest przynajmniej 10-krotnie wyższy niż książki (średnio, rzecz jasna, bo bywają wyjątki). Ingles: Właśnie dlatego opracowujesz "Flirty" do Fahrenheita?
AZ: To dobre miejsce na rozmowę z czytelnikami, ale główną rolę odegrała Karolina, redaktorka tego pisma. Zaprosiła mnie na łamy tak serdecznie, że nawet nie zdążyłem pomyśleć o odmowie.
Kwiecień 2004
|
PISANIE ZA KOMUNY I SPRAWA MECENATU Zaczepnie flirtują: Waran, Conan, Maja Broni się: Andrzej Zimniak
Maja: Czytałam w twoim życiorysie, że debiutowałeś w 1980 roku. To były czasy socrealu, pewnie musiałeś pisać o spółdzielniach produkcyjnych na Marsie?
AZ: Widać od razu, dziewczyno, że niewiele czytałaś z tego, co dawniej napisałem. Na marginesie: nieraz łatwiej dotrzeć do tych starszych utworów niż do nowych, bo tamte wciąż są w większości miejskich, wiejskich i dzielnicowych bibliotek. Obecnie te ostoje kultury nie mają kasy, żeby kupować nowości, zresztą publicznych bibliotek jest w kraju trzy razy więcej niż wynoszą przeciętne nakłady książek sf. Nadprodukcja tytułów prowadzi do tego rodzaju paradoksów, że jak chcesz nabyć konkretną książkę, zwykle jej nie dostaniesz - bo żeby zaistniała na rynku, musi wyjść przynajmniej w 10 tysiącach egzemplarzy. A to olbrzymi nakład, jak na dzisiejsze czasy.
Waran: Chce pan powiedzieć, że książki Zimniaka wydawano kiedyś w tak wysokich nakładach?
AZ: Z całym fandomem jestem po imieniu, więc proszę bez tytułów. Chcę powiedzieć, że przed rokiem 1989 wydawano mnie w nakładach 30-40 tysięcznych, i one się rozchodziły!
Conan: O kurczę! Mam rozumieć, że kiedyś byłeś zdolniejszy? Czy sprawowałeś funkcje polityczne i w nagrodę cię drukowali?
AZ: Nie dam się podpuścić, kolego, a twój dowcip mnie nie rusza, chociaż ma kaliber jak ruskie działo przeciwczołgowe. Jednak widzę, muszę wyjaśnić kilka spraw. Rozumiem, że dla was okres PRL-u to głęboka historia, bo wtedy stawiałyście baby w piaskownicy albo bawiliście się w Indian. Otóż dowiedzcie się, że tym pisarzom, którzy nie obrabiali tematów zakazanych, a więc w szerokim rozumieniu nie pisali krytycznie o reżimie, żyło się naprawdę dobrze - mogli utrzymać się z pisania książek, i to na zupełnie przyzwoitym poziomie. Przy tym nie musieli pisać o sojuszu robotniczo-chłopskim, przynajmniej po 1956 roku. Wcale nie tęsknię za komuną, uważam ją za gigantyczną mafijną strukturę, ale muszę przyznać, że zawód pisarza miał wtedy nie tylko prestiż, lecz także materialny ciąg dalszy. Wysokie nakłady wynikały głównie z reglamentacji kultury: dyrektywy partyjne dopuszczały wydanie tylko niewielkiej liczby zagranicznych tytułów, pozostałe zapotrzebowanie zaspokajała twórczość rodzima. I choć polityczny cel był inny, dla nas, autorów, sytuacja oznaczała odpowiednik ochrony celnej polskiego obszaru językowego. Innym skutkiem ubocznym tej polityki wydawniczej było utrzymywanie wysokiego poziomu przekładanej literatury, bo gdy istniały ścisłe limity, wydawcy wybierali rzeczy najlepsze.
Maja: Więc o czym wolno było pisać po polsku? Oczywiście chodzi o fantastykę.
AZ: Zajdel, Wnuk-Lipiński i Oramus grali z cenzorami w social i political fiction, ale oprócz nich zaistniało wtedy w fantastyce wiele innych nazwisk, jak Żwikiewicz, Baraniecki, Ziemkiewicz, Huberath, Kołodziejczak, Kres, Żerdziński, Kochański, Wiśniewski-Snerg, Jabłoński i niżej podpisany (jeśli kogoś ważnego pominąłem, to jedynie przez przypadek). Pisali, o czym chcieli, po prostu nie pchając się pod psią budę z bulterierem w środku. Rozwijali się wtedy równie dobrze, jak część z nich robi to nadal w dzisiejszych czasach wolności.
Conan: No dobra, wszystko jechało na mecenacie państwowym, bo forsa na honoraria nie brała się z niczego. Zgarnialiście nagrodę za nieme potakiwanie, bo czym innym jest omijanie drażliwych tematów?
AZ: Piękny przykład! Chodzi o czysty destylat uproszczonego stereotypu. Powtarzam: Za komuchów można było normalnie żyć i działać, jeśli nie wchodziło się w drogę czerwonym bossom i stosowało się pewne reguły gry. Rzecz jasna, nie mógł tak grać dziennikarz społeczny czy polityczny, czy pisarz zajmujący się rosyjskimi łagrami, lecz inni nie mieli założonego kagańca. Ja np. pracowałem naukowo jako chemik, i nikt mi się nie wtrącał, bo reakcji między kwasem siarkowym a alkoholem etylowym upolitycznić niesposób. Podobnie obojętna dla cenzorów była moja literatura, bo pisałem o rozterkach ludzkiej duszy wobec Wielkiego Nieznanego. Natomiast gdy kiedyś w felietonie opisałem kolejkę po mięso (tak, były takie czasy) i branie sprzedawczyń za zakładniczki (to wówczas była political fiction czystej wody), Urząd wkroczył i czerwonym ołówkiem wykreślił połowę tekstu. Uśmiałem się tylko, bo nie było to dla mnie ważne, ale rozumiem innych, którzy np. pisali tylko takie rzeczy.
Maja: Jakie były te wielkie honoraria?
AZ: Nie były wielkie, były bardzo przeciętne, ale wystarczające. Przypuszczam, że ktoś w Ministerstwie Kultury i Sztuki albo w Komitecie Centralnym usiadł i wymyślił, że autor, który jest wydawany, a więc uzyskał w państwowym wydawnictwie 2-3 pozytywne recenzje, powinien zarabiać sprawiedliwie, a więc przynajmniej tyle, co urzędnik. Autorską dniówkę ustawiono w taki sposób, żeby wynosiła jedną stronę w dzień powszedni, a więc koło arkusza na miesiąc, wtedy honorarium osiągało średnią pensję krajową ludu pracującego. Tyle otrzymywało się za tzw. nakład podstawowy, który liczył w przypadku beletrystyki zwykle 10 tys. egz. - za każdą jego wielokrotność należał się dodatkowo pewien (spory) procent bazowego wynagrodzenia. Reasumując, za książkę liczącą ok. 150 stron standardowych otrzymywałem tyle, ile zarobiłem przez rok na etacie w Politechnice. Ponadto wszystko skrupulatnie liczono i terminowo wypłacano, w książce podawano jej nakład, nie było więc możliwości nieuczciwych praktyk ze strony wydawców.
Waran: Wyczuwam sentymentalną nutkę w twojej wypowiedzi, jakąś tęsknotę za dawnymi czasami. Czy marzy ci się powrót do mecenatu państwa, do nagradzania posłusznych twórców stypendiami, talonami na samochody i darmowymi Domami Pracy Twórczej?
AZ: Widzę siwe włosy w twojej czuprynie, więc nic dziwnego, że pamiętasz te czasy - dla Mai i Conana to podręcznikowa historia. Nie, zdecydowanie nie marzą mi się przywileje dla pisarzy, chciałbym jedynie, aby w państwowej polityce kulturalnej respektowano zasadę zdrowego rozsądku, albo jeszcze inaczej: aby taka polityka w ogóle istniała. Samoregulacja rynkowa dobrze działa w przypadku np. producentów gwoździ czy handlarzy kapustą, ale na obszarze kultury i edukacji relacje są bardziej złożone. Samo kryterium opłacalności to mało, trzeba jeszcze wziąć pod uwagę wymiar ciągłości kultury narodowej i możliwości jej upowszechniania, czyli edukacji społeczeństwa. W tym aspekcie pisarzowi raczej bliżej do nauczyciela niż wytwórcy gwoździ. W każdym kraju istnieje szkolnictwo państwowe, a zatrudnieni w tym sektorze nauczyciele otrzymują pensję według ujednoliconych stawek, podobnie jak cała "budżetówka".
Conan: Co ja słyszę? Zimniak chciałby ustawić się w kolejce po pisarską pensję z moich podatków? A może źle zrozumiałem?
AZ: Twoje podatki idą na utrzymanie infrastruktury państwa, wojsko, policję, służbę zdrowia i opiekę społeczną, ale także na państwowe uniwersytety i szkoły, badania naukowe, domy kultury, biblioteki publiczne czy imprezy edukacyjne. Uważam, że upowszechnianie kultury jest ważnym ogniwem edukacji i powinno być objęte częściowym mecenatem państwa, a twórczość - jak już mówiłem - nie może funkcjonować na tych samych zasadach co produkcja przemysłowa. Natomiast nie mam, niestety, gotowej recepty na problem honorariów autorskich. Można za punkt wyjścia wziąć system wynagradzania, wymyślony w czasach realnego socjalizmu, który już opisałem. W sumie nie był najgłupszy, bo obecnie pensję nauczyciela też określa się na minimum przeżycia...
Waran: Całkowicie nierealna koncepcja. Jak przy sztywnych wypłatach wyjdą na swoje prywatni wydawcy, którzy nieraz ponoszą stratę na książce?
AZ: Przede wszystkim manuskrypty powinny być opiniowane przez zewnętrznych, uznanych recenzentów, co zmniejszy możliwości wpadki, a także ograniczy nadprodukcję tytułów. Po drugie, należy wprowadzić wymóg podawania w książce rzeczywistego jej nakładu i daty wydania. Po trzecie, dopiero pozytywna ocena książki przez recenzenta z komisji ministerialnej otworzy możliwość kredytowania honorarium z budżetu, które potem byłoby egzekwowane z wydawnictwa przez instytucję państwową. Taka instytucja byłaby silniejszym partnerem do rozmów niż autor, któremu obecnie wydawnictwo płaci tyle, ile uzna za stosowne, a autor nie jest w stanie niczego zweryfikować. Rozumiem, że takie rozwiązanie oznacza wzrost biurokracji, ale każda forma mecenatu wymaga powołania odpowiednich instytucji.
Maja: Przypuszczam, że wydawnictwa pobankrutują, albo w takiej sytuacji w ogóle nie zechcą wydawać polskich autorów.
AZ: Dlaczego? Przecież w razie wykazania przez wydawnictwo niewielkich wpływów ze sprzedaży różnica zostanie pokryta z budżetu, i właśnie to będzie rodzajem mecenatu państwowego.
Conan: A więc jednak miałem rację - zapłacę ci pensję!
AZ: Niekoniecznie, bo powstaną fundacje, pozyskujące środki na wspieranie rozwoju kultury z sektora komercyjnego, a może także z instytucji międzynarodowych. Mimo wszystko trzeba się jednak liczyć z faktem, że mecenat państwowy oznacza uruchomienie pewnych środków budżetowych. Każdy kraj musi dbać o integralność własnej kultury, jeśli chce ją zachować. Wzorce istnieją, wystarczy przyjrzeć się, jak ten problem rozwiązano w innych państwach, które zawsze były kapitalistyczne, ale gdzie docenia się wagę spraw istotnych.
Czerwiec 2004 |
WSZECHŚWIAT SZALONEGO PIROTECHNIKA Zaczepnie flirtują: Kasjopeja, Pantera, Sir Edzio i Kwatur Broni się: Andrzej Zimniak
Kasjopeja: Kiedy będzie koniec świata?
AZ: Wcale go nie będzie! Widzę, że uwierzyłaś wróżkom, kasandrystom, ekoterrorystom i podobnej maści malkontentom.
Kwatur: Chyba nie chcesz powiedzieć, że zagrożenie nie istnieje. Nawet jeśli pominiemy skażenie środowiska, eksperymenty na genomie czy niebezpieczeństwo wojny jądrowej, pozostają problemy przeludnienia i wyczerpywania się surowców.
AZ: Życie, także rozumne, ewoluuje stale w takim kierunku, by coraz lepiej dawać sobie radę z rozmaitego rodzaju zagrożeniami. Co oczywiście nie znaczy, że nie będziemy popełniać błędów, wybijać się w wojnach i ginąć w katastrofach czy epidemiach. Weźcie pod uwagę, że żaden ziemski futurolog, może oprócz Marksa, nie obiecywał totalnej szczęśliwości. Większości z was jeszcze nie było ma świecie, gdy w latach 70-tych XX wieku powstał tzw. Raport Rzymski, w którym przepowiadano katastrofalne przeludnienie i wyczerpanie się surowców naturalnych już u progu obecnego stulecia. Błąd tkwił w tym, że dokonywano ekstrapolacji liniowej, co jest bez sensu. Dziś symulacje są zupełnie inne, co wcale nie znaczy, że się sprawdzą.
Kasjopeja: Więc co przewidujesz? Powrót na drzewa?
AZ: Chyba żartujesz, Kaśka. Nie jest wykluczone, że na pewnym etapie wzrost zostanie zahamowany, być może w wyniku globalnej katastrofy. Niewielu poza mediewistami wie, że w średniowieczu stagnacja, którą można również nazywać równowagą, trwała tysiąc lat, i gatunkowi ludzkiemu to jakoś specjalnie nie zaszkodziło. Ale tego rodzaju wahnięcia w trendzie wzrostowym przecież nie oznaczają trwałej degeneracji, czyli nieodwracalnego powrotu do statusu małpoludów. Jeśli chodzi o surowce, to nauczymy się gospodarować racjonalniej, a może zaczniemy wytwarzać je z tego, czego na Ziemi jest dostatek? Potrzebną do tego energię będziemy czerpać ze Słońca, grawitacji, obrotowego ruchu Ziemi, fuzji jądrowej czy innego źródła, którego dziś jeszcze nie znamy. Z nadmierną prokreacją też damy sobie radę, już dziś wiele rozwiniętych krajów ma ujemny przyrost naturalny. W innych krajach działają inne regulatory, jak AIDS, głód czy lokalne endemiczne wojny. Wiem, że brzmi to okrutnie, ale nie twierdzę, że życie w przyszłości będzie sielanką, twierdzę tylko, że będzie trwało wiecznie, tak długo, jak długo będzie istniał kosmos.
Pantera: Śmiało sobie poczynasz, w naszych czasach tego rodzaju hurra-optymizm nie jest w cenie, wydaje się nawet niepoprawny ekopolitycznie. Poza tym jest śmieszny - przecież życie jest takie delikatne, kruche, tak łatwo je zniszczyć. Aż ciarki przechodzą, jak się pomyśli, że jesteśmy sami w ogromnym, zimnym wszechświecie...
AZ: To prawda, w modzie jest biadolenie nad szkodliwą działalnością człowieka. Fakt, że łatwo dostać fundusze np. na badania efektu cieplarnianego, powodowanego, jak się a priori zakłada, przez rozwój przemysłowy. Następny problem - uważam, ze slogan nt. kruchości życia właśnie jest śmieszny. Życie opanowało w zasadzie wszystkie nisze ekologiczne, gnieździ się zarówno 10 km pod powierzchnią Ziemi (bakterie Archea, odżywiające się metanem i oddychające związkami żelaza), na dnie oceanów, jak i w źródłach o temperaturze 130oC oraz w solankach, gdzie stężenie soli sięga 30%. Życie jest nie do zdarcia! Wcale bym się nie zdziwił, gdyby przynajmniej 10 globów w Układzie Słonecznym, włączając w tę liczbę księżyce planet-gigantów, miało podpowierzchniowe biosfery, złożone z bakterii podobnych do naszych Archea. Jeśli jeszcze ich tam nie ma, niedługo będą, bo ludzie je tam zaniosą, albo zawleką - zresztą być może, że już tak się stało. Inna możliwość: życie właśnie stamtąd do nas zawędrowało, i niebywale rozpleniło się na Ziemi, bo trafiło na dogodne warunki, także na powierzchni.
Sir Edzio: Są jednak granice trwałości białek i DNA. Twarde promieniowanie, temperatura, fala uderzeniowa. Nie sądzisz, że takie niebezpieczeństwa są realne?
AZ: Poruszyłeś ważne kwestie. Jeśli w pobliżu wybuchnie supernowa, a prędzej czy później się to wydarzy, biosfera i wszystko, co jest na powierzchni, zostanie zmiecione w przestrzeń kosmiczną. Gdy Ziemia zderzy się z inną planetą, skały roztopią się i zagotują, a z obu planet powstanie wrzący bąbel magmowy. Nasze Słońce za 5 miliardów lat stanie się czerwonym olbrzymem, rozedmie się i pochłonie Ziemię, natomiast za 10 miliardów lat Droga Mleczna zderzy się z inną galaktyką i lepiej nie myśleć, co wtedy pozostanie z Układu Słonecznego. Ale człowiek nie frajer i kiedyś wyjdzie z pieluch, w których wciąż jeszcze siedzi. Jeśli będziemy żyć długo jako gatunek, musimy nauczyć się grać w kosmiczną grę. Wszechświat jest chaotycznie potrząsanym workiem szalonego pirotechnika, w którym wymieszano gruz, płonące żagwie, bąble gorącego gazu, odpryski plazmy, bryły lodu, pecyny ciemnej materii i czarne dziury, a także inne formy istnienia materii i energii, których jeszcze nie znamy. To wszystko zderza się, eksploduje, reaguje, anihiluje i ponownie ulega odtwarzaniu. Życie zaś jest nalotem pleśni, która błyskawicznie narosła na jednym z odłamków gruzu, w przerwie między kolejnymi katastrofami. Czas procesów ewolucyjnych organizmów białkowych, a także czas kontemplacyjnych uniesień Homo sapiens, jest niezwykle krótki wobec skali zjawisk kosmicznych, jest jak mgnienie oka lub drgnienie atomu, i dlatego uznajemy widok nieba za zjawisko statyczne. To pozory! Gdy pożyjemy jako gatunek nieco dłużej, zobaczymy, jak szaleńczo kotłuje się wszystko wokół nas. Nie pozostanie więc nic innego, jak reagować elastycznie, w zależności od sytuacji na drodze, na której nie obowiązują żadne zasady ruchu, a wszyscy kierowcy są pijani w sztok.
Kwatur: Jakie działania masz na myśli? Inżynierię w skali układów gwiezdnych?
AZ: Może. Nie da się przewidzieć kierunku rozwoju nauki, a więc i technologii, więc trudno powiedzieć, czy nauczymy się zapalać i gasić gwiazdy, sterując zachodzącymi w nich procesami. Według dzisiejszego stanu techniki bardziej prawdopodobne wydaje się budowanie statków kosmicznych w rodzaju wielkich, samowystarczalnych habitatów, w których można byłoby stale przemieszczać się w spokojniejsze regiony kosmosu. A więc ludzkość stałaby się plemieniem wędrownych, kosmicznych nomadów. Sporych rozmiarów, gotowym habitatem jest cały Układ Słoneczny, który gna przez przestrzeń na spotkanie nieznanego. Dobrze by było, gdybyśmy mogli wpływać na jego kurs, ale przedtem musimy mieć możliwości przewidywania zdarzeń na drodze przed nami.
Sir Edzio: A co z kolapsem Wszechświata? Czy uda się nam przeżyć?
AZ: Teraz już spekulujemy w obszarach czystej fantastyki, bo wciąż nie wiemy, czy Wszechświat kiedyś przestanie się rozszerzać i ulegnie kolapsowi, czy jest więcej wszechświatów, co jest pomiędzy nimi i czy można wydostać się poza Wszechświat. Jeśli można, to uciekniemy przed kolapsem, jak przed młotem pneumatycznym. Może jednak już wtedy będziemy w stanie posterować tym całym kosmicznym bałaganem. Jeśli istnieje wiele wszechświatów, kto wie, czy taki właśnie finał nie stanowi prawidłowości w każdym z nich? Byłaby to antropomorficzna i filozoficznie elegancka odpowiedź na pytanie o przyszłość naszego Wszechświata.
Sierpień 2004 |
NADCHODZI ERA WIDEOKLIPU Zaczepnie flirtują: Alicja i Wojtek Broni się: Andrzej Zimniak
Alicja: Czy istnieje komunikacja nieinformacyjna?
AZ: Żarty sobie stroisz?
Alicja: Poczekaj, dziś porozmawiajmy poważnie, taki mam nastrój, dobra? Przez informację rozumiem powiadamianie o rzeczywistości, stąd podejrzenie istnienia innego rodzaju komunikacji, którą nazywam nieinformacyjną. Czy mam rację?
AZ: Niech będzie na poważnie. Przy takiej definicji, jak najbardziej. Czym innym jest muzyka?
Alicja: Ja uznaję całą komunikację artystyczną - zwłaszcza literacką - za nieinformacyjną.
AZ: Twój pogląd jest zbieżny z moim, choć nie jest powszechny. Uważam, że główną rolą przekazu artystycznego jest wpływanie na emocje, uczucia, odbiór pozostaje głównie intuicyjny, często porównuję go właśnie do percepcji muzyki. Oczywiście można z książki się czegoś dowiedzieć, np. jak jest waluta w Zanzibarze, ale przede wszystkim lektura słowa drukowanego jest pewnego rodzaju przeżyciem, jakimś doświadczeniem, które nie musi dokładnie informować o rzeczywistości, lecz jedynie do niej nawiązywać.
Wojtek: Ja tam wolę coś konkretnego, słownik, encyklopedię. Z literatury może być reportaż, najwyżej political fiction bliskiego zasięgu.
AZ: Jeden lubi ogórki, a drugi sołtysa córki. Jednak większość ludzi ma potrzebę przeżywania świata wiele razy, dąży do intensyfikacji życia, stąd kreacja światów równoległych w literaturze fikcji, czy to naśladująca rzeczywistość mniej lub bardziej dokładnie, czy tworząca całkiem inne byty, np. w konwencji fantastycznej. Czymże innym jest humor, jeśli nie wkraczaniem w świat szczególnych emocji, pozbawionych - w zasadzie - komponenty informacyjnej? Piszę "w zasadzie", bo wszędzie jakiejś szczypty informacji można się dopatrzeć, nawet w symfoniach czy tekstach piosenek (choćby na temat osobowości autora). Ogólnie uważam, że literatura spełnia głównie rolę emocjonalno-hedonistyczną i kształtującą wyobraźnię, natomiast nad jej rolą mesjanistyczną poważnie bym się zastanowił. Kto stał się lepszym człowiekiem po lekturze "Pana Tadeusza"?
Alicja: Słyszałam opinie, że komunikacja elektroniczna wyprze inne formy komunikowania, zwłaszcza pismo i druk. Może raczej należy przewidywać współistnienie tych form?
AZ: Przez pewien okres, tak. Stoimy w obliczu
rewolucji, podobnej do wprowadzenia druku przez Gutenberga. Przede wszystkim
papier wyjdzie z obiegu, stanie się obiektem muzealnym. Klasyczna książka,
czyli zbiór połączonych zadrukowanych kart, spocznie w gablocie. Potem
przestaniemy pisać ręcznie, proces będzie odbywał się elektronicznie, choć
nie wiem, czy przy użyciu klasycznej klawiatury. Obawiam się, że w dalszej
przyszłości przestaniemy nawet czytać, a więc staniemy się analfabetami, i
przestawimy się wyłącznie na oglądanie i słuchanie. Język ulegnie
uproszczeniu, a punkt ciężkości przekazu, zarówno informacyjnego, jak i
artystycznego, przesunie się na obraz. Słowo drukowane pozostanie w pełnym
użyciu jedynie w nauce, bo jak inaczej wyrazić formuły matematyczne?
AZ: Odejście od fabuły jest niemożliwe, obojętnie jaka będzie literatura przyszłości. Przeżywany świat musi być dynamiczny, musi się stawać na naszych oczach, w innym przypadku czytelnik go nie zaakceptuje. Ponieważ czuję się dobrze w światach fantastycznych, jestem za fikcjonalizacją, ale z takimi predyspozycjami trzeba się urodzić. Większość ludzi woli różne warianty rzeczywistości, czyli z angielska "fiction" - fantaści mówią o literaturze głównego nurtu. I taki podział pozostanie także w przyszłości. Nie prorokuję również inwazji poezji, bo nie wzrośnie nagle liczna wyedukowanych odbiorców o szczególnej wrażliwości. Potrzeba pewnych rodzajów doznań tkwi w człowieku bardzo głęboko i pozostaje niemal niezmieniona od dwóch tysięcy lat, zmieniają się tylko formy ekspresji w sztuce. Przypuszczam, że tak pozostanie, nawet jeśli słowo zostanie wyparte przez obraz i dźwięk - na ostrym wierzchołku piramidy uplasują się odbiorcy potrzebujący mądrości, w pojemniejszym środku - wzruszeń, a u szerokiej podstawy - igrzysk.
Wojtek: Ładnie to brzmi, ale co z tą literaturą przyszłości? Zupełnie nie chwytam, jak z książki może zniknąć słowo.
AZ: To już nie będzie książka, przyjacielu. Dobrą książkę każdy odbiera inaczej, a więc tworzy sobie własną wizję. Współczesny przeciętny film, składający się głównie z efektów specjalnych, widzowie odbierają wprost, bez deszyfracji i intelektualnego wysiłku. Kiedyś z tych dwóch środków przekazu wyewoluuje trzeci, który będzie dzieckiem wideoklipu. Tak jest, prorokuję nadejście ery wideoklipu! Sugestywny i wieloznaczny obraz, wsparty dźwiękiem, wywoła falę niejednoznacznych skojarzeń, podobnie jak obecnie lektura dobrej literatury, i znów odbiorca stworzy sobie własną wizję, podzieli się z autorem dziełem kreacji. Przewiduję, że odbiorcy o twórczej wrażliwości, którzy dziś czytają, kiedyś będą oglądać wideoklipy nowej generacji.
Wrzesień 2004
|
NUMER NA CZOLE Zaczepnie flirtują: Magda i Sigismund Broni się: Andrzej Zimniak
Magda: Czy Polska jest zagrożona przez terroryzm?
AZ: Od kilku lat trwa Trzecia Wojna Światowa. Miasta nie legną w gruzach i nie giną miliony, ale wojna zbiera swoje żniwo i zmienia światowy układ sił i sojuszów. W tym konflikcie wszystkie państwa są frontowe, choć zagrożenie nie jest jednakowe. Dotychczas w Polsce nie opłacało się robić zamachów, bo istnieją lepsze ku temu miejsca, tzn. takie, w których akcja odbija się szerszym echem. Poza tym Polska jest zasadniczo monoetniczna, więc inne grupy łatwo monitorować. Myślę jednak, że i my możemy stać się celem, np. żeby wykazać, że nikt nie może czuć się bezpiecznie.
Magda: Czuję nutkę katastroficzną w twojej wypowiedzi. Przecież nic się dotychczas nie stało.
AZ: Oby dalej tak było. Oby nikt z nas nie żył w ciekawych czasach.
Sigismund: Mówisz o Trzeciej Wojnie Światowej, czy to nie przesada? Zawsze toczyły się jakieś lokalne konflikty, które tliły się w okresach pomiędzy wojnami światowymi.
AZ: Nie ja wymyśliłem ten termin, jedynie go akceptuję. O wojnie światowej mówimy, jeśli konflikt rozprzestrzenia się na wiele różnych regionów i jeśli zaangażowane są takie siły, że zagrożone mogą być całe państwa.
Sigismund: Przecież nawet atak na WTC, choć tragiczny w skutkach, był jedynie policzkiem dla Stanów Zjednoczonych, a w żadnym wypadku nie zagroził państwu jako całości.
AZ: Na razie nie. Ale ten atak stanowił bezpośredni powód dwóch wojen, które zmieniły ustroje Afganistanu i Iraku. Międzynarodówka terrorystyczna nie ma jeszcze broni masowego rażenia, ale usilnie się o nią stara. Wydaje mi się, że to tylko kwestia czasu.
Magda: Bardzo proszę, dosyć tego czarnowidztwa! Chciałabym usłyszeć kilka słów na plus. Jestem przekonana, że uporamy się z tymi problemami. Jakie są drogi wyjścia z impasu?
AZ: Jak wspomniałem, działa międzynarodówka terrorystyczna, wywodząca się głównie z państw arabskich, a ogólniej - spośród muzułmanów, również tych zamieszkałych w krajach europejskich i w USA. Trudno więc w tym konflikcie kierować broń przeciwko jakiemuś państwu, należy raczej skupić się na tropieniu organizacji i ich członków. Tylko jak ich znaleźć? Po pierwsze: wywiad i policja musi infiltrować te organizacje. Po drugie: trzeba ewidencjonować ludzi i prowadzić inwigilację na masową skalę.
Sigismund: Protestuję! Nie dam się śledzić,
podglądać, nie chcę, żeby ktoś grzebał w moich wyciągach bankowych,
kwitach po zakupach, badał moje znajomości, preferencje, upodobania. To są
wyłącznie moje sprawy! AZ: Tak mówi każdy w pierwszym odruchu, zanim się zastanowi. Potem niektórzy zmieniają zdanie, zwłaszcza ci, którzy są najbardziej zagrożeni. A jeszcze później także inni.
Magda: Zaraz. Nie wiem, gdzie w tym wszystkim zgubiłeś wolności obywatelskie, prawo do prywatności, prawa jednostki.
AZ: To piękne hasła, ale w dzisiejszym świecie, znajdującym się w stanie wojny, zatrącające utopią. Ludzie sami z nich zrezygnują, oczywiście w rozsądnym wymiarze, aby chronić swoje bezpieczeństwo i swój świat.
Sigismund: Ja dziękuję, ale wolę zachować swoją tożsamość. Przecież gdy damy decydentom tak ogromną władzę, nie oprą się pokusie i wprowadzą rządy totalitarne. To już było ćwiczone w historii, ludziom nie wolno dać władzy absolutnej!
AZ: Nikt nie twierdzi, że będą władcy absolutni. To jest ważny i osobny problem: jak sprawić, żeby zebrana informacja nie była wykorzystana przeciwko obywatelom, lecz dla ich dobra. Może ustanowić szerokie gremia kontrolne, mające dostęp do danych? Może wprowadzić rotacyjność i obieralność newralgicznych stanowisk? Gdy urzędnik pozostaje za długo u władzy, ma dosyć czasu na korupcję, więc temu należy zapobiec. Kilka lat temu w Nowym Jorku z powodu nadmiernego liberalizmu tak rozkwitła przestępczość, że nie dało się tam żyć, i wtedy obywatele udzielili poparcia drastycznym działaniom policji, rezygnując z części swobód obywatelskich. Opłaciło im się: teraz żyją w bezpiecznym mieście.
Magda: Więc czego możemy się spodziewać?
AZ: Zostanie wprowadzona światowa kartoteka ludności, gdzie będzie twój dokładny, stale uzupełniany życiorys, dane o ludziach, z którymi masz kontakty, preferencje, zainteresowania, źródła dochodów. Będziesz śledzona przez własny telefon komórkowy, karty kredytowe, dokumenty tożsamości i zakupione towary, a twoje codzienne marszruty i dalsze wyjazdy będą komputerowo ewidencjonowane i w razie potrzeby kontrolowane. Na ulicy, w urzędach, pracy, w sklepach będą obserwowały cię obiektywy kamer, lidary, analizatory dyfundujących cząstek organicznych. Przy każdej okazji będziesz identyfikowana na podstawie odcisków palców, wzoru tęczówki, sekwencji DNA, wzorca zapachowego, struktury uzębienia i profilu kośćca, a nie jest wykluczone, że już niedługo będziesz miała wszczepiony chip wielozadaniowy, który będzie w stałym kontakcie z ulicznymi wielozadaniowymi terminalami. Zostaniesz odarta z prywatności, lecz będziesz bezpieczniejsza.
Sigismund: Czyżby? Co naprawdę z tego wyniknie?
AZ: Nie będzie ludzi anonimowych, każdy zostanie opatrzony etykietką. Wciąż nie będzie można czytać myśli, ale da się wykrywać zdenerwowanie czy nadmierne podniecenie. To wszystko zapewne zmniejszy zagrożenie atakami terrorystycznymi, zwłaszcza organizowanymi przez grupy. Jednak jest bardzo prawdopodobne, że w przyszłości pojawi się jakieś inne zagrożenie, na które od nowa trzeba będzie poszukiwać antidotum.
Październik 2004
|
BIOCHEMIA CYJANOWODORU Zaczepnie flirtuje: Madzia Broni się: Andrzej Zimniak
Madzia: Czy istnieje cień szansy, żeby roślina wytwarzała cyjanowodór, czyli HCN, z węgla i wodoru (z gleby, wody itede) oraz azotu atmosferycznego?
AZ: Apage satanas! Co tym młodym i pięknym dziewczętom przychodzi do głowy? Cyjanowodór kojarzy mi się z komorami gazowymi, a konkretnie z jednym profesorem chemikiem, którego Niemcy nie mogli otruć, bo przed wojną przy swojej pracy ponoć przyzwyczaił organizm do trucizny, wdychając gaz w małych dawkach. Byli tak zdziwieni, że go wypuścili i żył w dobrym zdrowiu tudzież nauczał chemii jeszcze przez kilka dziesiątek lat.
Madzia: Ojej, jakie to ciekawe! Mogę ten wątek wykorzystać w swojej książce, którą przygotowuję?
AZ: No chyba. Przecież ja tego nie wymyśliłem, więc plagiatu nie popełnisz.
Madzia: Więc co z tymi roślinami?
AZ: Nie jestem pewien, czy toto można byłoby nazwać roślinami, ale niech będzie. Czy mogłyby zionąć cyjanowodorem? Czemu nie. Jeśli energia będzie pochodziła np. od Słońca, taką biosyntezę można sobie wyobrazić, choć obecnie nie jest znana.
Madzia: Ale czy jeszcze dałyby radę na tym wyżyć?
AZ: To stwierdzenie sugeruje, ze mogłyby z tego procesu czerpać energię. Nie sądzę - entalpia tworzenia HCN jest dodatnia, wiec proces syntezy wymaga dostarczenia energii. A czy możliwy jest metabolizm oparty na obecności HCN w organizmie, to kwestia otwarta. U wyimaginowanych fitokształtnych kosmitów na pewno tak, jeśli to o nich piszesz książkę. Może nawet byłby to metabolizm białkowy?
Madzia: Teoretycznie kosmicie wszystko wolno. Ale mi się coś z mojej prachemicznej wiedzy przypomina, że są reakcje egzotermiczne i endotermiczne. Ergo, jeżeli wytwarzanie HCN jest potwornie kosztowne energetycznie, to roślince może być z tym ciężko.
AZ: Potwornie energochłonny proces to nie jest, jak wspominałem, da się ciągnąć energię ze Słońca, na przykład podobnie jak w celu asymilacji dwutlenku węgla.
Madzia: Jasne, nie ma co konstruować całych szlaków biochemicznych Obcego. Ale wolałabym, żeby nie było z tego jakiejś straszliwej porażki :)
AZ: Otóż to! Według mnie, nie ma co zamieniać książki literackiej na podręcznik do biochemii, bo każde z tych dzieł ma zgoła inne cele do spełnienia. Literatura to aluzja, hiperbola, gra emocjami i uczuciami, puenta, a podręcznik ścisły to weryfikowalna wiedza eksperymentalna. Postawmy te książki na oddzielnych półkach i sięgajmy w celu zaspokajania różnych intelektualnych potrzeb, w odpowiednich chwilach zawieszając niewiarę, aby można było dostrzec piękno Sztuki. Inna rzecz, nie ma co wypisywać jawnych bzdur, które powstają, jak ktoś próbuje naśladować podręcznik, a wiedzy mu nie staje.
Madzia: Tacy chyba podręczników nie pisują...
AZ: Różnie z tym bywa, niektórzy "uczeni" mają tupet. Ale chodzi o coś innego. Nie mam nic przeciwko polonistom, ale istnieje coś takiego jak specjalizacja, więc jeśli polonista, dla którego całka to tylko tłusty robaczek, spróbuje skonstruować wizję obcej technologii, będzie się ona koncepcyjnie różniła od analogicznej wizji inżyniera. Chcę powiedzieć, że ten drugi dobrze wie, kiedy w trakcie aktu tworzenia zawiesza swoją niewiarę, a drugi nie ma o tym pojęcia, bo dysponuje tylko bezgraniczną wiarą. Czytelnik nie kiep i to pozna, nawet jak... jest polonistą.
Madzia: Coś nie jestem pewna twojej miłości do polonistów.
AZ: Jesteś w błędzie. To jasne, że nie istniałaby kultura bez polonistów i innych "-istów", ogólnie - humanistów, choć literatura s-f pewnie by się ostała. Chcę powiedzieć, że mamy do czynienia z pełną symetrią: gdybym to ja stworzył język elfów, wyszłaby podobna bzdura, jak gdyby Tolkien wymyślił podstawy metabolizmu marsjańskich nietoperzy. Daruj trochę niefortunne zestawienie, ale świadomie nie podałem nazwiska żadnego znajomego, bo łacno mogłoby się okazać, że już od dawna nosi on w teczce słownik gadających kogutów wulkanicznych z Io.
Madzia: Ojejejej, wpędzasz mnie coraz dalej w kompleksy, skoro nie tylko nie-chemicy, ale nawet anty-chemicy poznają się na mojej niewiedzy! Dokształć mnie, proszę! Czym taką cyjanoroślinkę otruć najlepiej? Na potrzeby chwili mam siarczan miedzi... bo tak. Nic innego nie wymyśliłam. Ale może coś - cokolwiek - dużo lepiej się kłóci z cyjanowodorem?
AZ: Ogólnie wymieniłbym związki żelaza i miedzi, bo te pierwiastki tworzą trwałe kompleksy z jonami CN. Paradoksalnie, także toksyczne dla takiego cyjanofitonida mogłyby być centra aktywne dla tlenu, a więc dla niego trutką byłaby sama istota tlenowa (z wzajemnością). Ale nie wprowadzaj toksycznych pocałunków, bo ci wszyscy bez-chemicy nie poznają się i odbiorą "momenty" jako truizm.
Madzia: Pytanie praktycznie bez odpowiedzi, ale nie ustaję w poszukiwaniach, więc napastuję każdego. Jeżeli mamy mnóstwo HCN w powietrzu, to giną również niektóre bakterie. Czy te gnilne też?
AZ: Sporo bakterii ginie, tlenowych i bez-, ale niektóre się bronią. Czynią to dwojako: albo mają inny metabolizm i nie są zbyt wrażliwe na zakapiora, albo mają barierę komórkową, niedopuszczającą go do środka, ewentualnie aktywnie usuwają toksyny, na przykład enzymatyczną pompą w błonie komórkowej.
Madzia: Czy zwłoki ludzkie, które leżą w tak nieprzyjemnych okolicznościach, będą się rozkładały zupełnie inaczej? Żadne tam kadaweryny, putrescyny... tylko co?
AZ: Brrr, zapachniało horrorem prosto z prosektorium. Zgaduję, że te "gnijące inaczej" trupy ożyją i zrobią coś z najeźdźcami - cyjanoroślinami. Albo i nie, w każdym razie liczę na dobrą puentę, bo chciałbym dostać książkę z dedykacją. Wracając do wątku chemicznego: z pewnością mechanizm rozkładu będzie odmienny. Jaki? Proponuje kogoś zaciukać, a potem wsadzić w worek z HCN-em, ewentualnie pominąć pierwszy etap, skutek będzie podobny. Niech żyje eksperyment, precz z czczą teorią!
Madzia: Pytania są tendencyjne, wiem. Niby sama mam rozeznanie w medycynie, powinnam coś o powyższym wiedzieć, ale ni cholery. Pukam, stukam do różnych drzwi, nikt nic nie wie. Ten jedyny mądry, co wie, znajdzie się dopiero wtedy, kiedy książka się ukaże... i onże rzeczony wytknie mi horrendalne błędy publicznie.
AZ: Eeee, takiego bym o wielką mądrość nie posądzał. Chyba że sama się podłożysz. Jak chcesz rady, to powtórzę: trzeba pisać aluzyjnie, w przenośni, a nie dosłownie, naśladując podręczniki, bo wtedy będzie klapa, z tym mądrym i bez niego. Ważne są: uogólnienie, puenta, nastrój, niedopowiedzenie, poezja. Są naukowcy-fantaści, którzy budują dalszy ciąg swoich ścisłych teorii w literaturze, ale taka literatura bywa w niezamierzony sposób śmieszna, a za miesiąc jest już anachronizmem, bo, wbrew pozorom, za nauką my, pisarze, nigdy nie nadążymy. W literaturze deszcz za oknem ma wywoływać nastrój, nie powódź, a zbójcy lęk i dylematy moralne, nie zaś prowokować do obliczania najkorzystniejszej ekonomicznie proporcji łupiących do łupionych.
Madzia: Wszystko fajnie, ale ja mam ten cyjanowodór...
AZ: Dla kosmity ma zapach fiołków. Reszty domyśli się czytelnik.
Grudzień 2004 |
IDZIE ZARAZA Zaczepnie flirtuje: Dominika, Przemek Broni się: Andrzej Zimniak
Dominika: Mamy już zwykłą grypę, a podobno niedługo przyjdzie ptasia. Co na to futurolog?
AZ: Powiedzmy tak: przewidywanie przyszłości nie jest moim głównym zajęciem, choć jest jednym z ulubionych. Jako żywo przypomina wróżenie z fusów, ale dobra cyganicha zawsze ma rację, bo wysoki brunet albo pokocha, albo nie. A blondyn to wszak farbowany brunet. Co do grypy, to rzeczywiście, stoimy w obliczu pandemii, czyli światowej epidemii.
Przemek: Do licha! (AZ: powiedział inaczej, ale ja wolę "do licha"). Wytykasz innym wieszczenie kasandryczne, a sam robisz wielkie oczy ze strachu. Albo chcesz postraszyć innych.
AZ: Nieporozumienie. Zechciej odróżnić biadolenie od merytorycznej antycypacji. Epidemie były i będą, nie ma na to lekarstwa. Dziś też się zdarzają, a nawet trwają w tej chwili, choć są mniej spektakularne niż niegdyś. Nie do wiary, Dominisia? No to wyobraź sobie, że na gruźlicę do 2020 roku zachoruje miliard ludzi, z tego umrze 70 milionów, a rokrocznie od ślicznego błękitnego prątka umiera więcej niż razem na AIDS i malarię! Jak już jesteśmy przy malarii, to roczna liczba zachorowań na świecie wynosi 500 milionów, a zgonów 2,7 miliona. Nieźle, co?
Przemek: No tak, ale tego nie widać, gdzieś tam ktoś po cichu umiera, znika, albo rzecz dzieje się w Zimbabwe, na końcu świata. Mnie chodzi o jakąś nową dżumę, żeby ludzie marli setkami na ulicach, w pociągach, na dworcach. Żeby całe gromady uciekały z miast z tobołami, a ci, co zostali, podawali sobie jedzenie na drągach. To by była heca!
AZ: Naoglądałeś się horrorów, nagrałeś w strzelanki. Weź pod uwagę, że to pewnie ty byś konał gdzieś w kącie, i że tej gry nie dałoby się zresetować. Co do epidemii, to taka piorunująca zaraza zwykle trwała w przeszłości dość krótko, przelatywała przez kraj jak ogień po wierzchołkach sosen. Wbrew pozorom, zarazek nie jest tym gorszy, im bardziej zjadliwy; najgroźniejszy to taki, który dość długo pasożytuje na nosicielu, i ma czas na znalezienie nowego, zanim wykończy poprzedniego. Ale ptasia grypa, jak już porządnie zmutuje i stanie się wirulentna, czyli zjadliwa dla człowieka, zaatakuje z gwałtownością dżumy. A to dlatego, że nie będziemy jeszcze mieli niemal żadnej obrony na poziomie biochemicznym. Zanim ją wykształcimy, zginie nawet kilka miliardów ludzi. No i kto wie, czy nie ziści się czarny scenariusz Przemka, bo chorzy mogą nie zdążyć do domu.
Dominika: Brr, makabry opowiadasz, sam pewnie w to nie wierzysz. Jako pisarz jesteś zrównoważony, aż za bardzo wyciszony. Chcesz sobie odbić w publicystyce?
AZ: Ej, nieładnie. Posądzasz mnie o koniunkturalizm, a ja jeszcze do tego nie dojrzałem, żeby pisać pod modę. Aż dziwne, ale naprawdę tak myślę - będzie pandemia. Oby jej przebieg był łagodniejszy niż dawnej dżumy. Ale, niestety, każda nowa choroba na początku dziesiątkuje zakażonych.
Dominika: Dlaczego to idzie od niewinnych kokoszek? Żeby choć od żmij czy padalców...
AZ: Ważne pytanie. Otóż większość chorób dostaliśmy w prezencie od braci mniejszych, czyli zwierząt. Zaczęło się wraz z rozwojem rolnictwa, a więc i hodowli. Człowiek na co dzień obcował ze świniami, kozami, owcami i bydłem, więc zarazki przenosiły się z łatwością. Jak w końcu jakiś patogen odpowiednio zmutował, miał drogę stale otwartą. Odrą zaraziły nas psy, trądem i gruźlicą bydło, dżuma i dur przyszły od szczurów, a właściwie od pcheł i wszy, roznoszonych przez gryzonie. Wirusy grypy lęgną się głównie na chińskich bagnach i podróżują do nas w dzikich kaczkach, z których przenoszą się na świnie, a z nich na ludzi. Istnieją też inne drogi, w tej chwili wirus drobiowy ewidentnie przechodzi ostatnie stadia groźnej mutacji.
Dominika: Może zaraza pozostanie w Hongkongu i Wietnamie?
AZ: Nie. Wirusy grypy przenoszą się z łatwością drogą kropelkową. Wystarczy, że chory kilka razy kichnie, a zarażą się wszyscy pasażerowie samolotu, którym podróżuje. No, prawie wszyscy, bo zawsze będą jednostki, posiadające przypadkową odporność. Warto przypomnieć, że na grypę "hiszpankę" zmarło więcej ludzi niż na frontach I Wojny Światowej.
Przemek: A gdyby tak wytępić wszystkie bakterie i wirusy? Przynajmniej te chorobotwórcze. Co na to nauka i ty sam, jako jej przedstawiciel? Może znalazłbyś jakieś antidotum, superantybiotyk, czy selektywnie działające promieniowanie? Powiedzmy, tłucze wszystko, co jest mniejsze niż mikron. Można do akcji użyć nanotechnologię, no nie?
AZ: Po pierwsze, nie ma takich sposobów, przynajmniej dziś. Po drugie, wiele bakterii jest nam potrzebnych, żyje z człowiekiem w symbiozie. Każdy dorosły nosi w sobie dwa kilogramy pożytecznych bakterii! Te dobre bakcyle mogą jednak stać się wirulentne, jeśli znajdą się w nieodpowiednim miejscu, np. te z jelit dostaną się do krwi - wtedy następuje groźne zakażenie. Po trzecie, nawet gdybyśmy wybili te złe, na ich miejsce wejdą inne, które staną się zjadliwie, bo natura nie znosi próżni. Po czwarte, chyba z 90% masy świata ożywionego to bakterie, więc ich likwidacja oznaczałaby sterylizację całej planety w wyniku przerwania łańcuchów pokarmowych. Jest więc więcej niż pewne, że z zarazkami będziemy koegzystować po wsze czasy.
Dominika: Jak myślisz, czy kiedyś jakaś zaraza wytrzebi wszystkich ludzi?
AZ: To właśnie jest czarnowidztwo! Nie, bo zawsze znajdą się odporne osobniki, już o tym mówiłem. Niegdyś dżuma potrafiła zabić trzy czwarte mieszkańców miasta, ale reszta przeżywała. Poza tym historia uczy, ze każdy zjadliwy zarazek z czasem łagodnieje, a organizmy narażone wykształcają mechanizmy obronne. A więc gatunkowi ludzkiemu nie grozi unicestwienie, co nie znaczy, że każdy może spać spokojnie.
Styczeń 2005
|
GARŚĆ SREBRNIKÓW Zaczepnie flirtuje: Adela, Fabian Broni się: Andrzej Zimniak
Adela: Jesteś specem od światów równoległych, więc poradź, dokąd się zabrać. Jest smutnawo i szarawo, mimo wiosennego słońca. Wóda, marycha, inny odlot?
AZ: To kiepskie odloty. Tylko znieczulają mózgownicę i bełczą w niej jak w beczce, nie doprowadzając niczego nowego. Zauważ, że nie wchodzisz na nowe pola eksploracji, tylko zachodzi tasowanie i zniekształcanie starej kolekcji, która już w tobie jest. Poza tym, czasem dobrze jest zastanowić się nad sprawami ostatecznymi, zostawić telewizję, gry, wyłączyć techno i chwilę pomyśleć. Dzisiejszy świat to gigantyczny stadion, współczesne Colosseum, na którym odbywają się nieustanne igrzyska: medialne informacyjne showy wojenne, katastroficzne i kryminalne, horrory, turnieje i pokazy na żywo, sensacje krajowe i osiedlowe oraz burdy polityczne. Żeby było cały czas wesoło, wszyscy są wyłącznie młodzi i piękni, starość i całość związanych z nią problemów omija się szerokim łukiem jak niegdyś wioski zadżumionych. Przy okazji tego kultu sprawności i sukcesu zapomina się o pożytkach z doświadczenia i mądrości ludzi starszych, wszyscy hurtem idą w odstawkę, do geriatry i hospicjum. W takim układzie misterium śmierci jest sprawą wstydliwą, o tym się nie mówi w towarzystwie ani nie myśli, choć przecież kostucha, prędzej czy później, nikomu nie daruje.
Adela: Może to i dobrze? Gdyby tak siedzieć i rozmyślać, człowiek by popadł w depresję.
Fabian: Właśnie. Samo przyjdzie, a wtedy się pomyśli, czy dębowa kwatera, czy urna z prochami.
AZ: Symptomatyczne, że nawet ze spraw ostatecznych robisz zgrywę. Ale to da się wytłumaczyć, bo jakoś trzeba zagłuszyć ból i strach. Dawniej ludzie umierali w domach, teraz 97% kończy życie w szpitalach. Tak jest łatwiej dla rodziny, bo wszystko dzieje się gdzieś dalej, poza zasięgiem postrzegania. Wypieramy lęk ze świadomości, co jest instynktownym odruchem warunkowym. Więcej - w dobie mody na agnostycyzm, lecz przy pełnej świadomości istnienia, lęk może być zbyt silny, aby go wytrzymać. A więc należy go zagłuszyć, wypełnić życie drobiazgami, zabawą, zgrywą, i trzymać tak do końca, a potem szybciutko pstryk, i już światło wyłączone.
Fabian: Co w tym jest złego? Znieczulenie to dziś standard, a obnoszenie się z bólem jest dewiacją. Średniowiecze mamy na szczęście za sobą.
AZ: Nie jestem pewien, bo historia kołem się toczy, a chowanie głowy w piasek jest dobre, ale dla strusi. Powinniśmy zdać sobie sprawę z faktu, że dzisiejszy świat dokonuje odnowy poprzez narodziny i śmierć, że już w chwili poczęcia zapadamy na nieuleczalną chorobę starzenia. Warto się głębiej nad tym zastanowić, nie tylko w aspekcie filozoficznym i religijnym, czy kosmologicznym, ale także zupełnie praktycznym. Kotarbiński radził:
"Lub coś robić, kochaj kogoś, nie bądź gałganem, żyj poważnie."
Zwykle o tym nie myślimy, bo sprawa jest zbyt oczywista: życie mamy jedno, przynajmniej na tym padole i w obecnym kształcie. A świadomość i inteligencję mamy po to, że ich używać. Żeby żyć i działać, a nie trwać, żeby świadomie robić to, co nas interesuje, żeby nie tracić czasu i nie być świnią. A może czasem nawet komuś pomóc.
Adela: Uuuaaa...! Jesteś dzisiaj pompatyczny i górnolotny, panie pisarzu. Dużo wielkich myśli w małym tekście - sam kiedyś twierdziłeś, że tak piszą, hmm, początkujący, nazywając ich eufemistycznie.
AZ: Masz rację, Ada, brawo - zapamiętałaś! Ten tekst z założenia nie ma być fabularny, więc zawiera więcej myśli niż fajerwerkowa proza współczesna. Zaś trochę myślenia, wszystko jedno na jakim piętrze, nikomu jeszcze nie zaszkodziło.
Fabian: Więc co proponujesz? Zamknąć się w klasztorze i medytować?
AZ: Przypuszczam, że rok takiego odosobnienia dobrze by ci zrobił. Pierwszy miesiąc wścieklicy, drugi apatii, trzeci depresji, czwarty i piąty z motyką na roli. W piątym zacząłbyś dostrzegać świat, a pod koniec może byś coś z niego zrozumiał, wychodząc "na ludzi".
Fabian: Że niby teraz nie jestem człowiekiem?
AZ: Jesteś młodym człowiekiem współczesnym, na lepszym poziomie niż średnia, bo należysz do fandomu, więc masz wyobraźnię i czytujesz literaturę. Ale każdy człowiek, nawet fan, może się doskonalić, czyż nie?
Fabian: ..........
Adela: Daj mu spokój, lepiej odpowiedz na pytanie. Walnąłeś tekścik umoralniający, a co z puentą? Nie zapominaj o kompozycji, panie pisarzu.
AZ: Teraz ty zrobiłaś się górnolotna. Kochana, jakbym znał receptę na szczęśliwość, nie siedziałbym tutaj z wami, tylko byłbym prorokiem, albo zarobiłbym takie krocie, że kupiłbym apartament na Księżycu, a w basenie trzymałbym dla towarzystwa syreny z Tytana. Jeśli się jeszcze nie domyśliłaś, to cię oświecę, że moją powinnością pisarską jest właśnie stawianie pytań, i to w taki sposób, żeby was, czytelników, zmusić do chwili zastanowienia. Zapewniam, że gdy tylko się to uda, będę naprawdę szczęśliwy. Przez chwilkę.
Fabian: Ejże! Masz zamiar taplać się w kilku kroplach pisarskiej Schadenfruede, którą wycisnąłeś z naszej obawy?
AZ: Do licha, poeta! Pozostań gniewny, ale nie bądź leniwy, wtedy może coś z ciebie wyrośnie. Zadałem pytania i wzbudziłem niepokój, i o to chodziło. Ponadto, w felietonowym tekście wolno mi poradzić wprost - a więc mówię: nie wpadajcie w skrajności. Wszystko można zredukować do absurdu, nawet tak szczytne pojęcie jak wolność. Nieograniczona wolność to anarchia, kiedy każdy robi, co mu się podoba, nie zważając na innych i społeczeństwo, co musi się źle skończyć. Na drugim końcu osi znajduje się absolutny totalitaryzm, i każdy wie, co on oznacza. Zdążam do tego, że umiar potrzebny jest także w rozważaniach egzystencjalnych - kto całe życie rozmyśla o śmierci, zapewne sam długo nie pożyje. Jednak w dobie globalizacji igrzysk i fetyszyzacji przyjemnostek nie powinniśmy tracić z oczu szerszej perspektywy, w której zlokalizowane jest życie każdego z nas. Jedno życie, które warto przeżyć sensownie, nie rozmieniając go na garść srebrników.
Kwiecień 2005 |
PŁEĆ SEKSU
Zaczepnie flirtuje: Paulina, Grzegorz Broni się i moderuje: Andrzej Zimniak
Paulina: Was jest dwóch, ja jedna. Jak zwykle, macie przewagę, wy, mężczyźni. Czy zawsze tak musi być?
AZ: Zależy, co masz na myśli. Liczebnej przewagi w społeczeństwie nie mamy, a na nasze spotkanie mogłaś przyprowadzić koleżankę, albo i dwie. Zaś co do siły fizycznej, to ani nasza wina, ani zasługa.
Paulina: Dobrze wiesz, co mam na myśli. Zawsze musicie rządzić, przewodzić, rozkazywać. W pracy, w domu, w łóżku. Dlaczego? Kiedy to się wreszcie skończy?
AZ: Czekaj, zwolnij. Postawiłaś tezę i zadałaś dwa zupełnie różne pytania, oba ważne. Zacznę od drugiego: wszystko już było, matriarchat także. Istnieją społeczności, np. na Dalekim Wschodzie, w których mężczyźni są tolerowani na zasadzie nieszkodliwych trutniów, a rządzą i pracują kobiety.
Paulina: Właśnie! Chłop cały dzień pije i wałkoni się, a kobieta musi nie tylko pracować, ale wszystkie sprawy są na jej głowie. Nie wiem, co gorsze: męski szowinizm czy samcza gnuśność.
Grzegorz: Zaraz, pozwólcie się wtrącić. Coś mi tu nie gra: w końcu chcesz, żeby rządziły kobiety, czy wolisz, aby nie zaprzątały sobie tym głowy?
Paulina: Chcę dla nas sprawiedliwości i równych praw. Koniec z męską dominacją! Dlaczego mężczyzna może zdradzać żonę, a kobieta męża nie?
AZ: Chwileczkę, znałem niejedną kobietę, która zdradzała męża, wielokrotnie, z przyjemnością i premedytacją.
Paulina: Patrzcie, jak się odsłonił! Musiałeś dobrze poznawać te kobiety, cal po calu, i systematycznie je deprawować. Pokutuje opinia, że artyście wszystko wolno, bo w końcu musi wiedzieć, o czym pisze, śpiewa, kogo gra. Uważam, że to wierutna bzdura - twórca powinien być autorytetem moralnym, drogowskazem dla innych.
AZ: Paulino, przypominasz mi pewnego radzieckiego boksera, który był ciągle w ataku, a każdy jego cios nokautował. Mówili, że miał w ramię wszczepioną sprężynę, którą należało przed walką nakręcić. Zdradź nam, co ciebie nakręca?
Paulina: Ssss... denerwujesz mnie, człowieku. Nie brzmisz przekonująco, unikasz odpowiedzi. Może byś powiedział coś rozsądnego?
AZ: Znana to sprawa, że styl pytania w pewien sposób narzuca styl odpowiedzi. Chciałbym...
Grzegorz: Zaraz, tematy sygnalizujecie ciekawe, ale żadnego nie omawiacie. Chciałbym nawiązać do męskiego zdradzania albo przynajmniej ciągłego zainteresowania mężczyzn płcią piękną. To socjobiologiczna wiedza książkowa: biologiczną i genetycznie zakodowaną rolą większości samców jest maksymalnie rozprzestrzeniać swoje geny, czyli zapładniać jak najwięcej samic. Natomiast rolą samicy...
Paulina: Może byś przestał cytować podręczniki? O tych bzdetach ze świata owadów każdy uczył się w szkole.
AZ: Poczekaj, daj mu skończyć zdanie.
Grzegorz: A więc rolą samicy jest dopuszczenie zdrowego, odpowiedzialnego partnera, który dopomoże jej w długotrwałym wychowywaniu potomstwa.
Paulina: Zdrowi się jeszcze trafiają, ale odpowiedzialni...?
Grzegorz: Mamy więc między kobietą i mężczyzną zasadniczą sprzeczność na podstawowym poziomie, stąd nieporozumienia.
Paulina: Piękna łopatologia, ale nie truj, koleś, o biologii, przecież żyjemy w cywilizacji i ponoć mamy kulturę. Nic ci to nie mówi?
AZ: Masz rację, dziewczyno, mamy pewien model zachodnioeuropejskiej kultury, który obowiązuje także w Ameryce. Ów model sankcjonuje naturalną postawę kobiety, więcej: ta postawa stała się wzorcem etycznym, wyznacznikiem zachowań moralnych. Kobieta i oddany, monogamiczny partner - tak powinno wyglądać stadło rodzinne, a męski atawistyczny promiskuityzm jest godny potępienia i chłop, który jest nim naznaczony, musi stłumić w sobie zwierzęce popędy. Jednak nie w każdej kulturze tak jest - niektóre, jak powszechnie wiadomo, dopuszczają wielożeństwo (choć znane jest też wielomęstwo, tzw. poliandria), a w pewnych pierwotnych plemionach istnieje promiskuityzm jako wzorzec zachowań, zaś dzieci wychowuje się wspólnie.
Paulina: Nie wierzę własnym uszom! Pan pisarz chce wprowadzić do Europy zwyczaje stada małp bonobo prosto z afrykańskiej dżungli?
AZ: Daleki jestem od tego, koleżanko, możesz spać spokojnie. Uważam, że nasz europejski model zachowań sprawdził się, dlatego zdecydowanie dominuje w cywilizowanym świecie. I nie jest to zasługą kobiet, lecz większej efektywności stabilnej rodziny w procesie wychowywania dzieci. Kobiety są w obecnych czasach lepiej społecznie przystosowane, tej prawdy nie da się ukryć. Zaś co do mężczyzn... muszą się zmienić, dostosować, zresztą to już się dzieje. Ponieważ w cywilizacji przyszłości męska agresja i seksualny ekspansjonizm nie będą miały racji bytu, te cechy stopniowo zanikną na drodze ewolucyjnej. Wydaje mi się, że mężczyźni wkrótce zniewieścieją, ich psychiczny profil stanie się bardziej kobiecy, a to ułatwi paniom zajęcie równorzędnych pozycji. Nie tylko w łóżku.
Październik 2005
|
CHWYTASZ BIAŁY RÓJ?
Zaczepnie flirtuje: Messi, Katan, Elbra Broni się i moderuje: Andrzej Zimniak
Katan: Podobno nie lubisz krytyków?
AZ: Chyba żartujesz. Krytycy są jak pochodnia, jak kaganek wiedzy o książce. Wchodzisz do księgarni, a tam sto tysięcy kolorowych okładek, z których każda krzyczy świecącą farbą: kup mnie!! Jak zajrzysz na rewers którejkolwiek, dowiesz się, że właśnie dostąpiłeś szczęścia i trzymasz w rękach bestseller. Więc któż nam powie, w co władować kasę, jak nie krytyk?
Messi: No dobra, ale co powiesz o krytykach własnych utworów?
AZ: To samo. Ogólnie rzecz biorąc, krytyk - nie tylko moich utworów oczywiście - musi pisać mądrze, żeby zasłużyć na swoje miano, i tu jest pies pogrzebany. Głupi krytyk to nieszczęście, bo zanim się wyjaśni, że nie jesteś wielbłądem... O książce można napisać wszystko, ale od recenzji wara - nawet od grafomańskiej. Autor powinien znosić źle napisane recenzje jak ataki meszek przy śmietniku, ale nie zawsze zdzierży. Tuwim kiedyś nie wytrzymał i walnął na odlew: Oto krytyk, który idealnie Geniusz potrafi połączyć z głupotą Każdym słowem dowodząc genialnie Że jest bardzo wybitnym idiotą.
Elbra: Dużo mamy takich "genialnych" krytyków?
AZ: Nawet nie tak wielu, zważywszy na specyfikę fantastyki. Krytycy głównonurtowi nie garną się do naszych utworów, bo (a) nie zawsze chcą zniżać się do aż tak popularnej literatury, (b) nie zawsze potrafią ją zrozumieć i opisać, ponieważ brak im niezbędnego instrumentarium. W związku z tym utworzyła się grupa pisarzy i fanów, którzy wzięli się także za recenzowanie.
Elbra: Twoja powieść "Biały rój" (Wyd. Literackie 2007) miała dotychczas niewiele recenzji. Ukazała się pochlebna notka w NF 4/2007, i pojedyncze wypowiedzi w sieci, raczej negatywne. Że trudno coś zrozumieć, ale rzecz chyba o miłości, albo że wszystko jest do niczego - to był chyba jakiś Sępik, już nie pamiętam gdzie sępił.
AZ: Mądra recenzja powinna być wnikliwa i bezstronna. Osobiście np. nie lubię prozy Prattcheta, ale nie twierdzę z tego powodu, że jest zła, i sporo dobrego bym mógł o niej napisać.
Elbra: Pamiętam, że ta superrecenzja Sępika nieźle mnie wkurzyła, bo od góry do dołu były tam sformułowania: książka nie wiadomo o czym, chaotyczny zbiór scen, brak myśli przewodniej, język jeszcze nie toporny, ale już nudny. Więc dlaczego WL to przyjął? Chyba mają swoich recenzentów? Dodam, że lubię twoją prozę, a w "Białym roju" dałeś taki suspens, że czyta się jednym tchem. Daje też do myślenia o genetykach, co to z ludźmi mogą wyczyniać.
AZ: Dzięki za dobre słowo. Jak widać, skorzystałaś w szkole na lekcjach przedmiotów ścisłych, bo bez takiej podstawowej wiedzy nie wszystko się z przesłania "Roju" wyłapie, a niektórzy wręcz niewiele. Jeden z krytyków-humanistów głównonurtowych, lampion na krytycznoliterackiej niwie, zapewne brzydzący się całką, stwierdził że książka jest dobrze napisana, ale nie wiadomo o czym.
Katan: A o czym jest?
AZ: Takie pytania zadajesz autorowi? Do licha, za to, co teraz zrobię, powinno się pisarzy wtrącać do lochów, a jeśli ze mną nikt tego nie uczyni, zobowiązuję się srodze odpokutować, na przykład stroniąc od piwa na najbliższym konwencie. A więc dwa słowa autoanalizy: w autorskim zamyśle głównym bohaterem "Białego roju" jest właśnie inżynieria genetyczna. Już niebawem zaczniemy majstrować przy naszych kanonicznych programach molekularnych i kształtować siebie od nowa, co zdeterminuje przyszłość ludzkiej rasy. Dysputy na ten temat, wizje i przestrogi zajmują pokaźną część tekstu książki. I tego wątku nie można traktować jako elementu sztafażu na równi z biustonoszem panny Helci. Drugim bohaterem jest indolencja społeczeństwa - w tym jego struktur oficjalnych - w reagowaniu na zdarzenia precedensowe. No, wystarczy tego referowania. Jak ktoś sam nie zrozumie, tłumaczenie da tyle co napełnianie hermetycznie zamkniętego naczynia.
Elbra: Nic nie wspomniałeś o Armagedonie!
AZ: Jeszcze jest wiele wątków, o których nie wspomniałem, przecież nie będę wam streszczał książki.
Elbra: To spróbujmy inaczej. Czy sądzisz, że kosmiczne katastrofy są realne, czy jest to tym razem właśnie "element sztafażu sf"?
AZ: To jest temat, który warto poruszać jak często się da. W Układzie Słonecznym nie dalej niż do orbity Marsa krąży kilka tysięcy asteroid, które mogą przy zderzeniu z Ziemią wywołać na niej katastrofę globalną. Że takie katastrofy się zdarzały, wiemy ze śladów na powierzchni. Ostatnio sto lat temu odwiedziła nas Kometa Tunguska i nadszedł statystyczny czas powtórnego spotkania z ciałem niebieskim o takich wymiarach. Jednak znacznie groźniejszy byłby impakt bolidu o średnicy powiedzmy dziesięciu kilometrów - na szczęście takie spotkania są rzadkie, statystycznie raz na sto milionów lat.
Messi: Czy przeżylibyśmy takie spotkanie?
AZ: Szanse są duże, że nie. Przy uderzeniu w ląd nastąpi eksplozja, połączona ze stopieniem, a nawet odparowaniem części skorupy ziemskiej. Ale to jeszcze nic - w pierwszych sekundach najgorszy będzie efekt termiczny. Pamiętacie zdjęcia i symulacje wybuchów jądrowych: najpierw błysk i potężna dawka promieniowania, także cieplnego, od którego wzniecają się pożary, a dopiero potem uderzenie huraganu. Podobnie będzie po upadku asteroidy, z tą różnicą, że efekt pomnóżmy przez tysiąc. Ostatnie badania wykazują, że po uderzeniu dziesięciokilometrowego bolidu 62 miliony lat temu, kiedy wyginęły dinozaury, na ogromnych połaciach Ziemi rozszalały się pożary. W temperaturze wieluset stopni natychmiastowemu zapłonowi ulegała cała materia organiczna, nawet podmokłe dżungle. Bo woda odparuje z nich w ciągu sekund.
Katan: Ejże, coś się nie zgadza. W twojej książce ma być deszcz lodowych komet i potop, czy nie?
AZ: Takie są fabularne prognozy w tej akurat powieści. Wszystko zależy od wzajemnej prędkości Ziemi i komet. Nawet woda zamieni się w plazmowy ogień, jak dostarczyć odpowiedniej ilości energii. Ale przy niewielkiej prędkości lód stopnieje i wszechocean zatopi kontynenty.
Messi: O ile dobrze zrozumiałam, ta książka jest ostrzeżeniem przed genetyką, głupotą urzędników i meteorami. Więc co mamy robić? Jak się przygotować?
AZ: Nie zapominać o problemach i myśleć. Dzisiejszy nastolatek może zostać naukowcem, który kiedyś opracuje sposób na odchylenie toru asteroidy, aby minęła Ziemię w bezpiecznej odległości. Albo wynajdzie taką metodę modyfikacji genotypu, że zmieniony człowiek będzie odporny na twarde promieniowanie kosmiczne. Niestety, na urzędniczą głupotę nic nie poradzimy nawet za milion lat, bo rośnie ona szybciej niż efektywność wszelkich środków zapobiegawczych.
Czerwiec 2007
|
KASA I KONWENTY
Zaczepnie flirtują: Tryton, Barra, Kajka Broni się i moderuje: Andrzej Zimniak
Tryton: Mówią, że się cenisz i skąpisz na akredytacje konwentowe.
AZ: Cenię nie tyle siebie, co swoją pracę. Tak to już jest w kapitalizmie, że za pracę należy się płaca. W komunistycznym raju miałbym według potrzeb i dawał według potrzeb. Ale takiego raju nie udało się stworzyć z tej prostej przyczyny, że człowiek do niego nie pasuje. Każdy z nas jest w środku kapitalistą, nawet jak nosi czerwoną koszulę.
Kajka: Strasznie się napracujesz. Piwo, godzina rozmowy, drugie piwo...
AZ: Ejże, oba piwa po. Chyba dla każdego jest jasne, że muszę swój referat porządnie przygotować, przedtem zebrać materiał, to wszystko wymaga czasu. Przyznasz, że mój wkład pracy jest inny niż faceta, który przyjeżdża tylko napić się piwa i posłuchać prelekcji.
Tryton: Czyż nie jesteśmy swoistą "rodziną"? Którą łączy zainteresowanie określonym typem rozrywki i literatury? Są lepsi i motłoch?
AZ: Walisz z grubej rury, ale postaram się zachować dobre maniery. Czy np. nauczyciel jest tym "lepszym", a jego uczniowie "motłochem"? Używasz nieadekwatnych słów. Prelegent ma coś do przekazania, a słuchacze chcą się tego dowiedzieć, i nie da się w tym momencie ich zrównać. Były literackie próby równania - a to silniejszym nakładać ciężarki, a to niższym doprawiać szczudła. Co oczywiście nie znaczy, że pośród słuchaczy nie ma mądrzejszych od prelegenta - ale w innych dziedzinach, nie TERAZ i TUTAJ. TERAZ on ma robotę, której nikt inny za niego nie wykona: ma przekazać swój punkt widzenia, swój ogląd, ma opowiedzieć o sobie jako autorze. Wszyscy jesteśmy równi wobec prawa i moralności, ale na tych dziedzinach równanie się kończy.
Kajka: Szanowny autorze, pomijasz istotny aspekt sprawy. Otóż za komuny czytelnicy potrzebowali pisarza. W warunkach wolnorynkowych jest odwrotnie. Udział w imprezie potencjalnych żywicieli pisarza to gratka dla niego, każdy konwent spełnia funkcję darmowej agencji promocyjnej. Wobec potencjalnego tysiąca klientów cena akredytacji to tyle co nic.
AZ: To frazesy. Ludzie przychodzą na moje prelekcje, bo wiedzą, że mówię ciekawie na interesujące tematy. Natomiast jeśli ktoś interesuje się moją prozą i dlatego przychodzi, zwykle ma już moją książkę w kieszeni i prosi o autograf. Wątpię, by znalazł się choć jeden fan, który przyszedł posłuchać o wiecznym życiu, a potem pobiegł kupować "Biały rój". Moją opinię potwierdzają analizy prowadzone przez wydawnictwa, które wykazują marginalny wpływ wszelkich spotkań i odczytów na sprzedaż książki. Chyba że na takie spotkanie przyjdzie dziennikarz i sprawę opisze...
Tryton: No właśnie!
AZ: Jasne, zgadzam się. Byłem na 50 konwentach i udzieliłem 2 wywiadów. Raz coś napisał redaktor z któregoś dziennika, ale nie o mojej twórczości, tylko o zorganizowanej przeze mnie imprezie w ramach Festiwalu Nauki.
Barra: Tak słucham, słucham, i nie wiem, w czym problem. Przecież na większość konwentów zaprasza się pisarzy, niektórzy nie tylko są zwalniani z akredytacji, ale także dla cenionych prelegentów opłaca się hotel i podróż. Wtedy chyba wszystko jest okay?
Tryton: To robią ludzie "spadawanieni" przez błędną tendencję wywołaną istnieniem mnóstwa kieszonkowych konwentów zabiegających o obecność autorów. Porządne konwenty zatracają swój klimat, bo robi się podświadomy podział na mistrzów i padawanów.
Barra: Nie lubię tego, co mówisz. To są tendencje krańcowo egalitarne, dążenia do "temperowania" autorów, żeby czasem nie zadzierali nosa. Ja uznaję mistrzów w pisarzach, których lubię, i mam świadomość, że długo będę wobec nich "padawanił". Co mi wcale nie przeszkadza i jest oczywiste.
AZ: Oj, Tryton, podpadasz nie tylko mnie. Znam wiele poważnych konwentów, których organizatorzy nie będą zachwyceni nazywaniem ich imprez "kieszonkowymi". Chyba nic w tym złego, że zabiegają o obecność autorów. Chyba że robi się konwenty bez autorów albo takie, na których autorzy stanowią daleki rekwizyt w tle. Można wtedy spokojnie urządzać konkursy, turnieje i gry, bo nikt nie zawraca głowy.
Tryton: A ciebie cholera ciska?
AZ: W żadnym razie. Jak organizatorzy chcą zrobić konwent dla graczy, ich prawo, a jeśli znajdzie się sporo chętnych, to nawet ich obowiązek. Wolę rzadziej pojechać na spotkanie i odbyć ciekawą dyskusję w licznym gronie, niż mówić do kilku osób.
Kajka: Często zdarza ci się mówić do pustej sali?
AZ: Do pustej raczej bym nie mówił. Zwykle mam spore audytorium, nawet na konwentach zdominowanych przez graczy. Większość graczy dużo czyta, choćby po to, by mieć inspirację do gry. Ogólnie na frekwencję nie narzekam.
Kajka: Może sądzisz, że organizatorzy konwentów drenują kieszenie uczestników i gości, żeby samemu zarobić?
AZ: Nie wierzę w takie historie. Konwenty organizują pasjonaci, którzy znajdują satysfakcję w swojej działalności i są szczęśliwi, gdy bilans się zamknie. Poza tym uczestnicy konwentów, w ogóle fandom to naprawdę wspaniali ludzie, selekcja jest zdecydowanie dodatnia. Są nie tylko inteligentni, ale reprezentują poziom kultury, który jest balsamem na mą duszę. Doznaję oczyszczenia, gdy z poziomu tramwajowego chamstwa wkraczam na teren zaanektowany przez fandom. Małą stichprobą niech będzie fakt, że niemal nigdy nie słyszy się tam znaków przestankowych w rodzaju k....
Barra: Czy mogę cię zaprosić na konwent? Zamawiam ciekawą prelekcję.
AZ: Jasne! Co proponujesz?
Wrzesień 2007 |
BEZ CHEMII NIE MA ŻYCIA
Zaczepnie flirtują: Kiwaczek, Inhib, Monia Broni się i moderuje: Andrzej Zimniak
Kiwaczek: Jak to jest z tą chemią? Szkodzi czy pomaga?
AZ: I tak, i tak. Jak picie piwa, makijaż czy poranny seks.
Monia: Poranny seks? Oooch, jest jazzy, mnie pomaga...
AZ: Ale potem przez pół dnia nie możesz się skupić na pracy korporacyjnej sekretarki. Chodzi o to, że na jedno pomaga, na drugie szkodzi. Samo życie jest szkodliwe, wszak to śmiertelna choroba przenoszona drogą płciową, jak stwierdził Zanussi.
Inhib: Mam wrażenie, że się wykręcasz od poważnego pytania. Wiadomo, że chemia jest rakotwórcza, alergenna, w środkach spożywczych są kilogramy chemikaliów, jakieś śmierdzące E-415 i 624, a firmy farmaceutyczne produkują leki, które bardziej szkodzą niż pomagają. Nie mówiąc o tym, że wirus grypy zmutował od DDT i teraz dziesiątkuje ptaki. Na razie...
AZ: Chyba masz na drugie Kubuś z ksywką Fatalista. Weź pod uwagę, że średnia długość życia systematycznie rośnie, nie pracujemy tak długo i ciężko jak kiedyś, ogólnie zagrożenia są mniejsze. To raczej nie bierze się z trucia ludzi. Co do DDT, to nic mi nie wiadomo o jakichkolwiek mutacjach, natomiast jest faktem, że ten insektycyd uratował od śmierci miliony ludzi zagrożonych malarią, zapobiegając rozwojowi komarów. To prawda, że trudno ulega biodegradacji, ale w sumie przyniósł więcej pożytku niż szkód - takie jest moje zdanie.
Kiwaczek: Greenpeace nas cały czas straszy polichlorowanymi bifenylami i dioksynami, ale tak naprawdę nikt nie ma pojęcia co to znaczy - co się za tym kryje?
AZ: Po pierwsze: Greenpeace jest dziwną organizacją, skupiającą zarówno inteligentnych ludzi, starających się o utrzymanie równowagi między następstwami rozwoju cywilizacyjnego a stanem środowiska naturalnego, jak i ekowojowników, w sumie negujących prawo do korzystania z technologii przez współczesnego człowieka. Niestety, jako gatunek nie jesteśmy w stanie żyć poza cywilizacją technologiczną, więc postawy skrajne są ahumanitarne. Po drugie: nazwy "polichlorowane bifenyle" i "dioksyny" stały się hasłami, synonimem agresywnego zła reprezentującego niszczenie środowiska i zagrożenie życia. Otóż ku pokrzepieniu serc powiem, że jest to czubek góry lodowej - istnieje przynajmniej kilka tysięcy związków o zbliżonej toksyczności, które są w powszechnym użyciu. O nich się nie mówi, bo zwykły człowiek dostałby kociokwiku mózgowego - tamte dwa hasła w zupełności wystarczą. Trzecim, bardziej z obszaru biologii, jest żywność zmodyfikowana genetycznie.
Inhib: Sam widzisz, co się dzieje!
AZ: Poczekaj, jeszcze nie skończyłem. Dalej ku pokrzepieniu serc: jedną z tych wrażych substancji każdy przechowuje w swojej lodówce. Nawet mała plamka pleśni na dżemie lub pieczywie zwykle zawiera aflatoksyny, które są rakotwórcze. Jednak życie dawno by znikło z Ziemi, gdyby nie dysponowało świetnymi mechanizmami obronnymi - niewielkie ilości toksyn są w organizmie sprawnie neutralizowane. Zarówno tych naturalnych, jak i sztucznych. Teraz trochę o związkach hasłowych. Polichlorowane bifenyle (PCB) są doskonałymi cieczami transformatorowymi i płynami hydraulicznymi - są niepalne, chemicznie nieaktywne, trwałe, nie wywołują korozji. Są nawet zbyt trwałe, bo w środowisku mogą pozostawać niezmienione przez tysiące lat, podobnie jak DDT. Tyle że są - właśnie ze względu na obojętność chemiczną - tak naprawdę mało toksyczne, chyba że występują w dużym stężeniu. Poza tym mają zdolność migrowania w środowisku, a więc wszędzie można wykryć ich niewielkie ilości, podobnie jak ślady detergentów. Gorzej z dioksynami - to prawdziwe chemiczne zakapiory, genotoksyczne i mutagenne. Powstają jako produkt uboczny przy produkcji pestycydów i podczas niecałkowitego spalania chlorowanych tworzyw sztucznych, więc także przy spalaniu PCB. Ale przemysł chemiczny radzi sobie z tym problemem i nie puszcza ich do środowiska - chyba że zdarzy się wypadek. Co do wypadków - przypomnę, że w Polsce w wypadkach drogowych ginie corocznie ponad 4 tysiące ludzi. Nie słyszałem natomiast, by ktoś otruł się dioksyną.
Kiwaczek: No właśnie, polimery. Powiedz dokładniej o ich roli w naszym otoczeniu. Bo tak naprawdę nie zdajemy sobie sprawy jak jesteśmy od nich uzależnieni.
AZ: To prawda. Popatrz wokół siebie - co widzisz? U mnie jest tak: przed nosem mam monitor, obraz za taflą tworzywa sztucznego, obudowa także z tworzywa. Obok również z tworzyw: długopis, oprawki okularów, same soczewki, obudowa telefonu, stojak na papiery, obudowa i większość bebechów drukarki, obudowa telefonu. Dalej biurko, zrobione z trocin spojonych polimeryczną żywicą, pokryte drewnopodobnym laminatem. Na podłodze lakier - spolimeryzowana żywica epoksydowa. Laminat na okładkach książek. W szafie czapka z akrylu i lekkie palto z poliestru, spodnie z dodatkiem elastilu. Rzeczywiście na co dzień nie zdajemy sobie sprawy, na jak wielką skalę stosuje się tworzywa. Z nich robi się kadłuby jachtów, części silników, kadłuby samolotów. Są lekkie, a niektóre wytrzymalsze od stali.
Kiwaczek: Związki chemiczne pozwalają także konserwować żywność którą jemy, ubierają nas, chronią przed różnymi czynnikami. Powiedz coś więcej na ten temat.
AZ: Owszem. Powoli odchodzimy od konserwantów typowo chemicznych na rzecz naturalnych, np. do żywności dodaje się kwas askorbinowy (witaminę C) lub cytrynowy, które utrzymują odpowiednią kwasowość i nie dopuszczają do rozwoju mikroorganizmów. Opowiem ciekawostkę: naukowcy w Stanach przypuszczają, że długoletnie dodawanie do żywności kwasu benzoesowego i jego pochodnych skutkowało znacznym zmniejszeniem zachorowalności na schorzenia układu krążenia. Rzeczywiście, te związki, podobnie jak aspiryna, wykazują tego rodzaju korzystną aktywność biologiczną. Mają oczywiście też inne działania, np. podrażniają przewód pokarmowy. Dla mnie hitem kosmetologii chemicznej było wynalezienie filtrów ochronnych absorbujących promieniowanie w zakresie ultrafioletu. Nastąpił koniec oparzeń po ekspozycji na słońce i zyskaliśmy świetny środek profilaktyki przeciwnowotworowej, zwłaszcza wobec czerniaka.
Inhib: Wzrasta zachorowalność na raka i alergie. Chyba nie zaprzeczysz?
AZ: To fakt. W niektórych przypadkach nadmierna ekspozycja na czynniki rakotwórcze w połączeniu z wrodzonymi predyspozycjami może prowadzić do zachorowania. Tak działo się w fabrykach azbestu, podobnie "robią sobie dobrze" palacze tytoniu. Do końca nie wiadomo, jak duży wpływ na nasze płuca mają unoszące się w powietrzu tony pyłu ze stale ścieranych o jezdnie opon samochodowych. Przypomnę jednak, że pylica płuc jest chorobą zawodową rolników, żyjących w ponoć sielskim środowisku wiejskim. Podobnie z alergiami - część z nich wywołują nowe związki chemiczne, wprowadzane do środowiska, choć większość alergików kicha pod wpływem pyłków roślinnych. Innym źródłem alergii jest paradoksalnie... nadmierna higiena. Jeśli dziecko izoluje się od wpływów środowiska, nie zachodzi stopniowe przyzwyczajanie, lub inaczej - permanentna immunizacja. Gdy zaś nastąpi ekspozycja, bo kiedyś musi, mamy gwałtowną reakcję immunologiczną, czyli właśnie alergię. Ogólnie zachorowalność wzrasta, owszem. Nie tylko na raka, ale też panoszą się choroby układu krążenia, trawiennego, nerwowego. Jednak głównie wynika to wprost z wydłużenia życia, bo stuletni żywot to nie wszystko, należałoby jeszcze zachować jakość życia i sprawność ciała, jednym słowem - młodość. Jak w piosence: Wiecznie żyć i młodym być... Niestety, kamienia filozoficznego szukamy od dawna i jak na razie bezskutecznie.
Kiwaczek: Jak więc sądzisz - dobra to rzecz czy zła, ta chemia? Czy skala zagrożeń jakie ze sobą niesie jest dostatecznie rekompensowana przez zyski, jakie z niej mamy?
AZ: Wbrew twierdzeniom malkontentów jestem optymistą i wierzę, że pozytywy przeważają, i to zdecydowanie. Nie należy jednak zapominać, że każdy kij ma dwa końce i wszystko ma swoją cenę.
Grudzień 2007 |
HOMO FUTURUS
Zaczepnie flirtują: Margot, Remiz, Patrząca Broni się i moderuje: Andrzej Zimniak
Margot: Lubisz przepowiadać przyszłość?
AZ: Takie pytanie jest jak strzał z rusznicy na niedźwiedzie - nigdzie się nie schowasz, efektywność barona Münchhausena, kilka sztuk trafionych za jednym zamachem. Czy lubię? Gdyby złota rybka spełniła moje trzy życzenia, wybrałbym się w przyszłość odległą o sto, tysiąc i milion lat, żeby przywitać się z ludźmi z tamtych czasów i zapytać ich, co słychać. Przepowiadać - piękne określenie! Bo faktycznie znakomita większość prognoz pozostaje nietrafiona...
Patrząca: No to po co się męczysz?
AZ: Rozczarowujesz mnie, dziewczyno. Po co wcierasz w twarzyczkę tony kremu, odsysasz wiadomą tkankę, zwalczasz cellulitis? Wszak wiesz dobrze, że trud daremny.
Remiz: Ej, daruj sobie takie podchody. Lepiej powiedz, jaki sens widzisz w futurologii?
AZ: W drobiazgowej - żaden. W antycypowaniu technologicznych rozwiązań - też żaden. To się nie może sprawdzić z tego prostego powodu, że nie jesteśmy w stanie przewidzieć nowych wynalazków technologicznych, które stanowią zwrotnice dziejów. Ale ogólne trendy - owszem, wtedy prognozowanie może mieć sens. Człowiek od zawsze przejawiał aktywność na polach zdobywania środków (polowanie), powiększania stada (prokreacja) i ekspansji terytorialnej (pilnowanie domu, wojny). Trudno przypuścić, aby ta fundamentalna hierarchia dążeń nagle się zmieniła. Trzeba futurologizować historycznie, ot co. Należy sięgać nawet do paleohistorii, bo pewne wydarzenia, jak zmiany klimatu czy upadki asteroid, zachodziły cyklicznie od milionów lat, więc pojawią się znowu, prędzej czy później.
Margot: No właśnie, co nas czeka?
AZ: Jestem dobrej myśli - przed ludźmi długie, ciekawe życie. Będą tąpnięcia, katastrofy, ale one powinny jeszcze nas wzmocnić, bo zmuszą człowieka do maksymalnego wysiłku. Milion lat mamy jak w banku, a potem - następny.
Patrząca: Szafujesz tymi milionami, bo wiesz, że teraz nie przegrasz. Nikt nie może dowieść, że się mylisz.
AZ: Nie jestem wróżką, więc nie twierdzę, że z pewnością będzie tak czy inaczej. Stawiam prognozy według swojej wiedzy i przekonań, ale nie próbuję nikomu powiedzieć, że jestem nieomylny. Tym niemniej przypuszczam, że wiele z moich prognoz się ziści, zwłaszcza tych dotyczących trendów.
Margot: Czytałam w njusach, że wydajesz książkę z futurologią i opisujesz człowieka za milion lat? Ile będzie miał palców?
Patrząca: Ja ci powiem - siedem! Szósty do pukania w czoło, a siódmy do uprawiania seksu. Palec wystarczy, bo wszyscy będą z probówek, a urosną w macicach z bioorganicznego polietylenu. Mam rację, prekognisto od cellulitisu?
AZ: No jasne, przynajmniej jeśli chodzi o probówki. Ludzie już wkrótce zaczną się ulepszać, uszlachetniać, dodawać sobie wigoru, siły, urody, mądrości, talentów. Lekarze zabiorą się za gamety, żeby poprawić ich wyposażenie genetyczne, a jak już przygotują taki super zestaw, nie będą mieli serca żeby męczyć kobietę i wszczepiać jej to do macicy. Kobieta podczas ciąży przechodzi rewolucję hormonalną, tyje, psują jej się zęby, mdleje, chce pić wódkę albo rzuca się na kiszone ogórki. Trzeba ją chronić! Ha, myślę że większość kobiet odetchnie z ulgą - niech tę ciążę nosi ktoś inny! Niektóre pozostaną wierne naturze, ale tylko niektóre.
Patrząca: Nooo... nie wiem. Wydaje mi się, że wolałabym nosić dziecko między własną trzustką a wątrobą, ale również nie chciałabym paradować ze sflaczałym biustem. A ty, Margi?
Margot: Ja wcale nie chcę mieć dzieci. Poczekam, aż chłopy będą zdatne do rodzenia, niech zobaczą, jaka to frajda.
Remiz: Powiedz lepiej, co to za książka.
AZ: Ma tytuł "Jak NIE zginie ludzkość - prognozy naukowca i wizjonera", wydaje ją "Solaris", premiera: kwiecień 2008. Stanowi podsumowanie moich przemyśleń dotyczących prognoz wszelkiego zasięgu, od krótkookresowych do bardzo odległych czasowo. Starałem się nie wchodzić w fantastykę i chyba mi się udało - rozważania są uzasadnione naukowo, choć przyznam, że nieraz śmiało sobie poczynam. W miejscach, w których wyobraźnia wiedzie prym wobec science, wyraźnie to zaznaczyłem, żeby nikomu się nie pomyliło.
Remiz: Masz nadzieję, że ludzkość przetrwa? Mimo wzmagającego się efektu cieplarnianego, wycinania lasów tropikalnych, zanieczyszczenia, przyszłych wojen jądrowych, eksplozji demograficznej, wymierania gatunków? Co na to powiesz?
AZ: Nic nie powiem, bo dajemy sobie radę, podobnie jak dawaliśmy radę w przeszłości. Nie twierdzę, że wszystko było dobrze, chcę powiedzieć, że było wystarczająco dobrze, byśmy przeżyli jako gatunek i ocalili cywilizację. Tak było i będzie, a kasandryści w każdych czasach przepowiadali apokalipsę i nie przestaną przez nadchodzący milion latek.
Remiz: Reprezentujesz niepoprawny hurra-optymizm. Zupełnie jakbym słuchał reklamy pasty do zębów, po której odrastają zużyte trzonowce.
AZ: Są ludzie, którzy lubią słuchać malkontentów, bo czują się trochę jakby oglądali horror, inni odwrotnie: nie znoszą ponuractw i ponuraków. O gusta nie należy się sprzeczać, jednak najważniejsza jest logika wywodu, a tę starałem się zachować w każdym rozdziale, od pierwszego do ostatniego słowa.
Patrząca: Musisz jednak przyznać, że narobiliśmy w środowisku nieodwracalnych szkód. Jak tak dalej pójdzie, za kilkadziesiąt lat zostaniemy sami na gołej skale.
AZ: Rozumiem, że cytujesz truizmy ekowojowników. Przypominają mi się ostrzeżenia przeciwników kolei żelaznej, którzy twierdzili, że krowy przestaną dawać mleko, jak między pastwiskami przejedzie piekielna machina - parowóz. Dwa wieki temu pewien londyński futurolog wieszczył, że życie w mieście zamrze, gdy w następstwie błyskawicznego rozwoju transportu ulice wypełnią się aż po dachy końskim łajnem. Dziś modne jest załamywanie rąk nad szkodami, jakie człowiek czyni mateczce Gai. Jeszcze trochę konsekwencji i cała ludzkość powinna wstąpić do jakiejś nowej sekty Wschodzącego Słońca i popełnić se-puku, dopiero wtedy uwolniona Ziemia odetchnie i rozkwitnie.
Margot: Nie przeginasz, hombré?
AZ: Może trochę, dla kontrastu. Wiadomo, że człowiek jest w swojej niszy ekologicznej dominującym gatunkiem i "rozpycha się", ale to samo czynią obecnie małże w Wielkich Jeziorach czy dawniej czyniły króliki w Australii - i jest to normalne. Wiele gatunków żyje w biocenozie miejskiej i dopiero tam czuje się doskonale (gołębie, gawrony, sroki, małe gryzonie, niektóre owady - a podobno nawet i większe zwierzęta, miejska fauna jest bogatsza niż sądzimy). Człowiek tworzy nową homeostazę, ale to i tak się dzieje, zawsze jakieś gatunki dominują. I nic na to nie poradzę, żem taki zimny drań, ale naprawdę bardziej zależy mi na poprawieniu ludzkiego bytu niż na ocaleniu jakiegoś gatunku muszek tropikalnych, jeśli taki ma być wybór. Żeby nie było wątpliwości: wszelkie procywilizacyjne i prohumanistyczne postawy wyrażają się w działaniach wyważonych, preferują złoty środek i zdrowy rozsądek. Ale o takie stanowisko uprasza się wszystkie strony w dyspucie.
Marzec 2008 |
ATOM CZY SŁOŃCE?
Zaczepnie flirtują: Książę12, Ksigenia, Tango Broni się i moderuje: Andrzej Zimniak
Ksigenia: Jeśli chodzi o pozyskiwanie energii, to ja najbardziej lubię poranną kawę. I gorący prysznic.
Tango: A ja bym wolała pospać trzy godziny dłużej.
Książę12: No świetnie. Możemy zacząć od kawy: rośnie sama, bo słonko świeci, zachodzi fotosynteza i dopełnia się cykl Krebsa, i to mi się podoba. Czy człowiek nie może wszystkiego robić w sposób naturalny?
AZ: Kiedyś ludzie uprawiali ziemię zakrzywionym konarem i palili drewnem, to niewątpliwie było ekologiczne. Ale osobiście lubię swój komputer i nie chcę się go pozbyć, potrzebuję dwa razy dziennie łykać pigułki, i wolałbym nie chodzić piechotą do hiszpańskich Pirenejów, gdzie czasem spędzam wakacje.
Książę12: Dobrze wiesz, że chodziło mi o odnawialne źródła energii. Wszystko zaczyna się od Słońca, ono dostarcza energii nie tylko roślinom, ale też nierównomierne ogrzanie atmosfery powoduje wiatry, a z nich bierze się falowanie morza. Rzeki płyną, bo...
Tango: Nie przynudzaj z tą geografią. Już wiemy, że twój świat zaczyna się i kończy na Słońcu. A pomiędzy jest zielono od ekologii.
Książę12: My tu mówimy o poważnych sprawach!
AZ: Spokojnie, koleżanki i koledzy, dyskutujmy merytorycznie. Prawdą jest, że Słońce stanowi motor napędzający ziemskie życie, dostarczając mu ciągły strumień energii, w wyniku czego w relacji do jego wielkości rozwija się biosfera. Ale oto pojawił się taki jeden dwunożny z przerośniętym mózgiem i zbudował cywilizację. Do tego celu potrzebował więcej energii, więc zaczął spalać substancje organiczne i paliwa kopalne.
Książę12: I to był błąd!
AZ: Spalanie drewna, czyli biopaliwa, było wedle dzisiejszych norm ekologiczne. Natomiast spalanie węgla, ropy i gazu było równoznaczne z sięgnięciem do energetycznych rezerw, wyłączonych z bieżącego obiegu.
Książę12: Co wprowadziło do atmosfery dodatkowe ilości dwutlenku węgla i spowodowało efekt cieplarniany.
Tango: Nieprawda! Przedstawiasz sobą megalomana antropologicznego, co uważa, że człowiek może sterować klimatem. Człowiek nie jest w stanie zrobić rozsądnej prognozy pogody na jutro, a ty chcesz, żeby zmieniał temperaturę planety! Dobrze się czujesz w roli planetarnego super-macho?
AZ: Nie jest do końca wyjaśnione, czy obecne ocieplenie planetarne, które niewątpliwie ma miejsce, jest wynikiem procesów naturalnych, czy spowodował je człowiek. A może w pewnym stopniu partycypuje w tym procesie? Wśród naukowców nie ma jednolitej opinii na ten temat. Jest faktem, że Ziemia przeżywała już takie i znacznie silniejsze ocieplenia, a stężenie dwutlenku węgla w atmosferze osiągało wtedy wartości aż 5-ciokrotnie wyższe niż mamy dziś. A wtedy człowieka z jego technologią jeszcze nie było widać na horyzoncie. Dziś niektóre badania wskazują, że obecne ocieplenie zaczęło się na 80 lat przed epoką industrialną, a więc przed rozpoczęciem masowego spalania paliw, co może wskazywać raczej na naturalne przyczyny procesu.
Książę12: Jednak zdecydowanie przeważa pogląd, że należy ograniczać emisję dwutlenku węgla. Rządy większości państw podpisały protokół z Kioto.
Ksigenia: Pozwolisz, że ja ci to wytłumaczę, mości Książę. Tam, gdzie naukowcy wodzą się za łby, najczęściej chodzi o pieniądze. Tak było w przypadku wojny masła z margaryną - co lepsze? Lepsze, czyli forsa, szło do kieszeni producentów, a ci łożyli na dalsze badania. Rządy nakładają na przedsiębiorstwa wysokie kary za przekraczanie norm emisji CO2, więc opłaca im się obniżać progi. Zaś aby utrzymać korzystny trend, łożą na dalsze badania nad efektem cieplarnianym. A że naukowcy też ludzie, chcą z tych grantów skorzystać, najlepiej wielokrotnie.
Książę12: Sugerujesz naciąganie wyników?
Ksigenia: Tak bym tego nie ujmowała, raczej trzeba mówić o upolitycznieniu tematu. Ten problem od dawna istnieje w biologii: czy więcej jest cech nabytych, czy wrodzonych? Albo: jak manifestują się różnice genotypowe między rasami? Tematy śmierdzące na sto kilometrów polityką i polityczną poprawnością. Podobnie jest w dobrym tonie a priori mówić o niszczycielskim wpływie człowieka na klimat. Tego się już nie dyskutuje, to się przyjmuje w sposób dogmatyczny. Ja, podobnie jak Andrzej, nie mam jednoznacznej opinii o roli cywilizacji w globalnym ociepleniu, ale nie lubię dogmatów w nauce, gdzie każda teoria z założenia jest falsyfikowalna.
AZ: Brawo, Ksigenia! Zatrudniam cię od jutra na asystentkę. Gdybyś nie była kobietą, zaproponowałbym ci od razu etat starszej asystentki.
Ksigenia: Tak czy owak nic z tego, dobrze zarabiam w firmie margaryniarskiej, gdzie nieustająco szukam nowych dowodów na wyższość Świąt Wielkiej Nocy nad Bożym Narodzeniem.
Książę12: No dobrze, załóżmy że prawie wszyscy naukowcy się mylą i że nic nie wiemy na pewno. Jednak nic by nam nie zaszkodziło, gdybyśmy przestali zanieczyszczać atmosferę i wprowadzili zielone technologie pozyskiwania energii, czyli brali ją z alternatywnych źródeł. Takie elektrownie są czyste i nie zagrażają środowisku, bo wykorzystują energię wodną, wiatrową, falowania, pływów morskich, albo bezpośrednio promieniowanie słoneczne.
AZ: Niestety, to nie jest takie proste. Nie jest prawdą, że inwestycje w alternatywne źródła energii są obojętne dla środowiska. Budowa zapór wodnych niszczy lokalną biocenozę i stwarza zagrożenie katastrofą (każda tama w końcu pęknie), wiatraki są mało wydajne, więc ich zespoły zajmują duże obszary generując nieużytki, a także stwarzają realne zagrożenie dla ptactwa, poza tym gdzieś trzeba te urządzenia wytwarzać i konserwować, więc potrzebna jest fabryka. Elektrownie falowe zajmują duże przestrzenie na przybrzeżnych wodach morskich, ponadto łatwo ulegają uszkodzeniom podczas sztormów i wymagają intensywnej konserwacji (korozja). Produkcja fotoogniw także wymaga budowy wielkich zakładów przemysłowych i wprowadza do środowiska trujące metale ciężkie, podobnie jak wytwarzanie luster dla elektrowni słonecznych. Takie elektrownie zajmują dużą powierzchnię, którą trzeba wyłączyć z innych zastosowań. To wszystko należy wziąć pod uwagę w ogólnym bilansie; innymi słowy, do obsługi alternatywnego pozyskiwania energii trzeba zbudować osobny przemysł, i to zupełnie klasyczny. Poza wszystkim, energia uzyskana w taki sposób jest wciąż o wiele za droga.
Książę12: Zastosowanie biopaliw wspomoże alternatywne metody.
AZ: To jest jakieś rozwiązanie, ale pod uprawy bioenergetyczne należałoby przeznaczyć ogromny areał. Tu też trzeba działać ostrożnie, bo skok cen żywności w 2008 roku, np. ryżu i zbóż, w pewnym stopniu wynikał także z przekazania nowych obszarów pod bardziej opłacalne uprawy roślin stanowiących surowiec do produkcji biopaliw. W tych sektorach równowaga jest bardzo czuła nawet na małe zmiany, a weźmy pod uwagę, że na świecie dwa miliardy ludzi jest niedożywionych lub cierpi głód.
Ksigenia: Konsekwentnie zmierzasz do celu...
AZ: Po raz kolejny mnie zadziwiasz! Tak, uważam, że jesteśmy skazani na energetykę jądrową, czy tego chcemy, czy nie. Spalanie węgla wyzwala wiele innych zanieczyszczeń oprócz dwutlenku węgla, jak tlenki siarki (kwaśne deszcze), tlenki azotu, pyły, a nawet - w niewielkich ilościach - pierwiastki radioaktywne. Ponadto państwa "surowcowe" w coraz większym stopniu podbijają ceny, a także wykorzystują swoją pozycję do wywierania nacisków politycznych. Energetyka jądrowa jest o wiele "czystsza", a zaopatrzenie w surowiec łatwiejsze, bo trzeba go naprawdę niewiele.
Książę12: A Czernobyl? Składowanie odpadów radioaktywnych? Stałe napromieniowywanie ludności? Zanieczyszczenie cieplne środowiska?
AZ: Cytujesz slogany nie wiedząc, o czym mówisz. To jest właśnie nasza bolączka - społeczeństwo wie tak niewiele, że na wszelki wypadek krzyczy NIE! Podstawową edukację powinno się rozpocząć już dwadzieścia lat temu, poczynając od szkół. Teraz jest późno, ale może jeszcze nie za późno.
Tango: Więc jak jest z tym atomem?
AZ: To temat w sam raz na następną sesję.
Wrzesień 2008 |
|