Strony Andrzeja Zimniaka
Okładki: |
|
Covers:
|
Andrzej Zimniak Biogram
Pisarz, publicysta i naukowiec (chemik), ur. w 1946 r. w Warszawie. Wydał 13 książek: 8 zbiorów opowiadań, 3 powieści, zbiór esejów futurologicznych i poetycki tomik fraszek. Literacki debiut przypada na rok 1980 - pierwsze opowiadanie „Pojedynek” ukazało się w tygodniku Politechnik, dziś dorobek Zimniaka obejmuje blisko 80 opowiadań, mikropowieści i powieści. Ukazały się następujące pozycje książkowe: „Szlaki istnienia” (Nasza Księgarnia 1984, debiut), „Homo determinatus” (Wyd. Poznańskie, 1986), „Opus na trzy pociski” (Iskry, 1988), „Spotkanie z wiecznością” (Nasza Księgarnia, 1989), powieść „Marcjanna i aniołowie” (Wyd. Poznańskie, 1989), „Samotny myśliwy” (Alfa, 1994), „Klatka pełna aniołów” (Prószyński i S-ka, 1999), „Łowcy meteorów” (Sorus, 2000), „Śmierć ma zapach szkarłatu” (Fabryka Słów, 2003), powieść „Biały rój” (Wyd. Literackie, 2007), zbiór esejów futurologicznych „Jak nie zginie ludzkość” (Solaris, 2008), tomik poetycki „Fraszki rubaszne” (Solaris 2012) oraz powieść „Władcy świtu” (Rebis, 2014). Ponadto zbiór 9 opowiadań „Au bout sera le Verbe” (Na końcu będzie słowo) ukazał się w przekładzie francuskim (TheBookEdition.com PH, 2010) w wersjach elektronicznej i drukowanej. Opowiadania Zimniaka znalazły się także w 15 antologiach, spośród których 13 ukazało się w Polsce, a 2 w USA i Czechach, prezentując w tłumaczeniach utwór „Klatka pełna aniołów”. Jego utwory ukazywały się w czasopismach również w jęz. białoruskim. Ukazały się także wznowienia wcześniejszych utworów, w tomach „Rzeźbiarze o poranku” i „Pęknięty dzban” (oba w Solaris, 2015), „Klatka pełna aniołów” jako audiobook (Storybox.pl - Heraclon International, 2015), oraz dwa e-booki (zbiory) w BookRage: „Randka z Homo sapiens” (2013) i „Klatka pełna aniołów” (2014). Laureat nagród literackich, m. in. miesięcznika „Fantastyka”, Polskiego Stowarzyszenia Miłośników Fantastyki oraz klubu SFAN; za opowiadanie „Klatka pełna aniołów” otrzymał w 1995 r. nominację do Ogólnopolskiej Nagrody im. Janusza Zajdla. Od roku 1991 r. członek Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. Pomysłodawca i animator Nagrody Literackiej im. Jerzego Żuławskiego (od 2008 r. do chwili obecnej). Autor ponad 100 esejów, artykułów i felietonów popularnonaukowych, publikowanych w prasie i czasopismach. Zakres tematyczny: prognozowanie rozwoju, zagrożenia cywilizacyjne, genomika, odżywianie jako profilaktyka prozdrowotna, zagadnienia związane z upowszechnianiem nauki, rola słowa w cywilizacji obrazkowej, humorystyczna groteska. Wygłosił ponad 150 wykładów popularyzatorskich i futurologicznych. Naukowiec i nauczyciel akademicki, uczestnik kilku badawczych stażów zagranicznych w USA, m. in. w Cornell University. W dziedzinie nauk chemicznych autor ponad 40 oryginalnych artykułów naukowych ogłoszonych w anglojęzycznych czasopismach i patentów, a także ponad 50 komunikatów z własnych prac badawczych, w większości przedstawianych na międzynarodowych konferencjach. Laureat nagród za osiągnięcia naukowe. Od 1997 roku do dziś współorganizator Festiwalu Nauki w Warszawie, pomysłodawca i redaktor książki „Inżynieria genetyczna - u progu nowej ery” (CUN PAN, Warszawa 2000). Zimniak twierdzi, że świat jest zbyt ciekawy, żeby poprzestawać na jednym zajęciu, stąd jego zainteresowania: pisarstwo, nauka, publicystyka, fotografia, podróże, nurkowanie i eksploracja wulkanów. Chętnie rozmawia z ludźmi, którzy potrafią nie tylko mówić, ale także słuchać. Więcej informacji i dane kontaktowe na stronie autora: „http://zimniak.art.pl/”.
Dane aktualizowane w grudniu 2015
Patrz też:
|
|
![]() |
Gawęda autobiograficzna Tekst jest sukcesywnie pisany i uzupełniany. Ostatnie słowo dodano 19.10.2005
Pisarskie początki | Życiorys rozgadany | Ameryka | Podróże | Rekordy i sport | Jak stałem się wirtualny |
|
|
|
Pisarskie początki
Jak to się zaczęło? Mam na myśli swoje pisarstwo - czy ktoś mnie przyuczał, świecił przykładem, a może były jakieś rodzinne tradycje? Nic z tych rzeczy, nie przypominam sobie, aby ktokolwiek kiedykolwiek pchał mnie na drogę zaczerniania papieru. Matka była biochemikiem, ojciec prawnikiem, oboje spokojni, normalni ludzie, bez specjalnych pasji czy namiętności - wyjąwszy swój związek, bo kochali się tak mocno, wiernie i pięknie, że nie znam drugiej takiej pary. Owszem, dziadek, nauczyciel, rozmiłowany był w naukach ścisłych, konstruował ze mną teleskopy i silniczki z magnesów i spinaczy, a fantazję miał, bo trzymał motocykl marki SHL w sypialni (gwoli sprawiedliwości trzeba dodać, że były to czasy wczesno-powojenne). No tak, za to brat matki okazał się już całkiem szurniętym artystą: malarz abstrakcyjny, fotografik i zawzięty kobieciarz. Otóż to - geny, geny i jeszcze raz te cholerne błogosławione geny - jestem przekonany, że 95% cech i predyspozycji dziedziczymy. Co prawda poza sobą nie znam żadnego pisarza ani poety w rodzinie (z jednym wyjątkiem, lecz cioteczka uosabia raczej chciejstwo), ale artystów i oryginałów kilku było. Czyli w tej loteryjce genów, którą biolodzy nazywają zapłodnieniem, mejozą, czy jeszcze jakoś inaczej, przypadła mi kombinacja typu pisarskiego. Więc jestem i zaczerniam papier, a raczej zapełniam dyski. Nigdy nie lubiłem gadać, stokroć wolałem pisać. Moja wychowawczyni w szkole podstawowej twierdziła, że wiem sporo, ale nie potrafię tego sprzedać - wywoływany do odpowiedzi bąkałem coś pod nosem, za to lubiłem wypracowania. Do dziś pamiętam, jak mieliśmy opisać na lekcji - była to niespodziewana kartkówka! - czytankę o radzieckich bohaterach na Szpicbergenie, którzy uratowali postrzelonego w rękę kolegę, a ich łódki o mało nie wywrócił poszukujący rozbitków statek. Pisałem pełen potężnego strachu i byłem pewien, że płodzę jakieś bzdury. Pani zebrała, przeczytała i zaczęła... ode mnie. "Zimniak, mam ci coś do powiedzenia", stwierdziła, tocząc nieprzeniknionym wzrokiem. Zdrętwiałem i zacząłem chować się pod ławkę. "Twoje wypracowanie jest" - zawiesiła głos - "najlepsze! Ho, ho, masz pióro, ho, ho!" A ja chciałem schować się jeszcze głębiej, do kasetki, ale miejsca było trochę za mało. I tak to się zaczęło. W szkole średniej, zwłaszcza pod koniec, moje prace były wyróżniane, wtedy też zacząłem pisać opowiadania. Oczywiście do szuflady, bo przez myśl mi nie przeszło, żeby coś takiego publikować, czyli robiłem odwrotnie, niż młodzi czynią dziś. Teraz oczywiście potrafię zracjonalizować swoje postępowanie: uważam, że dla młodzieńczych utworów najlepszym miejscem jest kosz na śmieci, ponieważ zawarte jest w nich wyłącznie książkowe doświadczenie. Co innego, jak pisarz posmakuje życiowego pejcza na własnej skórze. Jasne, że istnieją wyjątki (kiedyś jakaś młoda zdolna poetka powiedziała, że niektórym wystarczy zjeść łyżkę zupy, aby poznać jej bukiet smaków), ale przypuszczam, że każdy wyjątek osiągnąłby więcej, gdyby obficiej czerpał z własnych przeżyć. O czym pisałem w tych szczenięcych latach? Pamiętam historię kryminalną, w której genialny student matematyki rozwiązuje zagadkę zbrodni, popełnionej przez robota usługującego do stołu. Błąd konstrukcyjny, czy bunt sztucznej inteligencji? Tę kwestię pozostawiłem otwartą, i to było najlepsze w tej historii. Inne opowiadanie, bardzo rozwlekłe, opisywało podwodne przygody na Nikobarach, była tam jakaś podmorska starożytna świątynia, skarby, klątwa bogów... No i, oczywiście, prowadziłem pamiętnik, w którym straszliwie narzekałem na nauczycieli, kolegów (istnienie koleżanek dopiero przeczuwałem), na rodzinkę i cały świat. A ponieważ aż takim malkontentem w rzeczywistości nie byłem, przypuszczam, że większość swoich żalów odfiltrowywałem od codziennego życia właśnie dzięki tym pamiętnikom. Poza tym sporo malowałem, rysowałem, a także pisałem wiersze, ale któż ich w tym wieku nie pisał? Niektóre obrazki rokowały nieźle, wierszydła były zdecydowanie do niczego - może z wyjątkiem jednego, też słabego, ale za to wzruszającego, pisanego dla pewnej Joli, w której kochałem się na zabój, ale nigdy z nią o tym nawet nie porozmawiałem! - a te opowiadania... Nie, wolę nie wypowiadać się na ich temat. Ale Joli należy się akapit. Po maturze poczułem zew krwi i zacząłem jej szukać - bezskutecznie. Po roku udałem się do dawnej szkoły, gdzie dziewczyna powtarzała maturę, ale, o ile pamiętam, pod drzwiami czekał jej chłopak. Po latach, jak już byłem żonaty i dzieciaty, sprowadzałem jakiś lek zza granicy - wtedy prosiło się o przysługę stewardessy, wręczając im dewizy, a one wyliczały się co do feniga czy centa - była to droga półoficjalna, nawet celnicy z automatu zwalniali towar z cła. I co widzę? Moja Jola ślicznie wygląda w stroju stewardessy! Osłupiałem, ale szybko odzyskałem język i przedstawiłem się, lecz ona też poznała mnie od razu. Byłem pełen nabożnej czci, ale ona rozmawiała zdawkowo, w tym czasie podszczypując się z pilotem. Przy odbiorze lekarstwa rozmowa była równie oficjalna, i tak żeśmy się rozstali. Niedługo potem zginęła w katastrofie Iła 62, bo latała na linii transatlantyckiej do Stanów. Ja też leciałem na tej trasie tym samym Kopernikiem, ale miałem więcej szczęścia. Wróćmy do pisania. Po maturze była przerwa, bardzo długa. Rozpocząłem studia chemiczne, trudno było przestawić się na zupełnie inny styl nauki, życia i, w jakimś stopniu, bycia dorosłym. Stres i wysiłek nie pozwoliły na pisanie, bruliony poszły w kąt. Ogólnie rzecz biorąc do dziś u mnie warunkiem rozpoczęcia pisania jest stan lekkiego znudzenia - wtedy reflektor kieruje się do wewnątrz. W tamtych czasach nie było kiedy się ponudzić, studiowanie dopiero na piątym roku stało się przyjemnością. Poza tym intensywnie nadrabiałem zaległości szkolne: na pierwszym roku dosłownie rzuciłem się na płeć piękną, co, jak powszechnie wiadomo, zawsze kończy się brakiem czasu na wszystkie inne aktywności. Tak więc nieśmiałe próby pisarskie powziąłem ponownie dopiero koło 1974 roku, kiedy byłem już niemalże doktorem chemii, a także szczęśliwym ojcem półtorarocznej Martusi. Próby te pod względem warsztatowym niewiele, a właściwie wcale nie odbiegały od poziomu Tajemnicy Nikobarów, ale muszę przyznać, że zacząłem szybko doskonalić pióro. Niestety, młody pęd znów usechł, kiedy po obronie pracy doktorskiej wyjechałem na półtoraroczne stypendium do Stanów - tam nie było mowy o jakiejkolwiek twórczości, spisywałem tylko swoje wrażenia z pobytu na obczyźnie, a poziom tych tekstów przedstawiał wiele do życzenia. Wróciłem do kraju w 1978 roku jesienią i do Bożego Narodzenia nabierałem tchu, a w następnym roku machnąłem 17 opowiadań, wśród których sporo jest takich, których nie wstydzę się po dziś dzień, m. in. debiutancki Pojedynek. W roku 1980 napisałem tylko 8 utworów, za to dłuższych, a potem już poszło jak należy. Po prostu zawsze lubiłem pisać, cechą mojego charakteru było gadulstwo epistolarne, i ta przypadłość pozostała mi do dziś. I to by było tyle na temat literackiej inicjacji.
Życiorys rozgadany
Komuś z zewnątrz może się zdawać, że na zmianę zdradzam naukę z literaturą i literaturę z nauką. Naprawdę jest zupełnie inaczej, bo one znakomicie się uzupełniają: humanistyczna percepcja z pożytkiem powściągana jest przez ścisły rozum, z drugiej zaś strony cywilizacyjna kontemplacja nie daje rozumowi zasklepić się w sztywnych formułach. Inaczej można powiedzieć, że nauki ścisłe pozwalają badać świat metodą analityczną, natomiast literatura daje szansę na filozoficzną syntezę i uogólnienie. Czasu też sobie te dwie miłośnice zanadto nie wydzierają, bo przy fantastyce odpoczywam od chemii, i odwrotnie. Każdy powinien mieć taki wentyl bezpieczeństwa, żeby odciążyć się od czasu do czasu, inaczej prędzej czy później trafi go neuroza, a w najlepszym przypadku alkoholizm. Można powiedzieć, że urodziłem się w gruzach powojennej Warszawy, bo w roku 1946. Szkoły nie lubiłem, bo trzeba było zakuwać, a rówieśnicy przypominali stado dzikich psów dingo. Najlepiej czułem się na lekcjach zwanych wychowaniem fizycznym i nawet podobno byłem asem sprinterskim - niestety, dosyć szybko wyrosłem z tego talentu. Gry zespołowe ledwie tolerowałem, najwidoczniej od zawsze nosiłem w sobie skłonności do indywidualizmu. Na drugim miejscu stawiałem biologię, pewnie dlatego, że miałem sympatyczną i ładniutką nauczycielkę (ach, te uczniowskie sympatie!). W wyższych klasach zdecydowanie preferowałem lekcje polskiego, pewnie dlatego, że były doskonale prowadzone. Chowając skromność na kiedy indziej mogę stwierdzić, że pisanie wychodziło mi nieźle od kiedy nauczyłem się stawiać pierwsze kulfoniaste litery, nauczycielki cmokały i chwaliły. Gorzej było z mówieniem - jak już wyżej wspomniałem, niechętnie mieliłem jęzorem i tak to już zostało, czego naprawdę nie żałuję. Studia chemiczne ukończyłem w Politechnice Warszawskiej, doktorat z chemii uzyskałem tamże. Potem jeździłem trzykrotnie na staże naukowe do USA, gdzie w sumie spędziłem ponad dwa lata. Obecnie pracuję jako adiunkt na Wydziale Farmaceutycznym Akademii Medycznej w Warszawie, uczę studentów podstaw chemii fizycznej i spektroskopii, prowadzę badania nad strukturą związków organicznych. O mojej "przygodzie z nauką" piszę w innym miejscu, a na stronie dotyczącej mojej chemicznej profesji podaję życiorys naukowy. Teraz kilka słów o genezie tej Gawędy. Miałem szerokie plany - chciałem zamieścić w sieci opowieść-rzekę, spisać swoje wszystkie życiowe wrażenia, poprzeplatać dygresjami o świecie, a te podlać sosem opinii o nauce, medycynie, historii i kobietach. Owszem, w moim wieku ma się już ciągoty do historii, zarówno własnej, jak i rodowej czy światowej. Wszystko prawidłowo, ale po wstępnych przymiarkach wyszło na jaw, że przy takim skrybowaniu niewiele czasu by pozostało na literaturę, której czynne uprawianie cenię sobie najbardziej, a także na publicystykę, na prace naukowe, a także, last but not least, na zarabianie na kieliszek chleba. Tym bardziej, że internet szczyci się darmową wymianą informacji, co jest fajne, ale ubrania za to nie kupisz, ani na urlop nie pojedziesz, ani żony nie zadowolisz. No więc postanowiłem rzecz załatwić kompromisowo: nie robię osobnej strony, ale skromnie doczepiam Gawędę, zredukowaną do rozsądnych rozmiarów, do życiorysu, jako jego swobodne rozszerzenie. Nie, chyba nigdy nie popełnię książki na tematy biograficzne, nie jestem aż tak genialny lub aż tak skandalizujący, aby tłum rzucił się do czytania. A dla tych, którzy zechcą poprzeglądać wspominki outsidera, zupełnie wystarczą tutaj zamieszczone historie. Czyli będą to luźne opowieści, dopisywane, uzupełniane i zmieniane na bieżąco.
Ameryka
Zacznę od Ameryki, bo tam przeżyłem swoją pierwszą wielką przygodę ze światem. Życie płynie jak potok - są w jego nurcie głębie i płycizny, prąd rwie na bystrzynach i leniwie meandruje w mulistych zakolach, woda raźno faluje nad jasnym dnem lub żmudnie przeciska się przez trzciny czy uroczyska. Ktoś opowiadał mi, że w Armenii na nagrobnych kamieniach wyryte bywają napisy: "żył dwa lata" albo "umarła przed narodzeniem", co wcale nie znaczy, że ów pierwszy delikwent zszedł był dzieckiem, a druga padła ofiarą aborcji. Znaczy to na przykład, że ów mężczyzna, który zmarł w słusznym wieku lat 70, tylko przez dwa lata robił, co kochał, a mianowicie zajmował się końmi, natomiast kobieta została babuszką, nigdy nie zaznając prawdziwej miłości. No właśnie - moją życiową bystrzyną, albo okresem radosnego dziwienia się, był pierwszy, półtoraroczny pobyt w USA. Mogę powiedzieć, że ów wyjazd zrealizowałem działając politycznie - po raz pierwszy i zapewne ostatni w życiu, bo zawsze byłem i jestem denerwująco prostolinijny. Mój ówczesny szef w 1976 roku odmówił mi wyjazdu na konferencję, co przyjąłem ze zbolałą miną, ale bez wchodzenia na kolizyjny kurs. Zaniedługo poszedłem do niego i z głupia frant spytałem, czy mógłbym pojechać na zagraniczne stypendium. Pytanie takie było sensowne tylko w kontekście świeżo obronionego doktoratu, we wszelkich innych aspektach jawiło się jako absurdalne, zwłaszcza w tamtych czasach realnego socjalizmu. Ale szef połknął haka. Bez pośpiechu odstawił filiżankę po kawie i rozpoczął misterium zapalania papierosa, a na jego posągową twarz wypełzł uśmiech mający wyrażać troskę, a tak naprawdę maskujący uczucie politowania. - A ma pan zaproszenie? - zagadnął. - Nie - skłamałem bez mrugnięcia. W rzeczywistości tkwiło w kieszeni jak naładowana spluwa. Dziś ta sytuacja może wydawać się co najmniej dziwna - facet ma w garści zaproszenie na post-doc z wymienioną sporą miesięczną gażą, a mizdrzy się przez szefem jak dziewica przed ginekologiem. Starsi wiedzą, ale młodszym trzeba wytłumaczyć: to były takie czasy, w których szef i kadry wspólnie podpisywali nie tylko pozwolenie na delegację zagraniczną, ale nawet podanie o prywatny paszport na prywatny urlop! Poza tym służbowa delegacja na staż dawała spore korzyści, miejsce pracy w kraju nie tylko czekało, ale jeszcze płaciło całą pensję, a fiskus nie interesował się zagranicznymi dochodami. Były więc powody do politykowania. - Panie Profesorze - kontynuowałem prosząco, przygarbiwszy się na tyle, żeby sięgać mu najwyżej do ramion - może jednak Pan... przez swoje znajomości... - Nie, panie kolego. - Wszedł mi zdecydowanie w słowo. - Moje znajomości już się pokończyły, niech pan policzy, ile lat temu wróciłem ze Stanów. Sam musi pan się postarać. - No tak, ale nie bardzo wiem, jak... Szef rósł i rósł, aż przestraszyłem się, że rozsadzi nie tylko drewniane przepierzenie, ale i grubaśne mury budynku. Przy takiej posturze wspaniałomyślność przychodzi bez trudu, zwłaszcza jeśli przy okazji można zatrzeć złe wrażenie, powstałe po odmowie udziału w konferencji naukowej. - Panie kolego - zagrzmiał - niech pan się stara. Resztę proszę zostawić mnie. - Aha. Więc jeśli uda mi się zdobyć to zaproszenie, jest jakaś szansa? - Ależ nie. Wtedy po prostu pan pojedzie. Odczekałem miesiąc, nie dłużej, bo tyle trwało załatwienie oficjalnych formularzy. Stary mienił się na twarzy, oglądając papier, po amerykańsku złożony na trzy. A po 2 miesiącach już lądowałem w Nowym Jorku. Byłem wtedy w wieku chrystusowym, miałem 30 lat. Silny, zdrowy, tuż po obronie pracy doktorskiej, z biletem do Ameryki w kieszeni i z mnóstwem planów w głowie, gotów byłem zawojować świat. Wyznawałem wtedy zasadę, że nie ma rzeczy niemożliwych i niedosiężnych celów, pod warunkiem, że człowiek wykaże dostatecznie silną motywację i konsekwencję w dążeniu do nich. Plany miałem oczywiście naukowe; pamiętam, jak z kolegą rozważaliśmy sposoby rewolucyjnego ulepszenia metody diagnozowania stanu organizmu na podstawie analizy obrazu dna oka, a także planowaliśmy otrzymanie substytutu krwi, który mógłby przenosić tlen równie dobrze jak hemoglobina (a może nawet lepiej!). Jak widać, nie ograniczaliśmy się do specjalności chemicznych, planowaliśmy interdyscyplinarnie. Tak, to był bardzo piękny stan, w którym się wówczas znajdowałem, ale "młodość to przypadłość, z której się wyrasta", jak kiedyś stwierdził Lech Jęczmyk. Marzenia powoli blakną i nikną w konfrontacji z coraz bardziej uciążliwą rzeczywistością, wypełnioną rozwiązywaniem zwykłych problemów, zarówno zawodowych (np. naukowych, w rodzaju napisania odpowiedniej liczby publikacji na rok, albo zgoła niemerytorycznych, jak walka o stołki), jak i życiowych (finansowych, międzyludzkich, małżeńskich, zdrowotnych itp.). Udziałem niewielu jest podążanie szlakiem do Wielkiego Odkrycia - do tego nie tylko trzeba mieć wybitny umysł, wygrany na loterii genów, ale kandydat musi także znaleźć się w odpowiednim miejscu i czasie pośród odpowiednich ludzi. Jak w pobliżu jest Genialny Mistrz i świetny zespół, można zajść daleko. Jasne, że ci szczególnie wytrwali poszukują takich Mistrzów i wszelkimi sposobami starają się dostać do ich zespołów. Ja jednak byłem wniebowzięty, że udało mi się wyfrunąć zza żelaznej kurtyny w szeroki świat, i że jeszcze ktoś chciał mi płacić co miesiąc tyle, ile w PRL-u zarabiałem przez 4 lata! (takie były przeliczniki, ale niestety większość trzeba było wydać na miejscu). Mogę się założyć, że niewielu z was w takiej sytuacji rozglądałby się za czymś jeszcze lepszym.
Podróże - europejskie i niezrealizowane
Napodróżowałem się po świecie, mogę chyba śmiało nazwać się globtrotterem. Byłem niemal we wszystkich krajach Europy, a więc (głęboki oddech): w Anglii, Holandii, Belgii, Danii, Szwecji, Norwegii, Finlandii, Niemczech, Francji, Hiszpanii, Portugalii, Czechach, Słowacji, Chorwacji, Słowenii, Bułgarii, Grecji, Austrii, Włoszech, San Marino, na Węgrzech, w Rumunii i Szwajcarii. Ponadto dotarłem do Izraela, Wysp Kanaryjskich (goegraficznie należących do Afryki), Islandii (skąd bliżej do Grenlandii niż Europy) oraz do USA. W Rosji i poradzieckich państwach nie byłem i jakoś tam mnie nie ciągnie. Również niechętnie myślę o Indiach, Meksyku (właściwie Meksyk też zaliczyłem, bo kąpiąc się w rzece Rio Grande postawiłem stopę na drugim brzegu, rozglądając się, czy ze śrutówki nie trafi mnie jakiś gaucho), Japonii, Chinach i Afryce (z wyjątkiem RPA, bo tam bym się chętnie wybrał, ale do tej, której już nie ma, czyli rządzonej przez Białych). Trudno wytłumaczyć, dlaczego - chyba ze względu na przepaść kulturową, prymitywizm, odmienność od cywilizacyjnych standardów, które sobie ustaliłem, a także wyświechtaną pseudoegzotykę zarówno geograficzną, jak i kulturową. Tak to bardzo subiektywnie widzę. Chętnie natomiast odwiedzę Hawaje (wulkany!), wybiorę się na Morze Czerwone (nurkowanie na rafach koralowych), pożegluję po wyspiarskiej Grecji, dokładniej spenetruję norweskie fiordy. Wspaniały będzie także rejs po wodach Oceanii, który rozpocznę po eksploracji Nowej Zelandii. Tak to u mnie jest: marzenia niepostrzeżenie zamieniają się w plany, a te należy urzeczywistniać, działając spokojnie, lecz konsekwentnie. Nostalgia przestrzeni - tak bym nazwał swoją namiętność. Lubię tory kolejowe i pędzące dokądkolwiek pociągi, a jeśli w odwiedzanej przeze mnie nadmorskiej miejscowości jest port, niechby był zamulony i cuchnący, mimo wszystko muszę pomedytować przez godzinę na jego nabrzeżach i falochronie. Widok lądujących i startujących samolotów też prowokuje wyobraźnię do wymyślania światów, z których te maszyny przybywają lub do których dotrą prędzej niż zjesz obiad i popijesz piwem. Nie ulega kwestii, że te początki szlaków są bramkami czasoprzestrzennymi do rzeczywistości równoległych i stanowią doskonały punkt wypadowy dla wyobraźni. Ekscytują mnie rozległe przestrzenie - lubię widoki morskie, krajobrazy widoczne z górskich szczytów, a rozgwieżdżone niebo przyprawia mnie o transcendentną oniemiałość. Rzecz jasna, że wszędzie tam bym się wybrał, nawet w kosmos, chociaż jest oczywiste, że znacznie łatwiej i przyjemniej się go opisuje niż eksploruje.
Rekordy i sport
W tym odcinku będzie o sporcie, a najpierw o rekordach Zimniaka. Niestety, nie mam złotego medalu w żadnej konkurencji, za to przypominam sobie kilka własnych rekordów, o czym dalej. Zapamiętałem trzy pochwały moich osiągnięć sportowych. Jak miałem sześć lat, jakaś babcia lubiła obserwować, jak biegam. Mówiła na zmianę: no, pobiegnij jeszcze, chłopczyku, tam do końca alejki. A za chwilę: nie biegaj tak szybko, uważaj, dziecko, bo to szkodzi na serce. A ja lubiłem biegać, zawsze wyprzedzałem rówieśników, a powietrze wspaniale świszczało mi koło uszu. Drugą pochwałę dostałem w szkole od nauczyciela wychowania fizycznego, który prorokował mi udział w olimpiadzie w Mexico City, pod warunkiem, że wezmę się ostro za trening. Miałem czternaście lat i ani mi w głowie było trenowanie, ale za rok o mało nie zdobyłem miejskiego mistrzostwa młodzików - szanse były spore, lecz trochę zbagatelizowałem sprawę, rozglądałem się ciekawie z dołków startowych i źle wystartowałem. Jednak falstartu nie odwołano i już nie dałem rady nadrobić tych dwóch straconych metrów. W wieku lat szesnastu wciąż byłem cholernie szybki, wygrywałem wszystkie biegi, w których startowałem, na dystansach od 60 do 3000 metrów. Pamiętam, że robiłem sobie zgrywy: koledzy startowali do sprintu, a ja pozostawałem na mecie aż dotarli do trzeciej części dystansu, potem zrywałem się do lotu, powietrze raptem stawało się gęste, a ja bez trudu wyprzedzałem towarzystwo i dopadałem do mety na kilka metrów przed pierwszym "szybkobiegaczem". Albo ścigałem się ze swoim kumplem: ja biegłem tyłem, a on normalnie. Oddalał się dość wolno, więc mogłem obserwować, jak na jego twarzy odciskają się w równym stopniu heroiczny wysiłek i złość. Wtedy, gdy miałem szesnaście lat, osiągałem także niezłe rezultaty w skokach wzwyż i w dal, a gdy przy jednym z nauczycieli w ciągu kilku minut nauczyłem się stać na głowie, spontanicznie nazwał mnie geniuszem sportowym, i to była trzecia z pochwał, jakie anonsowałem na wstępie, i zarazem ostatnia. Oczywiście grubo przesadził, bo np. nigdy nie potrafiłem zrobić porządnego mostka, nie posiadłem umiejętności gier zespołowych ani sztuki walki. Owszem, chodziłem na kurs judo, ale ani tego nie lubiłem, ani specjalnie nie byłem w tym dobry. Zdecydowanie wolałem rzucać innych niż sam być rzucany, więc wypisałem się po pół roku. Z innych sportów, które uprawiałem i nadal uprawiam, warto wymienić pływanie. Oczywiście nie wyczynowe, nigdy nie ścigałem się w wodzie - może dlatego, że pływam powoli i nie miałbym szans z większością "crawlistów". Więc dlaczego mówię o sporcie? - spyta wyczynowiec albo nałogowy oglądacz zawodów. No właśnie - trochę inaczej pojmuję sport, który w moim rozumieniu ma dawać frajdę, ale tylko częściowo biorącą się z wysiłku fizycznego. I ma być indywidualny, dla każdego, a nie tylko dla wyhodowanych w siłowniach i karmionych hormonami atletów. Czyli właśnie pływanie, nurkowanie, windsurfing, wyprawy piesze - szczególnie górskie, narciarstwo, lotniarstwo, itd. Chyba wiadomo, o co mi chodzi. Szkoda, że nie ma mody na lokalne, np. dzielnicowe zawody lekkoatletyczne, w których każdy mógłby spróbować swoich sił. Może warto obejrzeć się na starożytnych Greków? Wielu obywateli miałoby motywację do dbania o kondycję, istniałby przykład rywalizacji fair play, a bojowa energia, wyzwalana dziś w stadionowych burdach, chociaż częściowo znalazłaby ujście w bardziej sportowych zmaganiach. A więc - pływanie. Porządnie pływać nauczyłem się w Bułgarii, dokąd jeździło się w czasach realnego socjalizmu po pogodę, owoce i kąpiele w ciepłym morzu. Koszty urlopów nad Morzem Czarnym i Bałtykiem były porównywalne, więc w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych rokrocznie udawaliśmy się na czarnomorskie wybrzeże. Teraz klimat tam się popsuł, sporo pada, ale nikogo nie chcę odstraszać, bo woda wciąż jest ciepła, a ceny - naprawdę niewygórowane. Pływanie jest dla mnie misterium, jak dla innych medytacyjna hatha yoga. Woda doświadcza boleśnie przy pierwszym wejściu, co oznacza katharsis, oczyszczenie. Za drugim i trzecim razem przyjmuje łagodnie, jak chętna kochanka, aby za czwartym dać ostrzeżenie - wtedy żywioł staje się ziarnisty, wyczuwa się jego ostrą fakturę, przydusza ciężarem i wlewa go w ramiona, a powietrze opornie przeciska się do płuc. Ale przy pierwszym zanurzeniu nic z tych rzeczy, woda wzbudza energię, chłosta lodowatym biczem, zmusza do szybkich ruchów, aż do zadyszki. Potem płynę coraz wolniej, następuje koordynacja ruchów i oddechu, wyciszenie. Czuję przyjemny wysiłek ciała i dotyk śliskiej masy wody, unoszącej mnie na grzbietach fal i pozwalającej na spokojny zjazd w doliny, skąd widzę tylko wyniosłe morskie stoki i niebo. Obserwuję własny cień na żółtozielonym dnie, pełznący za mną jak wodny zwierz. Gdy wydostaję się na głębszą wodę, dno chowa się daleko za opalizującą tonią, w której promienie słoneczne spotykają się pode mną w jednym drżącym i falującym punkcie. Słońce zachodzi za chmurę i zmienia się aura - głębina staje się ciemna, granatowa, a w niej mogą czaić się nie tylko legendarne potwory, ale także najzwyklejsze barakudy, rekiny i parzące meduzy. Nie wierzę, że coś z tego akurat się napatoczy, ale stwierdzam, że świat jest znacznie weselszy, gdy znów pojawia się słońce. Po pół godzinie przestaję kontemplować ruch i medium, ruchy rąk i nóg są w pełni automatyczne, a wodne medium staje się tak naturalnym oparciem jaki ziemia stanowi dla piechura. Spoglądam na daleki brzeg i odczuwam spokój i wyciszenie, spokój tak wielki, jak ogromny jest przestwór otaczających mnie wód. Zgiełk, pośpiech i zajadłość zostały daleko, nastąpiło cudowne ich odfiltrowanie od sielskiego i niemego krajobrazu, który dostrzegam. Dalekie plaże z punkcikami ludzi, wieże kościołów i skupiska domów, drzewa w parkach wyglądające jak pomniejszone bonsai, a a ponad tym wszystkim sine od odległości góry, majestatyczne olbrzymy, pozornie zastygłe w niestrudzonej wędrówce przez geologiczne epoki. Odwracam się i widzę bezkres wód, niepostrzeżenie przechodzący w burobłękitne niebo, odwieczny ocean, a na nim śmiałków, kierujących statki ku odległym portom. Złudzenie optyczne sprawia, że burty statków wydają się być zawieszone ponad linią widnokręgu i niewyraźnie odbijają się w lustrze drgającego, rozgrzanego powietrza. Po dwóch godzinach pływackiej medytacji kieruję się do brzegu - odbyłem hurtem trzy spotkania z oceanem, na czwarte nie mam już ochoty. Punkciki na plaży powoli zamieniają się w ludzkie sylwetki, dobiegają krzyki i piski, muzyka, odgłosy klaksonów. Podpływam po sam brzeg i wstaję dopiero na płytkiej wodzie - to nawyk, pozwalający zminimalizować szansę kontaktu z morskim jeżem. Od plażowych restauracji wiatr przywiewa zapach frytek.
|
Okładki:
|
W planach:
• Nauka i naukowcy • Podwodny świat równoległy • Amerykańskie podróże • Z notatnika autora • Wulkaniczny krajobraz • Epizod z CUN PAN |