Okładki:
|
ANDRZEJ ZIMNIAK PODRÓŻE |
|
|
Pełne artykuły, ilustrowane zdjęciami: • Pireneje - Park Narodowy Aigüestortes • Egzotyka Wysp Kanaryjskich: Lanzarote i Teneryfa • Szlakiem wulkanów - Etna i Wyspy Liparyjskie Cykle zdjęć, opatrzone komentarzami - skok do GALERII • Pireneje - Park Narodowy Aigüestortes • Islandia • Norwegia |
|
EGZOTYKA WYSP KANARYJSKICH: LANZAROTE I TENERYFA
Wyspy Kanaryjskie to wulkaniczny archipelag, wynurzający się z Atlantyku tuż u wybrzeży Afryki - od Czarnego Kontynentu dzieli go zaledwie 110 km. Wyspy leżą 500 km na północ od zwrotnika Raka, na tej samej szerokości geograficznej co granica Maroka z Saharą Zachodnią, środkowy Egipt, północny kraniec Morza Czerwonego czy Floryda. Nic więc dziwnego, że jest tu ciepło przez cały rok, a łagodny morski klimat, egzotyczna roślinność, księżycowy wulkaniczny krajobraz i wspaniałe plaże przyciągają turystów z całego świata. Szczególnie tłoczno jest w okresie Bożego Narodzenia; zjeżdżają wtedy całymi rodzinami przedstawiciele klas średnich z Hiszpanii i północnej Europy, aby opalać się, pływać w oceanie i... ubierać choinkę na plaży. Archipelag został podbity przez Hiszpanów w XV wieku. Przedtem był odwiedzany m. in. przez Maurów, Arabów, Portugalczyków i Włochów, którzy systematycznie łupili pierwotnych mieszkańców wysp, pośród nich białoskórych Guanczów. W 30 r. p.n.e. jedną z ekspedycji Maurów opisał Pliniusz Starszy. Napotkano wówczas na wyspach wielkie, dziko żyjące psy, dlatego nadano archipelagowi nazwę Canis Islas (canis to po łacinie pies). Tak więc nazwa Wyspy Kanaryjskie nie ma nic wspólnego z kanarkami, choć te sympatyczne ptaszki także tam występują. Archipelag składa się z siedmiu dużych i najbardziej znanych wysp oraz z sześciu małych i rzadko odwiedzanych. Nas interesowały głównie wulkany. W regionie kanaryjskim podziemne siły dzisiaj drzemią, chociaż w niektórych miejscach skały na głębokości kilku metrów rozgrzane są do temperatury aż 400oC! Wydobywający się z rozpadlin żar pomysłowo wykorzystano w parku Timanfaya na Lanzarote, gdzie na specjalnie ustawionych rusztach można przyrządzać strawę, na przykład piec kurczaki. Ogromny stożek Pico del Teide na Teneryfie jest jednak cichy i pozornie wygasły, tylko z głębokich pęknięć masywu sączy się swąd siarki. Ostatnie wybuchy wulkanów na Teneryfie miały miejsce dosyć dawno, bo w końcu XVIII wieku, ale za to wtedy podziemne siły uaktywniły się gwałtownie i na dużą skalę: zionęło ogniem i lawą z wielu kraterów równocześnie. Aktywniejsza jest La Palma - tam erupcje obserwowano w latach 70-tych 20. wieku. Nie są to więc "śpiące" wulkany typu Wezuwiusza, który budzi się raz na kilka tysięcy lat, ale również nie przypominają swoją aktywnością na przykład Strombolego na włoskich Wyspach Liparyjskich, który wyróżnia się permanentną erupcją gazową, zaś lawą pluje co kilkanaście lat. Sytuują się gdzieś pomiędzy nimi na skali aktywności, a więc już niedługo powinien nadejść ich czas. Dziś Wyspy Kanaryjskie są dostępne także dla średnio sytuowanego Polaka. Można wykupić bilety na rejsy czarterowe z Warszawy i innych większych polskich miast na Teneryfę i Gran Canarię, albo zdecydować się na niewiele droższą imprezę organizowaną przez wiele biur podróży. Podróż stanowi jednak sporą pozycję w kosztach wycieczki, więc lepiej zaplanować urlop na dwa tygodnie. Na archipelagu istnieje coś takiego, co ładnie nazwano "przemysłem turystycznym", dlatego transport lotniczy jest masowy, a więc, jak na zachodnioeuropejską kieszeń, stosunkowo tani. Przeważają samoloty czarterowe, które przewożą dziesiątki tysięcy turystów z miast całego świata. W Hiszpanii korzystanie z transportu lotniczego jest opłacalne, bo ceny biletów są podobne do kosztów podróży pociągiem czy statkiem. Najtaniej kosztuje bilet na lotnisku bezpośrednio przed odlotem, ale nigdy nie ma gwarancji, że będą miejsca. Lepiej więc skorzystać z usług biur podróży, chociaż wtedy płacimy nawet o jedną trzecią drożej. Miałem do dyspozycji niestety tylko tydzień, więc do zwiedzania wybrałem dwie spośród siedmiu głównych wysp: Lanzarote i Teneryfę. Pierwszym celem została Arrecife, stolica wyspy Lanzarote. Ta wyspa stanowi spłacheć wulkanicznego piasku i żużlowych pól z samolotu przedstawia sobą widok, jaki zapewne będzie udziałem astonautów lądujących na Marsie: rdzawo-brunatna pustynia, usiana kraterami o łagodnych, wydmowych brzegach. Lanzarotte - zwana Diabelską lub Ognistą Wyspą - położona jest blisko Afryki, ledwie nieco powyżej 100 km od krańców Sahary. Wiejące od pustyni wiatry przynoszą suche, gorące powietrze, nic więc dziwnego, że na tym skrawku kamienistej ziemi nie rośnie właściwie nic więcej niż kaktusy i palmy (te ostatnie z wydatną pomocą człowieka). Jest to zrozumiałe, bo na Lanzarote i sąsiedniej Fuerteventurze przez cały rok może nie spaść ani kropla deszczu. Wyspa nie ma dużych wzniesień - najwyższe sięga ok. 600 m. Za to krajobraz jest tak niesamowity i księżycowy, że właśnie tutaj kręcono wiele scen do znanego filmu fantastycznego "Gwiezdne wojny". Jest rzadko zaludniona, ma zaledwie 50 000 stałych mieszkańców. Do Arrecife leciałem z Madrytu i dotarłem tam po północy. Od razu po opuszczeniu samolotu poczułem ciepły, silny wiatr, typowy dla tych zagubionych na pełnym morzu wysp. Powietrze nie było parne, ale wilgotne, morskie. Nie miałem żadnych rezerwacji, więc zastosowałem wypróbowany, najtańszy i oszczędzający sporo wysiłku sposób: wziąłem taksówkę i kazałem się wieźć do taniego pensjonatu. Ani z taksówkarzem, ani z nikim na lotnisku nie można się było porozumieć po angielsku; dobrze, że trafił się jakiś gastarbeiter, władający hiszpańskim i łamanym niemieckim. Dobra rada dla turystów, zwłaszcza podróżujących indywidualnie w te strony: nauczcie się chociaż podstawowych słówek i zwrotów hiszpańskich, a ściągawkę na wszelki wypadek trzymajcie na podorędziu. Pensjonat okazał się tańszy niż niedrogie hospedaje na półwyspie: 20 $ za dwuosobowy pokój z łazienką. Rozpiętość cen noclegów jest na Wyspach spora i każdy może znaleźć coś dla siebie. Arrecife rozczarowuje: jest to brudnawe miasteczko w stylu kolonialnym, senne i nieciekawe, nie warto więc spędzać w nim więcej czasu niż jest to niezbędnie konieczne. Najlepszym sposobem na zwiedzanie wyspy jest wypożyczenie samochodu i wybranie indywidualnej trasy. Wskazówki i bezpłatne mapy można uzyskać w punkcie informacji turystycznej przy głównej ulicy. Wycieczki organizowane wypadają o wiele drożej i obejmują zawsze tylko część atrakcji wyspy. Natomiast wynajem samochodów jest chyba najtańszy w Europie (od ok. 30 $ za dobę, z pełnym ubezpieczeniem). Polskie prawo jazdy jest honorowane. Po wynajęciu opla corsa najpierw udałem się na południe, do Parku Narodowego Timanfaya. Jest to obszar pokryty skałami wulkanicznymi o niesamowitych kształtach i barwach, polami zakrzepłej lawy, kraterami i wydmami popiołu w kolorze sepii. Chyba właśnie te okolice wywierają największe wrażenie dzięki swojej inności i egzotyce. Teren jest stosunkowo płaski, a bryły magmy i bazaltowej szlaki ciągną się kilometrami. Dopiero tutaj można "posmakować przestrzeń", co jest niemożliwe na obszarach zadrzewionych lub zurbanizowanych, z jakimi mamy zazwyczaj do czynienia w Europie. Wybrzeże morskie Parku Timanfaya składa się z rumowiska czarnych magmowych skał, które zakrzepły w zetknięciu z oceanem. Działo się to ok. 200 lat temu, podczas gwałtownych erupcji, kiedy na wyspie wybuchało na raz 30 wulkanów. Lawa zastygała wówczas w wiele dziwacznych kształtów, tworząc łuki, pieczary i fantazyjne kolumny, którym fale przyboju do dzisiaj nie dały rady. Trudno wyobrazić sobie tamto piekło walki ognia z wodą; chmury pary z pewnością były widoczne nawet z afrykańskiego brzegu! Omijam kurorty, gdzie króluje "przemysł turystyczny" i które wyglądają podobnie na całym świecie: piaszczysta wstęga plaży z równo rozmieszczonymi parasolami, a tuż przy piasku wielokilometrowej długości mur betonowych hoteli, potem promenada ze sklepami i następne pasmo hoteli. Znane to i mało ciekawe. Kieruję się w głąb wyspy, gdzie właściciele pól wulkanicznego żużlu usiłują uprawiać winorośl na dnie nieckowatych zagłębień, obłożonych niskimi murkami z większych kawałków szlaki. Coś tam rośnie, ale widok nie jest budujący. Wnętrze wyspy to hałdy żużlu i popiołu, układające się w pasma wzgórz, drgające od gorąca powietrze, czerń zakrzepłych bazaltowych bąbli, sepia dalekich wzniesień i blady błękit nieba. Mijam parterowe, białe domki miasteczek i wsi, grupy palm, kaktusy, a potem znów pustynne wzgórza. Zabudowa obowiązkowo niska, bo w końcu wszystko stoi na prawdziwych wulkanach. Północny kraniec wyspy wznosi się dość wysoko, roztacza się stąd wspaniały widok na sąsiednią maleńką wysepkę Graciosa. Można tam dopłynąć łodzią, jest skromne zaplecze turystyczne, natomiast brak szos i samochodów, a także roślin. Z wysokiego północnego cypla Lanzarote wysepka Graciosa wygląda jak szary wulkaniczny pryszcz, otoczony lazurowym oceanem. Ale może być świetnym miejscem na cichy wypoczynek, z dala od zgiełku turystycznych centrów. W drodze powrotnej do Arrecife zatrzymuję się przy grotach los Verdes i del Agua. Podziemne korytarze i pieczary ciągną się kilometrami. Część z nich zagospodarowano, w jednej z przestronnych komnat urządzono nawet sporą salę koncertową. Po trudach zwiedzania na umęczonych podziemnym spacerem speleologów czeka posiłek w luksusowej restauracji na powierzchni, do której wkracza się wprost spod ziemi. Można i tak, chociaż osobiście wolę nieco mniej ucywilizowaną naturę. Na tej wypalonej ziemi najlepiej udają się kaktusy, nic więc dziwnego, że założono wspaniałe ogrody, w których te rośliny osiągają niebywałe rozmiary. Wszakże kolczastej kuli o średnicy metra nie polecam do doniczkowej uprawy, jak również drzewa smoczego, choć nasiona można kupić nawet na lotnisku. O kilka kilometrów na południe od Lanzarote rozciąga się nieco większa i mniej nawiedzana przez turystów Fuerteventura, ale z bólem serca pakuję manatki. Na jutro mam zarezerwowany lot na Teneryfę. Największa wyspa archipelagu ma dwa lotniska, autostrady, uniwersytet i ok. 700.000 mieszkańców. No i oczywiście wielki przemysł turystyczny, chociaż także wiele dziewiczych zakątków, gdzie przyroda zachowała swój pierwotny urok. Zatrzymuję się w stolicy, Santa Cruz de Tenerife, która nie ma wiele do zaoferowania turystom. Kilka kilometrów na północ rozciąga się zawsze tłoczna plaża Playa de Teresitas, wysadzana palmami i osłonięta od pełnego morza falochronem usypanym z naturalnych skalnych bloków. Miasto położone jest malowniczo, tuż pod zboczami nagich, brązowo - rdzawych gór, nad szmaragdowymi wodami oceanu. Stąd odchodzą promy i wodoloty na Gran Canarię. Stąd też wyruszam na dwudniowe zwiedzanie wyspy. Wynajęcie samochodu już jest droższe o ok. 20% niż na Lanzarote - cóż, region modniejszy, bardziej uczęszczany. Trzeba przyznać, że także bardziej urozmaicony. Kieruję się ku północy i zaraz po wyjeździe z miasta rozpoczynam mozolną wspinaczkę po serpentynach. Przez wnętrze wyspy ciągną się łańcuchy górskie o wysokości naszych Tatr, sięgające 2-2,5 tys. metrów n.p.m. Wyglądają na wyższe, bo wyrastają od razu na tę wysokość, nie ma tu przecież żadnego pogórza. Z powodu wysokości wzniesień, a także większego oddalenia od Afryki, klimat jest inny niż na Lanzarote, a poszczególne części wyspy charakteryzują się całkowicie odmienną temperaturą, wilgotnością i nasłonecznieniem. Można śmiało powiedzieć, że na tym niewielkim skrawku lądu sąsiadują ze sobą zupełnie różne strefy klimatyczne! Wiejący od północy pasat niesie masy wilgotnego morskiego powietrza, które napotykają na swojej drodze wysokie góry. Powietrze unosi się i ochładza, a wilgoć skrapla się i opada w postaci mgły i drobnego deszczu. Nic dziwnego, że północne masywy są wietrzne, wychłodzone i stale spowite chmurami. Pokryte są bujną zielenią, z daleka podobną do naszych niskopiennych lasów liściastych, lecz występujące tu gatunki są inne, bardziej dla nas egzotyczne. Gdy wicher na chwilę rozwieje chmury, z płaskowyżu widać po obu stronach górskiego łańcucha lazurowy ocean, pokryty zmarszczkami fal. Kieruję się na południe i po pół godzinie jazdy docieram do nieco niżej położonego miejsca, w którym jak nożem uciął kończy się wpływ wilgotnej strefy. Za plecami mam dymiące mgłą, zielone góry, a na wprost krajobraz z innego świata: suche, wypalone słońcem stoki żółtych wzgórz. Można zdjąć kurtkę i przeprosić się z szortami. Gdzieś za górami, na południowych wybrzeżach wyspy, rozciągają się plaże, nad które przez cały okrągły rok nie zabłąka się ani jedna chmurka! Dalej droga wiedzie szczytami wspaniałego masywu Monte de Esperanza, porośniętego gajami eukaliptusowo - sosnowymi. Niezwykła mieszanina zapachów, w której górę zdecydowanie bierze olejek eukaliptusowy. Wyżej rośnie już sama sosna kanaryjska o długich igłach, nieco podobna do włoskiej pinii. Po prawej stronie raz po raz otwierają się widoki na północne wybrzeże, szczelnie otulone warstwą białych chmur, które są teraz dużo niżej od poziomu szosy. Fantastyczny krajobraz: jak z samolotu widać z góry rzeźbioną powłokę chmur, a jadę przez nagrzany, pachnący żywicą las! Pod tą warstwą mgły czy chmur kryją się nie tylko zurbanizowane ośrodki turystyczne, jak Puerto de la Cruz, ale także plantacje bananów na poletkach z żyznego wulkanicznego popiołu. Wilgotny, ciepły mikroklimat pasemka północnego wybrzeża stwarza doskonałe warunki do rozwoju rolnictwa, choć areał upraw nie może być zbyt wielki. Wodę zarówno dla rolnictwa, jak i dla potrzeb ludności czerpie się ze zbiorników retencyjnych, zasilanych wodą z gór. Kondensująca mgła tworzy cieki wodne, które ujmowane są w rury i rozprowadzane po całej wyspie. Tego rodzaju rury często widać na górskich zboczach. Wspinam się wyżej i wyżej. Sosna ustępuje miejsca niskopiennej roślinności pustynno-górskiej, wokół coraz więcej rdzawych skał wulkanicznych, a na wprost górujący nad wyspą szczyt wulkanu Pico del Teide. Ta najwyższa wolno stojąca góra świata (3718 m) znajduje się w wulkanicznym parku narodowym Las Canadas, który fascynuje swoją pierwotną dzikością i ogromnymi przestrzeniami. Jest inny niż Timanfaya na Lanzarotte ze względu na odmienne formacje geologiczne i na wysokość gór. Mimo 2,5 tysięcy metrów n.p.m. jest ciepło i sucho, wieje pustynny wiatr. Szosa wije się pośród iglic i baszt, przecina pola brązowych pumeksowych skał, nadtopionych i zeszklonych po wierzchu. Jak było tutaj dwa i pół wieku temu, kiedy ogień zionął z bezdennych rozpadlin na całej wyspie, a czerwone rzeki lawy spływały do oceanu? Jak wyglądają płonące skały albo wrzące morze? Takie widoki mogę sobie tylko wyobrażać. Droga powrotna wiedzie północną autostradą, ale żeby do niej dojechać, muszę zanurkować w dywan gęstych chmur. Wglądają groźnie i spodziewam się zerowej widoczności, jadę powoli jak żółw, ale po zanurzeniu się w bury przestwór ogarnia mnie gęsta, ale na szczęście zwykła mgła. Zachodzące słońce cieniuje fantastyczne kształty, podobne do gadzich łbów, gdy na chwilę wynurzam się nad powierzchnię przemieszczającej się falami mgły. Na tej wysokości znów pojawia się szpilkowy las. Ponownie wchodzę w mgłę z zapalonymi reflektorami, robi się chłodno i wilgotno. Chwilami mgła jest tak gęsta, że posuwam się naprzód z szybkością piechura, często używając sygnału dźwiękowego. Pół godziny ostrożnej jazdy i wynurzam się po drugiej stronie warstwy chmur, od spodu. Robi się cieplej, jakby widniej, po prostu normalnie, a niebo jest po prostu swojsko pochmurne. Tylko mijane plantacje bananów przypominają, że jestem na egzotycznym archipelagu. Przedstawione opisy ukazują Wyspy Kanaryjskie jako krainę drzemiących wulkanów, zakrzepłych pól lawy i wydm z szarego popiołu. Istotnie tak jest, chociaż potoczne wyobrażenie archipelagu jako raju dla bogatych turystów też nie mija się z prawdą! Większość obszaru to dzikie góry lub pustynia, ale istnieje wiele miejsc, gdzie można ułożyć się pod palmą na złotym piasku, tuż nad bajecznie przejrzystą wodą. Jeśli tam zechcemy napić się martini, nie trzeba fatygować się z tego miejsca dłużej niż przez trzy minuty, a jeśli znudzą nam się kąpiele w słonej wodzie, do dyspozycji jest dwupoziomowy basen z wodospadem, otoczony egzotyczną roślinnością. Tak jest w Playa de las Americas lub Puerto de la Cruz. Nie tylko dla dzieci zbudowano Loro Parque - coś w rodzaju ogrodu zoologicznego, gdzie tresowane papugi popisują się jazdą na wrotkach. W kilku miejscach archipelagu można podziwiać niesamowicie wyglądające drzewa smocze, a amatorzy podwodnych przygód znajdą doskonałe akweny i wypożyczalnie sprzętu w Acantilado de los Gigantes. W pobliżu lepszych hoteli nietrudno trafić do sklepów pełnych ciekawostek, a wieczorem można pójść do taniej bodegi na sangrię lub do drogiej restauracji na wykwintne morskie specjały, jak oryginalnie podane ostrygi czy langusty. Jednym słowem: dla każdego i na każdą kieszeń coś się znajdzie. Mnie jednak przede wszystkim urzekło księżycowe piękno i surowa egzotyka wulkanicznych krajobrazów. Właśnie dla nich na pewno powrócę na archipelag, wybierając bardziej zieloną, leżące nieco na uboczu La Palmę czy oddaloną od uczęszczanych szlaków dziewiczą wyspę Hierro.
Artykuł napisano w 1995 r., aktualizowano w listop. 2006 r.
|
Zdjęcia w pełnym formacie z opisami zobacz w
To jedyne zdjęcie nie mojego autorstwa - "cytowane" z pocztówki.
|
SZLAKIEM WULKANÓW - ETNA I WYSPY LIPARYJSKIE
Jeśli chcesz spędzić niezwykły urlop w egzotycznych okolicach, a przy tym lubisz dziką przyrodę bardziej niż wypoczynkowo-rozrywkowe kompleksy turystyczne, jedź na sycylijską Etnę i Wyspy Liparyjskie. Zwłaszcza Wyspy i potężny wulkan Stromboli dostarczą Ci niezapomnianych wrażeń. Sezon trwa tam od maja do października, przy czym "high season", kiedy jest najtłoczniej, a ceny najwyższe, to lipiec i pierwsza połowa sierpnia. Osobiście radzę wybrać się w czerwcu, wrześniu czy październiku, bo luźniej, taniej i upały mniejsze, a morze wystarczająco ciepłe. Można zwiedzać po drodze północne Włochy, ale lepiej odłożyć to na kiedy indziej, na przykład na przyszły rok, wykupując wtedy jedną z licznych i dobrze zazwyczaj zorganizowanych wycieczek. Natomiast na Sycylię i "Lipari" lepiej jechać indywidualnie, więc proponuję bez zatrzymywania się dotrzeć aż do Katanii. Jest to punkt wypadowy na Etnę. Etna, najwyższy w Europie czynny wulkan (3340 m n.p.m.), to nie tylko olbrzymia góra, ale rozległy krajobraz, zajmujący mniej więcej kolisty obszar o średnicy około 30 km. Rozciągają się tam pola uprawne, lasy, hałdy wulkanicznego żużla, a wyżej skaliste hale porosłe karłowatymi drzewami i krzewami. Podczas dalszej jazdy w kierunku szczytu dostajemy się na skaliste pustkowia, mijamy kopce czarnych pumeksowych skał i bryły zastygłej magmy. W ten krajobraz wkomponowują się liczne osobno stojące wulkaniczne stożki. Etnę można objechać specjalnym pociągiem; trwa to około 5 godzin. Prywatna linia łączy małe miasteczka, leżące wokół masywu, lecz samej góry nie widać zbyt dobrze, bo zwykle spowija ją mgła. Można więc sobie tę wycieczkę darować, natomiast warto wyprawić się od razu na sam szczyt. Spod katańskiego dworca kolejowego odchodzą autobusy na Etnę, a właściwie do miejscowości Refugo Sapienza. Podróż jest interesująca, pejzaż za oknami staje się coraz bardziej dziki i księżycowy. Refugo Sapienza to tylko kilka kiosków z pamiątkami i schronisko, które częściowo zostało zniszczone przez lawę podczas erupcji w 1971 roku. Tutaj znajduje się stacja kolejki linowej, którą można dostać się w pobliże głównego krateru. Dalej jedzie się jeepami, a jeszcze dalej maszeruje piechotą w grupach z przewodnikiem. Niestety, dostęp do brzegu krateru jest zabroniony od 1979 roku, kiedy podczas gwałtownej eksplozji gazów śmierć poniosło 10 turystów. Na własną odpowiedzialność da się dojść do krateru boczną ścieżką, ale jest to niebezpieczne, więc odradzam. Szczyt Etny zazwyczaj tonie we mgle, więc w najlepszym razie, jak wiatr rozwieje opary, ogląda się od dołu stale i równomiernie dymiący krater. Można natomiast podziwiać wspaniałe widoki nieco niżej, a także ogrzać się przy szczelinach, z których wydobywa się gorąca para. Jest zimno (wysokość ponad 3000 metrów), więc para przypomina obłoki białego dymu. Wyprawa z Katanii na Etnę jest doskonale zorganizowana i skomercjalizowana, więc dla własnej inwencji nie pozostaje wiele. Dobrą stroną takich ułatwień jest dostępność wycieczki: nawet osoby w podeszłym wieku (ale nie cierpiące na lęk przestrzeni) mogą dotrzeć pod sam szczyt wulkanu. Będąc w Katanii mamy bardzo niedaleko do Wysp Liparyjskich i potężnego, znajdującego się w stanie tzw. permanentnej erupcji wulkanu Stromboli. Gorąco zachęcam do jego obejrzenia. Należy udać się pociągiem na północne wybrzeże Sycylii, do portu Milazzo, skąd odpływają statki i wodoloty na "Lipari". Statek jest tańszy, ale wodolot za to znacznie szybszy. Wyspy Liparyjskie dostarczają wspaniałych widoków. To oblane Morzem Tyrreńskim szczyty wulkanicznych gór, ciągnących się podwodnym łańcuchem od sycylijskiej Etny, poprzez wyspy Vulcano, Lipari, Salinę i Stromboli aż po neapolitański Wezuwiusz. Stromboli jest olbrzymią górą (ponad 900 m), masywnym stożkiem wyrastającym wprost z morza. Skały i piasek na plaży są czarne, co ostro kontrastuje z bielą domków i barwnymi łódkami w porcie. Zabudowa niska, domy mają najwyżej parter i piętro, bo stoją zupełnie dosłownie na aktywnym wulkanie. Uliczki wąskie, więc nie używa się samochodów, tylko skutery i przedziwne trójkołowe wózki skuterowe. Ma się wrażenie, że czas zatrzymał się tutaj bardzo dawno temu. Na szczyt wulkanu można wejść dosyć łatwym, choć długim i miejscami stromym szlakiem. Widok lazurowego morza i całego archipelagu z kilometrowej wysokości jest trudny do opisania - to trzeba zobaczyć na własne oczy! Formacja geologiczna jest nietypowa, bo wierzchołek góry wznosi się ponad położone nieco z boku kratery. Można podejść do nich zupełnie blisko, odległość w prostej linii od szlaku wynosi ok. 150-250 m, bliżej podchodzić nie radzę! Kraterów jest 6-8, i zioną one rozżarzonymi gazami i rozpalonymi do czerwoności kamieniami systematycznie co ok. 10 minut. Coraz głośniejszy syk i szum przechodzi w przeciągły ryk i wtedy z wrażenia dostaje się gęsiej skórki. Po erupcji widać (i słychać) grad spadających kamieni, jednak nie dolatują one do szczytu w okresach zwykłej aktywności wulkanu. Masyw góry w wielu miejscach jest ciepły i wydobywa się z niego para. Większość zwiedzających wybiera się na szczyt wieczorem, żeby podziwiać nocne fajerwerki i przenocować na górze (trzeba mieć śpiwór i ew. namiot). Można też zejść, świecąc sobie latarką, na przełaj po żużlowym osypisku, ale lepiej nie próbować tej sztuki bez dobrze znającego teren przewodnika. Nie muszę dodawać, że do zdobywania Strombolego potrzebne są porządne górskie buty. Z portu kursują łodzie pod aktywne zbocze wulkanu, więc erupcje - co prawda z oddali - można obejrzeć również wtedy, kiedy zrezygnujemy z męczącej wspinaczki. Na taką morską wycieczkę najlepiej wybrać się wieczorem, po zapadnięciu zmroku. Wtedy erupcje przypominają czerwone fajerwerki, którym towarzyszy głuche dudnienie dobiegające z głębi ziemi. Do obserwacji z morza albo z okolic podnóża góry bardzo przydaje się lornetka. Wody otaczające wyspę są niezwykle przejrzyste, o niebieskawym odcieniu. Dno oczywiście czarne, stromo opadające w czarnosiną głębię. Woda ciepła: jej temperatura w połowie października wynosiła 20-22 stopnie, do tego mocno piekło słońce. Jak wspominałem, plaża składa się z czarnego piasku lub żużlowych otoczaków. Dla amatorów nurkowania nie jest to zbyt ciekawy akwen, bo flora i fauna są niezwykle ubogie, zapewne ze względu na duże stężenie toksycznych gazów. Za to przezroczystość wody jest wyjątkowa. Na wyspie Stromboli znajduje się miejscowość Stromboli (ok. 400 mieszkańców), a także osada Ginostra, którą zamieszkuje mniej niż 50 wyspiarzy, w tym dwoje dzieci oraz - uwaga - troje nauczycieli! Dane pochodzą z 1995 roku, ale dziś stałych mieszkańców może być jeszcze mniej. Szpitala nie ma, w razie potrzeby wzywany jest helikopter. Natomiast zainstalowano sporo doskonale działających automatów telefonicznych, z których można bez trudu dodzwonić się do Polski (wtedy jeszcze nie było telefonów komórkowych). W Ginostrze czas zatrzymał się naprawdę dawno - po gruntowych dróżkach można przemieszczać się tylko wózkami zaprzężonymi w osiołki. Na Strombolim mało spotyka się "rozrywkowych" turystów; docierają tam raczej ludzie specyficznego gatunku, podobni do obieżyświatów spotykanych na wysokogórskich szlakach. Zwykle widzieli już niejedno i jest o czym z nimi pogadać. W drodze powrotnej na Sycylię warto zrobić postój na wyspie Vulcano i wspiąć się na większy z dwóch wulkanicznych stożków. Wewnętrzna część krateru prezentuje się groźnie, zionąc z mnóstwa szczelin siarkowymi oparami. Ponadto na Vulcano można wziąć leczniczą kąpiel w błotnych siarkowych źródłach i popływać w gorącym morzu, podgrzanym gazami wydobywającymi się z morskiego dna. Na zwiedzanie tej wyspy wystarczy niecały dzień. Amatorom niemal całkowitego odludzia można polecić dwie zagubione na Morzu Tyrreńskim wysepki, Alicudi i Filicudi, stanowiące wysuniętą zachodnią część archipelagu. Salina i Lipari są najbardziej ucywilizowane, a niewielka Panarea ma opinię bardzo ekskluzywnego miejsca. Jest więc w czym wybierać. Jak dojechać na Wyspy Liparyjskie? Najwygodniej skorzystać z samolotu, najtaniej wybrać się w podróż non-stop autokarem. Można dojechać do Neapolu, a stamtąd kontynuować podróż pociągiem do Katanii lub statkiem bezpośrednio na wyspę Stromboli. W Katanii, jak wszędzie we Włoszech, poza szczytowym sezonem w lipcu i sierpniu o noclegi stosunkowo łatwo. W połowie października średniej klasy hotelu można przenocować za 50 Eu (pokój dwuosobowy). Znalazłem hotel przy głównym placu, gdzie hałas nie cichł nawet w nocy, a w katedrze naprzeciw potężny dzwon wybijał godziny. Cóż, włoska atmosfera. Można jednak znaleźć miejsca tańsze i znacznie cichsze. Uwaga - nie polecam Katanii i okolic osobom cierpiącym na alergię układu oddechowego, bo w powietrzu stale unosi się mikroskopijnie drobny popiół wulkaniczny. Połączenia autobusowe na Etnę nie są drogie, natomiast słono kosztuje kolejka linowa, jeepy i obowiązkowy przewodnik. Ale kto zrezygnuje, będąc już u samego podnóża stożka wieńczącego wulkan? Wodoloty z Milazzo do wyspy Stromboli kursują często i ekspresowo, statkiem płynie się o wiele dłużej, lecz za to dwa razy taniej i można zabrać samochód. Na wyspie Stromboli są hotele i pensjonaty, można też zrobić zakupy w dobrze zaopatrzonych sklepach, ale jest dwa razy drożej niż na lądzie. Za to znakomitą kawę cappuccino serwuje się w tej samej cenie co w całych Włoszech. Dodatkowe atrakcje gratis: widok z tarasu na dymiący wulkan i lazurowe morze. Wakacje na Wyspach Liparyjskich to nie tylko egzotyczny wyjazd, to prawdziwa przygoda.
Pierwodruk: pseud. Wojciech Nowiczański, Gazeta Wyborcza (Turystyczna) nr 36 (72) z 7-8.09.1996. Tekst uaktualniony w listop. 2006 r.
|
Okładki: |