Okładki:

Główna

  Naukowa

    Literacka

      Publicystyczna

        Galeria

 

 

ANDRZEJ ZIMNIAK

PODRÓŻE

 

Pełne artykuły, ilustrowane zdjęciami:

   • Pireneje - Park Narodowy Aigüestortes

   • Costa Brava i Pireneje

   • Egzotyka Wysp Kanaryjskich: Lanzarote i Teneryfa

   • Szlakiem wulkanów - Etna i Wyspy Liparyjskie


Cykle zdjęć, opatrzone komentarzami - skok do GALERII

   • Pireneje - Park Narodowy Aigüestortes

   • Costa Brava i Pireneje

   • Islandia

   • Norwegia

   • Wulkan Stromboli

   • Wyspy Kanaryjskie

 

 

 

 

     
 

Galeria zdjęć pełnego formatu

 

Rejon Estanys d'Amitges

 

Okolice Espot

 

Taniec chmur przed załamaniem pogody

 

Krowy też mają sjestę

 

 

 

 

 

W drodze do Estanys d'Amitges

 

Rejon Estanys d'Amitges

 

Kościół w Barruerze

 

Gigantyczna tama przy Embassement de Cavallers

 

Kraina łęgów Aigüestortes

Estany Long

 

Najpiękniejszy kot na świecie, podejrzany na parapecie okna hotelu w Caldes de Boí

 

Sztuczny zbiornik w górach Sierra de Sant Gervàs

 

Góry Montserrat

 

 

Andrzej Zimniak

Hiszpańskie Pireneje - Park Narodowy Aigüestortes

 

Przed dwoma laty zwiedzaliśmy wschodnią część hiszpańskich Pirenejów i byliśmy pod wrażeniem ogromu przestrzeni, bogactwa przyrody i majestatu wyniosłych, pokrytych śniegiem szczytów. Chcieliśmy wrócić - i udało się. Tym razem skierowaliśmy się dalej na zachód, w stronę Parku narodowego Aigüestortes.

Poniższa relacja nie powtarza materiału z przewodników, lecz jest opisem naszych wrażeń, uzupełnionym o kilka praktycznych wskazówek. Artykuł adresuję do ludzi planujących ciekawe, niekonwencjonalne wyjazdy.

 

Skok z Warszawy do Gósolu

Lot z Warszawy do Barcelony przebiegł gładko i bez niespodzianek. Po popisowym lądowaniu - z pewnością przy użyciu komputera - już kołujemy po nowej części lotniska. Ostatnio byliśmy tutaj dwa sezony temu, i przez ten czas Hiszpanie nie zasypiali gruszek w popiele. Wchodzimy do przeszklonych, pachnących świeżością budynków. Urzędniczka w wypożyczalni samochodów Avis informuje nas, że pomieszczenia oddano do użytku przed kilkoma miesiącami.

Po krótkim błądzeniu trafiamy na właściwe miejsce odpowiedniego piętra parkingu. Nie ma samochodu zamówionej przeze mnie klasy, więc dostaję coś z wyższej... mocno wyższej półki. Audi, limuzyna, na dodatek w pełni cyfrowa, nawet hamulec ręczny nie jest już ręczny, bo sterowany przez komputer. Objeżdżam piętro, wóz chodzi bezszmerowo i ma gigantyczne przyspieszenie, ale jest jakiś toporny, wielki i nieporęczny, kierownica - co dziwne - wymaga krzepy. Z ulgą wymieniam go na Seata Leona, którego właśnie oddaje roześmiana para, pałaszująca lody. Jeździłem już Leonem - jest swojski i przyjazny, zręczny w prowadzeniu, żartowaliśmy, że jeszcze tylko powinien podjeżdżać na gwizdnięcie. W tym egzemplarzu trochę przechodzony diesel już nieźle podzwania, ale za to wóz ma zwykły ręczny hamulec - dopiero teraz uzmysławiam sobie, że tamtym, bez dodatkowej nauki, nijak bym nie ruszył na górskiej stromiźnie.

Włączam swojego pierwszego w życiu GPS-a i od razu wjeżdżam w złą autostradę, bo „papuga” jeszcze nie zdążyła się ustabilizować. Cóż, przerabiałem tę trasę w domu kilkakrotnie, ale tłumaczę sobie (i żonie), że rzeczywistość zawsze musi różnić się od symulacji. Na szczęście po zaledwie półgodzinnym błądzeniu wyjeżdżamy na właściwą drogę. Udaje się nam - stosując się do wskazówek gadacza, a także przypominając sobie przedwakacyjne studiowanie map, poprawnie przejechać piętrowe rozjazdy, no i już jesteśmy na drodze C-16 do Bergi. Szosa jest świetna, większość odcinka ma funkcjonalność autostrady, a „papuga” co raz powtarza: trzymaj się tej drogi przez następne dwadzieścia kilometrów. Przejeżdżamy coraz więcej tuneli, aż wreszcie gadacz każe skręcić łagodnie w lewo. Skręt jest tak ostry że trochę zawracamy, ale najważniejsze, że jesteśmy na właściwej drodze do Gósolu. Tam chcemy przenocować w znanym sprzed dwóch lat motelu Cal Franciskó.

Wspinamy się mozolnie wąską szosą, meandrującą pośród piniowych lasów. Mijamy urocze moteliki i campingi, położone w sercu Parku Cadi Moixeró. Po prawej stronie wyłania się charakterystyczny masyw Pedraforca, przypominający odwrócony ząb po resekcji, celujący dwoma korzeniami w niebo. Jeszcze kilka kilometrów ostro pod słońce i zjeżdżamy do Gósolu, gdzie czas się zatrzymał - wszystko wygląda dokładnie tak jak przed dwoma laty, nawet ciasno zwinięte walce siana leżą na skoszonych łąkach jakby w tych samych miejscach. Wydaje się nam, że wyszliśmy z tego motelu wczoraj - jedyna różnica dotyczy ceny, wzrosła o 4 euro.

 

Genialny idioten-GPS

Rano następnego dnia, wypoczęci i pełni energii, wyruszamy wąską górską drogą. Nastawiam GPS-a według wcześniej wpisanej trasy, która ma tak wiele blisko leżących punktów pośrednich, że maszynka głupieje i prowadzi mnie najpierw w drugą stronę, a potem z powrotem do Gósolu (bo tam ustaliłem jeden z punktów trasy). Po kilku próbach dochodzę do wniosku, że najlepiej nie zadawać trasy, tylko obrać niezbyt odległy punkt i kazać się tam prowadzić z obecnego miejsca, oczywiście po sprawdzeniu, że wytyczona marszruta to ta, o którą chodzi. W ten sposób już bez przygód dojeżdżamy straszliwie krętą drogą do La Seu d'Urgell, skąd... nie możemy wyjechać, kręcąc się w kółko po jednokierunkowych uliczkach. Zrezygnowany, programuję gadacza na Miejscowość Sort, i - o dziwo - tym razem następuje pełna rehabilitacja technologii, bo urządzenie w zasadzie bezbłędnie wyprowadza nas z plątaniny ulic i wiedzie najkrótszą drogą wprost do celu. Czasem niedoszacowuje odległości skrętu o kilka - kilkanaście metrów, ale na to nie ma już rady.

Wieczorem docieramy do miejscowości Espot, wschodniej bramy Parku Narodowego d' Aigüestortes i Estany de Sant Maurici - tak brzmi jego pełna nazwa. Znajdujemy hotel Roya, dysponujący również apartamentami, w których mamy zamówione noclegi.

 

Apartamenty niekoniecznie królewskie

W tym miejscu warto wyjaśnić nieporozumienie semantyczne. Słowo „apartament” w Polsce oznacza zazwyczaj bardzo wystawne, ekskluzywne miejsce noclegowe, przeznaczone dla polityków od ministra wzwyż czy dla prezesów banków. Za granicą (mam na myśli tzw. cywilizację zachodnią) mianem apartamentu określa się nieraz skromny pokój z wnęką kuchenną, zazwyczaj z oddzielną sypialnią, oczywiście z łazienką. Jeśli salon jest jednocześnie sypialnią, zwykle używa się nazwy „studio”.

Swoje apartamenty wyszukaliśmy w internecie i zamówiliśmy pocztą elektroniczną. Chętnie korzystamy z usług sprawdzonych biur podróży, które nieraz oferują niezłe miejsca noclegowe, a także tani lotniczy czarter. Zdecydowanie preferujemy niewielkie domki lub bungalowy i apartamenty z wyposażoną kuchnią. Taki wybór pozwala na swobodne dysponowanie czasem, a także na samodzielne układanie jadłospisu, jest również zdecydowanie lżejszy dla portfela. Niestety, agencje nie dysponują bazą hotelową na terenach mniej uczęszczanych, nie tak modnych jak Costa Brava czy Andaluzja. Wtedy nie pozostaje nic innego niż żmudne poszukiwania w sieci. Ma to jednak tę dobrą stronę, że można przebierać w ofertach i zawsze znaleźć coś dla siebie. Niestety, w taki sposób niedostępne są te miejsca, których właściciele nie zadbali o sieciową informację, albo po prostu... nie znają angielskiego.

Kolejna niedogodność indywidualnego planowania urlopu polega na konieczności poszukiwania niedrogich połączeń lotniczych do miasta, leżącego możliwie blisko ostatecznego celu podróży. Wtedy najwygodniej jest wynająć samochód na lotnisku i bezpośrednio po przylocie wyruszyć na szlak.

W mapy i przewodniki najlepiej zaopatrzyć się w kraju przed wyjazdem, co pozwoli oszczędzić sporo czasu na miejscu. Oprócz mapy całego regionu szczególnie polecam dokładne mapy w skali od 1:50 000 do 1:250 000, najlepiej z naniesionymi poziomicami, wtedy można określić różnice wysokości przy planowaniu pieszych tras wycieczkowych. Po przyjeździe do miejsc o walorach krajobrazowych lub architektonicznych należy w informacji turystycznej poprosić bezpłatne, schematyczne mapki okolicy, które zazwyczaj są bardzo pomocne.

 

Dżipem do granicy wiecznych śniegów

Następnego dnia wita nas wspaniała pogoda, ciemnobłękitne niebo jest bez jednej chmurki. Wokół miasteczka tłoczą się góry, odległe szczyty wydają się bliższe niż w rzeczywistości - widoczność jest tak dobra, podejrzanie dobra, że może wróżyć załamanie pogody. Jednak nie przejmujemy się i wyruszamy do bazy dżipów, które w tym uroczym miejscu rozwożą turystów po górach, docierając nawet do najpiękniejszych zakątków na wysokości blisko 2,5 tys. metrów.

Co kraj to obyczaj - u nas likwiduje się dojazdy (np. do Morskiego Oka w Tatrach) i ogranicza liczbę górskich szlaków, a w krzakach czają się mundurowi solący mandaty tym, którzy nie daj Boże zboczą ze ścieżki. W Pirenejach góry są dla ludzi - możesz zdobywać je na piechotę, korzystając niekoniecznie z oznakowanych dróg, a jak zdrowie ci nie pozwala, masz kilka możliwości. Albo wyjeżdżasz dżipem lub kolejką na dużą wysokość w atrakcyjne okolice, zwiedzasz je, a potem schodzisz szlakiem w dolinę - my właśnie taką opcje wybraliśmy. Alternatywnie, wykupujesz wycieczkę w obie strony, wtedy - gdy podróżujesz dżipem - pojazd zatrzymuje się po drodze w szczególnie interesujących miejscach i punktach widokowych na 20 minut, po czym zawraca i dowozi cię do punktu startowego. Z takiej możliwości korzystali np. ludzie w podeszłym wieku lub rodzice z małymi dziećmi, którzy przy braku tego typu udogodnień musieliby w ogóle zrezygnować ze zwiedzania górskich okolic.

Z Espot wiedzie wąska asfaltowa droga do parkingu, gdzie znajduje się wejście do Parku Narodowego. Do tego bezpłatnego parkingu można dojechać własnym samochodem, jeśli dalej chcemy iść piechotą. Łatwy i ładny szlak (wzniesienie 260 m, 1,5 godz. w jedną stronę) prowadzi do jeziora Estany de St. Maurici, skąd rozpościerają się wspaniałe widoki na okoliczne ośnieżone szczyty: Pic de Subenuix (2949 m), Agulla del Portarro (2678 m) czy Pic del Portarro (2729 m). Na miejscu jednak nie ma praktycznie żadnego schroniska, gdzie można coś zjeść czy napić się herbaty. Ogólnie zagospodarowanie hiszpańskich Pirenejów jest nienajlepsze, trzeba liczyć na własny prowiant.

Jeśli jednak chcemy dojechać w samo serce gór, najlepiej wsiąść do dżipa w Espot. Stacja terenowych taksówek znajduje się u przy wjeździe do miasteczka, tuż przy biurze informacji turystycznej. Tam wykupuje się bilety i czeka, aż zbierze się 4 lub 6 osób, w zależności od celu. Można więc dojechać do Estany de St. Maurici (przejazd w jedną lub dwie strony, częste kursy), albo wyruszyć aż do Estanys d'Amitges na wysokość 2390 m. Istnieje również możliwość zamówienia wyprawy do Estany Negre. Dżip w ślimaczym tempie pokonuje górskie drogi, na których kamienie o półmetrowej średnicy stanowię normę, a pasażerowie zastanawiają się, jaka jest granica wytrzymałości podwozia. Cóż, księżycowe i marsjańskie łaziki pokonywały jeszcze trudniejsze przeszkody, więc nie ma wyjścia - trzeba zawierzyć technologii.

 

Jeziora d'Amitges - perła Pirenejów

Widoki przy Estany de Ratera, a zwłaszcza wokół jezior Estanys d'Amitges zapierają dech. Błękitna głębia górskich jezior z krystalicznie przejrzystą wodą, górskie sosny malowniczo zawieszające się nad brzegami, ośnieżone skały, kwitnące azalie (na azalie trzeba przyjechać w początkach lipca), łąki pełne irysów i lilii - to tylko niektóre z atrakcji. Otoczenie Estanys d'Amitges to jedno z najpiękniejszych miejsc, jakie widzieliśmy w Pirenejach. Przyjechaliśmy wcześnie, więc góry pokrywała jeszcze delikatna mieniąca się koronka topniejącego śniegu, który spadł w nocy.

Ogólnie pogodę mieliśmy wymarzoną, stale słońce, błękitne niebo i ciepło (w dolinach do 30ºC) - tylko pierwszego dnia po południu i wieczorem nad okolicą przemieścił się front baryczny. Okrążaliśmy właśnie Estany de Sant Maurici i szykowaliśmy się do zejścia z punktu widokowego w pobliżu Estany de Ratera, gdy wiatr przywiał opadającą mgłę, a spomiędzy szczytów od północy zaczęły wypływać masy skotłowanych chmur. Zrobiło się chłodno, wicher uderzał szkwałami z coraz większą siłą. Na szczęście deszcz zaczął padać dopiero wtedy, gdy dotarliśmy do wiaty na postoju dżipów-taksówek. Po pół godzinie byliśmy w hotelu w Espot, gdzie wieczorem przeszła gwałtowna burza. Następnego dnia po złej pogodzie na szczęście nie było już śladu. W tym miejscu należy przypomnieć znaną prawdę: pogoda w wysokich górach może załamać się niespodziewanie i nagle, więc bądź na to przygotowany. Nie zapomnij także o latarce i telefonie, nawet jeśli nie planujesz żadnej ekstremalnej wycieczki.

 

Puszcza jodłowa i Cascada de Gerber

Jeśli podjedziesz szosą C-13 kilkanaście kilometrów na północ, możesz zrobić interesującą pętlę w jednym z największych jodłowych lasów Europy, zwanym Gerdar. Idzie się dość stromo pod górę w gęstym lesie, poprzecinanym rwącymi potokami (ok. 3 godz., 340 m różnicy poziomów). Tego samego dnia można podjechać do wodospadu Cascada de Gerber, do którego wiedzie łatwy, niemal poziomo biegnący szlak (2 godz. w obie strony). Warto tak rozplanować czas, aby do wodospadu dotrzeć ok. 15-tej, najpóźniej o 16-tej (lipiec), wtedy słońce pada pod takim kątem, że spadająca woda świeci jak roztopione srebro. Galeria widokowa usytuowana jest w połowie wysokości, więc wydaje się, że tony lśniącej wody pędzą wprost na obserwatora.

Dalej na zachód szosa pnie się ostro w górę dziesiątkami serpentyn. Dobrze oznakowany parking stanowi początek szlaku do Estany de Gerber, uroczego górskiego jeziora, w którego toni przeglądają się okoliczne ośnieżone kolosy. Jednak nie jest to specjalnie łatwa droga, bo idzie się cały czas w słońcu, które w tych regionach operuje zdecydowanie mocniej niż w naszych Tatrach.

 

Bazy wypadowe: Espot i Barruera

Po tygodniu pakujemy manatki i przejeżdżamy na drugą stronę Parku, do doliny Vall de Boí. Zaskakująco dobrą drogą (ci Hiszpanie wiedzą, w co inwestować unijne fundusze) jedziemy północną, a potem zachodnią stroną Parku do miasteczka Barruera, gdzie zajmujemy elegancki dwupoziomowy apartament w staromiejskim domu zbudowanym z wulkanicznego kamienia i krytym kamiennymi dachówkami z łupków. Jednak domostwo wewnątrz jest nafaszerowane nowoczesnością, ma np. podziemny garaż ze zdalnie sterowaną bramą.

Oba miasteczka, które stanowiły nasze bazy wypadowe, miały wiele uroku, choć w zasadzie były „zapadłymi dziurami”. W Espot droga właściwie kończy się pętlą o średnicy ok. 200 m, wokół której zbudowano kilka hoteli i sklepów i tam koncentruje się życie, zaś Barruera trochę przypomina miasteczko z westernów: środkiem biegnie przelotowa szosa, a z obu stron rozsiadły się domy, hotele, bary, sklepy, park miejski i spory kemping nad rzeką. Oba miasteczka są małe i spokojne, nawet nie pretendujące do miana centrów rozrywek.

 

Przereklamowany dostęp do internetu

Teraz sprawa internetu. Dziś wielu turystów chciałoby mieć codzienny dostęp do sieci, żeby sprawdzić pocztę, obejrzeć prognozę pogody czy przeczytać wiadomości, serwowane w rodzimym języku. W zasadzie bezprzewodowa sieć dostępna jest w wielu miejscach (kawiarnie, hotele, kempingi), niestety - jak wynika z naszych doświadczeń - zwykle działa bardzo powoli i z przerwami, a okresowo nie działa wcale. W Espot w holu hotelu Roya łączność nie była najgorsza, chociaż przy deszczowej pogodzie zanikała, natomiast w Barruerze bezpłatnie można było łączyć się z baru na kempingu, lecz przerwy w łączności były naprawdę denerwujące, nie mówiąc o tym, że przydałby się repelent na komary. Ogólnie rzecz biorąc, warto mieć własnego netbooka, bo komputer w takich miejscach nie zawsze jest dostępny, no i trzeba uzbroić się w cierpliwość. Szczerze radzę nie liczyć na to, że w trakcie wyjazdu uda się załatwiać wszystkie ważne i pilne sprawy.

 

Kraina łęgów Aigüestortes

Główna baza taksówek-dzipów na zachodnią część parku znajduje się w miejscowości Boí, tuż przy zabytkowym kościele. Stąd można zamawiać kursy w różnych kierunkach, lecz myśmy preferowali inne rozwiązanie - jechaliśmy swoim samochodem na parking Palanca de la Molina, gdzie znajduje się wejście do Parku wiodące do łęgowego płaskowyżu Aigüestortes, od którego wziął nazwę cały Park. Dalej jechać nie wolno, ale parkowy ranger może skontaktować się ze stacją dżipów i zamówić odpowiednią liczbę miejsc w jadącym w tym kierunku samochodzie. Kurs wiedzie przez piniowy las, koło jeziora Estany de Llebreta, aż do końcowej stacji i budki informacyjnej przy Aigüestortes. Stąd należy koniecznie zaliczyć krótki szlak w kształcie pętli wiodący przez najpiękniejsze miejsca krainy strumieni (dostępny także dla niepełnosprawnych na wózkach). Potem idziemy w górę w kierunku Estany Long. Droga jest łatwa, widoki wspaniałe, a jezioro Long, o niezwykle przejrzystej wodzie, w której widoczne są potężne głazy przypominające wieloryby, jest pod względem urody porównywalne z Estanys de Amitges ze wschodniej części gór. W drodze powrotnej można zrezygnować z jazdy dżipem i zejść od Aigüestortes do samego parkingu Palanca de la Molina, szlak jest łatwy i ciekawy - po drodze należy koniecznie zatrzymać się przy wodospadzie Cascada de Sant Esperit, który dostarcza niezapomnianych wrażeń, zwłaszcza jeśli wspiąć się ścieżkami po skałach aż do niecki, do której spada woda.

Innym kierunkiem zwiedzania jest droga do Caldes de Boí (uzdrowisko balneologiczne) i dalej, aż do Embassement de Cavallers, dokąd można dojechać samochodem dość karkołomną, wąską drogą. Alternatywnie, można wziąć dżipa z Boí lub iść na piechotę ładnym szlakiem. Na miejscu, tuż u podnóża gigantycznej tamy, jest kilka wygodnych parkingów. Po wspinaczce na wysokość zaporowego jeziora można skorzystać z malowniczej drogi jego brzegiem, która wiedzie dalej w wysokie góry do Estany Negre de Boí i Estany de les Monges.

Szosa z Boí przez Taüll (znajduje się tam kolejny z serii uroczych średniowiecznych kościółków, koniecznie trzeba wspiąć się na wieżę) prowadzi do narciarskich terenów Boí- Taüll, gdzie jednak latem nie ma nic ciekawego do oglądania, a jedyną atrakcją rozległych hal są pasące się stada płowoszarego bydła.

 

Południowa część Parku

Gdybyś natomiast zapuścił się do Parku od południa przez Vall Fosca, będziesz rozczarowany. Możesz dojechać własnym środkiem lokomocji aż do Embassement de Sallente, skąd wagonikową kolejką linową dostaniesz się na górę do Estany Gento - tam po raz pierwszy w Parku natknęliśmy się na schronisko, w którym można było w barze dostać coś do picia i jedzenia. Jednak jezioro Gento przedstawia dość smutny widok, jest to sztuczny i przemysłowy zbiornik wodny, co wyraźnie widać. Szlak wiedzie drogą, którą kursowała kiedyś kolejka górnicza, ma kilka tuneli, lecz w sumie nie jest specjalnie atrakcyjny. A więc odradzam zwiedzanie Vall Fosca, w Parku są miejsca bardziej godne uwagi.

 

Sierra de Sant Gervàs i Montserrat

Pora się pakować i wracać. Ponieważ samolot z Barcelony mamy dość wcześnie, postanowiliśmy po drodze zanocować w pobliżu gór Montserrat. Jedziemy na południe drogą N-230 na Lleidę. Zaraz za miejscowością El Pont de Suert czeka nas miła niespodzianka - szosa wije się brzegami zalewów Pantà d'Escales i Pantà de Sopeira, które oferują wspaniałe widoki. Woda jest błękitno-turkusowa, o wyjątkowo intensywnym zabarwieniu, które zapewne spowodowane jest obecnością soli mineralnych. Zbiornik stanowi przełom pośród poszarpanych turni gór Sierra de Sant Gervàs, których ściany są brązowo-brunatne, co może świadczyć o domieszkach soli żelaza. Co raz przystajemy, żeby zrobić zdjęcia i napawać się bajkowymi widokami, aż wreszcie docieramy do olbrzymiej tamy, która utrzymuje kilkudziesięciometrową różnicę poziomów. W ciemnej toni majestatycznie krążą wyrośnięte pstrągi.

Autostradą bardzo szybko dojeżdżamy w pobliże gór Montserrat i skręcamy na obwodnicę. Ten łańcuch górski ma wzniesienia o niezapomnianych kształtach, przywodzących na myśl stłoczony szereg pochylonych, maszerujących mnichów. Zawracamy i zatrzymujemy się w hotelu Bruc, który jest ładnie położony i czysty, lecz nocleg w nim zdecydowanie odradzam. We wszystkich pokojach klimatyzacja hałasowała niemożliwie przez całą noc, co 5 minut włączał się dodatkowy sygnał przypominający wiertarkę udarową. Jeśli to jest sposób na robienie oszczędności, to jest on tyleż oryginalny, co nieuczciwy.

Dalsza podróż na lotnisko przebiegła gładko dzięki doskonałemu oznakowaniu, a także gadaczowi GPS. Żal było wracać, ale jesteśmy przekonani, że nie było to ostateczne pożegnanie. Pireneje są powrotów warte, a myśmy wszak nie zdążyli dotrzeć np. do Parku Narodowego Ordesa y Monte Perdido, leżącego jeszcze bardziej na zachód przy samej granicy z Francją. Ten brak z pewnością uzupełnimy za rok, najdalej dwa.

 


Ceny (lipiec 2009):

  • Przelot powrotny Warszawa-Barcelona  810 zł (1 os., LOT)

  • Apartamenty zamówione przez internet  70-75 € (2 os., apt/dobę)

  • Samochód Seat Leon, diesel; Avis 538 € (15 dni)

  • Paliwo, autostrady 85 € (15 dni, 1175 km)

  • Dżipy od ok. 5 do 20 € (1 os/kurs)

  • Wyżywienie 245 € (2 os., 15 dni)

  • Całość ok. 5000 zł (1 os., w zespole 2 os.)

Artykuł napisano we wrześniu 2009 r.

 


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

     
 

Galeria zdjęć pełnego formatu

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Andrzej Zimniak

Costa Brava i Pireneje

 

Wakacje w Hiszpanii najczęściej kojarzą się z Andaluzją, Barceloną, Wyspami Kanaryjskimi i Majorką. Tymczasem w tym wielkim kraju jest wiele innych miejsc równie interesujących i wartych obejrzenia, tym bardziej, że nie panuje tam taki tłok jak w modnych kurortach. Tym razem wybraliśmy się do Katalonii, ale tej mniej uczęszczanej: do Pals nad morzem i we wschodnie Pireneje. W poniższej wakacyjnej relacji nie znajdziecie danych typowych dla przewodników turystycznych, lecz raczej opis naszych wrażeń i wyborów, a także kilka sugestii i praktycznych informacji. To jeszcze jedna propozycja spędzenia ciekawego urlopu, propozycja adresowana do każdego.

 

Startujemy z warszawskiego lotniska Okęcie w strugach deszczu. Jeszcze z terminalu obserwujemy, jak kilka walizek spada z wózka w głęboką kałużę. Ktoś mówi, że w Hiszpanii też leje i w telewizji pokazywali powodzie. Uspokajam, że to było na wiosnę, i że chodziło tylko o lokalne podtopienia. I że szansa, że ktoś z nas trafi na coś takiego, jest naprawdę bliska zeru. Moja rozmówczyni potakuje, ale bez większego przekonania.

Wylatujemy ponad chmury, słońce ostro świeci przez iluminatory, humory się poprawiają, zwłaszcza że serwowany jest posiłek. Przelatujemy nad ośnieżonymi masywami Alp, potem w dole błyszczy spora rzeka. Robię zdjęcia. Szkoda, że pilot nie informuje gdzie jesteśmy, nie ma u nas takiego zwyczaju. Jak kiedyś podróżowałem z Berlina na kanaryjską La Palmę, pilot nie tylko objaśniał widoki za oknami, ale opowiadał, ile spala jego maszyna i co to jest benzyna lotnicza. Na dodatek pasażerowie śledzili na monitorach ruch ikony samolotu na tle mapy Europy, a potem jej położenie u wybrzeży Afryki.

Niecałe trzy godziny lotu mijają szybko. Już jesteśmy nad Francuską Riwierą, widoczne są żółte paski plaż, białe smugi piany za kropkami jachtów i statki handlowe, wyglądające jak miniaturowe modele. Potem tylko morze, granatowosrebrzyste, z drobną fakturą fal. Zmniejszamy wysokość, pilot zapowiada rychłe lądowanie. Wyłania się hiszpańskie wybrzeże, klocki domów i pudełka zakładów przemysłowych powiększają się, nawracamy i po chwili pokazowo siadamy. Brawa dla pilota!

Barcelona wita ciepłą aurą, choć temperatura nie jest dokuczliwa, na pewno poniżej 30 stopni. Trochę chmur, sporo słońca, lekki wiatr, słowem - świetnie! Żaden z naszych bagaży nie trafił w kałużę ani nawet pod większy deszcz. Pani od hiszpańskich powodzi uśmiecha się i macha nam, wychodząc z terminalu na przystanek autobusowy. My poszukujemy biura wynajmu samochodów, bo rezerwacji dokonałem jeszcze w Warszawie. Jest! Chwila strachu: przed okienkiem stoi długa kolejka, ponad 20 osób. Zanosi się na dłuższe czekanie, możemy nie zdążyć do zamówionych apartamentów, klucze w biurze wydają do 20-tej. Szczęśliwie z drugiej strony pawilonu znajduję inne okienko, przy którym stoi tylko kilka osób. Po pół godzinie mam już kluczyk i udajemy się na parking, gdzie czeka seat Leon, nasz środek lokomocji na najbliższe dwa tygodnie. Pobieżnie sprawdzam stan wozu i ruszamy. Przed nami Hiszpania na dłoni! Przy okazji: wynajem samochodu w Hiszpanii jest relatywnie tani w porównaniu z innymi krajami europejskimi.

 

Próbuję skorzystać z wcześniej wybranej autostrady, stanowiącej dalszą obwodnicę Barcelony, ale nie udaje się - trafiam na arterię przelotową, biegnącą północnym skrajem miasta. Aktualne mapy oczywiście mam ze sobą, wszystkie, jakich będę potrzebował podczas tego urlopu - kupiłem je lub zawczasu sprowadziłem przez wyspecjalizowany warszawski sklep. Należy być zapobiegliwym, bo szukanie map i przewodników na miejscu jest czasochłonne i niepewne. Co innego lokalne szkicowe mapki z opisami - w te należy zaopatrywać się w punktach informacji turystycznej i hotelach, bo nieraz zawierają cenne informacje dodatkowe.

Arteria przelotowa okazuje się wygodna, nie ma spodziewanych korków. Kierujemy się na Geronę. Zjazdy są dobrze oznakowane, więc bez trudu lokalizujemy właściwy i już jesteśmy na bocznej, ale doskonałej szosie. To nie tylko propaganda, to szczera prawda: Hiszpanie przez ostanie 10 lat dokonali olbrzymiego postępu w budowie dróg. My ze swoimi tzw. osiągnięciami plasujemy się hen za nimi.

Zaczyna się wyścig z czasem, została już tylko godzina, potem pół. Zwiększam szybkość, opony pomiałkują na zakrętach. Szykujemy numery telefonów do biura turystycznego, żeby zawiadomić o spóźnieniu. Rozpytuję o drogę, to już gdzieś blisko. Wreszcie udaje się - odnajduję właściwe miejsce za pięć ósma! Załatwiam formalności, wychodzę i dopiero mam czas tak naprawdę rozejrzeć się po okolicy.

Wszędzie rośnie piękny, piniowy las. Nie ma wielkich hoteli, zabudowa jest niska, po lekko pagórkowatym terenie rozrzucone są kolonie bungalowów, eleganckie rezydencje, a pomiędzy nimi rozciągają się pola golfowe. Jedziemy według otrzymanej w biurze mapki, po drodze robimy zakupy w supermarkecie. Nigdzie się nie spieszymy, zaczęły się wakacje! O zmroku docieramy do ośrodka białych jednopiętrowych domków, uszeregowanych wokół basenu, otoczonych gęstymi, wystrzyżonymi trawnikami, na których królują dostojne pinie. Mewy z okolicznych dachów chóralnie informują: jesteś nad morzem, człowieku! Kosy próbują dodać coś od siebie, ale słychać je tylko w antraktach mewiego pokrzykiwania.

W domku standard: kuchnia połączona z salonem-jadalnią, wydzielona część z kominkiem, sypialnie na dole i na piętrze, dwie łazienki. Na dole z obu stron ogródki-łączki z leżakami, na górze spory taras z grillem. Nie jest źle!

 

Planując urlop, od lat postępujemy podobnie. Najpierw oczywiście wybieramy cel podróży - ma to być rejon o interesującej przyrodzie, różniący się od dotychczas odwiedzanych, o lokalnej egzotyce. Potem idziemy do porządnego biura podróży.

Cóż znaczy "porządne"? Najchętniej korzystamy z biur o międzynarodowej renomie i klienteli, ponieważ oferują one pewien standard usług, którego nikt nie wstydzi się zaproponować Anglikowi, Niemcowi czy Francuzowi. Jasne, coś za coś - takie usługi nie są najtańsze na rynku, ale, co istotne, za otrzymany podstawowy poziom komfortu nie przepłacamy, ceny są określane realistycznie. Kiedyś skusiliśmy się na tanie wczasy z tanim biurem w Grecji - co z tego, że dosłownie mieszkaliśmy pod Olimpem, jeśli zajmowaliśmy ciasną duszną klitkę z wyjściem prosto na uliczny chodnik. Po tym wyjeździe powiedzieliśmy: stop! Lepiej trochę dołożyć, ale za to mieć wakacje, które będzie się wspominać długo i z przyjemnością.

Dobre biuro warto wybrać także dlatego, że jest pewne. Nie słyszałem, aby takiej instytucji zdarzyło się nie opłacić hotelu lub przelotu. Te firmy zawierają kontrakty z wypróbowanymi kontrahentami, na których można polegać. I raczej nie zbankrutują z dnia na dzień.

Od pewnego czasu zdecydowanie preferujemy małe domki typu rustykalnych bungalowów z apartamentami, czyli mieszkaniami z wyposażeniem kuchennym. Trzeba samemu pitrasić, ale za to jemy co chcemy i kiedy chcemy. Poza tym domki są z reguły cichsze i spokojniejsze od hotelowych wieżowców, w których zawsze znajdują się bary z dyskotekami, gdzie grają do bladego świtu. Bloków i hałasu mamy dość na co dzień w mieście, w którym mieszkamy.

Ktoś może nie bez słuszności stwierdzić, że w takim razie po co opłacać marżę biurom podróży, skoro kwatery można wybrać i zamówić w internecie, a przelot zakupiony indywidualnie nieraz bywa tańszy od oferowanego czarteru. Owszem, ale weźmy pod uwagę, że w firmowych katalogach znajduje się oferta dotycząca kwater sprawdzonych, o pewnym minimalnym standardzie. Wybór jest oczywiście skromniejszy niż w sieci, ale stanowi propozycję po już dokonanej selekcji. Mimo wszystko, i tak jest z czego wybierać!

 

Wybraliśmy Platja de Pals właściwie przez przypadek. Założenie było takie, żeby zatrzymać się na tydzień w osobnym domku z tarasem, w ładnym otoczeniu, nad morzem i na północ od Tossy. Odcinek wybrzeża od Barcelony do Tossy jest jednym z najbardziej zatłoczonych terenów turystycznych Hiszpanii, w odróżnieniu od obszarów położonych dalej na północ, gdzie znajdują się miejsca zdecydowanie luźniejsze i spokojniejsze.

Platja de Pals dysponuje piękną plażą z drobnym, złocistym piaskiem, którą od południa zamyka skalisty cypel Cap de Begur, zaś od północy Cap de Barra. Linia brzegowa masywu Begur nie wszędzie jest skalista, w kilku miejscach odsłaniają się zatoczki z urokliwymi plażami, z których jedną upodobali sobie nudyści. Warto wybrać się jeszcze dalej na południe do Calelli i zwiedzić rozległy ogród botaniczny, rozciągający się na górskim zboczu aż do samego morza. Natomiast na północy w pobliżu portowej miejscowości l'Estartit leży wyspiarski rezerwat ptasi, na który można dostać się łodzią. Jedna z tych wysp, Meda Petita, oglądana z Platja de Pals sprawia wrażenie olbrzymiej skalnej maczugi, wyłaniającej się z morza. W pobliżu ujścia małej rzeki znajduje się inny, bagienny rezerwat. Kilka kilometrów w głąb lądu leży Pals, małe miasteczko z ładną starówką.

Nie spodziewaliśmy się wielkiego tłoku, ale byliśmy zaskoczeni pustkami na plaży, na uliczkach, w sklepach. Taka sytuacja częściowo wynikała z terminu - przyjechaliśmy na ostatni tydzień czerwca, tuż przed rozpoczęciem wakacji. W dniu naszego wyjazdu przybyło sporo letników, także znacząco wzrosły ceny apartamentów.

Pierwszy tydzień spędziliśmy na leniuchowaniu. Czas zajmowały nam plażowanie, kąpiele morskie, krótkie wycieczki piesze i samochodowe, jednodniowy wypad do Gerony. Wieczorem przechadzki alejkami wzdłuż żywopłotów pełnych kwiatów, grillowanie, kolacje przy świecach na tarasie. W nocy było słychać nieznane nam, tajemnicze nawoływania, zapewne polujących drapieżnych ptaków i rechot żab dobiegający z rezerwatu. Komarów jednak nie było.

Platja de Pals polecam wszystkim, którzy cenią sobie spokój i ciszę. Aby było naprawdę spokojnie (i taniej!), warto pomyśleć o przyjedzie poza głównym sezonem, który trwa od początku lipca do połowy sierpnia. Życie nocne jest skromne, koncentruje się wokół kilku restauracji przy ośrodkach wypoczynkowych.

 

Po tygodniu wczasowania pakujemy się, załadowujemy Leona i ruszamy na wyprawę po katalońskich Pirenejach. Nie udało nam się zwiedzić tyle, ile planowaliśmy, ale i tak zobaczyliśmy wiele pięknych miejsc.

Drogi są świetne, pierwszego dnia robimy więcej kilometrów, niż planowaliśmy. Mijamy od północy Geronę i kierujemy się na Banyoles. Zatrzymujemy się na chwilę na brzegu jeziora Estany de Banyoles, a potem jedziemy boczną szosą do Santa Pau, miasteczka leżącego w sercu strefy wygasłych wulkanów. Miejscowość jest urocza i warta zwiedzenia, z piękną starówką, ale okoliczne stożki wulkaniczne okazują się mocno przereklamowane - są to spore pagórki, porośnięte lasem, z zarośniętym zagłębieniem pośrodku. A więc zwiedzanie Zona Volcanica można sobie śmiało darować.

Mijamy Olot i kierujemy się do Camprodon, tam skręcamy w lewo i docieramy po południu do Vilallonga. To małe miasteczko przy drodze w wysokie góry, czyste i zadbane. Tuż przy maleńkim placu rynkowym znajdujemy niedrogi hotel, w którym zatrzymujemy się na jedną noc. Z okien rozpościera się piękny widok na dachy kryte kamienną dachówką i na góry. Tam pojedziemy już jutro!

W hotelu oczekiwaliśmy skromnego kontynentalnego śniadania, ale nie - posiłek jest obfity i typowy dla regionalnej kuchni, można wybierać spośród dwóch zestawów, w jednym dominują sery, w drugim wędliny. Syci i wypoczęci wyruszamy w dalszą drogę. Na rogatkach zatrzymujemy się, aby dokonać drobnych zakupów, odwiedzamy także piekarnię. Można tam kupić nie tylko pieczywo, ale także ciepłą pizzę, a na deser cienkie kruche ciasteczka z rozmaitością ziaren na wierzchu. Pycha! Większość hiszpańskich piekarni oferuje taki asortyment wypieków.

Wspinamy się górską szosą, masywy górskie są coraz bliżej. Na okolicznych halach pasą się stada beżowoszarych i białych krów o pofałdowanej, jakby pluszowej skórze. Robi się chłodno, zza gór napływają chmury, zaczyna siąpić drobny deszcz. Docieramy do terenów narciarskich o nazwie Vallter 2000. Wokół zakonserwowane wyciągi, nieczynne restauracje, na parkingach niewiele samochodów. I choć widać grupki wędrujących szlakami turystów, czujemy się trochę jak krasnoludki nie z tej bajki. Robimy zdjęcia i tą samą trasą zjeżdżamy na pogórze. Od razu ociepla się, zza mgieł przegląda słońce. Jedziemy na południe, ale zaniedługo zawracamy i znów wspinamy się, tym razem do Ribes. Tam mamy zarezerwowane bungalowy na kempingu - rezerwacji dokonano dla nas jeszcze w recepcji ośrodka w Platja de Pals.

Ribes to spore, typowe hiszpańskie miasteczko - w centrum ramble, starówka pełna wąskich uliczek, bary ze stolikami na ulicach, serwujące tapas i napoje. Mieliśmy trochę kłopotów ze znalezieniem kempingu, ale w końcu dotarliśmy na miejsce i zajęliśmy dwa drewniane domki z tarasami, z widokiem na spowite chmurami góry. Domki dobrze wyposażone - łazienka, kuchnia gazowa, komplet naczyń i sztućców. Niestety, to kosztuje: za taki domek płaci się 70-80 Eu (wszystkie ceny orientacyjne, na dwie osoby). Jak się okazuje, tańszy jest pokój w hotelu ze śniadaniem - 50 Eu. Jeszcze taniej można mieszkać bez śniadań - w hostalu w Gósol płaciliśmy 42 Eu.

Do bilansu należy jednak włączyć wszystkie czynniki, także pozawalutowe, wszak najtaniej byłoby pozostać w domu, rezygnując z wyjazdu. Dla nas, mieszczuchów z bloków, warto trochę dopłacić za możliwość celebrowania śniadań na tarasie, z monumentalnym górskim pejzażem w tle. W takich warunkach konsumpcja zwykłej jajecznicy ma w sobie coś z misterium!

 

Ribes jest świetnym punktem wypadowym w wysokie góry. Leży u podnóża takich szczytów, jak Puigmal (2910 m) czy Pic de les Nou Fonts (2861), a w okolicach przebiega wiele interesujących szlaków dla pieszych. Dużym udogodnieniem jest pociąg (tzw. kolejka Cremallera, sam wjazd ok. 9 Eu), którym niezwykle malowniczą trasą można dostać się w samo serce gór, do miejsca o nazwie Núria. Znajduje się tam sanktuarium kultu chrześcijańskiego - Matka Boska z Núrii ponoć obdarza kobiety płodnością. Poza tym jest malownicze jeziorko z tamą i kompleks turystyczno-restauracyjny, gdzie można się posilić. Dwiema kolejkami linowymi da się wjechać jeszcze wyżej, aby stamtąd wyruszyć na wędrówkę. Myśmy wybrali łatwiejszy wariant, a mianowicie zejście dobrze oznakowaną ścieżką do Oueralbs, gdzie zostawiliśmy na parkingu samochód. Polecam wszystkim - naprawdę uroczy szlak, z którego można podziwiać górskie widoki, bogatą szatę roślinną (m. inn. niewystępujące w Tatrach azalie górskie, pokrywające całe zbocza, a także olbrzymie lilie), oraz wodospady. Spotkaliśmy niezbyt płochliwe kozice, które jakby specjalnie pozowały do zdjęć. Ta część Pirenejów kojarzyła się nam Tatrami Zachodnimi, z tą różnicą, że wszystko tu było większe i bardziej urozmaicone.

W Ribes pozostaliśmy trzy dni i nie nudziliśmy się ani przez chwilę. Oprócz wypraw w wysokie góry w północnym kierunku, warto zwiedzić miasteczka Pardines i Campelles, można też dojechać do wioski Bruguera i wspiąć się na szczyt Taga (2039 m). W tych okolicach należy liczyć się ze stadami flegmatycznego bydła, które często okupuje szosę na całej szerokości. Jak stwierdziliśmy eksperymentalnie, hiszpańskie krowy patrzą nie widząc i słuchają nie słysząc - zwłaszcza dotyczy to samochodów i klaksonów. Jednak kiedy pojawił się pasterz i od niechcenia pstryknął palcami, gromada ruszyła raźnym truchtem i znikła, oddalając się leśnym traktem. Do dziś zastanawiamy się, w jakim języku pstrykał ów hodowca i na jakim kursie można się tego nauczyć.

 

Pakujemy manatki i wyruszamy na zachód krętą i malowniczą serpentyną. Kto nie lubi górskich dróg, niech lepiej obierze sobie za cel płaskie okolice Almerii lub Walencji. Ja jednak najlepiej czuję się wtedy, gdy szosa pnie się wyciętym w skale trawersem, silnik pojękuje na dwójce, a gdzieś w dole przemykają obłoki. Wtedy trzeba rozgrywać każdy zakręt, starając się przy tym uszczknąć jak najwięcej z widoków w dole, a nie - jak na autostradzie - tylko dusić gaz i szukać w radiu stacji z muzyką utrudniającą zaśnięcie.

Taki cygański urlop ma swój smaczek - jedziesz jedynie z grubsza wytyczoną trasą i nie wiesz, gdzie się zatrzymasz ani gdzie zanocujesz. Pewna jest tylko data i godzina powrotu, musisz być na lotnisku o określonej porze, bo tani apeksowy bilet przepadnie, a na nowy wydasz krocie. Więc jeszcze przed opuszczeniem kempingu proszę uczynnego chłopaka w recepcji, żeby pomógł mi zarezerwować noclegi w Sitges. Tę miejscowość wybrałem z mapy dlatego, że znajduje się blisko Barcelony, więc zdążymy przed południem spokojnie dojechać na lotnisko i oddać wóz. Szczerze doradzam właśnie taki sposób rezerwowania, bo jak zadzwonisz samemu, zapewne się nie dogadasz. Znajomość angielskiego u Hiszpanów jest obecnie niewątpliwie lepsza niż 10 lat temu, ale wciąż pozostaje w zakresie promili, nawet jeśli weźmiemy pod uwagę grupy zawodowe mające do czynienia z cudzoziemcami, a więc hotelarzy i kelnerów. Niewątpliwie najlepszym wyjściem dla turystów jest przyswojenie sobie podstaw języka hiszpańskiego. Hmm, sam to sobie powtarzam od kilkunastu lat, od kiedy jeżdżę do tego pięknego kraju. Program minimum to zabrać rozmówki i podręczny słownik i nosić je stale ze sobą.

Jedziemy w kierunku La Molina. Te okolice lepiej odwiedzić zimą, oczywiście jeśli uprawia się narciarstwo - wokół pełno wyciągów i kolejek, które ożyją wraz z pierwszym śniegiem. Teraz tylko przejeżdżamy prze te tereny, zwane Alp 2500, mijając po drodze urokliwą wioskę Castella de n'Hug i inną, La Pobla de Lillet, w której nieczynną cementownię przerobiono na interesujący skansen przemysłowy. Skręcamy w boczną, choć znakomitą drogę (ech, te hiszpańskie szosy) i mijamy zaskakujący swoją urodą wąwóz, którego dnem płynie rzeczka El Llobregat. I już jesteśmy na szlaku Picassa, wiodącym do Gósol.

 

Nad Saldes góruje masyw Pedraforca, przypominający gigantyczny ząb o podwójnej koronie. Wznosi się w niebo samotnie, w dolnych partiach pokryty szpilkowym lasem, wyżej skalisty i zupełnie łysy. Przy szosie poza miasteczkiem rozłożył się kemping, dosyć ciasny i z małymi domkami, za to ze wspaniałym widokiem na tę górę. Ma dobrą restaurację i stanowi doskonały punkt wypadowy, ale ponieważ recepcja nie dysponuje dwoma wolnymi bungalowami, więc jedziemy dalej. Jak widać, niektóre miejsca są oblegane także poza sezonem.

Następna miejscowość to Gósol, więc nie żałujemy, że wcześniej nie znaleźliśmy wolnych miejsc. Gdy przeczytałem, że w 1906 roku w tym miasteczku spędził kilka tygodni Pablo Picasso, inspirując się surowym pięknem gór, natychmiast stwierdziłem, że i nam z pewnością się tam spodoba. I rzeczywiście, krajobraz jest sielski i jednocześnie majestatyczny - ponad zielonymi polami coraz wyżej dźwigają się wzgórza, szczelnie pokryte kożuchem lasu. Po stronie północnej widać wyższe góry, jest to łańcuch Sierra de Cadí. Te góry trochę przypominają olbrzymie schody, bo szczyty od strony wschodniej wznoszą się stosunkowo łagodnie, zaś od zachodu są podcięte pionowymi stromiznami.

Historyczna część miejscowości położona jest na wzgórzu, reszta u jego podnóża. Od centralnego placyku promieniście rozchodzą się wyłożone kamieniem uliczki, wspinając się na obrzeża doliny. Próbujemy wynająć niezależny apartament z kuchnią, ale albo brak miejsc, albo na przeszkodzie staje bariera językowa. W jednym przypadku córka dogaduje się po francusku (wszak do Francji rzut beretem, ludność ulega wymieszaniu), ale nie zmienia to sytuacji. Zwiedzamy luksusowy kamping, lecz domki są ciasne i urządzone bez gustu, za to niemożliwie drogie. Wracamy na rogatki, gdzie na obrzeżu widzieliśmy spory hostal Cal Franciscó, i tam wreszcie się zatrzymujemy. Jak widać, poszukiwanie noclegu to rytuał wymagający czasu, który trzeba uwzględnić w grafiku. Pokoje są obszerne, z tarasami. Można opłacić wyżywienie w dowolnym zakresie, ale my wolimy korzystać z restauracji mniej systematycznie, zamawiając dania z karty.

 

Cristal Parc Natural de Cadi Moixeó - tak nazywa się obszar, który przecina cała sieć pieszych szlaków turystycznych. Jednak jak jest się w Gózol lub Saldes, gwoździem programu pozostaje wyprawa na Pedraforca (w luźnym tłumaczeniu "kamienne widły"). Góra jest spora (2497 m), a na szczyt prowadzi umiarkowanie trudny szlak. Ponadto cały masyw da się obejść dookoła leśnymi dróżkami. Eksplorację Pedraforca najlepiej rozpoczynać z Saldes. Mapy turystyczne regionu można pobrać w recepcji tutejszego kempingu, gdzie część personelu zupełnie nieźle włada angielskim i chętnie udziela wskazówek.

Jedziemy samochodem z Gósol. Droga jest widokowo piękna, góra - skromna i niepozorna od strony Gósol - rośnie i zaczyna szczerzyć swój podwójny kieł, gdy zajeżdżamy ją z boku. Przed Saldes skręcamy w lewo na lokalną szosę, wspinającą się stromo na zbocze. Zwalniam i jadę ostrożnie na zakrętach, bo tutaj niełatwo się minąć. Na tle ostrego błękitu nieba unoszą się orły - żyje tu kilka gatunków, te największe mają rozpiętość skrzydeł do prawie 3 metrów.

Droga trawersem pokonuje zbocze, porośnięte młodym sosnowym lasem. Niebawem docieramy do punktu widokowego o dźwięcznej nazwie Mirador de Gresolet. Z parkingu i tarasu roztacza się wspaniały widok na panoramę gór, u stóp mamy obryw przepaści, w dole kilkaset metrów niżej widzimy szczotkę lasu i nitkowate szlaki dróg. Chwilę odpoczywany, kontemplując surowe piękno tego zakątka, a potem wspinamy się do schroniska Refugi Lluís Estasen. Zamawiamy kawę i wychodzimy na zewnątrz, aby podziwiać przytłaczający, wznoszący się niemal pionowo masyw Pedraforca. W ostrym świetle jest niemal biały, z koronkową fakturą, i wydaje się nam, że unosi się jak ogromny pomarszczony balon na tle błękitu.

Przez trzy dni jeździmy, chodzimy, zwiedzamy. Pogoda znakomita, mimo znacznej wysokości w dzień jest upalnie, natomiast ranki i wieczory są chłodne. Na początku eskapady mieliśmy nadzieję, że zdążymy spędzić choć jeden dzień w Parku Narodowym Aigüestortes, leżącym ok. 100 km na północny zachód od Sierra de Cadí - w krainie gór sięgających 3000 m, setek jezior i dziesiątków potężnych wodospadów - niestety, zabrakło czasu. Mocną pozycją w planach na przyszłość jest wyprawa w tamte rejony, a może jeszcze dalej, w stronę Kraju Basków, Asturii i Galicji.

 

Czas wakacji szybko dobiega końca - pakujemy się i ruszamy na południe. Wczesnym wieczorem docieramy do Sitges i po godzinnym kluczeniu po zatłoczonych uliczkach i promenadach wreszcie znajdujemy nasz pensjonat, położony przy jednej z zamkniętych dla ruchu kołowego, wąskich i stale pełnych ludzi uliczek starego miasta. Po dwóch tygodniach spędzonych w rzadziej uczęszczanych regionach uderza nas tłok - wszędzie tłumy, nieraz trudno się przepchnąć. Pokoje małe i obskurne, zresztą nie dziwimy się, wzięliśmy tani hotelik nie po to żeby spędzać w nim czas, lecz by przespać dwie noce.

Z Sitges zapamiętałem wysoki standard sklepów i tłumy osób o odmiennej orientacji seksualnej. Zazwyczaj w kurortach widzi się szeregi standardowych sklepów z pamiątkami, tanią galanterią skórzaną, koszulkami z nadrukami i z akcesoriami kąpielowymi, jak barwne ręczniki i kostiumy. Tu sklepy były na poziomie, bez pamiątkarskiej tandety. No i ta orientacja - miałem wrażenie, że znalazłem się w stolicy lesbijek, a zwłaszcza gejów (ci byli w nadmiarze). Poza tymi wyznacznikami oryginalności reszta spełniała standardy modnego kurortu.

Ostatni dzień przeznaczyliśmy na zwiedzanie Barcelony, dokąd pojechaliśmy pociągiem, aby nie kłopotać się trasami dojazdu i parkowaniem. I znów znaleźliśmy się pod presją tłumu, nieprzerwanie płynącego uliczkami starego miasta i po ramblach. Wiecznie obstawiona rusztowaniami, oblegana przez tysiące turystów Sagrada Familia też nie zrobiła takiego wrażenia jak kilka lat temu, podczas pierwszego pobytu.

 Za rok lub dwa powrócimy w rzadziej uczęszczane partie środkowych Pirenejów. W północnej Hiszpanii pozostało nam jeszcze wiele miejsc wartych zwiedzenia.


 

Ceny. Dane odnoszą się do końca czerwca i początku lipca 2007 r.

 

Lot powrotny Warszawa - Barcelona (LOT) - 1063 zł (1 os.).

Wynajem samochodu: Avis, koszt 431 Eu (16 dni). Cena oleju napędowego: ok. 1 Eu/litr.

Bungalow (rezerwacja przez biuro Neckermanna) - 598 Eu (4 os., 7 dób). Właściciel: Ceigrup: www.torrent-api.com.

Hostal Cal Mestre, Vilallonga (rynek), 50 Eu (2 os/dobę ze śniadaniem).

Kemping Val de Ribes (miejscowość Ribes de Freser), (97)272 8820 (trudno o miejsce w piątek i sobotę), bungalowy, 63 Eu (domek/2 os./dobę).

Hostal Cal Franciscó (Gósol), (97)337 0075, 44 Eu (2 os/dobę bez śniadania).

Wydatki na utrzymanie (głównie posiłki przyrządzane we własnym zakresie) ok. 360 Eu (16 dni/2 os.).

Całkowity koszt opisanego urlopu w grupie 4 osób ok. 7400 zł/osobę.

 

 

 

Artykuł napisano w sierpniu 2007 r.


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

   

Obejrzyj zdjęcia w pełnym formacie

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Andrzej Zimniak

EGZOTYKA WYSP KANARYJSKICH: LANZAROTE I TENERYFA

 

Wyspy Kanaryjskie to wulkaniczny archipelag, wynurzający się z Atlantyku tuż u wybrzeży Afryki - od Czarnego Kontynentu dzieli go zaledwie 110 km. Wyspy leżą 500 km na północ od zwrotnika Raka, na tej samej szerokości geograficznej co granica Maroka z Saharą Zachodnią, środkowy Egipt, północny kraniec Morza Czerwonego czy Floryda. Nic więc dziwnego, że jest tu ciepło przez cały rok, a łagodny morski klimat, egzotyczna roślinność, księżycowy wulkaniczny krajobraz i wspaniałe plaże przyciągają turystów z całego świata. Szczególnie tłoczno jest w okresie Bożego Narodzenia; zjeżdżają wtedy całymi rodzinami przedstawiciele klas średnich z Hiszpanii i północnej Europy, aby opalać się, pływać w oceanie i... ubierać choinkę na plaży.

Archipelag został podbity przez Hiszpanów w XV wieku. Przedtem był odwiedzany m. in. przez Maurów, Arabów, Portugalczyków i Włochów, którzy systematycznie łupili pierwotnych mieszkańców wysp, pośród nich białoskórych Guanczów. W 30 r. p.n.e. jedną z ekspedycji Maurów opisał Pliniusz Starszy. Napotkano wówczas na wyspach wielkie, dziko żyjące psy, dlatego nadano archipelagowi nazwę Canis Islas (canis to po łacinie pies). Tak więc nazwa Wyspy Kanaryjskie nie ma nic wspólnego z kanarkami, choć te sympatyczne ptaszki także tam występują. Archipelag składa się z siedmiu dużych i najbardziej znanych wysp oraz z sześciu małych i rzadko odwiedzanych.

Nas interesowały głównie wulkany. W regionie kanaryjskim podziemne siły dzisiaj drzemią, chociaż w niektórych miejscach skały na głębokości kilku metrów rozgrzane są do temperatury aż 400oC!  Wydobywający się z rozpadlin żar pomysłowo wykorzystano w parku Timanfaya na Lanzarote, gdzie na specjalnie ustawionych rusztach można przyrządzać strawę, na przykład piec kurczaki. Ogromny stożek Pico del Teide na Teneryfie jest jednak cichy i pozornie wygasły, tylko z głębokich pęknięć masywu sączy się swąd siarki. Ostatnie wybuchy wulkanów na Teneryfie miały miejsce dosyć dawno, bo w końcu XVIII wieku, ale za to wtedy podziemne siły uaktywniły się gwałtownie i na dużą skalę: zionęło ogniem i lawą z wielu kraterów równocześnie. Aktywniejsza jest La Palma - tam erupcje obserwowano w latach 70-tych 20. wieku. Nie są to więc "śpiące" wulkany typu Wezuwiusza, który budzi się raz na kilka tysięcy lat, ale również nie przypominają swoją aktywnością na przykład Strombolego na włoskich Wyspach Liparyjskich, który wyróżnia się permanentną erupcją gazową, zaś lawą pluje co kilkanaście lat. Sytuują się gdzieś pomiędzy nimi na skali aktywności, a więc już niedługo powinien nadejść ich czas.

Dziś Wyspy Kanaryjskie są dostępne także dla średnio sytuowanego Polaka. Można wykupić bilety na rejsy czarterowe z Warszawy i innych większych polskich miast na Teneryfę i Gran Canarię, albo zdecydować się na niewiele droższą imprezę organizowaną przez wiele biur podróży. Podróż stanowi jednak sporą pozycję w kosztach wycieczki, więc lepiej zaplanować urlop na dwa tygodnie. Na archipelagu istnieje coś takiego, co ładnie nazwano "przemysłem turystycznym", dlatego transport lotniczy jest masowy, a więc, jak na zachodnioeuropejską kieszeń, stosunkowo tani. Przeważają samoloty czarterowe, które przewożą dziesiątki tysięcy turystów z miast całego świata. W Hiszpanii korzystanie z transportu lotniczego jest opłacalne, bo ceny biletów są podobne do kosztów podróży pociągiem czy statkiem. Najtaniej kosztuje bilet na lotnisku bezpośrednio przed odlotem, ale nigdy nie ma gwarancji, że będą miejsca. Lepiej więc skorzystać z usług biur podróży, chociaż wtedy płacimy nawet o jedną trzecią drożej.

Miałem do dyspozycji niestety tylko tydzień, więc do zwiedzania wybrałem dwie spośród siedmiu głównych wysp: Lanzarote i Teneryfę. Pierwszym celem została Arrecife, stolica wyspy Lanzarote. Ta wyspa stanowi spłacheć wulkanicznego piasku i żużlowych pól z samolotu przedstawia sobą widok, jaki zapewne będzie udziałem astonautów lądujących na Marsie: rdzawo-brunatna pustynia, usiana kraterami o łagodnych, wydmowych brzegach.

Lanzarotte - zwana Diabelską lub Ognistą Wyspą - położona jest blisko Afryki, ledwie nieco powyżej 100 km od krańców Sahary. Wiejące od pustyni wiatry przynoszą suche, gorące powietrze, nic więc dziwnego, że na tym skrawku kamienistej ziemi nie rośnie właściwie nic więcej niż kaktusy i palmy (te ostatnie z wydatną pomocą człowieka). Jest to zrozumiałe, bo na Lanzarote i sąsiedniej Fuerteventurze przez cały rok może nie spaść ani kropla deszczu. Wyspa nie ma dużych wzniesień - najwyższe sięga ok. 600 m. Za to krajobraz jest tak niesamowity i księżycowy, że właśnie tutaj kręcono wiele scen do znanego filmu fantastycznego "Gwiezdne wojny". Jest rzadko zaludniona, ma zaledwie 50 000 stałych mieszkańców.

Do Arrecife leciałem z Madrytu i dotarłem tam po północy. Od razu po opuszczeniu samolotu poczułem ciepły, silny wiatr, typowy dla tych zagubionych na pełnym morzu wysp. Powietrze nie było parne, ale wilgotne, morskie. Nie miałem żadnych rezerwacji, więc zastosowałem wypróbowany, najtańszy i oszczędzający sporo wysiłku sposób: wziąłem taksówkę i kazałem się wieźć do taniego pensjonatu. Ani z taksówkarzem, ani z nikim na lotnisku nie można się było porozumieć po angielsku; dobrze, że trafił się jakiś gastarbeiter, władający hiszpańskim i łamanym niemieckim. Dobra rada dla turystów, zwłaszcza podróżujących indywidualnie w te strony: nauczcie się chociaż podstawowych słówek i zwrotów hiszpańskich, a ściągawkę na wszelki wypadek trzymajcie na podorędziu.

Pensjonat okazał się tańszy niż niedrogie hospedaje na półwyspie: 20 $ za dwuosobowy pokój z łazienką. Rozpiętość cen noclegów jest na Wyspach spora i każdy może znaleźć coś dla siebie.

Arrecife rozczarowuje: jest to brudnawe miasteczko w stylu kolonialnym, senne i nieciekawe, nie warto więc spędzać w nim więcej czasu niż jest to niezbędnie konieczne. Najlepszym sposobem na zwiedzanie wyspy jest wypożyczenie samochodu i wybranie indywidualnej trasy. Wskazówki i bezpłatne mapy można uzyskać w punkcie informacji turystycznej przy głównej ulicy. Wycieczki organizowane wypadają o wiele drożej i obejmują zawsze tylko część atrakcji wyspy. Natomiast wynajem samochodów jest chyba najtańszy w Europie (od ok. 30 $ za dobę, z pełnym ubezpieczeniem). Polskie prawo jazdy jest honorowane.

Po wynajęciu opla corsa najpierw udałem się na południe, do Parku Narodowego Timanfaya. Jest to obszar pokryty skałami wulkanicznymi o niesamowitych kształtach i barwach, polami zakrzepłej lawy, kraterami i wydmami popiołu w kolorze sepii. Chyba właśnie te okolice wywierają największe wrażenie dzięki swojej inności i egzotyce. Teren jest stosunkowo płaski, a bryły magmy i bazaltowej szlaki ciągną się kilometrami. Dopiero tutaj można "posmakować przestrzeń", co jest niemożliwe na obszarach zadrzewionych lub zurbanizowanych, z jakimi mamy zazwyczaj do czynienia w Europie.

Wybrzeże morskie Parku Timanfaya składa się z rumowiska czarnych magmowych skał, które zakrzepły w zetknięciu z oceanem. Działo się to ok. 200 lat temu, podczas gwałtownych erupcji, kiedy na wyspie wybuchało na raz 30 wulkanów. Lawa zastygała wówczas w wiele dziwacznych kształtów, tworząc łuki, pieczary i fantazyjne kolumny, którym fale przyboju do dzisiaj nie dały rady. Trudno wyobrazić sobie tamto piekło walki ognia z wodą; chmury pary z pewnością były widoczne nawet z afrykańskiego brzegu!

Omijam kurorty, gdzie króluje "przemysł turystyczny" i które wyglądają podobnie na całym świecie: piaszczysta wstęga plaży z równo rozmieszczonymi parasolami, a tuż przy piasku wielokilometrowej długości mur betonowych hoteli, potem promenada ze sklepami i następne pasmo hoteli. Znane to i mało ciekawe. Kieruję się w głąb wyspy, gdzie właściciele pól wulkanicznego żużlu usiłują uprawiać winorośl na dnie nieckowatych zagłębień, obłożonych niskimi murkami z większych kawałków szlaki. Coś tam rośnie, ale widok nie jest budujący.

Wnętrze wyspy to hałdy żużlu i popiołu, układające się w pasma wzgórz, drgające od gorąca powietrze, czerń zakrzepłych bazaltowych bąbli, sepia dalekich wzniesień i blady błękit nieba. Mijam parterowe, białe domki miasteczek i wsi, grupy palm, kaktusy, a potem znów pustynne wzgórza. Zabudowa obowiązkowo niska, bo w końcu wszystko stoi na prawdziwych wulkanach.

Północny kraniec wyspy wznosi się dość wysoko, roztacza się stąd wspaniały widok na sąsiednią maleńką wysepkę Graciosa. Można tam dopłynąć łodzią, jest skromne zaplecze turystyczne, natomiast brak szos i samochodów, a także roślin. Z wysokiego północnego cypla Lanzarote wysepka Graciosa wygląda jak szary wulkaniczny pryszcz, otoczony lazurowym oceanem. Ale może być świetnym miejscem na cichy wypoczynek, z dala od zgiełku turystycznych centrów.

W drodze powrotnej do Arrecife zatrzymuję się przy grotach los Verdes i del Agua. Podziemne korytarze i pieczary ciągną się kilometrami. Część z nich zagospodarowano, w jednej z przestronnych komnat urządzono nawet sporą salę koncertową. Po trudach zwiedzania na umęczonych podziemnym spacerem speleologów czeka posiłek w luksusowej restauracji na powierzchni, do której wkracza się wprost spod ziemi. Można i tak, chociaż osobiście wolę nieco mniej ucywilizowaną naturę.

Na tej wypalonej ziemi najlepiej udają się kaktusy, nic więc dziwnego, że założono wspaniałe ogrody, w których te rośliny osiągają niebywałe rozmiary. Wszakże kolczastej kuli o średnicy metra nie polecam do doniczkowej uprawy, jak również drzewa smoczego, choć nasiona można kupić nawet na lotnisku.

O kilka kilometrów na południe od Lanzarote rozciąga się nieco większa i mniej nawiedzana przez turystów Fuerteventura, ale z bólem serca pakuję manatki. Na jutro mam zarezerwowany lot na Teneryfę.

Największa wyspa archipelagu ma dwa lotniska, autostrady, uniwersytet i ok. 700.000 mieszkańców. No i oczywiście wielki przemysł turystyczny, chociaż także wiele dziewiczych zakątków, gdzie przyroda zachowała swój pierwotny urok.

Zatrzymuję się w stolicy, Santa Cruz de Tenerife, która nie ma wiele do zaoferowania turystom. Kilka kilometrów na północ rozciąga się zawsze tłoczna plaża Playa de Teresitas, wysadzana palmami i osłonięta od pełnego morza falochronem usypanym z naturalnych skalnych bloków. Miasto położone jest malowniczo, tuż pod zboczami nagich, brązowo - rdzawych gór, nad szmaragdowymi wodami oceanu. Stąd odchodzą promy i wodoloty na Gran Canarię. Stąd też wyruszam na dwudniowe zwiedzanie wyspy. Wynajęcie samochodu już jest droższe o ok. 20% niż na Lanzarote - cóż, region modniejszy, bardziej uczęszczany. Trzeba przyznać, że także bardziej urozmaicony.

Kieruję się ku północy i zaraz po wyjeździe z miasta rozpoczynam mozolną wspinaczkę po serpentynach. Przez wnętrze wyspy ciągną się łańcuchy górskie o wysokości naszych Tatr, sięgające 2-2,5 tys. metrów n.p.m. Wyglądają na wyższe, bo wyrastają od razu na tę wysokość, nie ma tu przecież żadnego pogórza.

Z powodu wysokości wzniesień, a także większego oddalenia od Afryki, klimat jest inny niż na Lanzarote, a poszczególne części wyspy charakteryzują się całkowicie odmienną temperaturą, wilgotnością i nasłonecznieniem. Można śmiało powiedzieć, że na tym niewielkim skrawku lądu sąsiadują ze sobą zupełnie różne strefy klimatyczne! Wiejący od północy pasat niesie masy wilgotnego morskiego powietrza, które napotykają na swojej drodze wysokie góry. Powietrze unosi się i ochładza, a wilgoć skrapla się i opada w postaci mgły i drobnego deszczu. Nic dziwnego, że północne masywy są wietrzne, wychłodzone i stale spowite chmurami. Pokryte są bujną zielenią, z daleka podobną do naszych niskopiennych lasów liściastych, lecz występujące tu gatunki są inne, bardziej dla nas egzotyczne. Gdy wicher na chwilę rozwieje chmury, z płaskowyżu widać po obu stronach górskiego łańcucha lazurowy ocean, pokryty zmarszczkami fal.

Kieruję się na południe i po pół godzinie jazdy docieram do nieco niżej położonego miejsca, w którym jak nożem uciął kończy się wpływ wilgotnej strefy. Za plecami mam dymiące mgłą, zielone góry, a na wprost krajobraz z innego świata: suche, wypalone słońcem stoki żółtych wzgórz. Można zdjąć kurtkę i przeprosić się z szortami. Gdzieś za górami, na południowych wybrzeżach wyspy, rozciągają się plaże, nad które przez cały okrągły rok nie zabłąka się ani jedna chmurka!

Dalej droga wiedzie szczytami wspaniałego masywu Monte de Esperanza, porośniętego gajami eukaliptusowo - sosnowymi. Niezwykła mieszanina zapachów, w której górę zdecydowanie bierze olejek eukaliptusowy. Wyżej rośnie już sama sosna kanaryjska o długich igłach, nieco podobna do włoskiej pinii. Po prawej stronie raz po raz otwierają się widoki na północne wybrzeże, szczelnie otulone warstwą białych chmur, które są teraz dużo niżej od poziomu szosy. Fantastyczny krajobraz: jak z samolotu widać z góry rzeźbioną powłokę chmur, a jadę przez nagrzany, pachnący żywicą las!

Pod tą warstwą mgły czy chmur kryją się nie tylko zurbanizowane ośrodki turystyczne, jak Puerto de la Cruz, ale także plantacje bananów na poletkach z żyznego wulkanicznego popiołu. Wilgotny, ciepły mikroklimat pasemka północnego wybrzeża stwarza doskonałe warunki do rozwoju rolnictwa, choć areał upraw nie może być zbyt wielki. Wodę zarówno dla rolnictwa, jak i dla potrzeb ludności czerpie się ze zbiorników retencyjnych, zasilanych wodą z gór. Kondensująca mgła tworzy cieki wodne, które ujmowane są w rury i rozprowadzane po całej wyspie. Tego rodzaju rury często widać na górskich zboczach.

Wspinam się wyżej i wyżej. Sosna ustępuje miejsca niskopiennej roślinności pustynno-górskiej, wokół coraz więcej rdzawych skał wulkanicznych, a na wprost górujący nad wyspą szczyt wulkanu Pico del Teide. Ta najwyższa wolno stojąca góra świata (3718 m) znajduje się w wulkanicznym parku narodowym Las Canadas, który fascynuje swoją pierwotną dzikością i ogromnymi przestrzeniami. Jest inny niż Timanfaya na Lanzarotte ze względu na odmienne formacje geologiczne i na wysokość gór. Mimo 2,5 tysięcy metrów n.p.m. jest ciepło i sucho, wieje pustynny wiatr. Szosa wije się pośród iglic i baszt, przecina pola brązowych pumeksowych skał, nadtopionych i zeszklonych po wierzchu. Jak było tutaj dwa i pół wieku temu, kiedy ogień zionął z bezdennych rozpadlin na całej wyspie, a czerwone rzeki lawy spływały do oceanu? Jak wyglądają płonące skały albo wrzące morze? Takie widoki mogę sobie tylko wyobrażać.

Droga powrotna wiedzie północną autostradą, ale żeby do niej dojechać, muszę zanurkować w dywan gęstych chmur. Wglądają groźnie i spodziewam się zerowej widoczności, jadę powoli jak żółw, ale po zanurzeniu się w bury przestwór ogarnia mnie gęsta, ale na szczęście zwykła mgła. Zachodzące słońce cieniuje fantastyczne kształty, podobne do gadzich łbów, gdy na chwilę wynurzam się nad powierzchnię przemieszczającej się falami mgły. Na tej wysokości znów pojawia się szpilkowy las. Ponownie wchodzę w mgłę z zapalonymi reflektorami, robi się chłodno i wilgotno. Chwilami mgła jest tak gęsta, że posuwam się naprzód z szybkością piechura, często używając sygnału dźwiękowego. Pół godziny ostrożnej jazdy i wynurzam się po drugiej stronie warstwy chmur, od spodu. Robi się cieplej, jakby widniej, po prostu normalnie, a niebo jest po prostu swojsko pochmurne. Tylko mijane plantacje bananów przypominają, że jestem na egzotycznym archipelagu.

Przedstawione opisy ukazują Wyspy Kanaryjskie jako krainę drzemiących wulkanów, zakrzepłych pól lawy i wydm z szarego popiołu. Istotnie tak jest, chociaż potoczne wyobrażenie archipelagu jako raju dla bogatych turystów też nie mija się z prawdą! Większość obszaru to dzikie góry lub pustynia, ale istnieje wiele miejsc, gdzie można ułożyć się pod palmą na złotym piasku, tuż nad bajecznie przejrzystą wodą. Jeśli tam zechcemy napić się martini, nie trzeba fatygować się z tego miejsca dłużej niż przez trzy minuty, a jeśli znudzą nam się kąpiele w słonej wodzie, do dyspozycji jest dwupoziomowy basen z wodospadem, otoczony egzotyczną roślinnością. Tak jest w Playa de las Americas lub Puerto de la Cruz. Nie tylko dla dzieci zbudowano Loro Parque - coś w rodzaju ogrodu zoologicznego, gdzie tresowane papugi popisują się jazdą na wrotkach. W kilku miejscach archipelagu można podziwiać niesamowicie wyglądające drzewa smocze, a amatorzy podwodnych przygód znajdą doskonałe akweny i wypożyczalnie sprzętu w Acantilado de los Gigantes. W pobliżu lepszych hoteli nietrudno trafić do sklepów pełnych ciekawostek, a wieczorem można pójść do taniej bodegi na sangrię lub do drogiej restauracji na wykwintne morskie specjały, jak oryginalnie podane ostrygi czy langusty. Jednym słowem: dla każdego i na każdą kieszeń coś się znajdzie.

Mnie jednak przede wszystkim urzekło księżycowe piękno i surowa egzotyka wulkanicznych krajobrazów. Właśnie dla nich na pewno powrócę na archipelag, wybierając bardziej zieloną, leżące nieco na uboczu La Palmę czy oddaloną od uczęszczanych szlaków dziewiczą wyspę Hierro.

 

Artykuł napisano w 1995 r., aktualizowano w listop. 2006 r.


 

 

 

 

 

 

Zdjęcia w pełnym formacie z opisami zobacz w

GALERII

 

To jedyne zdjęcie nie mojego autorstwa - "cytowane" z pocztówki.

 

 

 

 

 

 

Andrzej Zimniak

SZLAKIEM WULKANÓW - ETNA I WYSPY LIPARYJSKIE

 

Jeśli chcesz spędzić niezwykły urlop w egzotycznych okolicach, a przy tym lubisz dziką przyrodę bardziej niż wypoczynkowo-rozrywkowe kompleksy turystyczne, jedź na sycylijską Etnę i Wyspy Liparyjskie. Zwłaszcza Wyspy i potężny wulkan Stromboli dostarczą Ci niezapomnianych wrażeń.

Sezon trwa tam od maja do października, przy czym "high season", kiedy jest najtłoczniej, a ceny najwyższe, to lipiec i pierwsza połowa sierpnia. Osobiście radzę wybrać się w czerwcu, wrześniu czy październiku, bo luźniej, taniej i upały mniejsze, a morze wystarczająco ciepłe.

Można zwiedzać po drodze północne Włochy, ale lepiej odłożyć to na kiedy indziej, na przykład na przyszły rok, wykupując wtedy jedną z licznych i dobrze zazwyczaj zorganizowanych wycieczek. Natomiast na Sycylię i "Lipari" lepiej jechać indywidualnie, więc proponuję bez zatrzymywania się dotrzeć aż do Katanii. Jest to punkt wypadowy na Etnę.

Etna, najwyższy w Europie czynny wulkan (3340 m n.p.m.), to nie tylko olbrzymia góra, ale rozległy krajobraz, zajmujący mniej więcej kolisty obszar o średnicy około 30 km.  Rozciągają się tam pola uprawne, lasy, hałdy wulkanicznego żużla, a wyżej skaliste hale porosłe karłowatymi drzewami i krzewami. Podczas dalszej jazdy w kierunku szczytu dostajemy się na skaliste pustkowia, mijamy kopce czarnych pumeksowych skał i bryły zastygłej magmy. W ten krajobraz wkomponowują się liczne osobno stojące wulkaniczne stożki.

Etnę można objechać specjalnym pociągiem; trwa to około 5 godzin. Prywatna linia łączy małe miasteczka, leżące wokół masywu, lecz samej góry nie widać zbyt dobrze, bo zwykle spowija ją mgła. Można więc sobie tę wycieczkę darować, natomiast warto wyprawić się od razu na sam szczyt.

Spod katańskiego dworca kolejowego odchodzą autobusy na Etnę, a właściwie do miejscowości Refugo Sapienza. Podróż jest interesująca, pejzaż za oknami staje się coraz bardziej dziki i księżycowy. Refugo Sapienza to tylko kilka kiosków z pamiątkami i schronisko, które częściowo zostało zniszczone przez lawę podczas erupcji w 1971 roku. Tutaj znajduje się stacja kolejki linowej, którą można dostać się w pobliże głównego krateru. Dalej jedzie się jeepami, a jeszcze dalej maszeruje piechotą w grupach z przewodnikiem. Niestety, dostęp do brzegu krateru jest zabroniony od 1979 roku, kiedy podczas gwałtownej eksplozji gazów śmierć poniosło 10 turystów. Na własną odpowiedzialność da się dojść do krateru boczną ścieżką, ale jest to niebezpieczne, więc odradzam.

Szczyt Etny zazwyczaj tonie we mgle, więc w najlepszym razie, jak wiatr rozwieje opary, ogląda się od dołu stale i równomiernie dymiący krater. Można natomiast podziwiać wspaniałe widoki nieco niżej, a także ogrzać się przy szczelinach, z których wydobywa się gorąca para. Jest zimno (wysokość ponad 3000 metrów), więc para przypomina obłoki białego dymu.

Wyprawa z Katanii na Etnę jest doskonale zorganizowana i skomercjalizowana, więc dla własnej inwencji nie pozostaje wiele. Dobrą stroną takich ułatwień jest dostępność wycieczki: nawet osoby w podeszłym wieku (ale nie cierpiące na lęk przestrzeni) mogą dotrzeć pod sam szczyt wulkanu.

Będąc w Katanii mamy bardzo niedaleko do Wysp Liparyjskich i potężnego, znajdującego się w stanie tzw. permanentnej erupcji wulkanu Stromboli. Gorąco zachęcam do jego obejrzenia.

Należy udać się pociągiem na północne wybrzeże Sycylii, do portu Milazzo, skąd odpływają statki i wodoloty na "Lipari". Statek jest tańszy, ale wodolot za to znacznie szybszy.

Wyspy Liparyjskie dostarczają wspaniałych widoków. To oblane Morzem Tyrreńskim szczyty wulkanicznych gór, ciągnących się podwodnym łańcuchem od sycylijskiej Etny, poprzez wyspy Vulcano, Lipari, Salinę i Stromboli aż po neapolitański Wezuwiusz. Stromboli jest olbrzymią górą (ponad 900 m), masywnym stożkiem wyrastającym wprost z morza. Skały i piasek na plaży są czarne, co ostro kontrastuje z bielą domków i barwnymi łódkami w porcie. Zabudowa niska, domy mają najwyżej parter i piętro, bo stoją zupełnie dosłownie na aktywnym wulkanie. Uliczki wąskie, więc nie używa się samochodów, tylko skutery i przedziwne trójkołowe wózki skuterowe. Ma się wrażenie, że czas zatrzymał się tutaj bardzo dawno temu.

Na szczyt wulkanu można wejść dosyć łatwym, choć długim i miejscami stromym szlakiem. Widok lazurowego morza i całego archipelagu z kilometrowej wysokości jest trudny do opisania - to trzeba zobaczyć na własne oczy!

Formacja geologiczna jest nietypowa, bo wierzchołek góry wznosi się ponad położone nieco z boku kratery. Można podejść do nich zupełnie blisko, odległość w prostej linii od szlaku wynosi ok. 150-250 m, bliżej podchodzić nie radzę! Kraterów jest 6-8, i zioną one rozżarzonymi gazami i rozpalonymi do czerwoności kamieniami systematycznie co ok. 10 minut. Coraz głośniejszy syk i szum przechodzi w przeciągły ryk i wtedy z wrażenia dostaje się gęsiej skórki. Po erupcji widać (i słychać) grad spadających kamieni, jednak nie dolatują one do szczytu w okresach zwykłej aktywności wulkanu. Masyw góry w wielu miejscach jest ciepły i wydobywa się z niego para.

Większość zwiedzających wybiera się na szczyt wieczorem, żeby podziwiać nocne fajerwerki i przenocować na górze (trzeba mieć śpiwór i ew. namiot). Można też zejść, świecąc sobie latarką, na przełaj po żużlowym osypisku, ale lepiej nie próbować tej sztuki bez dobrze znającego teren przewodnika. Nie muszę dodawać, że do zdobywania Strombolego potrzebne są porządne górskie buty.

Z portu kursują łodzie pod aktywne zbocze wulkanu, więc erupcje - co prawda z oddali - można obejrzeć również wtedy, kiedy zrezygnujemy z męczącej wspinaczki. Na taką morską wycieczkę najlepiej wybrać się wieczorem, po zapadnięciu zmroku. Wtedy erupcje przypominają czerwone fajerwerki, którym towarzyszy głuche dudnienie dobiegające z głębi ziemi. Do obserwacji z morza albo z okolic podnóża góry bardzo przydaje się lornetka.

Wody otaczające wyspę są niezwykle przejrzyste, o niebieskawym odcieniu. Dno oczywiście czarne, stromo opadające w czarnosiną głębię. Woda ciepła: jej temperatura w połowie października wynosiła 20-22 stopnie, do tego mocno piekło słońce. Jak wspominałem, plaża składa się z czarnego piasku lub żużlowych otoczaków. Dla amatorów nurkowania nie jest to zbyt ciekawy akwen, bo flora i fauna są niezwykle ubogie, zapewne ze względu na duże stężenie toksycznych gazów. Za to przezroczystość wody jest wyjątkowa.

Na wyspie Stromboli znajduje się miejscowość Stromboli (ok. 400 mieszkańców), a także osada Ginostra, którą zamieszkuje mniej niż 50 wyspiarzy, w tym dwoje dzieci oraz - uwaga - troje nauczycieli! Dane pochodzą z 1995 roku, ale dziś stałych mieszkańców może być jeszcze mniej. Szpitala nie ma, w razie potrzeby wzywany jest helikopter. Natomiast zainstalowano sporo doskonale działających automatów telefonicznych, z których można bez trudu dodzwonić się do Polski (wtedy jeszcze nie było telefonów komórkowych). W Ginostrze czas zatrzymał się naprawdę dawno - po gruntowych dróżkach można przemieszczać się tylko wózkami zaprzężonymi w osiołki.

Na Strombolim mało spotyka się "rozrywkowych" turystów; docierają tam raczej ludzie specyficznego gatunku, podobni do obieżyświatów spotykanych na wysokogórskich szlakach. Zwykle widzieli już niejedno i jest o czym z nimi pogadać.

W drodze powrotnej na Sycylię warto zrobić postój na wyspie Vulcano i wspiąć się na większy z dwóch wulkanicznych stożków. Wewnętrzna część krateru prezentuje się groźnie, zionąc z mnóstwa szczelin siarkowymi oparami. Ponadto na Vulcano można wziąć leczniczą kąpiel w błotnych siarkowych źródłach i popływać w gorącym morzu, podgrzanym gazami wydobywającymi się z morskiego dna. Na zwiedzanie tej wyspy wystarczy niecały dzień.

Amatorom niemal całkowitego odludzia można polecić dwie zagubione na Morzu Tyrreńskim wysepki, Alicudi i Filicudi, stanowiące wysuniętą zachodnią część archipelagu. Salina i Lipari są najbardziej ucywilizowane, a niewielka Panarea ma opinię bardzo ekskluzywnego miejsca. Jest więc w czym wybierać.

Jak dojechać na Wyspy Liparyjskie? Najwygodniej skorzystać z samolotu, najtaniej wybrać się w podróż non-stop autokarem. Można dojechać do Neapolu, a stamtąd kontynuować podróż pociągiem do Katanii lub statkiem bezpośrednio na wyspę Stromboli. W Katanii, jak wszędzie we Włoszech, poza szczytowym sezonem w lipcu i sierpniu o noclegi stosunkowo łatwo. W połowie października średniej klasy hotelu można przenocować za 50 Eu (pokój dwuosobowy). Znalazłem hotel przy głównym placu, gdzie hałas nie cichł nawet w nocy, a w katedrze naprzeciw potężny dzwon wybijał godziny. Cóż, włoska atmosfera. Można jednak znaleźć miejsca tańsze i znacznie cichsze. Uwaga - nie polecam Katanii i okolic osobom cierpiącym na alergię układu oddechowego, bo w powietrzu stale unosi się mikroskopijnie drobny popiół wulkaniczny.

Połączenia autobusowe na Etnę nie są drogie, natomiast słono kosztuje kolejka linowa, jeepy i obowiązkowy przewodnik. Ale kto zrezygnuje, będąc już u samego podnóża stożka wieńczącego wulkan?

Wodoloty z Milazzo do wyspy Stromboli kursują często i ekspresowo, statkiem płynie się o wiele dłużej, lecz za to dwa razy taniej i można zabrać samochód. Na wyspie Stromboli są hotele i pensjonaty, można też zrobić zakupy w dobrze zaopatrzonych sklepach, ale jest dwa razy drożej niż na lądzie. Za to znakomitą kawę cappuccino serwuje się w tej samej cenie co w całych Włoszech. Dodatkowe atrakcje gratis: widok z tarasu na dymiący wulkan i lazurowe morze.

Wakacje na Wyspach Liparyjskich to nie tylko egzotyczny wyjazd, to prawdziwa przygoda.

 

Pierwodruk: pseud. Wojciech Nowiczański, Gazeta Wyborcza (Turystyczna) nr 36 (72) z 7-8.09.1996. Tekst uaktualniony w listop. 2006 r.


 

 

 

 


 

 

 

Okładki:

Główna

  Naukowa

    Literacka

      Publicystyczna

        Galeria