Okładki:

Główna

Naukowa

Literacka

Publicystyczna

Galeria i podróże

Andrzej Zimniak

WYWIADY

 

O nauce i fantastyce - głos z Politechniki

Wywiad przeprowadziła Lucyna Wydra, ukazał się w Miesięczniku Politechniki Warszawskiej we wrześniu 2012 (nr 9).

 

Wywiad z Andrzejem Zimniakiem

Pytał Jacek Skowroński, wywiad ukazał się w sieciowym dwumiesięczniku QFant w kwietniu 2011 (nr 9).

 

Gen epistolarny

Wywiad przeprowadził Krzysztof Głuch. Ukazał się w czasopiśmie Czas Fantastyki 1/2010, 28.

 

Jak NIE zginie ludzkość

Rozmowa o futurologii i powieści "Biały rój" z Marcinem Baniakiem w Radiu Kraków (8 maja 2008). Plik mp3.

 

Retorta i pióro

Pytania zadała Karolina Gwarek. Wywiad ukazał się w portalu Gildia w grudniu 2007 r.

 

Fantastyczny Kwestionariusz

Jesienią 2005 r. pytania nadesłał Greg K1ler (Grzegorz Musiał).

Wywiad opublikowany na łamach portalu gildia.pl w listopadzie 2005.

 

Światy wirtualne

Wywiad przeprowadziła Zuzanna Pająk w maju 2004.

 

Nauka i fantastyka

Wywiad przeprowadziła Paula Kamieńska.

Opublikowany w czasopiśmie internetowym NoName, kwiecień 2004.

 

Cztery pytania

Pytania układały Iwona Oleksiuk i Paula Kamieńska.

Wywiad opublikowany w czasopiśmie internetowym NoName, lipiec 2003.

 

Manipulacje genetyczne

Latem 2001 r. wywiad przeprowadziła Barbara Kruszy.

Opublikowany w materiałach Polconu 2001.

 

Dinozaur na szlaku

Wiosną 2000 r. wywiad przeprowadził Mirosław P. Jabłoński.

Opublikowany w: Fenix 6/00, 4-8.

 

Nie zamienię pióra na kastet

Jesienią 1996 r. wywiad przeprowadził Tomasz Kołodziejczak.

Opublikowany w: Nowa Fantastyka 5/97.

 


 

Wywiad przeprowadziła i napisała w formie artykułu Lucyna Wydra

To było chyba w maju 2012 - zadzwoniła do mnie redaktorka Miesięcznika Politechniki Warszaws-kiej z prośbą, która mile połechtała moją próżność. Mianowicie, prosiła o wywiady absolwentów Politechniki o ciekawych życiorysach i życiowych osiągnięciach. Wiedziała o mnie sporo: że piszę beletrystykę, że współdziałałem przy ustanowieniu Nagrody Żuławskiego, że popularyzuję naukę. Co prawda to wszystko jest w sieci, ale... trzeba takich informacji poszukać.

 

Młode dziewczę z redakcji przyszło, porozmawialiśmy, potem przysłano tekst do autoryzacji. Poprawiłem to i owo, odesłałem, i po dość długim oczekiwaniu, w październiku, otrzymałem egzemplarze autorskie. Nieco wcześniej zamieściłem tekst na stronie. W sumie chyba wyszło nienajgorzej, chociaż sam bym to napisał zapewne nieco inaczej.

O NAUCE I FANTASTYCE

Lucyna Wydra

Czerwiec 2012 

O studiach, uprawianiu nauki, noblistach, kompleksach, literaturze, Żuławskim, wulkanach i kosmoformowaniu człowieka

 

ANDRZEJ ZIMNIAK, absolwent Wydziału Chemicznego Politechniki Warszaws-kiej, nie zaniedbuje żadnego ze swoich zainteresowań. Jest chemikiem i autorem książek science fiction.

 

Gdy Andrzej Zimniak zdawał maturę miał poważny dylemat do rozstrzygnięcia. Podobnie jak wielu jego rówieśników stanął przed koniecznością dokonania wyboru kierunku studiów i nie wiedział, w którą stronę pójść. Pociągała go humanistyka, ale miał też całkiem dobre stopnie z przedmiotów ścisłych. W końcu, za sprawą nauczyciela, zdecydował się na studia chemiczne. Wybrał Wydział Chemiczny Politechniki Warszawskiej.

Wybrałem chemię w PW, bo wydawała mi się bliższa życia i bardziej praktyczna. To mi lepiej pasowało. Nie żałuję dziś tego wyboru.

Początki studiów, jak to zwykle bywa, były trudne, ale później poszło już łatwiej. Andrzej Zimniak otrzymał tytuł magistra w 1969 r. i zdecydował się na studia doktoranckie.

 

W pracy interesowały go związki o działaniu biologicznym i spektroskopia jako narzędzie do ustalania budowy cząsteczek. Ciekawiły go też związki kompleksowe -  cząsteczki, które powstają z połączenia dwóch molekuł nietrwałym wiązaniem. To właśnie kompleksy metaloorganiczne otrzymane z kumulenów i azyn w reakcjach z karbonylkami żelaza stały się tematem jego pracy doktorskiej. Promotorem był prof. Wiesław Jasiobędzki.

Andrzej Zimniak obronił swój doktorat w 1976 roku i kontynuował pracę w Zakładzie Aparatury Unikalnej na Wydziale Chemicznym. Tutaj nadal badał struktury kompleksów. Później prowadził te badania we współpracy z dr. Januszem Zacharą.

 

Zainteresowania naukowe zmieniały się przez lata. Przyczynił się do tego staż naukowy w Stanach Zjednoczonych. Dr Andrzej Zimniak spędził kilkanaście miesięcy w Cornell University w Ithace. Trafił tam do zespołu prof. Efraima Rackera, który był znanym biochemikiem.

Prowadziłem badania interdyscyplinarne na styku biochemii i chemii. Bardzo mi to odpowiadało, bo zawsze ciągnęło mnie do biochemii i pragnąłem okresowej odmiany – opowiada.

Jednym z tematów badawczych w zespole była metoda pomiaru pH (kwasowości) w żywych komórkach, ważna w badaniach biochemicznych i medycznych. Do komórek wprowadzano pochodne fluoresceiny, które były rozkładane przez niespecyficzne enzymy. Potem za pomocą spektroskopii fluorescencyjnej można było dokładnie określić kwasowość. Współpraca okazała się dużym sukcesem, a publikacja na ten temat ma do dziś ponad dwa tysiące cytowań i uplasowała się na doskonałym 13-tym miejscu na liście cytowań wszechczasów znanego amerykańskiego czasopisma Biochemistry.

 

Po powrocie ze stażu dr Andrzej Zimniak znów wrócił do pracy w swoim Zakładzie. Jednak po przejściu na emeryturę prof. Wiesława Jasiobędzkiego w 1993 r. Zakład został rozwiązany. Dlatego Andrzej Zimniak przeniósł się do Akademii Medycznej na Wydział Farmaceutyczny.

W dalszym ciągu pracuje nad zastosowaniem związków aktywnie biologicznych jako leków. Przede wszystkim zajmuje się lekami przeciwnowotworowymi oraz pochodnymi buspironu, które mogą pomagać jako substancje przeciwepileptyczne, przeciwdrgawkowe i przeciwlękowe. Prowadzi też zajęcia dydaktyczne z chemii fizycznej. To trudny przedmiot dla studentów i, jak sam przyznaje, trzeba umieć go uczyć, by studenci mogli wynieść z niego jakieś korzyści.

To ironia losu, że tego uczę, bo na studiach chemia fizyczna była dla mnie najtrudniejszym przedmiotem. Dziś jednak lubię tę dziedzinę i wiem, że warto się przełamać, bo gdy wchodzi się głębiej w  zagadnienia chemii fizycznej, to ukazuje się bardzo ciekawy świat, który wyjaśnia wiele z otaczających zjawisk.

 

Praca na uczelni to nie jedyny zawód Andrzeja Zimniaka. Jest też pisarzem związanym z nurtem fantastyki naukowej.

 Zaczął pisać opowiadania już w szkole średniej. Jego wzorem był zawsze Stanisław Lem. Ceni sobie też m. in. twórczość amerykańskiego pisarza science fiction Roberta Silverberga oraz wymykającego się wszelkim klasyfikacjom Franza Kafki.

Chyba mam w sobie jakiś gen fantastyczności, który  popycha mnie do czytania i pisania literatury fantastycznej – śmieje się dr Andrzej Zimniak.

Debiutował w 1980 roku w tygodniku studenckim Politechnik opowiadaniem „Pojedynek”. Pierwsza książka „Szklaki istnienia” to zbiór trzynastu opowiadań. Została wydana w 1984 roku w Naszej Księgarni w serii „Stało się jutro”.

Do dziś Andrzej Zimniak wydał dziewięć zbiorów opowiadań, dwie powieści i zbiór esejów futurologicznych. W jego ostatniej powieści „Biały rój” ludzkość staje w obliczu nieuchronnego kataklizmu. Do Ziemi zbliża się rój lodowych komet. Grupa naukowców postanawia zmodyfikować genom człowieka, by był on zdolny do życia w warunkach klimatycznych, jakie zapanują po katastrofie.

Zależało mi, by zwrócić uwagę na dwie ważne sprawy. Pierwszą z nich jest nieprzygotowanie ludzkości na wydarzenia, które wybiegają poza przeciętność – wyjaśnia dr Zimniak. – A musimy zdawać sobie sprawę, że katastrofy globalne kiedyś muszą się wydarzyć, to wynika ze statystyki. W moje książce nadciąga taka katastrofa, z Ziemią zderzą się komety. Oczywiście w żadnym regulaminie ani w żadnej instrukcji bhp taka sytuacja nie została ujęta, dlatego urzędnicy pozostają bezradni. Inni nie chcą poświęcać się dla przeszłych pokoleń. W końcu na pomoc ruszają wolontariusze.

Drugim bohaterem tej książki jest inżynieria genetyczna. Dziś wiemy, jak funkcjonuje genom. Andrzej Zimniak snuje wizję, z której wynika, że z czasem ta wiedza będzie coraz pełniejsza. Być może nauka zainspiruje powstanie nowych gatunków człowieka, zdolnych do życia w zupełnie innych warunkach klimatycznych, nawet poza Ziemią.

Kosmoformowanie człowieka to ukuty przeze mnie termin. Odnosi się do genetycznego modyfikowania człowieka, by miał cechy potrzebne do życia w kosmosie. Można by zmienić metabolizm, nawet wygląd. Pytanie, czy nadal mielibyśmy do czynienia z ludźmi, jest otwarte. 

 

Jest też już gotowa do wydania najnowsza powieść Zimniaka „Władcy świtu”. Książka opowiada o realizacji marzeń człowieka o nieśmiertelności.

– Ewolucja  jest dostosowywaniem się gatunku do zmieniających się warunków, a przemiana pokoleń jest z nią dzisiaj ściśle związana. W nowej książce opisałem organizm, który ewoluuje w czasie swojego życia, a więc nie potrzebuje umierać, aby gatunek mógł się dostosowywać. Jednak społeczeństwo wiecznie żyjących ludzi wyglądałoby zupełnie inaczej niż dziś i miałoby także swoje problemy. Nieśmiertelność na pewno nie będzie przepustką do raju.

 

Andrzej Zimniak jest pomysłodawcą Nagrody Literackiej im. Jerzego Żuławskiego, która została ustanowiona w 2008 roku. Patron nagrody, Jerzy Żuławski, tworzył w czasach Młodej Polski i jest uważany za prekursora polskiej fantastyki naukowej.

Zauważyłem, że mamy kilka nagród plebiscytowych dla twórców fantastyki, ale nie ma żadnej nagrody przyznawanej przez profesjonalistów – mówi dr Andrzej Zimniak. Nagłośnił sprawę, lecz z braku chętnych sam musiał zająć się organizacją konkursu. Dzięki życzliwości wielu osób zamiar się powiódł, a patronat nad nagrodą objęło Stowarzyszenie Pisarzy Polskich. Lecz teraz Zimniak rozgląda się za sukcesją.

Wiele osób mówiło mi, że skoro wystąpiłem z pomysłem, to powinienem doprowadzić sprawę do końca. Stwierdziłem, że nie mam wyjścia i póki co zajmuję się organizowaniem przyznania nagrody. Ale jest to dość angażujące zajęcie.

 

Nominacje są przyznawane przez elektorów, którzy są zapraszani spośród opiniotwórczych czytelników. Nominowani mogą być polscy twórcy, autorzy dzieł wydanych w roku poprzedzającym nominację. Ostatecznego wyboru dokonuje jury, składające się z literaturoznawców posiadających stopnień naukowy doktora i publikujących prace naukowe na temat polskiej literatury fantastycznej. W konkursie biorą udział dzieła utrzymane w konwencji szeroko pojętej fantastyki.

Nagroda Żuławskiego bardzo dobrze spełnia swoja rolę. Przyznają ją profesjonaliści, natomiast najważniejszą nagrodą plebiscytową pozostaje Nagroda im. Janusza A. Zajdla. Obie uzupełniają się i promują literaturę fantastyczną. Trzeba pokazać, że dobra literatura powstaje także w dziedzinie fantastyki.

 

Inną dziedziną aktywności Zimniaka jest upowszechnianie nauki. Jest założycielem i redaktorem naczelnym internetowego naukowego czasopisma Biuletyn Wydz. Farmaceutycznego WUM, wieloletnim koordynatorem Festiwalu Nauki, autorem ponad stu artykułów popularnonaukowych, redaktorem książki „Inżynieria genetyczna - u progu nowej ery”. Biorąc pod uwagę liczne zainteresowania, jakie ma dr Andrzej Zimniak, można wnioskować, że jest osobą, która nie lubi się nudzić. Ma licencję nurka, którą otrzymał jeszcze w czasie stażu w Stanach Zjednoczonych. Lubi podróżować, w szczególności w egzotyczne miejsca, gdzie można podziwiać wulkany. Te ciekawe formy zachwycają go swoją widowiskowością i pierwotnym pięknem, a jego ulubieńcem jest wulkan Stromboli na Wyspach Liparyjskich, charakteryzujący się permanentną erupcją gazową. Dużo fotografuje, to jego hobby od czasów szkoły podstawowej.

Andrzej Zimniak pytany czy uprawianie pisarstwa nie przeszkadza w zawodzie naukowca odpowiada, że jednoznacznie rozgranicza swoją działalność naukową od literackiej.

Nikt nigdy nie zarzucił mi, że fantastyka przenika do moich prac naukowych. Natomiast odwrotnie - tak, nauka jest obecna w mojej fantastyce. Te dwa obszary pracy nie przeszkadzają sobie nawzajem, jest wręcz przeciwnie - uważam, że nauka pomaga mi w pisaniu książek science fiction, bo rozumiem jak od podstaw zbudowany jest świat. Obie domeny działalności uzupełniają się także w inny sposób. W dostępnym mi zakresie badań uprawiam analizę, pokazuję tylko niektóre aspekty właściwości materii, wyświetlam pojedyncze obrazki. Natomiast w literaturze mam możliwość dokonania syntez, uogólnień, podsumowań. Komfort takiego rodzaju uogólnień w nauce mają tylko nobliści.

 

 

 

 

 

 

Na Etnie

 

 

 

 


 

Pytał Jacek Skowroński

Wywiad ukazał się w sieciowym dwumiesięczniku QFant w kwietniu 2011 (nr 9). Link tutaj.

 

Na jednym z konwentów, był to bodajże lubelski Falkon, podszedł do mnie sympatyczny, wysportowany mężczyzna w średnim wieku, przedstawił się i zaproponował wywiad. Oczywiście zgodziłem się, lubię udzielać wywiadów, bo zawsze oznaczają podsumowania, zza których wyłaniają się nowe uogólnienia. A szczególnie inspirujący nastrój robi się wtedy, gdy pytania są dociekliwe i oryginalne. Oceńcie sami.

 

A do lektury wspomnianych w wywiadzie wybranych fraszek zapraszam poprzez Qfanta (link wyżej) lub w inne miejsce mojej strony. Ponadto, tomik zawierający 36 fraszek w bibliofilskim wydaniu, ilustrowany przez malarza Krzysztofa Trzaskę, jest do kupienia w księgarni Solaris i w innych dobrych księgarniach.

 

Powieść "Władcy świtu" jest już ukończona. Będę informował, gdzie i kiedy się ukaże.

WYWIAD Z ANDRZEJEM ZIMNIAKIEM 

JACEK SKOWROŃSKI TAK ANONSOWAŁ TEN TEKST:

"W najnowszym numerze Qfantu polecam zwłaszcza wysokoprocentowy wywiad ze znakomitym pisarzem Andrzejem Zimniakiem"

 

Jacek Skowroński: Jesteś człowiekiem wielu pasji, lecz zacznijmy od literatury, a w trakcie rozmowy zobaczymy, dokąd nas ta wspólna podróż zaprowadzi. Homo sapiens jest jedynym zwierzęciem, które zdaje sobie sprawę z własnej śmiertelności, z niewiarygodnej rozległości Wszechświata, zarówno w przestrzeni, jak i w czasie, wreszcie z ograniczeń swojego umysłu. Czy pisanie fantastyki nie jest w istocie próbą uporania się ze świadomością, że to wszystko przerasta o lata świetlne maleńką, myślącą drobinę zagubioną w kosmosie?

 

Andrzej Zimniak: Powiedziałbym tak: pisanie (i czytanie) fantastyki jest między innymi antidotum na nostalgię nieskończoności, na lęk przed nieznanym kosmosem, na ułomności umysłu wreszcie, których jesteśmy świadomi. Przecież właśnie na kartach powieści sf podróżujemy przez hiperprzestrzeń, przezwyciężamy banalność dysfunkcji zasiedlanego ciała, a sztuczne inteligencje (przynajmniej niektóre) są po naszej stronie. Większość pisarzy sf tak kreśli swoje historie, żeby czytelnik uwierzył, że jest to jeden z możliwych do spełnienia wariantów rzeczywistości. I nie zaliczałbym tego zjawiska do akcji „ku pokrzepieniu świadomości”, bo my wszyscy przecież naprawdę mniej lub bardziej wierzymy, że ludzkość kiedyś zasiedli kosmos, pokona obecne ograniczenia ciała, zwycięży czas i przestrzeń. Wszak znajdujemy się na samym początku drogi – życie na Ziemi rozwija się od miliardów lat, a człowiek i jego cywilizacja zaledwie od tysięcy.

Piszę o science fiction, bo fantasy ucieka przed tego rodzaju przesłaniem w krainę jawnej baśni, pośrednio niejako przyznając, że nie mamy szans by mierzyć się z kosmosem – chyba że jest to kosmos wewnętrzny.

A co do tych głupich zwierzątek, ex definitione nie posiadających ni krzty świadomości istnienia, byłbym nieco ostrożniejszy w osądach...

 

JS: Czy nie uważasz, że obcowanie z literaturą fantastyczną jest rodzajem ćwiczenia umysłu, przygotowaniem go do zetknięcia z pojęciami, wprowadzanymi choćby przez mechanikę kwantową, które przeczą zdroworozsądkowemu pojmowaniu świata? Spytam wprost – czy z Twojego doświadczenia wynika, że naukowiec piszący fantastykę jest mniej skostniały w poglądach, stawia przed sobą odważniejsze cele badawcze?

 

AZ: Owszem, taki naukowiec ma wyobraźnię, ale nie z tego powodu, że czytuje fantastykę – po prostu ma taki rodzaju umysłu i dlatego lubi czytać sf. W młodym wieku w pewnym stopniu można sobie wyobraźnię wyrobić, ale podstawy dziedziczymy jako cechy czy predyspozycje. Przy czym trzeba wyraźnie powiedzieć, że czytanie fantastyki nie jest warunkiem bycia dobrym naukowcem. Co do pierwszej części pytania – rola dydaktyczna literatury science fiction skończyła się bodajże w latach 70-tych ub. wieku, dziś do zrozumienia Egana czy Wattsa trzeba być nieźle przygotowanym na początku lektury, bo ich teorie budowane są od dzisiejszego stanu frontiers of science wzwyż.

 

JS: W początkach ubiegłego wieku wieszczono kres nauki, najpotężniejszym umysłom planety zdawało się, że poznanie dokładnej konstrukcji świata jest na wyciągnięcie ręki. Jak to widzisz dzisiaj?

 

AZ: Nie uznaję czegoś takiego jak „koniec nauki”, nauka będzie istnieć tak długo, jak ludzkość. Wygląda to tak, że każda odpowiedź rodzi szereg nowych pytań na wyższym poziomie i coraz wyraźniej postrzegamy niesłychaną złożoność i niejednoznaczność świata. Twierdzenia naukowców czy filozofów wyznaczających „koniec nauki” świadczą tylko o ich megalomanii – patrzcie, powiadają, oto sięgnąłem szczytów i postawiłem ostatnią kropkę w tym zdaniu. JA ją postawiłem.

 

JS: Nauka, niezależnie od dyscypliny, jest w gruncie rzeczy poszukiwaniem sensu naszego istnienia?

 

AZ: Nauka empiryczna nie sięga tak daleko – nie wartościuje, nie szuka też sensu istnienia, nadto nie obiecuje panaceum na choroby, totalnego spełnienia i wiecznej szczęśliwości. Są ludzie, którzy tego wszystkiego od niej oczekują, a potem są zawiedzeni i emigrują w równoległe światy okultyzmu czy baśni. Nauka wyznacza sobie zadania znacznie bardziej przyziemne, a mianowicie opisuje zachodzące zjawiska w sposób weryfikowalny (umożliwiający powtórzenie eksperymentu przez innych i gdzie indziej), a jej teorie są falsyfikowalne (mogą zostać zastąpione przez lepsze, lepiej opisujące rzeczywistość). Tak rozumiana nauka w pewien sposób porządkuje i objaśnia świat, ale obawiam się, że od tych cząstkowych odpowiedzi do znalezienia sensu istnienia droga wiedzie przez nieskończoność.

 

JS: Fizycy mają swój sen o „teorii ostatecznej”, medycyna pokłada ogromne nadzieje w konsekwencjach rozszyfrowania ludzkiego genomu, a co dziś jest Świętym Graalem chemików?

 

AZ: W tej chwili najciekawsze rzeczy dzieją się na styku, w obszarach interdyscyplinarnych. Wszak można powiedzieć, że to fizycy wymyślili genetykę, a obecnie biochemia, chemia i genetyka mają potężne wspólne terytorium. Wczoraj chemicy nauczyli się abecadła, a dziś uczą się czytać w elementarzu materii ożywionej, bo to jest zaawansowany kurs chemii. Do najciekawszych zagadnień należy matematyczne modelowanie aktywności biologicznej związków oraz konstrukcja sztucznych enzymów, które przyspieszą reakcję miliony razy i przeprowadzą ją w niskiej temperaturze, na dodatek stereospecyficznie – czyli tak ustawią atomy w przestrzeni, jak będziemy chcieli. Do tej grupy można zaliczyć projektowanie nowoczesnych środków leczniczych, które niebawem będą dobierane indywidualnie do genomu pacjenta. Brzmi to jak fantastyka, ale, jak widać, nauka zazwyczaj wyprzedza fantastykę, uciekając w innym kierunku niż antycypowany.

 

JS: Tempo rozwoju cywilizacji zdaje się odbywać z przyspieszeniem niemożliwym do okiełznania, niosąc zagrożenia, o jakich nie śniło się ludzkości w poprzednich epokach: zanieczyszczenie środowiska, wyczerpywanie się źródeł energii, uzależnienie od zaawansowanych technologii czy choćby uodparniające się na antybiotyki bakterie. I nieustanne konflikty, gdy broń nuklearna jest coraz groźniejsza i bardziej dostępna. Przyznam, że sam jestem pesymistą – doświadczenie uczy, że jeśli coś jest możliwe do zrobienia, to ludzi nic nie powstrzyma przed zrobieniem tego. Tak, tu jestem zdecydowanym pesymistą. Czy widzisz dla naszego gatunku jakąś szansę przetrwania?

 

AZ: Ludzi, którzy załamują ręce nad przyszłym losem świata i za wszystko winą człowieka, nazywam kasandrystami i totalnie się z nimi nie zgadzam. Sam uprawiam tzw. futurologię historyczną, a więc najpierw oglądam się przez ramię, zanim spojrzę przed siebie. Ludzkość od zarania swoich dziejów rozwija się raz szybciej, raz wolniej, czasem się nieco cofa, ale w sumie idziemy do przodu – niewątpliwie żyjemy według coraz bardziej humanitarnych wzorców, mamy technologię uwalniającą nas od ciężkiej pracy fizycznej i żmudnej pracy obliczeniowej, żyjemy coraz dłużej i mamy coraz lepszą medycynę. Twierdzenia, że nadchodzi jakiś punkt krytyczny, że cywilizacja się załamie, że życie ulegnie unicestwieniu lub jutro w południe nastąpi koniec świata – nie mają nic wspólnego z logicznym prognozowaniem, raczej należą do negatywnego myślenia życzeniowego lub do dystopijnej fantastyki. Na wszystkie postawione w pytaniu zagadnienia wyczerpująco odpowiedziałem w mojej książce „Jak NIE zginie ludzkość” – wciąż do kupienia (Solaris, inne księgarnie internetowe), zapraszam do lektury.

 

JS: Świetnie odnajdujesz się zarówno w dłuższej formie, jak i w krótkich utworach. Do moich ulubionych należy zbiór opowiadań „Śmierć ma zapach szkarłatu” – zadziwiający niezwykłą wyobraźnią i swobodą w rozpychaniu ram gatunku. Czy skłonność do eksperymentów literackich jest Twoją naturalną cechą, wynikłą ze sposobu pojmowania procesu twórczego?

 

AZ: Dzięki za dobre słowo, ale jako pisarz lepiej czuję się w krótszej formie, do powieści chyba nie starcza mi cierpliwości. Stąd tak mało mam w dorobku powieści, a opowiadań ponad 70. Lubię eksperymentować, ale nie z formą, ta została już optymalnie wypracowana przez pokolenia pisarzy, aby najlepiej porozumieć się z czytelnikiem. Co do treści, to staram się pracować tak, aby nie nużyć ani czytelnika, ani siebie. Wszak po to piszę, żeby eksplorować nowe światy.

 

JS: Lwia część fabuły „Białego roju” dzieje się w rzeczywistości wirtualnej. Na ile jest to chwyt literacki uatrakcyjniający przekaz, a na ile przewidywany przez Ciebie kierunek rozwoju ludzkości? Czy przestrzeń wirtualna jest potencjalnie zdolna splątać się z realną?

 

AZ: No, może to nie jest „lwia” część, tylko kawałek lwiego ogona. Już jesteśmy świadkami splątania się tych rzeczywistości. Mościmy sobie przestrzeń życiową, zapełniając ją urządzeniami technologicznymi dbającymi o ciało i gadżetami dbającymi o umysł, tak naprawdę każde urządzenie stanowi w jakimś stopniu taki gadżet. Czym bardziej technologia oddziela nas od natury, tym głębiej wciąga nas świat wirtualny cywilizacji i technologicznej, i kulturotwórczej. Za 100 lat większość czasu będziemy spędzać w przestrzeni VR, np. wykonując pracę w symulowanym otoczeniu, i będzie to zupełnie normalna sytuacja. Podobnie z wakacjami, bo więcej kompatybilnych z rzeczywistością doznań da się wygenerować niż przeżyć w realu, ciągnąc umęczone ciało po górach i dolinach. No jasne, wysiłek fizyczny też wygenerujemy.

 

JS: Wygenerowanie świadomości w nieożywionym z definicji komputerze jest kwestią komplikacji układu? Czy w ogóle moglibyśmy tę świadomość dostrzec, stosując na przykład test Turinga?

 

AZ: Pogląd na te sprawy jest kwestią wiary. Osobiście nie wierzę w obudzenie świadomości w maszynie, bo maszyna działa na zupełnie innej zasadzie niż mózg. Mowa o świadomości, jaką my sami mamy, i o znanych dziś maszynach. Ogólnie rzecz biorąc, nawet nie potrafimy ściśle zdefiniować pojęcia świadomości, a o pracy mózgu wciąż dowiadujemy się nowych rzeczy. A więc wszelkie dywagacje na te tematy są dziś czystej wody fantastyką, podobnie jak rozważanie przeniesienia ludzkiej świadomości do maszyny.

 

JS: Pasje. Sprawiasz wrażenie niespokojnego ducha, któremu mało zgłębiania zagadek mikrokosmosu, więc oddaje się nurkowaniu, penetruje wulkany, pisze książki, popularyzuje naukę, podróżuje i zatrzymuje czas w fotografii. A ludzie często niewiele robią ze swym życiem, uciekając się do prostych wymówek, sprowadzających się do braku czasu i pieniędzy. Co byś im poradził?

 

AZ: Nic im nie poradzę, bo nie można (i nie wolno) uszczęśliwiać ludzi na siłę. Próbowałem i rezultaty były zdecydowanie niezadowalające. Więc nie zamierzam nikogo gwałtem uprowadzać np. na Islandię i kazać mu podziwiać ogrom wodospadu Godafoss czy roztkliwiać się nad zapachem pobliskiej tundry w słońcu. Natomiast powinno się uwrażliwiać dzieci na bogactwo doznań, które mogą stać się ich udziałem, a także informować dorosłych o możliwościach eksploracji świata, który jest tak blisko, jest tak ciekawy, a na dodatek jest nam dany tylko raz, i to na krótko. A więc niczego nie należy odkładać na później bez ważnych powodów.

 

JS: Wszyscy marzą, choć nie wszyscy się do tego przyznają. Aktorzy chcieliby zagrać Hamleta, Kowalski, jadąc rano do pracy, tysięczny raz przeżywa scenę, gdy po zgarnięciu rekordowej wygranej w totku, na oczach wszystkich współpracowników pluje szefowi do kawy i macha mu przed nosem biletem na Karaiby. A o czym marzy Andrzej Zimniak pisarz, A. Z. naukowiec i A. Z. człowiek żyjący tu i teraz?

 

AZ: No tak, mam w sobie kilka schizofrenicznych osobowości i każda domaga sie swego. Szefowi w twarz nie napluję, bo lubię swoją pracę i bez niej czułbym się niespełniony. A na Karaiby i tak mogę się wybrać, do tego nie zawsze trzeba rekordu w totka. AZ-pisarz chciałby najpierw dokończyć powieść, a potem napisać kilka opowiadań, których pomysły nachodzą go bladym świtem. O wielkiej sławie nie marzy, bo wyżej ceni wolność, wystarczy mu popularność, jaką już ma. AZ-naukowiec chciałby dowieść realności alternatywnej biologii, w której ewolucja realizuje się nie przez eliminację jednostek w procesie periodycznym, lecz przez monotoniczne zmiany osobnicze w procesie ciągłym. Mówiąc po ludzku, nigdy byś nie umarł, ale po 100 latach zmieniłbyś się we własnego wnuka. Pytanie, czy jest to już wieczne życie, czy wciąż śmierć, tyle że rozłożona na raty? Według mnie bardziej wieczne życie, bo udałoby się odpędzić kostuchę, która dziś nagle jednym cięciem skraca człowieka o głowę. AZ-eksplorator chciałby obejrzeć wulkany hawajskie i afrykańskie (naprawdę niesamowite!). AZ-fotograf chętnie pstryknąłby kilka zdjęć Ziemi widzianej z Księżyca, AZ-warszawiak pragnąłby odlecieć na zimę do ciepłych krajów, a AZ-mężczyzna wymyśla (jak żona nie patrzy) kobietę, która byłaby partnerką na wszystkich uprawianych działkach. Oponenci uznają to ostatnie zajęcie za tyleż jałowe co bezsensowne, wszak partner idealny uczyniłby zbędne wszelkie inne kontakty, co prowadziłoby w prostej linii do zjadania własnego ogona.

 

JS: Wspominasz, że chciałbyś dokończyć powieść. Uchyl rąbka tajemnicy – o czym ona będzie?

 

AZ: Strasznie nie lubię mówić o własnej twórczości, bo wtedy próbuję naraz wcielić się w nadawcę, odbiorcę i krytyka. No dobrze – będzie o życiu za 1000 lat, o rodzajach miłości, przysiędze Hipokratesa, powołaniu mesjasza, męce wiecznego trwania, o rewolucyjnym gwałcie na ewolucji. I o kilku innych sprawach, jak np. pojęciu mniejszego zła. Chyba powiedziałem o kilkanaście słów za dużo, albo o kilkanaście zdań za mało. Niech tak zostanie.

 

JS: Z niejakim zdumieniem i podziwem odkryłem, że pisujesz fraszki, w dodatku mocno nieuczesane. Czy mogę poprosić o taki mały prezencik dla czytelników Qfantu?

 

AZ: Ależ oczywiście. Cieszę się, że ktoś od czasu do czasu te fraszki zauważa, choć nie stanowią one liczącego się nurtu w mojej twórczości – są raczej produktem nieco rubasznego humoru, który czasami mnie nawiedza. Sądzę, że m. in. śmiech odróżnia nas od zwierząt, chociaż podobno widziano śmiejące się szympansy, a delfiny chichoczą po swojemu szorując brzuchami po żwirowatym dnie. Tak czy inaczej, śmiejmy się jak najwięcej, bo to ubarwia życie. Mam w planach wydanie tomiku fraszek z ilustracjami typu karykatury autorstwa Krzysztofa Trzaski, więc publikacja kilku utworów w sieciowym Qfancie będzie stanowić dobrą zapowiedź.

 

JS: Dziękuję serdecznie za poświęcony czas i życzę w imieniu redakcji oraz czytelników Qfantu mnóstwa sukcesów na polu literackim i naukowym.

 

AZ: Ja również dziękuję za zaproszenie na łamy Qfanta.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


 

Wywiad przeprowadził

Krzysztof Głuch

Wywiad kończyliśmy jesienią 2009, w grudniu był po redakcji, a ukazał się w Czasie Fantastyki (1/2010, 28).

 

Nie jestem pewien, kto był pomysłodawcą tego wywiadu: Maciej Parowski czy Krzysztof Głuch, jednak zagadnął mnie w tej sprawie Krzysztof. I to ponad rok przed zakończeniem pracy, więc było dużo czasu na zastanowienie. Wywiad wyszedł obszerny, chyba najdłuższy spośród wszystkich jakich udzieliłem. Przy tym dotyka również  kwestii rzadko poruszanych, ponieważ Krzysztof zadał sobie sporo trudu i solidnie się przygotował, przeglądając moją twórczość i szykując naprawdę nietuzinkowe, inspirujące pytania.

 

Obok zamieszczam pełną wersję tekstu, jednak zapraszam także do czasopisma papierowego ze względu na archiwalne wspominkowe fotografie.

 GEN EPISTOLARNY

Z ANDRZEJEM ZIMNIAKIEM

O WIEKU CHRYSTUSOWYM, STUDNI GRAWITACYJNEJ, POSTCZŁOWIEKU, ŚWINTUSZENIU I TUZINACH OPOWIADAŃ

ROZMAWIA KRZYSZTOF GŁUCH

Krzysztof Głuch: Andrzeju, możemy mówić o trzech dekadach twojego aktywnego pisania. Najstarsze teksty są z lutego ’79. Szmat czasu. Tyle ile ja oglądam świat.

Andrzej Zimniak: Chętnie bym zrezygnował z jubileuszu za cenę cofnięcia się o te 30 lat, ale fizycy ociągają się z konstrukcją wormholi, w które bym się zmieścił. Trzeba cieszyć się z tego, co jest. Mamy okazję do podsumowań.

KG: Ten okres to same przemiany - w polityce, literaturze, nauce, technologii, rynku wydawniczym. Jak autor, który rozpoczął pisanie w  PRL odnalazł się na zakręcie dziejów lat 90-tych?

AZ: Nie miałem dramatycznych problemów przystosowawczych w okresie transformacji ani przy okazji innych przełomów czy zmian mody, bo zawsze podążałem ścieżką o rozległym widoku, a odległe krajobrazy nie zależą od butów, w których się maszeruje. Choć buty oczywiście są ważne, żeby dojść do celu.

KG: A jak zniosłeś sam moment transformacji i początku lat 90-tych?

AZ: Był to moment trudny dla wszystkich autorów. Trudno było pisać, skoro nie było gdzie publikować. Ale, jak już mówiłem, było mi łatwiej niż wielu innym. Ci, dla których treścią była walka ze zniewoleniem komunistycznym - nagle stracili temat.

KG: A czy gdzieś w tekstach z tego okresu nie ma rzeczywistości PRL-u? Znani ówcześni autorzy - Wunk-Lipiński, Oramus, Zajdel, w sposób alegoryczny nazywali i osądzali otaczający świat. Rok 82 albo 84 - zdawało się wtedy, że  każdy chce strząsnąć z siebie ból rzeczywistości.

AZ: Polityczne żale zrzucaliśmy z kumplami przy pół litrze, i takie odreagowanie zwykle wystarczało. Wiedziałem, że za oknem trwa stan przejściowy i do jego opisywania najlepiej nadaje się publicystyka. A uniwersalizacja literacka wymaga dystansu, także czasowego, choć zawsze są wyjątki od reguły.

RÓWNOLEGŁYCH ŚWIATÓW CZAR

Mam w dorobku zaledwie kilka tekstów ocierających się o politykę: „Piąta pora roku”, „Dwa litry życia” (oba bodajże tłumaczone na białoruski), „Piękna i bestia”, może w pewnym stopniu „Opus na trzy pociski”. Wyraźnie nie mój rewir, ale zajrzałem z ciekawości. Lubię różnorodność, wręcz potrzebuję jej do życia, nie tylko w literaturze.

KG: Mam wrażenie, że raz podążałeś za trendami swoich czasów, a kiedy indziej wyprzedzałeś je o dekady.

AZ: Koniunkturalizmów u siebie nigdy nie widziałem, ale człowiek nie ma do siebie dystansu. Na pewno świadomie ich nie prokurowałem. To, co chcę powiedzieć czytelnikowi ważniejsze jest od tego, co on chciałby ode mnie usłyszeć - i zawsze tak było. Wielu pisarzy szczyci się umiejętnością sprostania każdemu zamówieniu - ja nawet tego nie próbowałem.

KG: Debiut w wieku 34 lat? Wcześniej nie było okazji? Nie pisałeś będąc studentem?

AZ: W wieku 33 lat zacząłem pisać teksty drukowalne. Wiek chrystusowy - czy trzeba więcej tłumaczyć? Wie się już trochę o życiu, a świat leży u stóp.

KG: No a skąd chęć pisania?

AZ: W ludziach, którzy piszą, we mnie chyba również, tkwi coś, co nazwałbym genem epistolarnym. Nie mówię o sytuacji zewnętrznej, perswazji cudzej bądź nawet własnej, ale o wewnętrznym imperatywie. Pisanie od zawsze sprawiało mi przyjemność, pisaniem łatwiej mi się wyrazić niż mówieniem.

KG: Od razu trafiłeś w obszary fantastyki?

AZ: Uważam, ze 95% naszych predyspozycji dziedziczymy. I między innymi albo się lubi fantastykę, albo się jej nie znosi. Nie znam człowieka, który byłby „trochę” fantastą. Tak jak nie można być „trochę” w ciąży. To, co piszę, jest w różny sposób nasycone fantastyką, pisząc czuję dreszcz towarzyszący odwiedzaniu światów równoległych.

Ale nie czytam wyłącznie fantastyki. Stosuję płodozmian.

KG: Jaki wpływ wywarła tu uczelnia techniczna i fakt, że debiutowałeś w czasopiśmie „Politechnik”?

AZ: Samo środowisko akademickie raczej nie  miało wpływu na moje pisanie. Ale pomogło mi ścisłe wykształcenie.

W POSZUKIWANIU FORMUŁY ŚWIATA

Bez niego mniej wiedziałbym o materialnym świecie. Choć zarazem pisanie było ucieczką od nauki i naukowego oglądu.

KG: A czy Twoje wykształcenie było wyborem ideowym?

AZ: „Ideowość” można różnie interpretować. Wybierając kierunek studiów, chciałem poznać fragment świata w sposób jednoznaczny. Nauki humanistyczne wydawały mi się mało jednoznaczne. Chciałem formuły świata wolnej od wpływu trendów, mód, polityków. W fizyce i matematyce takich wpływów nie ma, ale już na przykład w biologii trwa pozamerytoryczna dyskusja, jaki procent cech dziedziczymy, a jaki jest nabyty.

KG: Wybrałeś jednoznaczność, ale w ograniczonym zakresie. Nie da się opisać człowieka bez nieprecyzyjnych nauk humanistycznych czy polityki.

AZ: Oczywiście. Między innymi dlatego piszę. Nauka, na takim poziomie, na jakim ja ją uprawiam polega na wyświetlaniu obrazków, wynajdywaniu i opisywaniu podstawowych zależności. Praca analityczna. Jeżeli chodzi o syntezę, to w naukach ścisłych zaszczyt syntetycznego zebrania wniosków przysługuje jedynie noblistom. W literaturze mogę dokonać syntezy nie będąc noblistą. Tam jestem panem świata.

KG: Twój pierwszy zbiór „Szlaki istnienia” to książka jak na serię „Stało się jutro”, dość obszerna. Jednocześnie to typowy debiut. Opowiadania krótkie, koncepcyjne. Takimi krótkimi formami zaczynał Zajdel, Ziemkiewicz, Dębski. Czułeś, oddając tekst do druku, że zamykasz startowy etap pisarstwa?

AZ: To były bardziej konspekty opowiadań, ale tak się zwykle debiutuje. Myśl skondensowana, wychodziła ze mnie niecierpliwość, żeby się jak najszybciej wyrazić. Naturalnie, potem przyszedł czas na wygadanie się w dłuższych formach, jak „Homo determinatus”, „Pod ochroną” czy „Po tamtej stronie”. Jednak solidna powieść wymaga od autora hipergadulstwa, której to cechy nigdy nie posiadłem w zadowalającym stopniu, stąd „tuziny, tuziny opowiadań”, jak z przekąsem napisał Dukaj. Za dawnych lat machnąłem 160 stron powieści o kosmicznych wilkach i zdobyciu Paryża przez Sowietów, aż nagle straciłem dla niej zainteresowanie, jeszcze pewnie leży gdzieś w stercie rękopisów. Jako pisarz najlepiej czuję się na krótkim dystansie (50 stron), jako czytelnik na średnim (200-300), zaś czytelnicze uczestnictwo w maratonach (pond 500) uważam za zajęcie jałowe. Zazwyczaj, bo bywają wyjątki.

KG: To trochę pod prąd trendów.

AZ: Pisanie dzieł cegłopodobnych byłoby dla mnie porównywalne z obozem pracy o zaostrzonym rygorze. Jako pisarz lubię coś przekazać, błysnąć myślą jak diamentem, ale jak szukać diamentów w erupcji błotnego wulkanu, zalewającej pół kontynentu? Niestety na rynku zaczyna dominować szczególny rodzaj literatury: epicko-kuglarskiej, takie igrzyska bez końca, nie chodzi o przekazanie czegoś, lecz bezwysiłkowe, neuronopasywne spędzanie czasu.

KG: A jak się prezentował wydawniczo twój pierwszy tom opowiadań?

AZ: Standardowy nakład dla takiego tomiku wynosił 30 000 egzemplarzy. Natomiast honorarium z tej książki stanowiło kwotę mojego rocznego wynagrodzenia na Politechnice. Wynagrodzenie wtedy ustalano centralnie. Wydaje mi się, że w Komitecie Centralnym PZPR jakiś odpowiedzialny za kulturę dyrektor departamentu ustalił że w ciągu miesiąca pisarz powinien napisać jeden arkusz wydawniczy, czyli szesnaście stron standardowych. Za ten arkusz powinien dostać pensję nauczyciela. Czyli wyjąwszy weekendy i poniedziałki przeznaczone na leczenie kaca, pisarz powinien produkować jedną stronę dziennie. Nakład podstawowy ustalany był zwykle na 10 tysięcy egzemplarzy, jego wielokrotności owocowały podniesieniem honorarium, nie proporcjonalnym, ale istotnym.

Wtedy też rozważałem przejście na wyłączne pisanie, bo można było bez większego wysiłku z tego wyżyć. Na szczęście mój anioł stróż czuwał, inaczej po transformacji popadłbym w ubóstwo.

Z POWROTEM NA ZIEMIĘ

KG: Debiutujący Zimniak opisywał kosmiczne stworzenie, życie jako ziarno roznoszone po kosmosie („Konstrukcja”, „Kuracja”, „Korona Życia”, „Numen”). Czasem wygrywa siła wyższa a ludzie są marionetkami, czasem to ziemski punkt widzenia mierzy się z kosmicznym imperatywem. Później zupełnie ten pomysł został porzucony, obcy znikają i Zimniak rozważa jak to się ludzkość rozchodzi po Wszechświecie.

AZ: No cóż, nie zawsze się pisze o tym samym. Kiedyś pociągał mnie temat demiurgów, Obcych kształtujących nas w sposób niezauważalny. Wobec tego, że żadnych śladów życia w kosmosie nie wykryto, temat wydał mi się jałowy. Dlatego zwróciłem się w stronę człowieka, jego wnętrza, psychiki.

KG: Zwróciłeś się jednocześnie do wnętrza człowieka, ale też na zewnątrz Ziemi.

AZ: Tak, niekoniecznie w literaturze, bardziej w publicystyce, rozważam możliwość opuszczenia naszej planety przez życie. Zastanawiam się nad tym w aspekcie sensu istnienia cywilizacji. To byłoby ładne zwieńczenie naszej działalności. Nie jestem stuprocentowym materialistą, uważam, że są rzeczy niewytłumaczalne, i zastanawiam się nad celowością ewolucji. Na przykład przerostu ludzkiego mózgu nie traktuję jako wypadku przy pracy, niepotrzebnego garbu. Mam nadzieję, że jest w nim jakaś długodystansowa celowość, która pozwoli na pokonanie studni grawitacyjnej i wydostanie się w kosmos.

KG: Określenie „studnia grawitacyjna” jest Twoje?

AZ: Przecież to fizyczne sformułowanie.

KG: Ale w filozoficznym kontekście użyłeś go chyba po raz pierwszy. Człowiek, jako robak pełzający po ścianach studni. Ładne. Wracając do debiutanckiego zbioru - czy Nick w tekście „Schronisko”, który odbiera różowy promień z dalekich światów to polski Dick?

AZ: Absolutnie nie, to przypadkowe podobieństwo nazwisk. Nie widzę innych punktów stycznych. Mój bohater nie doświadczał Boga, ale oddziaływań kosmicznych.

KG: W zbiorze „Homo Determinatus” widać nowy motyw przewodni - fascynację paranauką, podświadomością, telepatią, psychokinetyką, jasnowidztwem. Takie są „Zręby władzy”, „Pojedynek”, „Po tamtej stronie”, „Pod ochroną”, „List z Dune”, nawet późniejsza „Marcjanna i Aniołowie”. Wygląda to na ścieżkę, z której SF szybko zeszło. Ale  wyrzekł się tego chyba też sam Zimniak, pisząc w „Jak nie zginie ludzkość”, że takie spirytystyczne rozważania to pobożne życzenia.

AZ: Inaczej patrzę na ten motyw, zresztą chyba po raz pierwszy tak go odczytano. Odczuwam niechęć do wszelkich paranauk, spirytualizmów, praktyk new-age'owych, ufologizmów, zjawisk psychokinetycznych, prekognicyjnych i wróżbiarskich, z laniem wosku włącznie. Dlatego nic z tego nie ma w mojej twórczości. Bywają natomiast pozornie podobne antycypacje naukowe, często silnie alegoryczne, na usługach przenośni filozoficznej, czasem odczytywane jako naukowa magia.

ALE W KOMINIE CZASEM COŚ ZAŁKA

Komunikacja pozawerbalna na odległość w moich tekstach zwykle oznacza zniewolenie, a warunki dla niej muszą być szczególne (umysły kriogeniczne, kontakt z Obcymi). Ale zastrzegam, że interpretacja utworu należy do odbiorcy, autorowi wara od autoanaliz!

KG: Ależ ja tych paranaukowych interpretacji nie wziąłem tylko z głowy, ale też z okładki Twojej książki - „szczególne zainteresowanie autora skupia się na marzeniach sennych, telepatii i telekinezie”.

AZ: Tak mi to ktoś niestety wpisał. Ale istnieją zjawiska, niepotwierdzone naukowo, które pozostają niewyjaśnione. Na przykład wspólne odczucia dwóch osób na odległość. Sam miałem taki zagadkowy przypadek, kiedy przechodziłem ulicą obok wieżowca przy silnym wietrze. W pewnym momencie poczułem impuls, żeby biec. Postąpiłem irracjonalnie, rzuciłem się do przodu, a za mną z olbrzymim hukiem rozbiły się butelki wody mineralnej, które spadły z balkonu na dziesiątym piętrze. Nie sądzę jednak, aby to zjawisko reprezentowało paranaukę, raczej przedproża nauki.

KG: Szczery podziw - większość ludzi uznałaby to za szarpnięcie Anioła Stróża, a Ty mówisz o przedprożach nauki. Wróćmy do tekstów. „List z Dune” (motyw osady oblężonej przez strachy z lasu), oraz „Enklawy szczęścia” (ślepiec opuszczający odizolowaną osadę) - posługują się rozwiązaniami fabularnymi podobnymi do późniejszego filmu Shyamalana „Osada”.

AZ: Nie znam tego filmu. Kino mnie niezbyt zajmuje. Kryzys przesłania intelektualnego zaczął się tam znacznie wcześniej niż w literaturze, a efekty specjalne ciekawią mnie sporadycznie.

KG: Tekst „Enklawy szczęścia” pochodził z trzeciego zbioru „Opus na trzy pociski”. Fenomenalny opis świata ślepego człowieka, który nie wie, że czegoś mu brakuje, nie zna swoich granic, ale je przekracza.

AZ: Pamiętam interesujące doświadczenie, jakim było pisanie „Enklaw szczęścia” - musiałem wczuwać się w bohatera, któremu od urodzenia brakuje zmysłu wzroku, i w szczególny sposób przekazywać jego percepcję świata. Ciągle poprawiałem tekst, bo odruchowo wciskały mi się obrazy. Ale w rezultacie czytelnik dopiero po jakimś czasie domyśla się, że bohater jest niewidomy. Chciałem też pokazać człowieka, który przekracza bariery, a nasz poziom jest dla niego etapem przejściowym. Najważniejsze było pytanie, czy wolno i należy nieświadomemu ułomnemu pokazać jego ułomność? Czy taka prawda zwiększy, czy zmniejszy entropię świata? To chciałem przekazać, ale po raz kolejny powtarzam, że deszyfracja utworu należy do czytelnika.

KG: Odnoszę wrażenie, że bliskie Ci jest credo spisane w tekście „Samotny myśliwy”, że pomimo apragmatyczności rozmaitych dziwnych poszukiwań, ich braku wpływu na rządzące człowiekiem popędy prokreacji, władzy i posiadania, należy sięgać marzeniami hen, hen.

AZ: Rzeczywiście, zawsze pociągały mnie sprawy bardziej uniwersalne. W „Samotnym myśliwym” chciałem pokazać człowieka który poszukuje czegoś, co przekracza pojmowanie urzędników, w tym decydentów, a jeśli nawet nie, to ci decydenci pragmatycznie odwracają się plecami. A jak już znajdzie to usiłuje o tym powiedzieć światu. Podobna sytuacja spotyka bohatera „Białego roju”. Marzenia, wyobraźnia - one generują rozwój naszego gatunku, więc są mentalnymi witaminami. Niewielu posiada te cechy, a także chce je wykorzystać, ale tylu wystarczy. Wyobrażasz sobie społeczność złożoną z samych poetów?

Od political fiction nie uciekałem, jeśli zawdzięczałem jej refleksje mniej tymczasowe. W ostatniej powieści „Biały rój” sięgnąłem po horyzont stu lat. Dla mnie to jest bliski zasięg, dla innych może daleki.

KG: Częsty Twój motyw to fascynacja dźwiękiem i muzyką, która może stanowić fundament działania wszechświata. Od króciutkiego „Thor” i „Woń nenufarów”, przez późniejsze „Opus na trzy pociski” do „Marcjanny i Aniołów”. Czy to jest czysta erystyka, pomysł literacki, czy też żywisz jakieś przekonanie o wyjątkowej pojemności zjawiska muzyki?

AZ: Ciekawe spostrzeżenie. Nie, sama muzyka nie jest środkiem przekazu, który bym przeceniał, raczej tego pojęcia używałem jako metafory harmonijnego i nieco transcendentnego sposobu kontaktu. Na przykład dwie cywilizacje mogą się tak niewerbalnie porozumiewać. Muzyka - czasem, niestety rzadko - dotyka u mnie bezpośrednio bardzo wrażliwych receptorów odczuwania i emocji, ale muzyka nie ma na to wyłączności, podobnie może działać widok górskiej przepaści czy rozgwieżdżonego nieba w sierpniową noc. Nie jestem specjalnie muzykalny, ale czasami muzyka potrafi wprowadzić mnie w stan psychodeliczny, transcendentny. Zgoła inaczej mają ludzie muzykalni, sporo jest wśród nich matematyków i fizyków - oni nie odbierają muzyki emocjonalnie, raczej „technicznie” -rejestrują oryginalnie uporządkowane formacje dźwięków.

KG: Spytam cię  o rakiety -  w czasach kiedy stanowiły kanon sztuki fantastycznej i zatrważająco dużo tekstów traktowało o środowisku pilotów statków kosmicznych, to Zimniak wolał chodzić po umysłach, eksplorować tajniki psychologii. I jedyne klasyczne teksty rakietowe to króciutkie „Łowcy meteorów”, „Umarł w butach” i „Samotny myśliwy”.

AZ: Moje teksty literackie raczej nie są „literaturą rakietową”. Jako się rzekło, uciekałem od opisów nauki, technologii, chemii. Chociaż pewne ciągotki kosmiczne miewam. Chętnie bym poczytał jakiegoś nowo-Lema, ale na to przyjdzie poczekać jeszcze ze 30 lat, a więc tę lekturę z żalem zostawiam młodszym.

CZŁOWIEK BEZ GRANIC?

KG: Kolejny temat „made by Zimniak” to postczłowiek. Opisałeś już wiele modeli postludzi: człowiek zrodzony z krowy, człowiek w ciele owada, człowiek jako Obcy, człowiek odtworzony z tkanek, wygenerowany z sieci informatycznej, ukształtowany genetycznie.  Z jakim uczuciem o tym piszesz? Tak daleko idące możliwości człowieka to jego triumf, czy gorzki upadek?

AZ: He, he, niezła kolekcja. Tyle, że ja raczej staram się nie wartościować opisywanych zjawisk. Człowiek majstruje przy wszystkim dookoła, jak i gdzie się da, więc czemu miałby nie zrobić czegoś z sobą, skoro tylko będzie potrafił? Zaczął 20 tysięcy lat temu od malowania twarzy kolorową glinką, potem narzucił skórę niedźwiedzia, (przez co wyłysiał i stracił grzejącą warstwę brązowego tłuszczu, dzięki któremu foki mogą nurkować pod lodem). Mężczyzna dorabiał sobie paradnego kutasa z bambusa, a kobieta mechaniczne wydłużyła szyję, deformowała stopy (żeby pozostały małe) i farbowała włosy. Potem wypełniano zęby, wstawiano rozruszniki serca, wymieniano stawy, ingerowano w gospodarkę hormonalną.

KG: A co teraz w modzie?

AZ: Zanim wyprodukujemy mechaniczne czy bioorganiczne organy zastępcze, rzucimy się na genotyp - to niebywała gratka, bo można wszystkim sterować. W literaturze rozważam nieco bardziej wyrafinowane projekty - krowa, po stymulacji hormonalnej, pewnie mogłaby być surogatką (matką zastępczą), i raczej nie procesowałaby się o dziecko. Pewnie jednak praktyczniejsze okażą się macice z polietylenu uszlachetnionego estrogenami. Inna sprawa - czy można przeszczepić ludzką świadomość, czy to do innego nośnika biologicznego, czy do sztucznej sieci neuronalnej? Czy taki układ byłby nadal definiowalny jako ludzka świadomość, a jeśli tak, na ile byłby świadomością odmienną? To są pytania - ostrzeżenia, warto zawczasu myśleć nad odpowiedzią. Odtwarzanie - zmartwychwstanie - człowieka, nad tym pracuje literatura od zarania. Jeśli będziemy mogli to robić, czy zrobimy? W imię czego? Znów zastanawiam się, wszak mam wykształcenie ścisłe - w ilu procentach odtworzymy oryginał, to znaczy jak duże odchylenie od oryginału będzie dopuszczalne? Już teraz można byłoby pogadać z duchem dziadka przez telefon, jakby pozostała o nim wystarczająca liczba danych i jakby zdolny informatyk przyłożył się do pracy. Póki co jakoś nie widać chętnych.

Spodziewam się, że żadnych granic nie będzie. Człowiek pójdzie tak daleko, jak to będzie technologicznie możliwe. Sięgnie po każdy owoc z drzewa wiedzy.

KG: Tylko czy sięgnie dla siebie, czy dla innych. Terrorysta wszczepiony w ciało owada w „Śmierć ma zapach szkarłatu” został zmuszony do takiego przeobrażenia. Trudno mi wyobrazić sobie ludzi podobnie poddających się eksperymentom. Można liczyć jedynie na skazańców i noworodki.

AZ: Ludzie mogą tego chcieć, jeżeli okaże się to korzystne. Na przykład przeszczepienie świadomości w układ elektroniczny może zapewnić nieśmiertelność. Jestem przekonany, że ustawią się długie kolejki do gabinetów wzmocnienia fizycznego, intelektualnego, emocjonalnego. To kiedyś będzie normą, jak dziś łykanie witamin.

KG: No właśnie, taki los spotkał bohatera „Homo determinatusa”. Jego psychikę wyhodowano i zapisano w bazie danych wywiadu w celu wielokrotnego użycia w określonych misjach. Czy takie zdeterminowanie człowieka daje mu wolność, czy właśnie zniewala go poprzez mnożenie środków manipulacji?

AZ: To trudne pytanie. Bohater tego opowiadania poczuł się ograniczony dopiero po wykonaniu swojego zadania, gdy dowiedział się, że jest egzemplarzem wyprodukowanym. Ale my też nie mamy pewności, że nie jesteśmy wyprodukowani. Czujemy się wolni, ale to może być iluzja.

KG: Zimniaka nie opuszcza też motyw miłości, co mu się chwali, bo to przecież literatura bez uczuć byłaby niepełna. Ale traktuje czasem miłosne podboje (przeważnie z przedstawicielkami odmiennych ras) jako sposób na emocjonalne podgrzanie tekstu, a czasem filozoficznie próbuje definiować, redefiniować miłość. I to już nazwałbym jego trademarkiem.

AZ: Naprawdę coś takiego napisałem? Jakieś orgietki z Wenusjankami o trzech piersiach i pięciu pośladkach? Naprawdę nie pamiętam, ale chętnie przeczytam, może być ciekawe. 

STO IMION MIŁOŚCI 

KG: No dobrze, ale nie opuszcza Cię ten temat - „Miłosne dotknięcie” (miłość jako miłosierdzie), „Śmierć ma zapach szkarłatu” (ludzie poddani popędowi jak owady), „Przynieś mi serce Matki Teresy” (różne są objawienia się miłości, a poszukiwanie uniwersalnej miłości jest jak poszukiwanie zunifikowanej teorii wszystkiego).

AZ: Zgadza się, nawet kiedyś zaszufladkowano mnie jako piewcę miłości. Miłość jest pojęciem pojemnym, a znaczeniowo zazwyczaj kieruje nas ku lepszym regionom duszy, uczynków, działania. Miłość pozwala przeżyć najsilniejsze pozytywne emocje, daje szanse na poszukiwanie sensu. Nie wierzę, że wynika z biologizmu, to raczej biologia wykorzystała jej potencjał. Piękny temat, można pisać i mówić o nim bez końca.

KG: No to miło, że miłość jednak nie jest produktem feromonów.

AZ: Zauważ, że altruizm podnosi przeżywalność. Jest biologicznie uzasadniony. Miłość do partnera pozwala wychować potomstwo, potem wnuki. Przyjaźń pozwala przeżyć w grupie. Miłość to zjawisko prawie zawsze pozytywne. I to ona może być fundamentem, nawet niekoniecznie w religijnych podtekstach. Feromony - być może są wyzwalaczem, ogniwem pośrednim. Czy ręka, która cię podtrzymuje, jest altruistyczna? Myślę o ścięgnach, mięśniach, kościach.

KG: Od miłości blisko do seksu. U Ciebie jest ten seks, coraz bardziej oryginalny, szokujący. Miłość komara z kobietą, mężczyzny z samicą walenia. Najwięcej świntuszenia jest w ostatniej powieści „Biały rój”. Przenoszenie informacji w nasieniu, zapłodnienie wziewne przez rozpylenie muszek, sceny seksu publicznego uprawianego ze znudzeniem na campusowym trawniku.

AZ: Zapomniałeś o scenie seksu ciężarnych matek zastępczych - olbrzymek, która wzbudziła najwięcej kontrowersji. Trochę świntuszenia jest jak przyprawa, więc powinno być. Ponieważ seks absolutnie i nierozerwalnie związany jest z wieloma aspektami miłości, więc skoro o niej piszę, seks też być musi. Zmienia się obyczajowość - to chciałem zilustrować seksem na campusowym trawniku - przyjmijmy, że to raczej humorystyczny obrazek oparty na liniowej ekstrapolacji trendu. Seks jest motorem ogromnej liczby zachowań, owady często giną w miłosnym tańcu, po spełnieniu swojej roli - to wykorzystałem w „Zapachu szkarłatu”. Jak widać, dziś bez seksu ani rusz. W przyszłości to może się zmienić.

KG: Jest w Twojej prozie wizja ludzi beznamiętnych. Jeżeli pożądanie przestanie być potrzebne prokreacji, to czy pozostanie motorem ludzkości? Bohaterowie „Białego roju” jakby nie znali namiętności. Jedynie wyrzutkowie, ludzie eksperymentalni, półludzie zostali wyposażeni w uczucia.

AZ: Seks i podział na płcie to ogromy wysiłek dla gatunku, niesłychana rozrzutność energetyczna, która w końcowym bilansie jednak się opłaca. Zastanawiam się, co stanie się z seksem jak ludzie wprowadzą niezależną technologię rozmnażania - np. spreparują geny o odpowiednich wybranych cechach, otoczą białkową wyściółką, umieszczą w wyhodowanej lub sztucznej macicy i po dziewięciu miesiącach (może tygodniach) wyjmą gotowego człowieczka. Czy ewolucja pozwoli nam na seks bez biologicznej potrzeby? A może już wtedy człowiek będzie architektem swojej ewolucji i na drodze genetycznych modyfikacji zafundujemy sobie super-seks? Takie przepowiednie rzadko się sprawdzają, zwłaszcza w szczegółach, ale dają do myślenia, co człowiek może zrobić z sobą samym. Przypuszczam, że za sto lat bio-replikatory staną się sprzętem tak powszechnym jak dziś wózki dla niemowląt, a ludzie będą się dziwili, że kiedyś mnożyli się jak króliki, a kobiety męczyły się z ciążą i porodem. Pod warunkiem, że będzie z czym porównać, bo króliki pozostaną przy starym sposobie rozpłodu.

Kiedyś napisałem, że płeć trzeciego tysiąclecia będzie nijaka.

KG: „Marcjanna i aniołowie” - Zaczyna się jak „Proces” Kafki wyrwaniem bohatera o nazwisku Grey z pieleszy. Bohater rusza w podróż w międzyświaty, w kraj postludzi. Czy pamiętasz jakie myśli cię napędzały gdy pisałeś tą pierwszą bodajże dłuższą formę?

AZ: To było strasznie dawno. Świat, który przedstawiłem, stanowił skrzyżowanie tak wielu dróg, że do kosmicznych ekspedycji musiano brać ludzi jak do wojska, po uprzednich testach przydatności.

NIEZNOŚNA LEKKOŚĆ SŁOWA

Postanowiłem rozszczepić wymiar czasu - wszak czas nie biegnie jednakowo w różnych podwymiarach, jak biologiczny, kulturowy, historyczny, geologiczny. Światy równoległe polegały na tym, że w każdym owe strumienie czasu płynęły względem siebie inaczej, w innych wzajemnych proporcjach. Przy odrobinie szczęścia można więc było spotkać te same osoby w różnych epokach historycznych. Oczywiście głównie chodziło o miłość, o poszukiwanie jej na różnych poziomach rzeczywistości.

KG: „Przynieś mi serce matki Teresy” - czy to jest SF, czy raczej czcze życzenia? Gildia genlordów, którzy potrafią siłą psychiki przemieszczać swoje cząstki przez najbardziej ekstremalne miejsca kosmosu.

AZ: Nazwałbym to śmiałą alegorią naukową, która rzeczywiście ociera się o magię. Bardziej stonowane pomysły występują w „Białym roju”, w którym są modyfikacje genetyczne sterowane siłą woli. Jest to mało prawdopodobne, ale w świetle współczesnej nauki nie musi być czarami.

KG: „Czterdziestu małych kochanków” - bardzo mi trudno zinterpretować ten tekst i postawić go jakoś w szeregu z pozostałą twórczością.

AZ: Przykro mi, ale nie pomogę. Pod ten tekst odbiorca musi podłożyć własne życie, albo pożyć jeszcze trochę i przeczytać go ponownie. Jeden z czytelników czytał go trzy razy i za każdym miał inne skojarzenia. Wbrew pozorom jestem z tego dumny, bo w intuicyjnym akcie udało mi się stworzyć świat dostatecznie złożony, aby nie był interpretowalny wprost. Potrzebna jest własna twórczość czytelnicza, co jest wymogiem dziś niepopularnym.

KG: „Śmierć ma zapach szkarłatu” - to opowiadanie znalazło się w pewnym nurcie militarnej fantastyki spod znaku Ziemiańskiego. Czy wyjątkowe dla Ciebie umiejscowienie akcji w etnicznym tyglu Europy to tylko fabularny pretekst?

AZ: Nie inspirowałem się tu innymi. Wątek wydał mi się wygodny dla pokazania transplantacji psychiki żołnierza w owadzie ciało, ale europejski terroryzm to nie jest mój temat i nie mam zamiaru się w tym kierunku rozwijać.

KG: Czy humorystyczne fantasy o przygodach Dragomira mamy odbierać w kategoriach żartu literackiego?

AZ: Oczywiście że tak - pastisz fantasy na wesoło. Nie uważam tego gatunku za szczególnie nośny. Chciałem trochę pośmiać się ze sztampy, ale i oderwać się od innych tematów. Wszelkie eksperymenty, np. Enkel, wzięły się z pragnienia różnorodności. Autor też musi mieć frajdę, a ta może brać się z eksploracji różnych krain.

KG: No właśnie, Enkel - bohater „Klatki pełnej aniołów”. Przyznajesz, że powstał on jako coś osobnego. I pewnie nieraz się spotykasz z pytaniem, skąd się wziął.

AZ: No i nie wiem tak naprawdę, jak on powstał. Chciałem kiedyś napisać tekst antyklerykalny. Usiadłem i zacząłem pisać. Wyszedł Enkel, który nie jest antyklerykalny. Wręcz opisuje, jak można dojść do etyki chrześcijańskiej bez pomocy Kościoła. Enkel, pomimo że jest bandziorem, jednak reprezentuje dość wysoką moralność.

KG: Inny bohater, inny typ historii, ale i inna narracja.

AZ: Bardzo mi się to dobrze i szybko pisało. Wyjątkowo przy tych tekstach odżywałem po całodziennym uczelnianym znoju.

KG: Opowiadania Enkelowskie do czegoś jednak zmierzają. Celem rozwoju tego bohatera jest stanie się pierwszym człowiekiem, który samodzielnie wydostanie się z Ziemi poprzez wspomnianą studnię grawitacyjną. To taka zapowiedź Twoich rozważań o podboju Kosmosu?

AZ: Nie potwierdzam, być może tak jest, ale nie całkiem świadomie. Podbój Kosmosu, to temat, który rozważam raczej w publicystyce. A zakończenie zrobiłem takie, żeby pozostawić sobie łącznik na potencjalną drugą część Enkela.

KG: A nie wydaje Ci się, że Enkel ukazał się za wcześnie? Kilka lat później, mógłby trafić do większej liczby czytelników i stać się prekursorem lżejszej, emocjonalnej, rozrywkowej fantastyki.

AZ: Tu dotykamy problemu koniunkturalizmu, którym się nigdy nie kierowałem. Nie interesuje mnie to jak pisać, żeby dobrze się sprzedało. Mam inne źródło utrzymania.

Enkel się sprzedał w całym nakładzie. Ale fakt, że dla tej książki i dla „Samotnego myśliwego” okres był nie najlepszy, nakłady schodziły długo. Podobnie schodzi „Biały rój”.

KG: To przejdźmy do „Białego roju”. Twoja ostatnia powieść powstała w wartkim stylu, pozbawionym właściwej Ci poetyckiej refleksji. Specjalnie się ograniczałeś?

AZ: Głównymi bohaterami są tam biotechnologia i biurokracja - wszak w sytuacjach nie ujętych w regulaminach dobrze rokują tylko działania nieformalne, bo urzędnicy i urzędy są bezradne. Co do poetyki - uch, gdybym napisał 300 stron poezji, kto by to przeczytał? Ale, serio - próbuję różnych chwytów, żeby nie było nudno. Tam dominuje ostra sensacyjna fabuła, ale starałem się też dodawać miękkie elementy. Najwięcej poezji było w moim debiucie.

KG: W „Białym roju” dominuje katastrofizm. Wyróżniają się dwa naczelne zagrożenia ludzkości:  zderzenie Ziemi z asteroidą lub epoka lodowcowa. Na podobne zwracałeś uwagę w publicystycznej książce „Jak nie zginie ludzkość”.

AZ: Uważam, że powinno się mówić, także w literaturze, o realnych zagrożeniach dla cywilizacji. Asteroidy i zlodowacenia to jedne z najpoważniejszych możliwości. Mało kto zdaje sobie sprawę, że żyjemy w epoce lodowcowej, a trwające 10 tys. lat chwilowe ocieplenie (interglacjał) może się rychło skończyć, to wynika ze statystyki. Zderzenia sporych asteroid z Ziemią zdarzały się w przeszłości i będą się zdarzać, to tylko kwestia czasu. Część energii, traconej na jałowe spory i chwilowo modne badania powinniśmy przeznaczyć na obmyślanie i budowę zabezpieczeń. W razie ochłodzenia klimatu cała Polska aż po Tatry znajdzie się pod lodowcem o grubości 2-3 kilometrów. Czy jest u nas choć jeden naukowiec czy polityk, który poważnie myśli o tym problemie? 

NIE CHCEMY LOSU DINOZAURÓW

Ale zwracam uwagę, że nie jestem katastrofistą. Uważam, że ludzie mają dosyć instynktu samozachowawczego.

KG: W twojej powieści przetrwanie zależy od spisku i uporu garstki, a nie od pospolitego ruszenia środowisk naukowych. Czy ludzie będą w stanie zorganizować się w obliczu zagrożenia?

AZ: Myślę, że tak. Jestem optymistą. Nie muszą się tym zajmować wszyscy. Wystarczy grupa naukowców czy polityków, którzy się przejmą problemem. Ale żeby poderwać ludzi, znaleźć środki, musi się coś wydarzyć. Ludzie są zbyt zajęci jałowymi lub modnymi sporami. Na przykład efekt cieplarniany. Wiadomo, że ocieplenie występuje, tak jak to było wielokrotnie w dziejach Ziemi. Poziom dwutlenku węgla był kiedyś pięciokrotnie wyższy niż dziś. Samo ocieplenie zaczęło się 80 lat przed epoką industrialną. Człowiek ma może  promil wkładu w zmiany klimatu, z kretesem przegrywamy z takimi zjawiskami jak wybuchy wulkanów, wpływ lasów tropikalnych lub nawet falowanie oceanów.

KG: W wyborze publicystyki „Jak NIE zginie ludzkość” zaskakiwałeś nagłe ujawnioną i oryginalną wiarą w futurologię. Ludzie przestali wierzyć w futurologię.

AZ: Chyba rzeczywiście idę pod prąd. W tej książce pokazuję nie tyle wiarę w futurologię, co próby bezpiecznego jej uprawiania. Trzeba myśleć o różnych wariantach przyszłości i przygotowywać się do elastycznego reagowania. Czas w wymiarze technologicznym stale przyspiesza, możemy nie nadążyć umysłowo i mentalnie. Etyka wciąż staje przed terminalnymi wyzwaniami. Przewidywanie przyszłości może nas ćwiczyć w dopasowywaniu się do zmian teraźniejszości.

Co do  futurologii - to niejednoznaczna sprawa. Przepowiednie są zwykle chybione, bo wykonuje się je liniowo, przewidując bardziej ekspansywne i agresywne elementy współczesności. To tak jak z XIX-wieczną prognozą, że w wyniku rozwoju transportu w Londynie odchody końskie przykryją dachy domów. Przy uprawianiu futurologii staram się jednak nie skupiać na szczegółach, natomiast opieram się na odwiecznych trendach i dążeniach, jak np. ekspansja terytorialna, walka o dominację czy instynkt prokreacyjny.

KG: Wymowa tej książki jest dwuznaczna. Katastrofy przedstawiono tam bardziej przekonywująco niż szanse ludzkości na ocalenie. Nazwałbym to krótkookresowym całkowitym pesymizmem, długookresowym niepoprawnym optymizmem.

AZ: Hurra-optymizm byłby bez sensu i bez racjonalnych podstaw. Nigdy nie twierdziłem, że nie będzie wojen, że odniesiemy zwycięstwo nad zarazkami, że technologia otworzy nam eden, że barbarzyńcy nie zaleją Europy i że każdy będzie miłował bliźniego swego. Stale ostrzegam przed nieuniknionymi katastrofami, wskazując na ochłodzenie klimatu i impakt planetoidy, bo te zdarzenia są nam statystycznie przeznaczone, choć nie można z całą pewnością przewidzieć, czy nastąpią za 20 lat czy 20 stuleci. Jako ludzkość chcemy jednak pożyć dłużej, stąd niepokój. Mimo wszystko uważam, że nie podzielimy losu dinozaurów, jesteśmy na to za mądrzy, mamy zbyt rozwinięty instynkt samozachowawczy. Reprezentuję postawę ekohumanistyczną, ponieważ sądzę, że człowiek, choć błądzi lokalnie, ogólnie idzie właściwą drogą i tworzy cywilizację coraz lepszą nie tylko technologicznie, ale także etycznie i moralnie.

KG: Śmiała część Twoich rozważań dotyczy śmierci i długowieczności. Wynika z nich, że być może człowiek osiągnie długowieczność, ale w efekcie i tak wymyśli swoją programowalną śmierć (jeden byt płynnie przechodzi w inny).  Rzeczywiście pozbędziemy się umierania?

AZ: Przecież i tak zmieniamy się przez całe życie. We mnie już 30 lat temu umarł krewki młodzian, który nieomal wynalazł ulepszoną sztuczną krew i prawie odkrył uniwersalną diagnostykę wszelkich schorzeń. Umierać przez całe życie już potrafimy, to żadna nowość. Chodzi tylko (tylko!) o to, aby nowa biologia została oparta na procesach ciągłych, a nie - jak dotychczas - periodycznych. Trzeba odebrać kostusze kosę, niech nie obcina głowy nagle, lecz da czas na przepoczwarzenie się we własne dzieci, a potem wnuki. Tylko co wtedy z miłością? Miłość kobiety i mężczyzny, a także miłość rodzicielską przyjdzie złożyć w ofierze nieśmiertelności.

To, o co mi chodzi, to jest stworzenie nowej biologii. Stawiam tezę, że jest to wykonalne i biolodzy powinni się za to zabrać, proces periodyczny cyklu życia i śmierci zamienić w proces ciągły. Już teraz znamy pewne robaki i gatunki drzew, które praktycznie żyją wiecznie, giną tylko w katastrofach. Im większą świadomość życia ma stworzenie, tym trudniej się mu pogodzić z perspektywą nieodwołalnego końca. Jak za tysiąc lat człowiek przyjmie nieodwołalny wyrok?

KG: A może odwrotnie -  wielu ludziom trudno przetrzymać te kilkadziesiąt lat swojego życia?

AZ: Nie mówisz o normie, tylko o wyjątkach. Myślę, że 99,999% ludzi nie chce umrzeć.

Oczywiście biologia to nie wszystko. Trzeba się też zabrać za coś, czego wciąż dobrze nie znamy, za ludzką psychikę. Człowiek, żeby nie przeciążać umysłu wieloletnio przyswajaną informacją, powinien wiele zapominać, pozbywać się bagażu doświadczeń, krytycznego spojrzenia, nieufności. Konieczne jest przeciwdziałanie starzeniu się umysłu, inaczej taka długowieczna cywilizacja padnie.

KG: To przypomina społeczność nieruchomych kolosów z „Niezwyciężonego” Lema. Ślepa uliczka ewolucji.

AZ: Tak nie może być. Ale są to wszystko problemy w zasięgu nauki.

NAUKOWCY CZY POLITYCY?

KG: Podsuwasz bardzo wiele zagrożeń, wskazujesz na nieograniczoną złożoność mechanizmu, jakim jest przyroda i człowiek. Ale większość otwartych problemów w swojej książce kwitujesz wnioskiem, że „trzeba będzie uważać”. Czy rzeczywiście uda się zapanować nad konsekwencjami śmiałych eksperymentów?

AZ: Będzie to wykonalne. Powtarzam po raz kolejny - człowiek ma instynkt samozachowawczy, wielokrotnie sprawdzony. Kiedy wprowadzono karabiny maszynowe do uzbrojenia armii, to wielu prognostyków sądziło, że nastąpi zagłada ludzkości. Jednak i tym razem znaleziono antidotum.

KG: Rozbraja mnie Twoja wiara w nasze możliwości. Czytałem, że słynne malowidła w grocie Lascaux giną pod grzybami i nauka nie potrafi temu zaradzić. Skoro nie potrafimy ocalić przed bakteriami rysunków naskalnych, to jak możemy myśleć o w pełni kontrolowanym wpływie na mechanizmy biologii i psychiki?

AZ: Nie twierdzę, że człowiek jest wszechmogący i wszystko potrafi. Będzie wiele rzeczy, których człowiek nie będzie umiał, ale mimo tego przeżyje.

KG: Piszesz, że wszystkie poczynania człowieka, które są dla niego możliwe do wykonania, traktujesz jako naturalne. Czy nie ma granic, jakie można nałożyć na eksperymenty naukowe?

AZ: Takie granice człowiek sam sobie nakłada i robi to z dobrym rezultatem. Eksperymentuje, ale także boi się. Albo stosuje antidotum, albo pozostawia wynalazek w arsenale groźnych przedmiotów.

KG: Na początku wspominałeś, że polityka uzurpuje sobie prawa do wpływania na badania naukowe. Ale czy granicą eksperymentów naukowych nie jest na przykład zdrowie i życie ludzi? Czy polityka nie jest koniecznym mechanizmem obronnym przed tego rodzaju nadużyciami? Nie możemy zakładać, że naukowcy zawsze zachowają się etycznie.

AZ: Natomiast politycy -  tak? Hmm. Może to być jeden z mechanizmów opisanego przeze mnie procesu samozachowawczej kontroli. Tyle, że taki mechanizm zwykle się nie sprawdza. Jak w jednym kraju politycy coś blokują, to w innym pozwolą. Uważam, że badania, które nie naruszają w drastyczny sposób naszej etyki, powinny być przeprowadzane, chociażby dlatego żeby poznać prawdziwe zagrożenia. Bez prowadzania badań nic nie wiemy na dany temat. Powstaje niebezpieczna biała plama. A taka pozostawiona biała plama może być wykorzystana przez elementy nieodpowiedzialne, być przyczyną jakiejś klęski. Takie miejsca należy zbadać i być może po zbadaniu narzucić tabu, że nie da się tego stosować z pożytkiem.

KG: W „Białym roju” ty właśnie pokazałeś dochodzenie do tych białych plam. Cienka jest granica pomiędzy zabiciem człowieka w trakcie eksperymentu, a eksperymentalnym chowem zmutowanych organizmów półludzkich.

AZ: No masz rację, problemów pojawi się wiele i nie uniknie się trudnych decyzji. Będziemy musieli arbitralnie decydować, czy coś jest jeszcze akceptowalne przez naszą moralność. Przy coraz szybszym rozwoju nauki, nasza moralność zaczyna nie nadążać. Można powiedzieć, że technologiczna hossa przerasta możliwości dostosowawcze etyki. Inna rzecz, że w „Białym roju” nie opisuję „chowu zmutowanych organizmów półludzkich”, lecz sztuczną kreację nowego człowieka. To pewna różnica.

Jest wiele pytań, na które nie znam odpowiedzi, nikt ich nie zna. Gdybym je znał, nie siedziałbym tutaj, tylko zostałbym przykuty złotym łańcuchem w najtajniejszych apartamentach służb specjalnych.

KG: Albo byłbyś politykiem, który o wszystkim decyduje.

AZ: Z pewnością nie! Politycy przeważnie toczą (muszą toczyć?) bieżące koniunkturalne gry, które nijak się mają do słuszności, sprawiedliwości czy osiągania dalekosiężnych celów. Uprawianie polityki jest mi bardziej obce niż seks z Marsjanką o pięciu pośladkach.

KG: Udało ci się dokonać porównania?!

AZ: Codziennie od dziesiątków lat. Od kiedy oglądam wiadomości telewizyjne i obcuję z fantastyką.

KG: Dziękuję za rozmowę.

 

Notował: Krzysztof Głuch

grudzień 2009

Wspominki, wspominki...

 

W laboratorium, rok 1990, staż naukowy w USA.

 

 

Prezentacja posteru na konferencji w Oulu (Finlandia) w 1994 r. Po tej konferencji udałem się do Norwegii na Nord Cap.

 

 

No tak, to też ja. Na urlopie w Geronie, rok 1994.

 

 

 


 

Wywiad przeprowadziła

Karolina Gwarek

Wywiad był gotowy 3 grudnia 2007.

Opublikowany na łamach portalu www.gildia.pl 13 grudnia 2007 r.

 

Interesująca jest historia tego wywiadu. Najpierw pani Karolina, redaktorka czasopisma  "Medycyna, Dydaktyka, Wychowanie" (oficjalny organ prasowy Akademii Medycznej w Warszawie) skontaktowała się ze mną i poprosiła o wywiad. Zgodziłem się i opracowałem odpowiedzi na otrzymane pytania, lecz po zastanowieniu doszedłem do wniosku, że jednak lepiej będzie opublikować go gdzie indziej. W końcu Akademia Medyczna z fantastyką ma tylko tyle wspólnego, że pojawiają się tam fantastyczne studentki (kto nie wierzy, niech przyjdzie z wizytą), a z literaturą, że pracownicy publikują w tzw. czasopiśmiennictwie naukowym.

 

Jak żyje się w dwóch światach równoległych (to ja), nie można ich mylić. W rezultacie wywiad trafił do internetowej Gildii, a potem na moją stronę.

 RETORTA I PIÓRO

WIZJE NAUKOWE I LITERACKIE

Karolina Gwarek: Jest Pan naukowcem i pisarzem literatury SF – jaka jest Pana wizja przyszłości świata i ludzkości?

Andrzej Zimniak: Nie chadzam pod rękę z Kasandrą i nie lubię wieszczących mizantropów, czyli uważam, że przetrwamy jako cywilizacja technologiczna. Co oczywiście nie oznacza, że nie będzie wojen, epidemii, zmian klimatycznych i katastrof. Ale ludzie to wszystko wytrzymają, bo są bardzo odpornym gatunkiem.

KG: Czy Pana zdaniem przyszłość skuteczniej przewidują naukowcy, czy pisarze SF?

AZ: Przyszłości w ogóle nie da się przewidzieć, zwłaszcza w szczegółach, co najwyżej można wybierać między ogólnymi trendami, a nawet taka antycypacja często okazuje się nietrafna. Bierze się to stąd, że nauka przez cały czas produkuje nowe jakości, których wczorajsi prognostycy znać nie mogli. A więc siłą rzeczy przewidywania są liniowe, ekstrapolujące w przyszłość stan dzisiejszy, jedyny, jaki znamy. Kto w początkach 18. wieku przewidział energię jądrową? Z tego też okresu pochodzi pewna prognoza sporządzona w Londynie - przewidywano, że wkrótce życie w mieście stanie się niemożliwe, bo przy tak szybkim wzroście liczby powozów poziom końskich odchodów sięgnie dachów... Wracając do Pani pytania - wydaje mi się, że palmę pierwszeństwa jednak trzeba przyznać naukowcom, bo to właśnie oni tworzą nową rzeczywistość. Literaci natomiast rozbierają znaną rzeczywistość na fragmenty i powtórnie składają w nowy artystyczny witraż świata równoległego, a jeśli próbują prognozować, ich przewidywania niewiele mają wspólnego z tym co nas naprawdę czeka. Jednak zasługują na laury, jeśli uda im się pokazać w swoim dziele błysk geniuszu. Witraże bywają piękne!

KG: Co sądzi Pan (jako naukowiec – chemik) o roli chemii w dzisiejszym świecie, a także w przyszłości, za 100–200 lat?

AZ: Chemia jest jednym z filarów cywilizacji technologicznej, a bez technologii nie potrafimy już żyć. Chemia jest wszędzie: to leki, kosmetyki, środki higieny, tworzywa sztuczne, dodatki do żywności. Obecne trendy w badaniach chemicznych to aplikacyjność i biospecjalizacja. Prace obejmują niemal wyłącznie tematy dobrze rokujące w zakresie praktycznych zastosowań, zaś najlepiej wzorować się na procesach zachodzących w żywych organizmach. Ma to swoje uzasadnienie, ponieważ enzymy sterują reakcjami w stosunkowo niskiej temperaturze, w wodnym środowisku i z dobrą wydajnością, nadto selektywnie i czysto. Przemysł chemiczny też ma być taki – wytwarzający mało odpadów i utylizujący je w obiegach zamkniętych. To oczywiście ideał, ale ku niemu dążymy i mamy niezłe wyniki.

KG: Jaka jest sytuacja chemii w Polsce? Czy mamy obecnie wybitnych chemików i ważne odkrycia w tej dziedzinie?

AZ: Oczywiście mamy, ale nie wymienię nikogo, bo inni poczują się urażeni. Sytuacja jest taka, jak w całej nauce – zależna od stale malejącego finansowania. Najlepiej mają się matematycy, bo im potrzeba tylko biblioteki, kartki, ołówka i dostępu do sieci, czasem do centrum obliczeniowego. Chemicy mają zdecydowanie gorzej, bo muszą mieć wyposażone laboratorium i nowoczesną aparaturą analityczną, a to kosztuje spore pieniądze.

KG: Co sądzi Pan o totalnej chemizacji naszego życia (chodzi np. o sztuczne związki, dodawane do żywności)? Czy nie uważa Pan, że wiele chorób powstaje z tego powodu?

AZ: Nie należy demonizować. W odpowiedzi na tego rodzaju pytania zwykle odwołuję się do stale wzrastającej długości życia, a także coraz wyższego jego poziomu – wszak krócej pracujemy w ciągu dnia, nie wykonujemy ciężkich prac fizycznych, zagrożeń jest mniej, nawet nie trujemy się jak niegdyś. Dawniej np. powszechne były zakażenia pokarmowe, dziś mamy w wodzie chlor. Coś za coś, ale całościowy bilans – jak wynika choćby z przeciętnej długości życia – jest dodatni. Oczywiście lepiej stosować mniej konserwantów, ale z drugiej strony nie można dopuścić do sytuacji, by ich miejsce znów zajęły pleśnie i zarazki. Za chemizację środowiska płacimy m. in. wzmożoną zachorowalnością na alergie, lecz należy także podkreślić, że równolegle rośnie wykrywalność schorzeń. Znajomy lekarz twierdzi, że niedługo nie będzie już zdrowych ludzi... Natomiast ogólna zwiększona zachorowalność wynika wprost z przedłużania życia. W podeszłym wieku podatność na choroby znacząco wzrasta lub dopiero pojawia się. Bezskutecznie gonimy idyllę, opiewaną w piosence: Wiecznie żyć i młodym być...

KG: W czym upatruje Pan ratunek przed nowotworami: w chemii czy w genetyce? Czy Pana opinia odnosi się również do innych chorób, trapiących ludzkość?

AZ: Na razie prym wiedzie chemia, choć w przypadku nowotworów wciąż najodpowiedniejsza wydaje się "maść żelazna". W zwalczaniu chorób o etiologii bakteryjnej liderem pozostają antybiotyki – mocno krytykowane, ale wciąż niezastąpione. Przedwczesny odwrót od antybiotyków spowodował niedostateczną podaż nowych specyfików, na które bakterie nie wykazywałyby oporności. Takie jest moje zdanie – część środowiska związanego z farmacją go nie podziela. Sądzę jednak, że w przyszłości podstawową metodą staną się terapie genetyczne – na tym poziomie będzie można trwale modyfikować podatność na poszczególne schorzenia, co wcale nie oznacza, że choroby zostaną całkowicie wyeliminowane, zmieni się tylko prawdopodobieństwo zachorowania. Celowo piszę "zmieni", bo w jednym miejscu ujmiemy, a w innym dodamy. Majstrowanie przy genotypie może mieć daleko idące konsekwencje, bo nieraz jeden gen kontroluje kilka funkcji, albo jedna funkcja kontrolowana jest przez kilka genów, a więc efektów ewentualnych zmian nie jesteśmy w stanie w pełni przewidzieć.

KG: Czy przy pomocy chemii można wyjaśnić świat i człowieka?

AZ: Tak mi się wydawało, jak kiedyś wybierałem kierunek studiów, lecz teraz mam wrażenie, że jestem dalej od celu niż wówczas. W nauce uzyskanie jednej odpowiedzi generuje dziesięć nowych pytań i z tym trzeba się pogodzić. Tym niemniej cząstkowe procesy wokół siebie rozumiemy lepiej niż niegdyś w tym znaczeniu, że potrafimy je zgodnie z zasadą indukcji przewidywać i – częściowo – wykorzystywać lub naśladować po zmodyfikowaniu. To dużo, to tak dużo, że byliśmy w stanie zbudować cywilizację technologiczną.

KG: Co sprawiło, że chemik zajął się literaturą?

AZ: Na moim poziomie w nauce zajmuję się analizą, czyli opisywaniem cząstkowych obserwacji, natomiast w literaturze mogę spróbować syntezy, uogólnienia. To duża przyjemność, jeśli uda się tak skonstruować utwór, aby pobudzić czytelnika do refleksji, zastanowienia, przemyśleń. Bardziej bezpośrednim powodem zajmowania się pisarstwem jest odruch Pawłowa, czyli w tym przypadku potrzeba realizowania się przez pisanie, chęć zaczerniania kartek – nazywam to gadulstwem epistolarnym. Jeden lubi rysować, drugi rzeźbić, trzeci muzykować lub śpiewać, pisarz ma chęć pisać. Na obecnym etapie wiedzy trudno te fenomeny wyjaśnić inaczej niż pewną predyspozycją zakodowaną w genach i spełniającą się w taki właśnie sposób, a więc dziedziczną.

KG: Jest Pan w połowie naukowcem chemikiem, w połowie humanistą. Skąd czerpie Pan inspirację?

AZ: Powiem szczerze: nie wiem. Jeśli koncepcja holistycznego funkcjonowania mózgu ludzkiego jest słuszna, siedzi we mnie hybryda trudna do rozszufladkowania. Pytanie o inspirację jest popularne, ale przez to wcale nie łatwiejsze. Dawniej wyjaśniałem, że czerpię z doświadczeń życiowych, lektur, podróży, daru kojarzenia, teraz wolę prostsze wytłumaczenie: to kosmici rzucają lancami iluminacji. Wszyscy opowiadają kawały, ale nigdy nie poznałem człowieka, który je wymyśla. Jak Einstein wpadł na pomysł teorii względności? Na Archimedesa spadło jabłko, ale przedtem musiała ściąć je właśnie taka lanca...

KG: Jest Pan autorem wielu dzieł literackich i naukowych – jak przebiega proces twórczy w przypadku jednych i drugich (np. czy pracuje Pan nad wieloma różnymi zagadnieniami jednocześnie)?

AZ: To ważna sprawa. Nie jest tak, że u mnie chemia konkuruje z literaturą i odwrotnie. Ścisłe wykształcenie i wiedza z dziedziny chemii pomagają mi w pracy literackiej. Światy, które kreuję, są – przynajmniej w to wierzę – wewnętrznie spójne, a zdarzenia wynikają logicznie z przyjętych założeń. Wydaje mi się, że pisanie fantastyki naukowej (podkreślam: naukowej, nie fantasy, horroru czy historii alternatywnej) łatwiej przychodzi autorom z wykształceniem ścisłym. A czy literatura wpływa na uprawianie nauki? W pewnym stopniu, jeśli rozbudza wyobraźnię. Natomiast świat naukowy nigdy nie myli mi się z literackim, mózg włącza zupełnie inne tryby pracy dla tych obu obszarów aktywności.

KG: Czy w licznych podróżach poszukuje Pan inspiracji, czy też są one raczej ucieczką od polskich realiów?

AZ: Podróżowanie określiłbym jako eksplorację nowych terenów, a kolumbowską potrzebę odkrywania każdy człowiek ma zakodowaną, w mniejszym lub większym stopniu. U mnie stacja i biegnące w dal szyny lub port z mrugającą na kei latarnią kojarzą się z bramami do odległych światów, które koniecznie trzeba zwiedzić. Czasem wrażenia z kolejnej wyprawy stanowią bezpośrednią inspirację pisarską, jednak częściej przekładają się na trudniejsze do zdefiniowania "doładowanie akumulatorów", polegające na pobudzeniu wyobraźni i jednocześnie uzupełnieniu wiedzy. Wyjazdów nie traktuję eskapistycznie, raczej oczekuję po nich możliwości kontaktu z egzotyczną przyrodą.

KG: Czy przełom roku ma dla Pana jakieś szczególne znaczenie, czy jest tylko kolejną kartką zerwaną z kalendarza?

AZ: Jeśli nastawię się na rozumowanie logiczne, przełom lat to tylko cyfra, przypisana do dość dowolnie wybranego etapu w ciągłym procesie astronomicznym. Ale gdy włączę myślenie retrospektywne, urasta do rangi symbolu przemijania, wykorzystania szans życiowych, wywołuje lawinę wspomnień i korowód postaci. Wtedy nie jest łatwo, więc zastanawiam się, czy jednak nie uznać wyższości świąt Wielkiej Nocy.

KG: Czy uchyli Pan rąbka tajemnicy co do swoich planów zawodowych i literackich?

AZ: Cenię sobie i lubię dydaktykę w wyższej uczelni i pracę naukową. Tematyka moich prac ogólnie dotyczy analiz struktury związków biologicznie czynnych metodami spektralnymi. W szczególności ostatnio w ramach współpracy zespołowej prowadziliśmy badania budowy nowych neurotransmiterów serotoniny (jak wiadomo, z poziomu serotoniny w mózgu wynika poziom komfortu psychicznego), a także organicznych soli amoniowych o działaniu bakteriobójczym wobec szczepów gronkowca złocistego opornych na antybiotyki.

O literaturze nie zapominam – w roku 2007 wydałem w Wydawnictwie Literackim powieść "Biały rój", opisującą świat przed zderzeniem Ziemi z rojem lodowych komet. Obecnie pracuję nad nową powieścią, w której próbuję pokazać koncepcję życia wiecznego, a więc jednak nawiązuję do słów wspomnianej piosenki o stale trwającej młodości. W tej opowieści o alternatywnej biologii ludzie uwalniają się od widma ostatecznego końca, ale płacą za to wysoką cenę. Dodam, że koncepcja jest spójna i maksymalnie "uprawdopodobniona" od strony naukowej – takie utwory najbardziej lubię i czytać, i pisać. Ponadto, działając na styku nauki i literatury, mam zamiar pozostać czynnym publicystą w zakresie tematyki popularnonaukowej i futurologicznej.

Na koniec chciałbym podkreślić, że ten wywiad stanowi odbicie moich osobistych poglądów i nie ma nic wspólnego z afiliacją w Akademii Medycznej.

 

 


Andrzej Zimniak odpowiada na pytania Grzegorza Musiała

Jesienią 2005 r. pytania nadesłał Greg K1ler (Grzegorz Musiał).

Opublikowane na łamach portalu gildia.pl w listopadzie 2005.

 ŻYCIE PISARZA W TRZYNASTU ODSŁONACH

1. Czym jest dla Ciebie fantastyka?

Sposobem na uprawianie twórczości i na odbiór sztuki. To nie zabawa, to specyficzny sposób widzenia. Przypuszczam, że my, ludzie z wyobraźnią, deszyfrujemy przekaz, jakim jest docierający do nas obraz świata, w bardziej satysfakcjonujący sposób niż inni. Po prostu z fantastyką jest ciekawiej.

2. Dlaczego zacząłeś pisać właśnie w obrębie tego nurtu?

Bo odczuwam dreszczyk przyjemności, gdy świat zaczyna być wieloznaczny, tajemniczy, dający nadzieję na coś więcej. Socjobiolog by powiedział, że jestem nosicielem jakiegoś genu fantastyki, i zapewne miałby rację.

3. Czy istnieje utwór (ewentualnie temat), który zawsze chciałeś napisać, ale ktoś uczynił to wcześniej? Skomentuj wybór.

Nie. Nieskromnie powiem, że każdy temat potrafię ustawić w oryginalny sposób, więc jak coś mnie zafascynuje, napiszę to po swojemu. Ale nie pamiętam, żebym miał kiedykolwiek chęć na cudze pomysły, natomiast zdarzało się, że równolegle z innym pisarzem realizowałem swój własny pomysł. Pod ciśnieniem rzeczywistości nieraz jednocześnie rodzą się serie analogicznych pomysłów.

4. Czy posiadasz jakąś powracającą nieustannie ideę, pomysł, temat, który chcesz jeszcze opisać, lecz na razie brakuje Ci dystansu, doświadczenia życiowego, warsztatu?

Nie, nie mam tego rodzaju kompleksów. Chociaż, być może, za rok czy dwa będę pisał lepiej. A już na pewno inaczej.

5. W czym upatrujesz przyszłość fantastyki? Czy uważasz, że za kilka, może kilkanaście lat straci ona rację bytu?

Nigdy nie straci. Jest (i zawsze był) pewien procent ludzkiej populacji, obdarzony fantastycznym genem. Oni potrzebują fantastyki jak ryby wody, a ptaki przestrzeni.

6. Gdybyś miał wskazać utwór, który popełniłeś, ale teraz się go wstydzisz, który byś wybrał?

Nie ma takiego utworu. Niektóre wczesne opowiadania teraz napisałbym inaczej, lecz żadnego się nie wstydzę.

7. Czy uważasz, że najlepsze lata w Twojej działalności artystycznej są już za Tobą? Innymi słowy, czy dzieło Twego życia można znaleźć na półkach księgarskich?

Najlepsze lata są ciągle przede mną. Dzieła mojego życia na półkach księgarskich nie uświadczysz, bo przy takiej nadprodukcji tytułów praktycznie nie ma wznowień. Zastanawiam się, czy nie wpuścić wszystkiego w sieć, niech ludzie czytają. W dzisiejszych czasach autorzy powinni odzwyczaić się od żądania honorariów za dobra kultury, bo to w złym tonie.

8. Czy masz literacki autorytet? Czego zdołał Cię nauczyć?

Hmm, jeśli mam literacki autorytet, to ja uczę innych. Mam nadzieję, że dla części moich czytelników stanowię jakiś autorytet, bo w przeciwnym przypadku stałbym się producentem samych fabuł. Brrr...

9. Internet - użyteczne narzędzie promocji czy zabójca papieru?

He, he, papier niedługo stanie się lemowskim "papyrem" i zniknie, ale słowo drukowane (animowane, wyświetlane, czcionkowe) jeszcze przez jakiś czas będzie w użyciu. Internet? Wspaniała sprawa, superbiblioteka światowa, kopalnia wszechrzeczy, bazar-gigant, planetarny śmietnik, zglobalizowany inteligentny ale głupi mózg.

10. Jak myślisz, które z Twoich cech charakteru pozwoliły Ci na stanie się znanym i lubianym?

Eeeech, co za pytanie. Jedni mnie lubią, inni mniej albo wcale, podobnie jest z moją twórczością - myślę, że znacznie więcej ludzi ocenia moją twórczość niż mnie. To są dwie różne domeny: osoba i jej twórczość. W fandomie lubią mnie też za to, że jestem outsiderem i nie pcham się w ich sprawy.

11. Jakich manieryzmów lub niedoskonałości nie tolerujesz we współczesnej literaturze fantastycznej? Co należałoby napiętnować?

...i wypalić gorącym żelazem, wyegzorcyzmować, utopić, posiekać i zakopać pod Babią Górą. Kochani, od tego są krytycy literaccy, ejże, KRYTYCY LITERACCY i uczeni ZNAWCY LITERATURY, a nie te króliczki, co po cichu żują trawkę i wymyślają fabułki. Jak króliczkowi coś nie odpowiada, odkłada na bok i kica dalej. Wszak szkoda życia, bo o skok dalej tyle pięknych królic!

12. Jaki czynnik przez lata motywował Cię do nieustannego warsztatowego treningu? W jakim stopniu były to pieniądze?

W żadnym. 99% autorów pisze (więc i doskonali warsztat) dla własnej przyjemności, ogólnej przyjemności, przyjemności czytelnika, wygrania lokalnego wyścigu szczurów, wygrania ogólnego wyścigu szczurów, środków do godziwego życia (w tej kolejności). Honoraria w początkach mojej kariery pisarskiej stanowiły znaczącą pozycję w budżecie, teraz wystarczają na piwo (bo piję jedno na miesiąc).

13. Na zakończenie, powiedz jeszcze, czym byłbyś mile zaskoczony w naszym fantastycznym półświatku?

Jest kilka takich rzeczy. Jakby na przyszły Polcon zjechali fani z Nowej Zelandii i podsunęli mi moje książki do podpisu. Jakby Północ pokochała Południe i vice versa. Jakby pisarze mogli żyć z pisania. Jakby ludzie zaczęli czytać (i kupować) więcej fantastyki. Jakby z Cimerii przybył Conan i w pień wyciął kurwiarzy. Nic innego nie jest w stanie mnie zaskoczyć.

 

 


Andrzej Zimniak odpowiada na pytania Zuzanny Pająk

Wywiad przeprowadzono

w maju 2004

ŚWIATY WIRTUALNE

 

Zuzanna Pająk: Jaka jest pańska definicja rzeczywistości wirtualnej?

 

Andrzej Zimniak: To świat wyimaginowany, wylęgły tylko w wyobraźni, choć będący odbiciem realnej rzeczywistości. Według takiej definicji dziś do VR należałoby zaliczyć wyobrażenia, marzenia senne, majaki i halucynacje, ale także seanse filmowe czy światy fikcji literackiej. Dodatkowy wymóg interaktywności, czyli wpływu woli uczestnika na przebieg wydarzeń, prowadzi do lemowskich stanów fantomatycznych, czyli życia w świecie sztucznie wygenerowanym wokół nas, a może bezpośrednio w naszych umysłach. Przy wysokim poziomie dostępu, a więc dużych możliwościach wpływania na kształt otocznia, oraz przy odpowiednio silnym natężeniu bodźców, taki świat mógłby stać się rajem, albo - piekłem.

Należy zaznaczyć, że w dzisiejszych czasach świat VR jest rozłączny wobec rzeczywistości, co oznacza, że łączność jest tylko pośrednia, poprzez wpływ na umysł podróżnika. Przy takim rozumieniu np. potoczne sformułowanie "wirtualny pieniądz" nie ma sensu, bo ów pieniądz ma realną siłę nabywczą i naprawdę istnieje, choć nie jako brzęczące monety, lecz w postaci magnetycznego zapisu. Podobnie jest z rejestrem długów czy wierzytelności, których wszak nikt nie uważa za wirtualne.

 

Z. P.: Jaka jest relacja tego poziomu rzeczywistości z rzeczywistością "obiektywną", niewirtualną ?

 

A. Z.: Już o tym wspomniałem - żadna, przynajmniej na razie. Senne marzenia w chwili ich trwania w żadnym stopniu nie wpływają na otoczenie śpiącego, i vice versa. Chociaż czasami coś może zakłócić sen, np. ostre dźwięki, które bywają przekładane na oniryczne obrazy. Analogicznie, zakłócenia w aparaturze generującej VR mogą zaburzyć doznawane wrażenia. Podobnie, gdyby kiedyś jakieś wirtualne życie rozwinęło się w sieci internetowej, awaria sieci mogłaby stanowić apokalipsę dla jej mieszkańców.

 

Z. P.: Jakie mogą być konsekwencje współistnienia dwóch poziomów realności?

 

A. Z.: To jest ciekawy problem. Należy oddzielnie antycypować wydarzenia z bliskiej przyszłości, które już omówiłem, oraz te z odległych czasów. Kiedyś, być może, możliwe stanie się odwzorowanie ludzkiego umysłu w pamięci maszyny, czyli coś, co moglibyśmy dziś porównać z wgraniem inteligentnego programu na twardy dysk. Taki program żyłby sobie w wirtualnej rzeczywistości owego dysku, który stwarzałby mu pełną symulację świata, ale mógłby także "wyglądać" na zewnątrz, używając odpowiedniego interfejsu, i badać otoczenie. Dobry (albo zbyt dobry) program nie pozwoli na rozróżnienie między obydwoma światami. Kto wie, może obecnie cały kosmos jest zimny, nieprzyjazny i pusty, a Ziemia ze swoją ciepłą otuliną atmosfery, niebieskimi oceanami i życiem organicznym jest jedynie wirtualnym istnieniem, zamkniętym w jakimś obwodzie na pustynnej i nagiej trzeciej planecie? Przy takim założeniu nasze ziemskie życie jest w pełni wirtualne, a patrząc w nocne pogodne niebo wyglądamy przez jakiś interfejs na zewnątrz, a nawet robimy kosmiczne wycieczki - w świat rzeczywisty, do zimnego, nieprzyjaznego realu. Warto podkreślić, że w takim układzie nadal aktualne pozostanie pytanie, kto stworzył ów obwód generujący wirtualny świat, kto zaprogramował ziemską biosferę, i na czyje podobieństwo zaplanował człowieka. Może na swoje?

 

Z. P.: W opowiadaniu "Na końcu będzie słowo" przedstawia Pan obraz przestrzeni numerycznej jako przestrzeni życiowej, która zastępuje przestrzeń geograficzną, na łonie której życie radzi sobie równie dobrze jak w tej, w której przyszło nam żyć naprawdę. Czy rzeczywistość niematerialna jest przyszłością ludzkości i przyjdzie nam żyć pod postacią impulsów elektrycznych ?

 

A. Z.: Wspomniałem o tym wyżej. Kto wie, czy tak się nie stanie, chociaż osobiście nie wierzę, że wszyscy i na stałe pogrążymy się w wirtualu. Bardziej prawdopodobna wydaje mi się sytuacja, że ludzie przed śmiercią będą mogli "skopiować się" do komputerów i tam żyć w lepszym lub gorszym substytucie świata, który zapamiętali. Być może, że te wirtualne osobowości początkowo będą zdawały sobie sprawę ze swojego statusu, lecz potem uwierzą w "swój" niepowtarzalny świat. Przez specjalny interfejs będą kontaktować się ze swoimi bliskimi, i będzie to łączność obustronna. Może kiedyś w ten sposób będziemy rozmawiać z cyfrowymi duchami swoich przodków? Doskonałość aparatury i programów będzie wyznaczała stopień wiarygodności i duchów, i kontaktów. I zasadnicza sprawa - na jakim poziomie złożoności - i czy w ogóle - byty wirtualne zyskają pełnię świadomości istnienia?

 

Z. P.: Czy zaistnienie rzeczywistości wirtualnej pozwala na zrealizowanie odwiecznych marzeń o utopii i krainie wiecznej szczęśliwości, gdzie nie krępują nas już prawa fizyczne, nasze ciało się nie starzeje, możemy kształtować siebie i przestrzeń, w której żyjemy wedle własnych potrzeb ?

 

A. Z.: Tak, przewiduję właśnie taki kierunek rozwoju technologii. Niestety, będzie to świat zamknięty, coś jak wąż połykający własny ogon. Chyba że twórczy program będzie generował zmiany, wprowadzając nowe jakości, a te zaczerpnie z zewnątrz, z realu. Inna rzecz: symulacja musi być naprawdę doskonała, bo taki świat potrzebuje miłości, tradycji, więzi rodzinnych i przyjacielskich, a także bólu i śmierci. Bez tego wszystkiego stanie się namiastką, obszarem bezkarnego spełniana podpowiedzi najgorszych instynktów, wylęgarnią psychopatów.

 

Z. P.: Czy nauka i technologia mogą rzeczywiście przybliżyć nas do prawdziwej wiedzy o świecie, tak jak dzieje się to w Pańskim opowiadaniu "Rozpakuj ten świat, Evitt", zamiast przysłaniać nam jego obraz przytłaczającą ilością informacji ?

 

A. Z.: Oczywiście! Jestem wyznawcą nauki i uważam, że stale przybliża nam obraz świata. Naukę często wini się za ludzkie wady, jak głupota czy agresja, albo zarzuca się jej, że nie spełniła marzenia o wiecznej szczęśliwości. To nieporozumienie, bo nauka przywdziewa znacznie skromniejsze szaty. Nauka jest jedynie sposobem obserwacji świata, weryfikowalnym i pozwalającym na wyciąganie wniosków, kierunkujących dalsze obserwacje. Tylko tyle! Zastosowanie, wartościowanie, poszukiwanie sensu i celu oraz indywidualne poczucie szczęścia to sprawy niesłychanie ważne, ale do nich nauka nie rości sobie pretensji.

 

Z. P.: Przez Pańskie opowiadania przebija się nieustannie bardzo głęboki humanizm. Pańscy bohaterowie nie są sympatyczni, ani piękni, czy szlachetni, lecz raczej zdeformowani i gruboskórni. Natomiast historie, które każe im Pan przeżywać, są wzruszające i bardzo ciepłe w swoim ostatecznym wydźwięku. Jak się Panu udaje wydobyć to co ładne z materii, która wydawałby się opierać takiemu zabiegowi ?

 

A. Z.: To tajemnica warsztatowa! Mówiąc poważnie: każdy z nas ma w sobie coś pięknego, wartościowego, wzruszającego, tylko trzeba tego poszukać. Nie lubię literatury malkontenckiej, skrajnie pesymistycznej - u mnie zawsze jest jakieś światło w tunelu. Tak piszę, bo tak widzę świat. A jak to robię? Naprawdę nie wiem, tak wychodzi. Tego rodzaju umiejętności są dziedziczne, jak słuch muzyczny czy kolor oczu. Klucz dostaje się w darze, choć odpowiednie drzwi trzeba już znaleźć samemu.

 

Z. P.: A życie? To, że jest wartością samą w sobie, jest prawdą dość powszechną, lecz czy jest również jakością samą w sobie, formą niezależną od postaci, pod którą się ukrywa?

 

A. Z.: W badaniu życia dotychczas nie udało się oddzielić treści od postaci, ale być może technologia cyfrowa kiedyś umożliwi taki rodzaj symulacji. Samo życie - jeśli zastanowić się na tym fenomenem w aspekcie kosmosu, gwiazd i planet, na których chaotycznie przebiegają procesy geologiczne - jest czymś niesłychanym, wyjątkowym, jakimś - chciałoby się rzec - wybrykiem natury. Nie wiemy, czy jest regułą czy wyjątkiem, czy siłą sprawczą były immanentne cechy materii, czy w jego zaistnieniu jest celowość, czy może stanowi istotne ogniwo w ewolucji wszechświata. Paradoksalnie, nie rozumiejąc tego zjawiska, być może przeniesiemy je kiedyś na inny poziom istnienia, na którym istota życia uniezależni się od materialnego nośnika. A może jest to jedyna spośród możliwych dróg, która nie skończy się ślepo? Niektóre z tych problemów badam w opowiadaniu "Na końcu będzie słowo".

 

Z. P.: Jakie inne wątki filozoficzno-metafizyczne są bliskie Pana zainteresowaniom i znajdą, lub już znalazły odbicie w Pańskiej twórczości ?

 

A. Z.: Nie chcę wchodzić na działkę krytycznoliteracką, więc powiem krótko. Interesują mnie wątki związane z egzystencjalizmem, determinizmem i solipsyzmem, pokazane w zwierciadle psychiki człowieka, który znalazł się w niecodziennych warunkach. Ze światem, fenomenem życia, a także z samym człowiekiem wiąże się wiele zjawisk, które interpretujemy jako okrutne, ale także wiele piękna i mnóstwo sposobów dążenia do szczęścia. Cóż za dziwny, odmienny stan istnienia materii - szczęście! Uważam ponadto, że gloryfikacja człowieka i jego dokonań jest w swojej istocie głęboko humanistyczna. Może, zmieniając świat na nasz kontrowersyjny sposób, dokonujemy czegoś naprawdę ważnego i celowego, z czego - przynajmniej na razie - nie zdajemy sobie sprawy?

 

 


Z Andrzejem Zimniakiem rozmawia Paula Kamieńska

Wywiad przeprowadziła Paula Kamieńska.

Opublikowany w czasopiśmie internetowym NoName,

kwiecień 2004.

 

NAUKA I FANTASTYKA

Paula Kamieńska (z redakcji czasopisma internetowego NoName): Pańska kariera w dziedzinie chemii leków, chemii organicznej i spektroskopii rozwinęła się - patrząc na życiorys - niezwykle sprawnie. Staże i praca za granicą, liczne badania, publikacje, współpraca z PAN i inne przedsięwzięcia.

Andrzej Zimniak: Dorobek jest nienajgorszy, ale mógłby być lepszy. Po prostu - zbyt wiele rzeczy mnie interesuje, aby poświęcić się jednej dziedzinie. Mózg ludzki nie może pracować równolegle, więc siłą rzeczy czas poświęcony na napisanie moich 9 książek, wielu opowiadań publikowanych tylko w czasopismach i ponad 100 artykułów i felietonów nie mógł być wykorzystany na badania naukowe. A także na podróże, nurkowanie, fotografię i inne zajęcia, w których gustuję. Ale niczego nie żałuję, może z wyjątkiem tego, że doba nie ma 50 godzin, a życie nie trwa 1000 lat. Tyle jeszcze by się chciało zrobić, ale kiedy?

P. K.: Niesamowite, że wśród tylu zajęć, obowiązków znajduje Pan jeszcze czas na pisanie literatury w konwencji fantastycznej... Koło 70 nowel i powieść, wydane w 9 tomach autorskich, członkostwo w Stowarzyszeniu Pisarzy Polskich. Proszę nam opowiedzieć, jak zaczęła się przygoda z fantastyką?

A. Z.: Wiele osób się dziwi, skąd biorę czas na to wszystko, ale cudów nie ma, pracuję zgodnie z prawami natury. Po prostu nie u mnie fajrantu, jestem pracoholikiem i działam w piątek, świątek, sobotę i niedzielę, i to nie z powodu masochizmu - ja zwyczajnie to lubię. Wyznaję zasadę, że jak jest chęć, to i czas się znajdzie. Moja przygoda z fantastyką zaczęła na poziomie kojarzenia genów, w stadium mejozy, i właśnie dzięki temu czuję dreszczyk, otwierając książkę sf. No bo dlaczego jedni lubią tę konwencję, a inni jej nie cierpią, mimo że podsuwa się im literackie perełki? Tak już jesteśmy zaprogramowani, i basta, determinizm genetyczny. Może inaczej: dostajemy w spadku silne predyspozycje. Muszę w tym miejscu pokłonić się Lemowi, bo jego dzieła z pewnością miały wpływ na moje widzenie fantastyki.

Debiutowałem późno, bo dopiero w 33 roku życia. To, co napisałem wcześniej - na szczęście nie było tego wiele - nadawało się prosto do kosza. Dobrze się stało, bo człowiek musi sam trochę przeżyć, żeby wiedzieć, o czym opowiada innym. Cytowanie czy trawestacja cudzych spostrzeżeń to zajęcie wątpliwe.

P. K.: Powiedział Pan: "..świat jest zbyt interesujący i różnorodny, żeby patrzeć tylko w jednym kierunku... uprawianie literatury i nauki to po prostu odmienne formy twórczości - można powiedzieć, że w obu przypadkach tworzy się nową jakość, coś, co do tej pory nie istniało albo co jeszcze nie było znane."

Czy myśli Pan, że się sprawdził w obu tych dziedzinach?

A. Z.: Czy ma Pani jakieś wątpliwości?

P. K.: Wciąż powstaje coś nowego, i w nauce, i w literaturze. Nie zawsze wybór jest łatwy. Może to dziwne pytanie, ale mam ogromną ochotę je zadać - nie zapytam o ewentualny wybór którejś z tych odmian zainteresowań, ale o rezygnację.

A. Z.: Taki już jestem, że z niczego nie chcę rezygnować. Jeśli coś lubię, a czasu mało, zmniejszam aktywność na danym polu, ale nie daję za wygraną. Czasem muszę przerwać rozpoczęty tekst, ale zawsze do niego wracam. Mam też sporo nowych pomysłów - tego mi nigdy nie brakowało - m. in. na powieści. Zawsze żywię nadzieję, że zrealizuję swoje plany, w innym przypadku należałoby się albo zapić, albo czym prędzej zabierać z tego padołu.

P. K.: Zapewne słusznie się domyślam, że skłonniejszy byłby Pan do zostawienia losowi swojej fantastyki. W tamtą dziedzinę zainwestował Pan za dużo siebie, pracy, a w tę? Daje jej Pan swoją wyobraźnię, również uczucia...

A. Z.: Nie daje Pani za wygraną, a pytanie wydaje mi się kokieteryjne, zadane z oczekiwaniem na zaprzeczenie. Dla mnie brzmi ono trochę tak, jakby ktoś był ciekaw, czy wolę prawe ucho, czy lewe. Obie dziedziny aktywności są mi potrzebne i każda z nich jest twórczością. Żyję z chemii, bo dostaję pensję nauczyciela akademickiego, natomiast honoraria za utwory obecnie właściwie nie liczą się w budżecie. Jednak czuję się pisarzem z powołania i uważam, że dodałem coś nowego do polskiej fantastyki.

P. K.: Czy te dwa kierunki tak bardzo się ze sobą wiążą? Przecież wyobraźnia, inteligencja, jakieś podstawy wiedzy o naukach ścisłych są również niezbędne, by pisać fantastykę. Proszę się nie dziwić - jestem laikiem, jeśli chodzi o chemię. Interesuje mnie to zjawisko, że ludzie o umysłach ścisłych, bardzo uzdolnieni odnajdują się często wspaniale w literaturze fantastycznej. I - no cóż - zwykle są to dużo lepsze, bardziej interesujące teksty niż w przypadku "chemicznych, fizycznych, matematycznych laików".

A. Z.: Zawsze twierdziłem, że wykształcenie ścisłe bardzo pomaga w tworzeniu fantastyki naukowej. Nie historycznej, politycznej, baśniowej, bebechowatej, tylko właśnie naukowej. Trzeba skonstruować alternatywny świat, a w nim jakąś fizykę, chemię, biologię, kosmologię, inne niebo. Twórca powinien odróżniać całkę od dżdżownicy, bo inaczej czuć artefaktem na lata świetlne.

P. K.: Najciekawszy jednak w tym wszystkim jest ten niesłychany warsztat słowny, literacki, potrafi Pan trzymać w napięciu, chce się "Pana czytać" więcej i więcej. Mnóstwo uczuć, ciekawych spraw...

A. Z.: Ach, jak mi miło! Kocham swoich fanów i zachęcam ich do nieustannej prokreacji!

P. K.: Niszczy pan stereotyp naukowca, który milczy zawzięcie, nie umiejąc się wypowiedzieć.

A. Z.: Ejże, nie demonizujmy uczonych ani nie dorabiajmy im "gęby". Naukowiec to człowiek jak każdy inny z ulicy, tyle że uzdolniony w jakiejś dziedzinie i/albo wytrwały w dążeniu do celu. Może przy tym być milczkiem albo oratorem, zupełnie niezależnie od swojej profesji. Bywają również dranie i świry, znam takich.

P. K.: Czy przez naukę można lepiej zrozumieć fantastykę, poradzić sobie z nią? I odwrotnie - czy ten rodzaj literacki przynosi Panu jakieś swoiste wybawienie od ciągłych liczb, molekuł, pierwiastków? Czy pomaga i rozwija wyobraźnię, której w nauce nie powinno zabraknąć?

A. Z.: Oczywiście, wiedza o świecie, w tym o nauce, pomaga nie tylko w tworzeniu, ale i w odbiorze fantastyki. A dla mnie uprawianie chemii i fantastyki to typowy płodozmian: na jednej działce odpoczywam od drugiej. Ale odpoczynek nie jest celem, celem jest nowa aktywność. To prawda, że w swojej twórczości raczej uciekam od nauki i jej problemów, bo mam ich dosyć na sąsiednim poletku. W literaturze interesują mnie sprawy ogólniejsze, synteza, której w nauce trudno dokonać, zwłaszcza przy obecnej specjalizacji. A co do wyobraźni, to nie narzekam na jej brak. Oczywiście, że rozwijanie wyobraźni bierze się m. in. z lektur literackich, a wyobraźnia przydaje się w działalności naukowej. Ale w moim przypadku wyobraźnię otrzymałem już wcześniej, w genetycznym przydziale, natomiast w pracy naukowej bardzo przydaje mi się łatwość pisania. Bo przecież nie wystarczy przeprowadzić badania, lecz potem należy opisać wyniki i opublikować artykuł w naukowym czasopiśmiennictwie. Po angielsku, rzecz jasna, bo mamy globalizację. I choć pracę naukową pisze się zupełnie inaczej niż literacką, łatwość pisania przydaje się w obu przypadkach.

P. K.: Szczególne wrażenie wywarły na mnie zbiory opowiadań "Łowcy meteorów" i "Klatka pełna aniołów". Chętnie poczytałabym jeszcze o przygodach Enkela, czy mogę liczyć na ciąg dalszy?

A. Z.: Chyba nie, bo ta formuła uległa już wyczerpaniu, a nie chciałbym powielać w nieskończoność tych samych stereotypów, tylko w innych dekoracjach. Kiedyś myślałem, żeby nieco "ucywilizować" Enkela i dać mu bardziej odpowiedzialne zadania, ale doszedłem do wniosku, że zniszczyłbym wtedy jego indywidualność i oryginalność, a głównie na tym opierała się wartość tych opowieści. A więc - będzie co innego. Mam w planach dłuższe teksty, nęci mnie epicka opowieść, a więc może zacznę pisać powieści. Tym niemniej opowiadanie zawsze pozostanie dla mnie formą idealną dla fantastyki: pomysł jak perła, fabuła jak sztych mistrza, puenta jak chwyt za gardło. Niestety, hodowla pereł nie jest łatwa.

 

 


Andrzej Zimniak odpowiada na pytania Iwony Oleksiuk i Pauli Kamieńskiej z NoName

Wywiad opublikowany w czasopiśmie internetowym NoName, lipiec 2003.

CZTERY PYTANIA

 

1. Feminizm czy szalona wiara w swoje kobiece możliwości?

A.Z.: Z pojęciem “feminizm” zawsze kojarzy mi się rysunek Mleczki, przedstawiający schylonego mężczyznę i nacierającą na niego z tyłu kobietę. Mężczyzna prosi: “Oj, Kasiu, czy ty aby nie przesadzasz z tą emancypacją?” Otóż to: istnieją niewątpliwe różnice między kobietą a mężczyzną, mamy inną fizjologię, inne mózgi, nieco inną hierarchię wartości, a więc i cele w życiu. Nic się na to nie poradzi, że kobiety np. z reguły są niezastąpione w pielęgnowaniu potomstwa. Naturalnie nie istnieje gorsza płeć, obie są wzajemnie niezbędne, wykazują jednak naturalne różnice w profilach psychicznych i społecznych zachowaniach. Co, rzecz jasna, nie wyklucza wyjątków.

Natomiast ruch feministyczny jest wytworem epoki, w której wpływy kultu poprawności politycznej ulegają wzmocnieniu przez powszechne dążenia separatystyczne i rewindykacyjne rozmaitych grup społecznych, etnicznych i narodowościowych. Jednakże nie przywiązywałbym do skrajnego feminizmu zbyt wielkiego znaczenia, bo ów ruch reprezentuje co prawda hałaśliwa, lecz za to nieliczna grupa. Jak każde ekstremistyczne, a więc jednostronne i uproszczone podejście, także to będzie miało krótki żywot, choć może pojawiać się także w przyszłości na zasadzie fali odbitej. I jeszcze jedno: feminizmu nie wolno mylić z równouprawnieniem płci, to zupełnie inne pojęcia!

Jako autor science-fiction mogę dodać, że kiedyś feministki rzeczywiście mogą całkowicie uniezależnić się od mężczyzn, ingerując we własne genotypy. Wyeliminują heteroseksualny pociąg płciowy i resztkową empatię do płci brzydkiej, a prokreację załatwią przez mieszanie genów w próbówkach i umieszczanie ich w swoich jajeczkach. Być może, że zastosują nawet sztuczne macice, żeby nie męczyć się z ciążą. Cóż, mężczyźni muszą żywić nadzieję, że pozostanie jeszcze trochę kobiet o bardziej tradycyjnym nastawieniu.

 

2. Ideały.

A.Z.: Są nam potrzebne jak woda, powietrze, słońce! Albo bardziej. Od zwierząt różni nas poczucie humoru i ideały właśnie. Małe dzieci bywają bezwiednie okrutne - bo z ideałami się nie rodzimy, ich trzeba się nauczyć, są spuścizną naszej kultury, wynikającym z niej doświadczeniem, jak żyć. Nie szkodzi, że potrzeba przestrzegania pewnych reguł bierze początek w biologii, a do kultury została niejako zaadaptowana - np. altruizm zwiększa szansę przeżycia dla całej grupy społecznej.

Trzeba jednak uważać, bo wszystko można zredukować do absurdu, jeśli spoza własnych ideałów nie widzimy innego człowieka z jego, być może odmiennymi ideałami. Wtedy - niestety - idea przekształca się w fanatyzm.

 

3. Przestępczość.

A.Z.: W każdej społeczności jest pewien odsetek osobników destrukcyjnych, których można podzielić na reformatorów i agresorów. Obydwie grupy są groźne dla zastanego porządku, z tym, że pierwsza chce go zmienić, często ulepszyć, zaś druga niszczy KAŻDY porządek. Istnieją też jednostki z nieujawnionymi predyspozycjami.

Nasza obecna kultura gloryfikuje przemoc. Większość gier komputerowych i strategicznych polega na zabijaniu (trafianiu, zestrzeliwaniu, walkach wręcz), w kinach i telewizji oglądamy głównie brutalne sceny i katastroficzne efekty specjalne, literatura nie pozostaje w tyle. Czy wszyscy odbiorcy tego oczekują? Nie jestem pewien, zważywszy ogromny wzrost oglądalności innych programów, np. przyrodniczych. Geneza tych zjawisk to osobny temat.

Niektórzy tłumaczą brutalizację kultury koniecznością bezpiecznego rozładowania “złych” emocji. Nic bardziej błędnego! Permanentne pokazywanie przemocy budzi atawistyczne popędy pośród grupy z uśpionymi predyspozycjami, a młodzi ludzie wychodzą na ulicę, aby wypróbowywać recepty na gwałt, pokazywane na ekranie (istnieją policyjne dane statystyczne).

Jakie jest wyjście? Wróćmy do ideałów!

 

4. Sporty ekstremalne.

A.Z.: To pewna moda, wyhodowana na gruncie dobrobytu społecznego i brutalizacji kultury. Zauważmy, że w Banladeszu czy Zimbabwe takich rzeczy jeszcze nie wynaleziono, tam ludzie muszą bardzo uważać na co dzień, a kule i maczety grożą im w rzeczywistości, nie w telewizji. W dobrobycie ludzie się nudzą, bo wszystko mają urządzone, oswojone, podane na talerzu. Na małym ekranie trwa ciągła strzelanina, więc może... paint ball? Agent 007 skacze po szczytach i ostrzeliwuje się z wiropłatu, więc może skok z mostu na linie? Albo nurkowanie w wodospadzie? Dochodzi smaczek hazardu i gęsia skórka na plecach - mamy również wrodzoną potrzebę igrania z losem. A potem jest o czym gadać przy kawie, lepsze to niż plotki o szefie.

----------------------------------------

 

Pytania układały: Iwona Oleksiuk i Paula Kamieńska z NoName

 

 


Z Andrzejem Zimniakiem rozmawia Barbara Kruszy

 

Latem 2001 r. wywiad przeprowadziła Barbara Kruszy.

Opublikowany w materiałach Polconu 2001.

 

MANIPULACJE GENETYCZNE

 

Barbara Kruszy: Które ze zdobyczy inżynierii genetycznej mają największe szanse na zastosowanie praktyczne? Na jak dużą skalę?

 

Andrzej Zimniak: Tego rodzaju przewidywania mają to do siebie, że z reguły się nie sprawdzają. Ale fantaści lubią wycieczki poza zasięg brzytwy Ockhama, więc spróbuję "pogdybać". Rokuję dalszy błyskawiczny rozwój technik transgenicznych w rolnictwie i hodowli, gdzie zmodyfikowane odmiany w znacznym stopniu wyeliminują pestycydy, herbicydy, nawożenie azotowe, a także wiele terapii weterynaryjnych. Nowe odmiany dadzą wyższe plony, a także zostaną wprowadzone do innych nisz ekologicznych, np. klimatycznych. Do medycyny genetyka wkracza wolniej, bo ludzie się boją, i mają rację. Na tym polu najbliższe czasowo zastosowania to szczepionki, ekspertyzy kryminalistyczne, diagnostyka chorób, cech psychofizycznych i predyspozycji, stymulacja regeneracji organów. Potem przyjdzie klonowanie, a dopiero później próby "genetycznego wzbogacania" komórek rozrodczych, najpierw bardzo ostrożne, ale po pierwszych sukcesach taka terapia stanie się modna. Trochę przyhamuje ją przesunięcie pokoleniowe, bo ulepszone zostaną wszak nasze dzieci, a nie my sami.

 

B. K.: Kiedy to nastąpi - za kilka, kilkanaście, może kilkadziesiąt lat?

 

A. Z.: To już się dzieje. W Stanach chyba połowa produktów rolniczych ma jakieś obce geny. Co do prognoz czasowych, to nowe wynalazki, dokonywane właściwie codziennie, mogą sprawy gwałtownie przyspieszyć lub równie ostro przyhamować. A więc pytania o terminy należy kierować do wróżki.

 

B. K.: Jakie będą problemy techniczne?

A. Z.: Jak uczy historia, problemy techniczne (nie mylić z koncepcyjnymi!) zawsze udawało się rozwiązać. A jakie te problemy będą, to zależy od jutrzejszych odkryć.

 

B. K.: Jakie będą problemy etyczne?

 

A. Z.: Bardzo poważne. Ludzkość stoi przed ogromnymi zmianami cywilizacyjnymi, a nowa rzeczywistość będzie wymagała nowych kodeksów etycznych, moralnych i prawnych. Wraca czkawką stary problem: psychika nie nadąża za techniką, a to rodzi stresy i konflikty. Nie ma jednak innego wyjścia, niż przepłynąć przez już widoczne, zbliżające się katarakty.

 

B. K.: Co sądzisz o próbach wprowadzania genów do gamet ludzkich?

 

A. Z.: Sądzę, że to poważna sprawa, ale ktoś pierwszy w końcu to zrobi. Dziesiąta próba przyniesie sukces, ale czy zastosowania będą masowe, czy elitarne, naprawdę trudno prorokować. Jak wspomniałem, "uszlachetnienia" będą dotyczyły następnego pokolenia, więc nie widzę możliwości autodoskonalenia na bieżąco, przynajmniej nie tą techniką. Mnie wciąż fascynuje tworzenie człowieka o zaprogramowanych cechach, czyli konstruowanego w wyniku kontrolowanego tasowania genów przy zapłodnieniu. Taki "Homo determinatus" mógłby mieć np. 12 genetycznych ojców i 18 matek, w tym tylko jedną biologiczną. Od każdego z tych rodziców weźmie się odpowiedni gen i wstawi na poczesne miejsce - podobną koncepcję i jej implikacje rozważam w opowiadaniu pod powyższym tytułem, które należy już zaliczyć do klasyki. Swoją drogą ciekawe, jaką cenę rynkową osiągnie gen długowieczności? Ceny mogą okazać się poważniejszą przeszkodą od rozterek moralnych.

 

B. K.: Kiedy będą tworzone (celowo nie pytam czy) modyfikowane genetycznie zarodki ludzkie?

 

A. Z.: O datach już mówiłem - pytania nie pod tym adresem! Osobiście podejrzewam, że jesteśmy na etapie tajnego opracowywania odpowiednich technik.

 

B. K.: W jaki sposób należy chronić zdobycze inżynierii genetycznej przed niewłaściwym/ nierozważnym ich stosowaniem?

 

A. Z.: "Zdobyczy" się nie uchroni, zawsze ktoś gdzieś je zastosuje, bo naukowcom nie można zakazać publikowania wyników, a techniki eksperymentalne są stosunkowo proste i nie wymagają bardzo drogiego sprzętu. Natomiast zakazy dotyczące prowadzenia badań będą skuteczne tylko wtedy, jak praktyczne zastosowania odkryć okażą się bardzo trudne lub niemożliwe, albo nieopłacalne. Wtedy jednak zakazywanie będzie bezsensowne, bo naukowcy i tak wezmą się za lepiej rokujące tematy. Ogólnie problem polega na tym, że badania genetyczne można prowadzić w dobrze wyposażonej piwnicy, więc kontrola nad nimi jest żadna. Rząd może wstrzymać budowę cyklotronu za miliony dolarów, ale przecież nie zajrzy do każdego mieszkania.

 

B. K.: Czy rozwój inżynierii genetycznej niesie ze sobą więcej nadziei czy zagrożeń?

 

A. Z.: Powiem tak: ten rozwój jest podobnie nieuchronny jak ruch Ziemi wokół Słońca, natomiast optymiści pozostaną przy nadziei. Pesymiści sami są sobie winni.

 

B. K.: Czy i ewentualnie jaki wpływ na przemiany ewolucyjne będzie mieć rozwój inżynierii genetycznej?

 

A. Z.: To poważna sprawa na tysiąclecia, a nawet milionolecia. Odsyłam do lektury wywiadu ze specjalistą, dr. Ryszkiewiczem, który został zamieszczony w książce "Inżynieria genetyczna - u progu nowej ery", CUN PAN, Warszawa 2000, red. A. Zimniak. W tym miejscu dodam, że człowiek już od dawna jest "gatunkiem udomowionym", czyli tylko w niewielkim stopniu zależnym od zamian środowiska i biocenozy (może wyjąwszy wpływ drobnoustrojów). Planowanie cech biologicznych może zmienić parametry naszej podróży przez świat, np. zamiast dryfować zaczniemy wiosłować. Nie wiemy jednak, czy nie stanowimy gatunku wyposażonego w cechy najodpowiedniejsze do dryfowania, a także nie znamy kierunku, w którym warto by było wiosłować.

 

B. K.: Czy stosowanie technik inżynierii genetycznej wpłynie na pule genowe organizmów?

 

A. Z: W obrębie roślin uprawnych i zwierząt hodowlanych - na pewno tak, ale ten proces przebiega już przynajmniej od 2 tysięcy lat bez udziału laboratoryjnej transgenizacji. U człowieka problem wystąpi w odległej przyszłości, a to ze względu na społeczne opory, czyli wrodzoną ostrożność - wszak nie każdy będzie chciał sztucznie doskonalić swoich potomków - głównie jednak ze względu na koszty. Wciąż najtańszy - i najprzyjemniejszy! - pozostanie naturalny sposób prokreacji. Jednak nie należy tracić tego problemu z oczu, bo unifikacja genetyczna gatunku może stać się dla niego śmiertelną pułapką. Wirulentny zarazek może wtedy zabić wszystkich, albo cała populacja ulegnie eliminacji ze względu na inny niekorzystny czynnik, zewnętrzny lub wewnętrzny.

 

B. K.: Jakie mogą być skutki modyfikacji genetycznej gamet ssaków?

 

A. Z.: Dziedziczna, a więc trwała zmiana fenotypu. Człowiek przyszłości może mieć słuszne pretensje do swoich "transgenicznych ojców" o psychofizyczne mankamenty, nabyte w rezultacie ich działań, a to trochę co innego niż uogólnione pretensje do Boga. Pretensje innych ssaków nie będą rozpatrywane, chyba że jakieś transgeniczne króliki znów naruszą równowagę ekologiczną.

 

B. K.: Jakie możliwości daje odczytanie i poznanie genomu człowieka?

 

A. Z.: Na obecnym etapie podobne jak lektura Ulissesa Joyce’a w wykonaniu dziesięciolatka, który wszak umie czytać. Musimy najpierw zrozumieć działanie kombinacji wielu genów i ich kaskad, rolę białek regulacyjnych, a także fenomen różnicowania się komórek zarodka na organy, żeby coś robić dalej. Coraz więcej wiemy o odcinkach niekodujących chromosomów, ale to dopiero początek rewelacji w tej dziedzinie. Najprostszym sposobem dalszych badań zależności genotyp - fenotyp zapewne okaże się metoda Monte Carlo, a przy skali prac jakieś trafienia będą. A to jest właśnie pierwszy etap tworzenia "Homo futurus". Tylko nie pytaj, jaki będzie ten człowiek przyszłości.

 

B. K.: Ile czasu zabierze naukowcom wyjaśnienie mechanizmów ekspresji genów człowieka?

 

A. Z.: Sporo już na ten temat wiadomo, choć wiele pozostało do zrobienia. Jeśli chodzi o daty, to już wspomniałem, że nie jestem w stanie ich podać z prostego powodu - nie mam pod ręką kryształowej kuli. A bez tej pomocy naukowej ani rusz nie posuniemy się w szczegółowych antycypacjach.

 

 


Z Andrzejem Zimniakiem rozmawia Mirosław P. Jabłoński

 

Wiosną 2000 r. wywiad przeprowadził Mirosław P. Jabłoński.

Opublikowany w: Fenix 6/00, 4-8.

 

DINOZAUR NA SZLAKU

Debiutowałeś 20 lat temu opowiadaniem "Pojedynek". Jak czujesz się jako jubilat?

AZ: Nic mi nie dolega, ani smętek, ani euforia. Wypiłem szampana, zrobiłem spis utworów i prywatne podsumowanie. Wypadło też normalnie, tzn. mogło być lepiej, ale i znacznie gorzej. Ja mam swoje małe 20, ludzkość większe 2000, i nic szczególnego się nie dzieje, to tylko numerologia.

Nie lubisz jubileuszy?

AZ: Ależ lubię! Ceremonia to akcent, kulturowy happening, fasada pałacu. Czy może istnieć pałac bez fasady? Właśnie dlatego przy każdej literackiej okazji kupuję szampana, bo on wieńczy sukces. Chodzi mi jednak o to, że same 20 lat nie jest sukcesem, że coś naprawdę ważnego może mi się przydarzyć np. w roku 21-wszym.

Kiedy zaczęła się Twoja przygoda z fantastyką?

AZ: Och, trudno odpowiedzieć na takie pytanie. Może już w łonie matki, kiedy przy tasowaniu chromosomów dostał mi się gen SF1984, warunkujący tego rodzaju przeżycia estetyczne. A może później, gdy zacząłem czytać Lema, albo wtedy, gdy napisałem pierwsze opowiadanie. W każdym razie było to bardzo dawno, a przez resztę życia stygmat fantastyczności widziałem nie tylko na nocnym niebie, ale też w pagórkach morskich fal i, last but not least, na zgięciu kolanowym kobiecej nóżki.

Jak oceniasz swój dorobek literacki w kategoriach sukcesu i porażki?

AZ: Wcale go nie oceniam, nie chcę odbierać chleba krytykom.

Więc zapytam inaczej: czy uważasz, że ludzie doceniają Twoje pisarstwo?

AZ: Są tacy, którym moja twórczość pasuje, znam ich osobiście ze spotkań autorskich i konwentów. Kiedyś napisane przeze mnie książki rozchodziły się w nakładach 30-40 tysięcznych, więc odbiorca istniał, lecz po rynkowej osobliwości roku 89 nie sprzedaje się nawet 3-5 tysięcy. Ponieważ podobny problem jest udziałem większości kolegów-autorów, przyczyna nie leży w trudnościach w odbiorze akurat mojej prozy. Wszystko wskazuje na to, że w XXI wieku czytaczom i ich autorom przyjdzie żyć w bardzo wąskiej niszy kulturowej. Z drugiej strony cieszę się, że dostrzeżono mnie na uniwersytetach: jedna praca dyplomowa o moim bohaterze literackim już powstała, druga "się pisze".

Wydałeś prawie 70 opowiadań, kilka z nich to właściwie mikropowieści (np. "Homo determinatus"). Jedyną Twoją "pełnometrażową" powieścią do dziś pozostaje "Marcjanna i aniołowie", którą lubię, ale zdania są podzielone. Powiedz, jaki masz do niej stosunek? I czy ta powieść będzie jedyną w Twoim dorobku?

AZ: Cieszę się, że doceniłeś tę książkę, bo ogólnie jej odbiór był nienajlepszy. Przypuszczam, że trochę za daleko wypadła z kanonu, za dużo w niej poezji, a poza środowisko nie wyszła, bo z kolei za dużo w niej fantastyki, no i emblemat "SF" odstraszał głównonurtowców. Stanowi ta powieść konsekwentne rozwinięcie pewnego stylu, w jakim przedtem napisałem nowelę "Po tamtej stronie", a na tę ostatnią fandomowy odzew był spokojniejszy. Nie wiem, nie chcę bawić się w krytyka własnej prozy, może jakiś paleoliteraturoznawca jeszcze ją odgrzebie i definitywnie pogrzebie albo zrehabilituje. Co do pisania następnych powieści, to nie mówię ani tak, ani nie - zobaczymy.

Jak oceniasz współczesną fantastykę, polską i zagraniczną?

AZ: Jako bardzo nośną konwencję o szerokiej przestrzeni artystycznej, jej odpowiednikiem w muzyce byłaby chyba country: każdy może ją zagrać, ale też każdy fan ją rozumie, więc fałsz czy bełkot są natychmiast rozpoznawalne. Lubię klasyczną sf (co nie jest tożsame z technologiczną!), więc trochę martwi mnie podnoszone już przez Rafała Ziemkiewicza rozmycie tej konwencji - obecnie większość społeczeństwa kojarzy fantastykę z krasnalami lub filmowym thrillerem. W Polsce autorów mamy dobrych, fandom wspaniały, choć srodze skłócony, ale czytelników - na lekarstwo. M. in. dlatego wielu pisarzy zrezygnowało, jak Baraniecki czy Drukarczyk, a inni piszą mało, bo gdzie indziej zarabiają na życie.

Jaki jest Twój stosunek do współczesnej kultury, w tym do kina?

AZ: Ambiwalentny. Dziś niewiele jest filmów, wymagających kreatywnej współpracy widza, martwi zalew szmiry i epatowanie przemocą. Przekaz wizualny w całej kulturze staje się dominujący, a rola słowa maleje. Prognozuję, że już niedługo większość społeczeństwa nie będzie umiała czytać, bo i po co?

Jakie są Twoje wzorce literackie, zarówno z dziedziny fantastyki, jak i spoza tego nurtu?

AZ: Nie mam jakichś szczególnych idoli, lubię chadzać własnymi drogami i obmyślać indywidualne eksperymenty. Cenię głębię słowa u Reymonta, Nabokova, Borgesa, nabożną odrazą napełnia mnie Kafka i Faulkner, lubię bogate światy Remarcka, Marqueza, Le Guin, podziwiam konstrukcje dzieł Dostojewskiego i Bułhakowa, a lekcje filozofii nauki pobierałem u Lema. Jeśli chodzi o kolegów po piórze, to najbardziej trafia do mnie odlotowa proza Żerdzińskiego, w końcu nie na darmo ocenia on świat jak urodzony psychiatra.

Wszystkich zaskoczyłeś "Klatką pełną aniołów", za którą dostałeś nominację do nagrody Zajdla w 1995 roku. Mówisz, że lubisz eksperymenty. Gdzie na tym polu lokuje się Enkel, i na ile się z nim utożsamiasz?

AZ: Lubię eksperymentować z duszą słowa, nie z jego powłoką, stąd awangarda mnie nie interesuje. Enkeliada to nie tylko kolokwialne uproszczenie języka, neologizmy i słowna żonglerka, to także inny sposób myślenia i postrzegania, luzacki, sowizdrzalski, i właśnie na tym polega ów eksperyment - chodzi o podejście do poważnych problemów nie od frontowych wierzei, ale od kuchni, od poziomu pojmowania intuicyjnego. Pytali mnie zdziwieni czytelnicy, czy aby na pewno ja jestem autorem opowiadań o Enkelu? A ja im na to: czy całe życie muszę grać tylko na jednej strunie?

Z Enkelem utożsamiam się na tyle, na ile np. każdy normalny teleman z Jamesem Bondem. Czyli że nigdy bym się z nim nie zamienił miejscami, ale przyjemnie jest pomarzyć, że na mój uśmiech lewą połową twarzy zgraja bandziorów wieje, gdzie wanilia kwitnie.

Jesteś nie tylko pisarzem, ale także naukowcem, publicystą, ojcem rodziny. Jak to wszystko godzisz?

AZ: Nie mam wyjścia, muszę. Od czasów studenckich zwykłem twierdzić, że podobnie jak gaz, który wypełnia dowolnie wielkie naczynie, tak każda praca zajmuje dokładnie tyle czasu, ile przeznaczy się na jej wykonanie. Poza tym jestem pracoholikiem (ale tylko przy pracach, które lubię). Ogólnie cenię różnorodność, ot co.

Przybliż nam swoją pracę naukową. Czy uważasz się za prawdziwego naukowca?

AZ: Zajmuję się badaniem struktury związków organicznych, jak antybiotyki czy kompleksy z metalami, ustalam zależności między ułożeniem atomów a np. aktywnością biologiczną. Liczba moich publikacji naukowych stale ściga się z liczbą utworów literackich, teraz akurat wygrywa literatura, choć większą dynamikę wykazuje nauka. Dotychczas więcej nowego pozostawiłem po sobie jako pisarz niż jako chemik, ale to się może zmienić. Jestem naukowcem, prowadzę badania i otrzymuję nagrody za uzyskane wyniki. Mam motywację do eksplorowania nietkniętych obszarów wiedzy, i w tym kontekście uprawianie nauki empirycznej z pewnością jest rodzajem twórczości.

Jaka jest Twoja wizja przyszłego tysiąclecia jako naukowca? Co nas czeka?

AZ: Ograniczmy się do XXI wieku, a nawet pierwszej jego połowy, tak będzie bezpieczniej. Grozi unifikacja, globalizacja, McDonaldyzacja, penetracja (obcych wartości i barbarzyńców), urbanizacja i dziura ozonowa. Mnie to się nawet podoba, bo wierzę w człowieka, że da sobie radę w każdych warunkach. Wyzwaniem będzie inżynieria genetyczna, bo z pewnością zaczniemy się "ulepszać", a co z tego wyjdzie, nie wiadomo. Kolejnym problemem stanie się sztuczna inteligencja, która nie zastąpi człowieka ani się pod niego nie podszyje, ale będzie czymś (kimś?) zupełnie innym niż homo sapiens, a w wielu dziedzinach okaże się bezkonkurencyjna. Rozwój i następujące w jego wyniku zmiany cywilizacyjne mogą okazać się zbyt szybkie wobec tempa przystosowywania się ludzkiego mózgu, a jedynym sposobem wyjścia z impasu będzie wtedy zastopowanie tego rozwoju i wznowienie cyklu gdzieś niżej. Takie wydarzenia - jeśli zajdą - można będzie nazwać katastrofą, ale jeszcze nie apokalipsą.

Ostatnio intensywnie udzielasz się na konwentach sf, więc chyba to lubisz. Czy jeździsz też na konferencje naukowe? Jakie są różnice i podobieństwa między tymi imprezami?

AZ: Owszem, zagustowałem w fandomlandzie i teraz wydeptuję w nim ścieżki. Spotykam tam zupełnie inną młodzież niż tramwajowe chamstwo, którego wszędzie pełno; można odzyskać wiarę w człowieka. To myślące i kulturalne środowisko, składające się z młodych adeptów i starych koteryjnych wyjadaczy jest mi chyba najbliższe, aczkolwiek naukowcy też dają się lubić. Konferencje są z definicji poważniejsze od konwentów, każdy referat, co oczywiste, musi mieścić się w kryteriach obowiązującej nauki. Oprawa jest dostojniejsza, wszystko wygląda elegancko, ale też uczestnictwo kosztuje sporo drożej. Oprócz wykładów urządza się sesje posterowe, w trakcie których uczestnicy wywieszają plansze z wynikami i dyżurują przy nich w określonych godzinach, a reszta ogląda, czyta i dyskutuje. Po sesjach i wykładach jest dużo koktajlów, tzw. recepcji i wycieczek, zawsze urządzany jest również conference dinner, podczas którego następuje rytualne obżarstwo i opilstwo. Ciekawe, że na okrągło serwuje się kawę, herbatę i wino, natomiast piwo - nigdy. Uczestniczyłem już w ok. 40 takich konferencjach, w większości międzynarodowych, i dzięki nim zwiedziłem szmat świata. Zwykle po zakończeniu spotkania prywatnie i na własną rękę penetrowałem okolice, bliskie i nieco dalsze.

Dokąd podróżowałeś i jakie są Twoje ulubione miejsca? Czy podróże mają wpływ na Twoją twórczość?

AZ: Zwiedziłem praktycznie całą Europę, USA, byłem w Izraelu. Najlepsze wspomnienia mam z Grand Canyonu w Arizonie, z eksploracji wulkanów na Sycylii i Wyspach Liparyjskich, z Islandii, Nord Capu i norweskich fiordów, i z Wysp Kanaryjskich. Chciałbym jeszcze zobaczyć Hawaje i ich wulkany, pojeździć po greckich wyspach i ponurkować na Seszelach czy Malediwach. Tropikalne morza zawsze mnie pociągały.

Podróże i spotkania z ciekawymi ludźmi to dwa ważne sposoby "ładowania akumulatorów" twórczych. Wrażenia z wypraw przydają się do konstruowania światów równoległych, ale nie tylko - mogą wyzwolić łańcuch skojarzeń, i wtedy rodzi się nowy pomysł. Floryda dała tło do opowiadania "Pod ochroną", a Kalifornia do "Czterdziestu małych kochanków".

Nurkujesz, podobnie jak ja. Jakie akweny eksplorowałeś i gdzie było najciekawiej?

AZ: Najwięcej wrażeń miałem z wypraw na rafę koralową na Florydzie. Pod wodą rozciąga się bajkowy świat równoległy, aż dziwne, że wszyscy fantaści nie są zarazem nurkami. Również interesujące było nurkowanie w Adriatyku, skąd przywiozłem kolekcję egzotycznych muszli. Czarna lawa wulkanu Stromboli wygląda pod wodą niesamowicie, zwłaszcza że opada równie stromo jak zbocza wystającej z morza góry. Miałem wrażenie, że latam w powietrzu, gdy unosiłem się w krystalicznie przejrzystej wodzie nad granatową głębią, w której promienie słońca zbiegały się w jednym punkcie.

Masz jeszcze jakieś egzotyczne hobby?

AZ: Nurkowanie jest może egzotyczne u nas, bo nie ma atrakcyjnych akwenów, ale np. w Kalifornii czy w Grecji stanowi jeden ze sposobów spędzania wolnego czasu, a nieraz trywialnym celem podwodnej wycieczki jest zaopatrzenie spiżarni, więc ile pozostaje w tym egzotyki? Jeśli chodzi o inne hobby, to wyśmienicie czuję się jako pływak (pływanie jest zupełnie czym innym niż nurkowanie) - w ciepłym morzu potrafię pływać godzinami, mentalnie odrywając się od rzeczywistości i oddając kontemplacji (medytacji?). Wspomniałem już o eksploracji wulkanów i wszelkich zjawisk, związanych z ich aktywnością, jak fumarole czy gorące źródła; poza tym lubię górskie wyprawy, ale takie spokojniejsze, bez wspinaczek z linami i hakami. Innym hobby jest fotografia; robię portrety, komponuję pejzaże, a zwłaszcza lubię pracować nad zdjęciami makro, wchodząc w kolejny świat równoległy, czyli świat średnich powiększeń. Czy wiecie, że zwykły mech, sfotografowany z odległości kilku centymetrów, wygląda bardziej egzotycznie niż najdziksza brazylijska dżungla?

Zmieniając temat, zadam Ci teraz niedyskretne pytanie, a mianowicie o kobiety w Twoim życiu. Czy i jak pomogły Ci one w twórczości?

AZ: Były trzy, według starszeństwa to matka, żona i córka. Żadna specjalnie nie pomogła mi w twórczości, przynajmniej świadomie, może z wyjątkiem żony, z którą wspólnym wysiłkiem stworzyliśmy nowe życie. Córce przekazałem nie tylko geny, ale także swoje nauki i trochę życiowej filozofii, co również należy zaliczyć do procesu tworzenia. Doświadczenia z tymi trzema najbliższymi memu sercu paniami oczywiście wykorzystałem w pisarstwie, tak samo jak obserwacje dokonane na innych kobietach, których w moim życiu nie było, bo oglądałem je z bezpiecznej odległości.

Jaki jest Twój stosunek do kobiet w ogóle?

AZ: Twoje pytanie rozumiem tak: czy miłość bardziej ogłupia, czy bardziej uskrzydla? Im dłużej się nad tym problemem zastanawiam, w tym głębszą popadam rozterkę. Jeśli odpowiem, że miłość wywiera obydwa wymienione skutki, przeczuwam Twoje następne pytanie, mianowicie o status faceta fruwającego w stanie ogłupienia, więc raczej wolę zatrzymać się na etapie niezdecydowania.

Przejdźmy teraz do spraw ogólnych. Jakie masz plany na przyszłość?

AZ: Robić to samo, co dotychczas: pisać literaturę i udzielać się w nauce. Jak coś dobrze działa, nie ma sensu tego zmieniać. Chciałbym wydać tom moich tekstów humorystycznych, składający się głównie ze wznowień, mam zamiar przymierzyć się do powieści o odmienionym Enkelu, a przede wszystkim planuję pisanie opowiadań, bo w ta forma najlepiej mi odpowiada. Poza tym będę udzielał się jako publicysta, operujący głównie na interdyscyplinarnym obszarze między nauką a fantastyką.

Jak oceniasz swoje dotychczasowe życie? Innymi słowy, czy odniosłeś sukces, czy raczej Ci nie wyszło? Co byś zmienił, gdybyś mógł zacząć wszystko od początku?

AZ: Wychodzę z założenia, że świat nie jest doskonały, ale został nam dany i jest jedyny, więc niejako z definicji stanowi najlepszą z możliwości, i trzeba go nie tylko zaakceptować, ale też polubić. Podobnie oceniam swoje życie - uważam, że osiągnąłem taki sukces, na jaki zasłużyłem, i powinienem się z niego cieszyć. Głupio robią ci, postępujący jak ta baba z dowcipu, którą rzucało z zawiści, jak ksiądz został biskupem. Lubię robić to, co robię. Gdybym żył raz jeszcze, pewnie poszedłbym analogiczną drogą, stając przed podobnymi wyborami - brzmi to deterministycznie, ale pewien rodzaj determinizmu siedzi w naszych genach. Może bym coś skorygował, gdybym miał dzisiejsze doświadczenie, ale wtedy wiódłbym dziwne życie hybrydy dojrzałego umysłu i młodego ciała. Zostanę więc przy swoim.

Jaką radę bardziej doświadczony dinozaur może dać młodszym od siebie?

AZ: Radzić można, ale po co - młodzi i tak pójdą swoją drogą, i jest w tym jakiś sens, bo muszą zdobyć własne doświadczenia. Widzę tu analogię z poprzednim pytaniem - na co komu stare prawdy? Gdyby jednak znaleźli się chętni, dla nich posłużę się cytatami większych od siebie (mówię z pamięci): "Szczęście, margrabino, to płodność u królowych, bezpłodność u panien" (Monteskiusz). Bardziej optymistycznym nauczycielem był Kotarbiński, który proponował mniej więcej to: "Lub coś robić, kochaj kogoś, żyj poważnie, nie bądź świnią". Cóż, niewiele można do tego dodać.

 

 


Z Andrzejem Zimniakiem rozmawia

Tomasz Kołodziejczak

Jesienią 1996 r. wywiad przeprowadził Tomasz Kołodziejczak.

Opublikowany w: Nowa Fantastyka 5/97.

 

NIE ZAMIENIĘ PIÓRA NA KASTET

Tomasz Kołodziejczak: W ubiegłym roku dostałeś nominację do Nagrody im. Janusza Zajdla za "Klatkę pełną aniołów", opowiadanie drukowane w Nowej Fantastyce w grudniu 1994 roku. Ten tekst zapoczątkował serię. Gdzie można przeczytać jej kolejne opowiadania?

Andrzej Zimniak: Są to historie o zbóju Enkelu, które piszę w całkowicie odmiennej konwencji niż dawniejsze utwory. Opublikowałem już cztery części z tej serii, dwie w Nowej Fantastyce i po jednej w Playboyu i Feniksie, piątą mam w zasadzie gotową, szóstą "w robocie". Jeśli zobaczycie tytuł "Gołębiarka za zieloną fosą", "Uwolnienie rusałki" albo "Dziś zombie o czwartej", to będzie właśnie rzecz o Enkelu. Opowiadania cyklu są powiązane chronologicznie, choć każde stanowi samoistną całość. Może znajdzie się kiedyś odważny wydawca? Oczywiście nie mogę wytrwać zbyt długo w jednym świecie równoległym, więc popełniam czasem także jakąś inną fabułę.

[Znalazł się wydawca: Prószyński i S-ka, rok 1999, "Klatka pełna aniołów", seria Nowej Fantastyki pod redakcją Macieja Parowskiego. Pozostałe opowiadania w tym tomie: "Las na wulkanie", "Bilet powrotny do raju", "Gry miłosne", i "Chabry dla zbója". Przypis A. Zimniaka, 1999 rok]

T. K.: Kim jest Enkel?

A. Z.: To facet z głębokiego marginesu, który z lęku przed światem walczy z każdym, kto, jak sądzi, może mu zagrozić. Zna sekret, pozwalający na szybką transformację zwyciężonych w wewnętrznych niewolników. Robi to bardzo prosto: w końcowej fazie walki zakłada duszenie, przeczekuje fazę czerwoną i białą, a w sinej pyta przymilnie: czy chciałbyś zostać moim zgredem? Enkel nie cierpi fircyków z administracji, a kobiety traktuje, hmm, według zasług. Jest jednak zdolnym samoukiem, który żmudnie dochodzi do własnych wzorców moralności. Będą one bliskie uniwersalnych, bo jakżeż może być inaczej? Ale on przecież nic nie wie o tym, że należy do "brudnych aniołów". Poprzez "Enkeliadę" próbuję doszukać się w człowieku naturalnych pokładów dobra, które może ujawniać się spontanicznie, bez pomocy z zewnątrz, bez nauk czy objawienia.

T. K.: Czy twardziel Enkel to pan Hyde spokojnego Zimniaka - Jekylla?

A. Z.: Podejrzewam, że każdy autor kreuje bohatera, któremu szczerze zazdrości, ale którym naprawdę nigdy by nie chciał zostać. Zazdrości mu bowiem pewnych wyabstrahowanych cech, natomiast całości konsekwencji posiadania tych cech w konkretnym środowisku życia absolutnie nie chciałby ponosić. A jakże, imponują mi faceci, którzy z gromady bandziorów robią stado kurczaków samym tylko zaciśnięciem pięści, jednak z całą pewnością nie zamienię pióra na kastet.

T. K.: Teraz czas na pytania zasadnicze. Dlaczego uprawiasz twórczość sf?

A. Z.: W jednym pytaniu wyczuwam dwa: dlaczego sf, i dlaczego twórczość. Oba uwarunkowania są zakodowane genetycznie. Ludzie dzielą się na takich, którzy lubią poetykę fantastyki i takich, którzy jej nie znoszą. Ogniw pośrednich brak. Ja należę do pierwszej grupy. Ciekawe, że pośród wyznawców fantastyki jest tylko 7% kobiet; to jeszcze jeden dowód na odmienność mózgów obu płci.

Twórczość to bardziej złożony problem. Trzeba mieć predyspozycje: wrodzoną łatwość pisania, malowania czy komponowania, a poza tym niezbędna jest wizja, czyli po prostu trzeba mieć coś istotnego do przekazania. Do tych cech należy dodać silną motywację i wytrwałość, i już mamy twórcę. Nikt takich oszacowań chyba nie robił, ale ja uważam, że 99% talentów marnuje się z powodu braku chęci i odpowiedniego poziomu uporu.

T. K.: Co najbardziej interesuje Cię w literaturze? Jaką historię chciałbyś opowiedzieć swoim czytelnikom?

A. Z.: Interesuje mnie człowiek, jego psychika, pokrętne motywacje, zahamowania i kompleksy, ale także odwieczna walka dobra ze złem w jego duszy. Lubię scenerię dziwnych i tajemniczych światów, wystawiających bohatera na wszelakie próby. Interesuje mnie relacja dwóch super-ras człowieka: kobiety i mężczyzny. Niepokoi mnie problem determinizmu, wynikającego z cech osobniczych. Fascynuje mnie pytanie o stopień prawdziwości otaczającego nas świata. Brzydzę się szarzyzną, głupotą i chamstwem, ale tym większym przeżyciem staje się odkrycie w tym powszednim błocie perły intelektu, dobroci czy piękna. Wtedy należy natychmiast chwycić za pióro, czyli siąść do klawiatury, żeby dobrą wieść przekazać innym.

T. K.: Nie interesuje Cię technologiczna wizja świata przyszłości? Przecież masz wykształcenie ścisłe, jesteś chemikiem.

A. Z.: W twórczości wykorzystuję technikę tylko jako sztafaż, dekoracje. No, czasem coś zaprognozuję, albo spróbuję ostrzec przed konsekwencjami. Ale to nie główny timbre moich utworów.

T. K.: Dlaczego nie piszesz w konwencji fantasy?

A. Z.: Bo nie lubię. Piszę przecież również dla własnej przyjemności. Dla mnie wykreowany świat może być najdziwaczniejszy, ale musi być logicznie wytłumaczalny. Nie da się logicznie wytłumaczyć czarów, bo z założenia lokujemy je poza wszelkim rozumieniem. Również poza logiką jest wprowadzanie np. walk na miecze w epoce broni laserowych. To dokładnie tak, jakby modliński pułk lotniczy uzbroić dodatkowo w dzidy o kamiennych ostrzach.

T. K.: A co sądzisz o horrorze? Od "Enkeliady" już blisko do dreszczowca.

A. Z.: Nie grywam na ciemnych strunach ludzkiej duszy. W historiach o Enkelu też trzymam się od nich z daleka, nie ma tam naturalizmu, bebechowatości. Zauważ, że Enkel nigdy nie zabija, tylko "bierze nowego zgreda". Opisy walk są raczej umowne, potraktowane z lekkim przymrużeniem oka. Przy grze w szachy też nie leje się krew, chociaż królowa zabija skoczka.

T. K.: Jak chciałbyś oddziaływać na czytelników poprzez swoją literaturę? Czy masz ambicję kształtowania postaw?

A. Z.: Absolutnie nie. Tak moja, jak i każda inna literatura beletrystyczna, jeśli nie niesie konkretnej informacji, na przykład o walucie w Zanzibarze, wywołuje tylko chwilową przyjemność emocjonalną lub intelektualną. Jak gorący prysznic lub gra w brydża. Albo słuchanie Mozarta.

T. K.: Takie podejście wydaje mi się trochę... cyniczne.

A. Z.: Jest tylko prawdziwe. Skłonności dziedziczymy, postawy wpajane są nam w domu rodzicielskim, a lekcję życia bierzemy w szkole. Literatura daje nam tylko przyjemność. Czy znasz kogoś, kto stał się lepszy dzięki czytaniu książek? Lub takiego, który zmienił pod ich wpływem swoje życie? Znów oddzielmy warstwę informacyjną: energiczny chłopiec mógł naczytać się o człowieku, który uciekł do Ameryki i dorobił się domu w pomarańczowym gaju nad brzegiem jeziora. Ów młodzian za lat kilka uczynił śmiały krok i teraz jest profesorem biochemii w Chicago. Ale zgodzisz się, że to jest trochę co innego niż kształtowanie postaw. Nie masjanizujmy zanadto. Czy lektura "Pana Tadeusza" kogoś ulepszyła?

T. K.: Jaka jest Twoja opinia o polskiej fantastyce?

A. Z.: Jak najlepsza, jeśli chodzi o aktywnych twórców. Młode pokolenie też zapowiada się nie najgorzej; z tej grupy preferuję Żerdzińskiego, Sobotę i Wiśniewskiego. Jest u nas sporo ludzi, którzy chcą pisać niezależnie od koniunktury, bo po prostu mają coś do powiedzenia i chcą to powiedzieć innym. Wydawców mamy rozmaitych, a dystrybucję książek - fatalną. Za to fanów mamy świetnych, tylko szkoda, że ich dochody są tak niskie.

T. K.: Co konkretnie podoba Ci się w polskiej fantastyce?

A. Z.: Jej literackość, poszukiwania, niesztampowość. Zanik konsolidującej tematyki socjologicznej nie osłabił tej literatury, obecnie na pierwsze miejsce wysunęły się tematy manichejskie i eschatologiczne, a także cyberpunkowe. Przypuszczam, że z czasem polscy twórcy zajmą się problemami mniej ogólnymi, nie tak ostatecznymi. Co nie znaczy, że obniżą loty.

T. K.: W latach 1990-94 publikowałeś znacznie mniej niż poprzednio. Dlaczego?

A. Z.: W latach 1984-90 Wydałem 4 zbiory opowiadań i 1 powieść, potem rzeczywiście dopiero w końcu 1994 roku ukazał się "Samotny myśliwy". Każdy akt twórczy musi mieć swojego adresata, choćby potencjalnego, w przeciwnym razie można go uznać za szczególny rodzaj samogwałtu: i przyjemność połowiczna, i Boski zamysł nie spełniony. Do szuflady pisać nie potrafię, muszę choćby wyobrażać sobie odbiorcę. W wydawnictwach redaktorzy krzywili się zawsze dwa razy: na polskiego autora i na zbiór opowiadań. Uświadamiano mnie, że powieści "lepiej idą". Cóż, taki już jestem nietypowy, że lubię krótką formę. Zarówno czytać, jak i pisać.

T. K.: Zapewne nie marnowałeś wtedy czasu. Jesteś naukowcem...

A. Z.: Uczę chemii i przedmiotów pokrewnych trochę większe dzieci w trochę wyższej szkole, kilka lat temu była to Politechnika, teraz - Akademia Medyczna. Poza tym prowadzę badania, w których próbuję powiązać subtelną strukturę cząsteczek związków organicznych z takimi ich właściwościami, jak toksyczność, działanie bakteriobójcze czy, powiedzmy, odporność na rozkład w świetle słonecznym. Ma to związek z zatruwaniem środowiska, z lekami lub kosmetykami.

T. K.: Jakie było największe odkrycie w chemii w naszym wieku, a jakie przepowiadasz w następnym? Czy odmieni ono nasze życie?

A. Z.: Zdania mogą być podzielone, ale ja za największe osiągnięcie uważam odkrycie penicyliny, a potem innych antybiotyków. Odmieniło ono życie ludzi w sposób zasadniczy, na przykład zapalenie płuc przestało być śmiertelną chorobą, a epidemie o kontynentalnym zasięgu zostały zlikwidowane. Dawniej byle zadrapanie mogło stać się przyczyną śmierci, jeśli ranka uległa zakażeniu. Nie pamiętamy o tym, że tak było jeszcze pod koniec II Wojny Światowej.

Prognozowanie jest bardzo niebezpieczne, bo nie może uwzględniać wynalazków - zwrotnic, zmieniających bieg dziejów, jak w przeszłości wynalezienie samolotu, odkrycie elektryczności czy energii jądrowej. Czy podwójnej helisy genu. Jeśli jednak mam pobawić się w chemika - futurologa, to przypuszczam, że następny wiek będzie należał do procesów wzorowanych na przebiegających w żywych organizmach. Wiele reakcji chemicznych wymagających dzisiaj potężnej technologii da się za pomocą enzymów przeprowadzić łatwo, prosto i czysto. Produkty przemysłu biotechnologicznego częściowo zastąpią techniczne, np. tworzywa nie będą już tak zupełnie sztuczne, biokatalizatory będą same prząść bawełniane nici, przerabiając makulaturę, a z materiałów odpadowych powstaną wysokoenergetyczne paliwa. Jak to działa? W dużym uproszczeniu można powiedzieć, że enzym na chwilę chwyta cząsteczkę w kleszcze wiązań, siłą zmienia jej przestrzenną strukturę, przez co odsłania i aktywuje określone miejsce. Do tego miejsca, i tylko do tego, dołącza się cząsteczka innego związku, i tylko tego konkretnego, bo inny nie pasuje, jak fałszywy klucz. Enzym puszcza gotowy produkt o ściśle określonej budowie i bierze się za następną molekułę.

Futurologizujmy dalej. Przypuszczam, że nastąpi przełom w produkcji żywności, spowodowany przemysłowym namnażaniem tkanek. Odpowiednie tkanki będzie się dało namnażać w inkubatorze, więc wyeliminujemy hodowlę zwierząt rzeźnych. Podobnie manipulacje z komórkami roślinnymi dadzą w efekcie klony ziemniaków i sałaty. Wystarczy przechowywać po kilka wzorcowych komórek wyjściowych, aby prowadzić produkcję w nieskończoność. Powstaną oczywiście problemy, skąd brać pożywki dla tych kultur i skąd czerpać energię, ale to już inna sprawa.

T. K.: Niezłe perspektywy. Wszystko sztuczne, od podkoszulka do kotletu schabowego?

A. Z.: Może nie sztuczne, raczej biotechnologiczne.

T. K.: Co myślisz o przyszłości eksperymentów genetycznych?

A. Z.: Postępy w biologii molekularnej są tak znaczne, że już niedługo zabierzemy się za swoje garnitury genowe. Uważam, że nastąpi to w ciągu najbliższych dziesięciu lat. Nie sądzę jednak, aby z tego powodu rodzajowi ludzkiemu groziła zagłada. Po prostu znakomicie zwiększy się liczba mutacji, bo do naturalnych dojdą manipulowane. Tak czy owak przeżyją tylko ci przystosowani, a nie zmutowana część populacji będzie stanowiła rezerwuar genów wyjściowych. Nie wierzę w jakąś umykającą spod kontroli wirusową pandemię letalnych zmian genetycznych, która stanowiłaby epilog naszego gatunkowego bytu. Wierzę natomiast w ogromne możliwości przystosowawcze ziemskiego życia. Taka pandemia jest teoretycznie możliwa, lecz przeżyjemy ją jako gatunek, choć, gdyby nastąpiła, okupimy hekatombami ofiar.

T. K.: A co dobrego może dać nam ta genetyczna rewolucja?

A. Z.: Leczenie chorób dziedzicznych, być może skuteczniejszą walkę z rakiem. Produkcję leków, związków chemicznych i żywności przez drobnoustroje. Nie wiem, czy to dobre, ale z pewnością rozpocznie się dzieło architektury biologicznej, a więc "ulepszania" człowieka. Trzeba będzie go upiększyć, paniom wydłużyć nogi i zlikwidować cellulitis, a panom dodać siły i wigoru. Oczywiście także zapobiec demencji starczej, poprawić wzrok, przydać inteligencji. Najlepiej zaś będzie wyłączyć zegar biologiczny na wieku 25 lat, choć zadanie to, mam nadzieję, nie będzie łatwe.

Będziemy także ulepszać pszenicę, banany, trawę, psy i koty. Teraz trochę pofantazjujmy. W wyniku połączonych wysiłków biotechnologii i biologii molekularnej mogą powstać niewolnicze organizmy, zastępujące w działaniu dzisiejsze urządzenia techniczne. Klasycznym przykładem jest wielofunkcyjny android, pozbawiony wyższej, czyli ludzkiej świadomości istnienia. Będzie go stosunkowo łatwo wyprodukować przez wybiórczą degradację naszego wyposażenia genetycznego. Ale do pomyślenia są i inne twory, powiedzmy biologiczna lodówka, czyli stojący w kącie dwumetrowy pęcherz, w którego wnętrzu nic się nie psuje, choć nie będzie w nim zimno, elektryczne wymię, produkujące codziennie świeże mleko, albo biegający biosamochód, pędzony biopaliwem bakteryjnym. Wszystko tanie i samorosnące, jak pelargonia na oknie. Czasem tylko trzeba będzie podlać gwuu.

T. K.: ...?

A. Z.: Nie, naprawdę nie mogę powiedzieć. Jeszcze nie teraz.

T. K.: Aha. Mam wrażenie, że to wszystko już nie jest futurologią i sf nawet, to czysty horror...

A. Z.: Ależ nie! Zastrzegłem na wstępie, że ścisłe prognozy są z reguły mało sensowne, więc tylko starałem się stworzyć klimat do indywidualnych przemyśleń dla czytelników. Wszystko, co diametralnie różni się od naszych utopijnych wyobrażeń o przyszłości, odbieramy dziś jako horror. Dla naszych wnuków będzie to najzwyklejsza, nudnawa rzeczywistość.

T. K.: Czego życzyłbyś na koniec czytelnikom oprócz dwugłowego kota do czyszczenia dywanów?

A. Z.: Nie ma się czego obawiać, epoka żywych airbusów i inteligentnych wojskowych pcheł nie będzie naszym problemem, ani też problemem tych, którzy obecnie ssają matczyne mleko. A gdyby nawet, to przecież nie technika nam grozi, tylko my sami, bo wszak my decydujemy, jak wykorzystać narzędzie. W przeciwieństwie do kasandrystów uważam, że równowagę na naszej planecie zaburzyć jest niesłychanie trudno. Zgodnie z powszechnie obowiązującą regułą przekory każda akcja wywołuje przeciwnie skierowaną reakcję, osłabiającą oczekiwany efekt. Odpowiedzią na brak zbiorowych ideałów, na atomizację społeczną i zanik celów nadrzędnych, na wznoszącą się falę gwałtu, może być mała prywatna wojna każdego z nas. Jeśli każdy doszuka się własnej cząstki dobra, choćby takiej, jaką ma Enkel, to wystarczy, aby w skali globu entropia moralności przestała wzrastać. A że w walce światła i ciemności wynik był zawsze remisowy od czasów, których sięga ludzka pamięć, podejrzewam, że taki pozostanie na długo.

 

 

     

 

Jesteś na stronie: http://zimniak.art.pl/  *  Jesteś na stronie: http://zimniak.art.pl/  * Jesteś na stronie: http://zimniak.art.pl/  * Jesteś na stronie: http://zimniak.art.pl/  * Jesteś na stronie: http://zimniak.art.pl/