Okładki: |
Andrzej Zimniak WYWIADY
Wywiad przeprowadziła Lucyna Wydra, ukazał się w Miesięczniku Politechniki Warszawskiej we wrześniu 2012 (nr 9).
Pytał Jacek Skowroński, wywiad ukazał się w sieciowym dwumiesięczniku QFant w kwietniu 2011 (nr 9).
Wywiad przeprowadził Krzysztof Głuch. Ukazał się w czasopiśmie Czas Fantastyki 1/2010, 28.
Rozmowa o futurologii i powieści "Biały rój" z Marcinem Baniakiem w Radiu Kraków (8 maja 2008). Plik mp3.
Pytania zadała Karolina Gwarek. Wywiad ukazał się w portalu Gildia w grudniu 2007 r.
Jesienią 2005 r. pytania nadesłał Greg K1ler (Grzegorz Musiał). Wywiad opublikowany na łamach portalu gildia.pl w listopadzie 2005.
Wywiad przeprowadziła Zuzanna Pająk w maju 2004.
Wywiad przeprowadziła Paula Kamieńska. Opublikowany w czasopiśmie internetowym NoName, kwiecień 2004.
Pytania układały Iwona Oleksiuk i Paula Kamieńska. Wywiad opublikowany w czasopiśmie internetowym NoName, lipiec 2003.
Latem 2001 r. wywiad przeprowadziła Barbara Kruszy. Opublikowany w materiałach Polconu 2001.
Wiosną 2000 r. wywiad przeprowadził Mirosław P. Jabłoński. Opublikowany w: Fenix 6/00, 4-8.
Jesienią 1996 r. wywiad przeprowadził Tomasz Kołodziejczak. Opublikowany w: Nowa Fantastyka 5/97. |
|
Wywiad przeprowadziła i napisała w formie artykułu Lucyna Wydra
To było chyba w maju 2012 - zadzwoniła do mnie redaktorka Miesięcznika Politechniki Warszaws-kiej z prośbą, która mile połechtała moją próżność. Mianowicie, prosiła o wywiady absolwentów Politechniki o ciekawych życiorysach i życiowych osiągnięciach. Wiedziała o mnie sporo: że piszę beletrystykę, że współdziałałem przy ustanowieniu Nagrody Żuławskiego, że popularyzuję naukę. Co prawda to wszystko jest w sieci, ale... trzeba takich informacji poszukać.
Młode dziewczę z redakcji przyszło, porozmawialiśmy, potem przysłano tekst do autoryzacji. Poprawiłem to i owo, odesłałem, i po dość długim oczekiwaniu, w październiku, otrzymałem egzemplarze autorskie. Nieco wcześniej zamieściłem tekst na stronie. W sumie chyba wyszło nienajgorzej, chociaż sam bym to napisał zapewne nieco inaczej. |
O NAUCE I FANTASTYCE Lucyna Wydra Czerwiec 2012 O studiach, uprawianiu nauki, noblistach, kompleksach, literaturze, Żuławskim, wulkanach i kosmoformowaniu człowieka
ANDRZEJ ZIMNIAK, absolwent Wydziału Chemicznego Politechniki Warszaws-kiej, nie zaniedbuje żadnego ze swoich zainteresowań. Jest chemikiem i autorem książek science fiction.
Gdy Andrzej Zimniak zdawał maturę miał poważny dylemat do rozstrzygnięcia. Podobnie jak wielu jego rówieśników stanął przed koniecznością dokonania wyboru kierunku studiów i nie wiedział, w którą stronę pójść. Pociągała go humanistyka, ale miał też całkiem dobre stopnie z przedmiotów ścisłych. W końcu, za sprawą nauczyciela, zdecydował się na studia chemiczne. Wybrał Wydział Chemiczny Politechniki Warszawskiej. – Wybrałem chemię w PW, bo wydawała mi się bliższa życia i bardziej praktyczna. To mi lepiej pasowało. Nie żałuję dziś tego wyboru. Początki studiów, jak to zwykle bywa, były trudne, ale później poszło już łatwiej. Andrzej Zimniak otrzymał tytuł magistra w 1969 r. i zdecydował się na studia doktoranckie.
W pracy interesowały go związki o działaniu biologicznym i spektroskopia jako narzędzie do ustalania budowy cząsteczek. Ciekawiły go też związki kompleksowe - cząsteczki, które powstają z połączenia dwóch molekuł nietrwałym wiązaniem. To właśnie kompleksy metaloorganiczne otrzymane z kumulenów i azyn w reakcjach z karbonylkami żelaza stały się tematem jego pracy doktorskiej. Promotorem był prof. Wiesław Jasiobędzki. Andrzej Zimniak obronił swój doktorat w 1976 roku i kontynuował pracę w Zakładzie Aparatury Unikalnej na Wydziale Chemicznym. Tutaj nadal badał struktury kompleksów. Później prowadził te badania we współpracy z dr. Januszem Zacharą.
Zainteresowania naukowe zmieniały się przez lata. Przyczynił się do tego staż naukowy w Stanach Zjednoczonych. Dr Andrzej Zimniak spędził kilkanaście miesięcy w Cornell University w Ithace. Trafił tam do zespołu prof. Efraima Rackera, który był znanym biochemikiem. – Prowadziłem badania interdyscyplinarne na styku biochemii i chemii. Bardzo mi to odpowiadało, bo zawsze ciągnęło mnie do biochemii i pragnąłem okresowej odmiany – opowiada. Jednym z tematów badawczych w zespole była metoda pomiaru pH (kwasowości) w żywych komórkach, ważna w badaniach biochemicznych i medycznych. Do komórek wprowadzano pochodne fluoresceiny, które były rozkładane przez niespecyficzne enzymy. Potem za pomocą spektroskopii fluorescencyjnej można było dokładnie określić kwasowość. Współpraca okazała się dużym sukcesem, a publikacja na ten temat ma do dziś ponad dwa tysiące cytowań i uplasowała się na doskonałym 13-tym miejscu na liście cytowań wszechczasów znanego amerykańskiego czasopisma Biochemistry.
Po powrocie ze stażu dr Andrzej Zimniak znów wrócił do pracy w swoim Zakładzie. Jednak po przejściu na emeryturę prof. Wiesława Jasiobędzkiego w 1993 r. Zakład został rozwiązany. Dlatego Andrzej Zimniak przeniósł się do Akademii Medycznej na Wydział Farmaceutyczny. W dalszym ciągu pracuje nad zastosowaniem związków aktywnie biologicznych jako leków. Przede wszystkim zajmuje się lekami przeciwnowotworowymi oraz pochodnymi buspironu, które mogą pomagać jako substancje przeciwepileptyczne, przeciwdrgawkowe i przeciwlękowe. Prowadzi też zajęcia dydaktyczne z chemii fizycznej. To trudny przedmiot dla studentów i, jak sam przyznaje, trzeba umieć go uczyć, by studenci mogli wynieść z niego jakieś korzyści. – To ironia losu, że tego uczę, bo na studiach chemia fizyczna była dla mnie najtrudniejszym przedmiotem. Dziś jednak lubię tę dziedzinę i wiem, że warto się przełamać, bo gdy wchodzi się głębiej w zagadnienia chemii fizycznej, to ukazuje się bardzo ciekawy świat, który wyjaśnia wiele z otaczających zjawisk.
Praca na uczelni to nie jedyny zawód Andrzeja Zimniaka. Jest też pisarzem związanym z nurtem fantastyki naukowej. Zaczął pisać opowiadania już w szkole średniej. Jego wzorem był zawsze Stanisław Lem. Ceni sobie też m. in. twórczość amerykańskiego pisarza science fiction Roberta Silverberga oraz wymykającego się wszelkim klasyfikacjom Franza Kafki. – Chyba mam w sobie jakiś gen fantastyczności, który popycha mnie do czytania i pisania literatury fantastycznej – śmieje się dr Andrzej Zimniak. Debiutował w 1980 roku w tygodniku studenckim Politechnik opowiadaniem „Pojedynek”. Pierwsza książka „Szklaki istnienia” to zbiór trzynastu opowiadań. Została wydana w 1984 roku w Naszej Księgarni w serii „Stało się jutro”. Do dziś Andrzej Zimniak wydał dziewięć zbiorów opowiadań, dwie powieści i zbiór esejów futurologicznych. W jego ostatniej powieści „Biały rój” ludzkość staje w obliczu nieuchronnego kataklizmu. Do Ziemi zbliża się rój lodowych komet. Grupa naukowców postanawia zmodyfikować genom człowieka, by był on zdolny do życia w warunkach klimatycznych, jakie zapanują po katastrofie. – Zależało mi, by zwrócić uwagę na dwie ważne sprawy. Pierwszą z nich jest nieprzygotowanie ludzkości na wydarzenia, które wybiegają poza przeciętność – wyjaśnia dr Zimniak. – A musimy zdawać sobie sprawę, że katastrofy globalne kiedyś muszą się wydarzyć, to wynika ze statystyki. W moje książce nadciąga taka katastrofa, z Ziemią zderzą się komety. Oczywiście w żadnym regulaminie ani w żadnej instrukcji bhp taka sytuacja nie została ujęta, dlatego urzędnicy pozostają bezradni. Inni nie chcą poświęcać się dla przeszłych pokoleń. W końcu na pomoc ruszają wolontariusze. Drugim bohaterem tej książki jest inżynieria genetyczna. Dziś wiemy, jak funkcjonuje genom. Andrzej Zimniak snuje wizję, z której wynika, że z czasem ta wiedza będzie coraz pełniejsza. Być może nauka zainspiruje powstanie nowych gatunków człowieka, zdolnych do życia w zupełnie innych warunkach klimatycznych, nawet poza Ziemią. – Kosmoformowanie człowieka to ukuty przeze mnie termin. Odnosi się do genetycznego modyfikowania człowieka, by miał cechy potrzebne do życia w kosmosie. Można by zmienić metabolizm, nawet wygląd. Pytanie, czy nadal mielibyśmy do czynienia z ludźmi, jest otwarte.
Jest też już gotowa do wydania najnowsza powieść Zimniaka „Władcy świtu”. Książka opowiada o realizacji marzeń człowieka o nieśmiertelności. – Ewolucja jest dostosowywaniem się gatunku do zmieniających się warunków, a przemiana pokoleń jest z nią dzisiaj ściśle związana. W nowej książce opisałem organizm, który ewoluuje w czasie swojego życia, a więc nie potrzebuje umierać, aby gatunek mógł się dostosowywać. Jednak społeczeństwo wiecznie żyjących ludzi wyglądałoby zupełnie inaczej niż dziś i miałoby także swoje problemy. Nieśmiertelność na pewno nie będzie przepustką do raju.
Andrzej Zimniak jest pomysłodawcą Nagrody Literackiej im. Jerzego Żuławskiego, która została ustanowiona w 2008 roku. Patron nagrody, Jerzy Żuławski, tworzył w czasach Młodej Polski i jest uważany za prekursora polskiej fantastyki naukowej. – Zauważyłem, że mamy kilka nagród plebiscytowych dla twórców fantastyki, ale nie ma żadnej nagrody przyznawanej przez profesjonalistów – mówi dr Andrzej Zimniak. Nagłośnił sprawę, lecz z braku chętnych sam musiał zająć się organizacją konkursu. Dzięki życzliwości wielu osób zamiar się powiódł, a patronat nad nagrodą objęło Stowarzyszenie Pisarzy Polskich. Lecz teraz Zimniak rozgląda się za sukcesją. – Wiele osób mówiło mi, że skoro wystąpiłem z pomysłem, to powinienem doprowadzić sprawę do końca. Stwierdziłem, że nie mam wyjścia i póki co zajmuję się organizowaniem przyznania nagrody. Ale jest to dość angażujące zajęcie.
Nominacje są przyznawane przez elektorów, którzy są zapraszani spośród opiniotwórczych czytelników. Nominowani mogą być polscy twórcy, autorzy dzieł wydanych w roku poprzedzającym nominację. Ostatecznego wyboru dokonuje jury, składające się z literaturoznawców posiadających stopnień naukowy doktora i publikujących prace naukowe na temat polskiej literatury fantastycznej. W konkursie biorą udział dzieła utrzymane w konwencji szeroko pojętej fantastyki. – Nagroda Żuławskiego bardzo dobrze spełnia swoja rolę. Przyznają ją profesjonaliści, natomiast najważniejszą nagrodą plebiscytową pozostaje Nagroda im. Janusza A. Zajdla. Obie uzupełniają się i promują literaturę fantastyczną. Trzeba pokazać, że dobra literatura powstaje także w dziedzinie fantastyki.
Inną dziedziną aktywności Zimniaka jest upowszechnianie nauki. Jest założycielem i redaktorem naczelnym internetowego naukowego czasopisma Biuletyn Wydz. Farmaceutycznego WUM, wieloletnim koordynatorem Festiwalu Nauki, autorem ponad stu artykułów popularnonaukowych, redaktorem książki „Inżynieria genetyczna - u progu nowej ery”. Biorąc pod uwagę liczne zainteresowania, jakie ma dr Andrzej Zimniak, można wnioskować, że jest osobą, która nie lubi się nudzić. Ma licencję nurka, którą otrzymał jeszcze w czasie stażu w Stanach Zjednoczonych. Lubi podróżować, w szczególności w egzotyczne miejsca, gdzie można podziwiać wulkany. Te ciekawe formy zachwycają go swoją widowiskowością i pierwotnym pięknem, a jego ulubieńcem jest wulkan Stromboli na Wyspach Liparyjskich, charakteryzujący się permanentną erupcją gazową. Dużo fotografuje, to jego hobby od czasów szkoły podstawowej. Andrzej Zimniak pytany czy uprawianie pisarstwa nie przeszkadza w zawodzie naukowca odpowiada, że jednoznacznie rozgranicza swoją działalność naukową od literackiej. – Nikt nigdy nie zarzucił mi, że fantastyka przenika do moich prac naukowych. Natomiast odwrotnie - tak, nauka jest obecna w mojej fantastyce. Te dwa obszary pracy nie przeszkadzają sobie nawzajem, jest wręcz przeciwnie - uważam, że nauka pomaga mi w pisaniu książek science fiction, bo rozumiem jak od podstaw zbudowany jest świat. Obie domeny działalności uzupełniają się także w inny sposób. W dostępnym mi zakresie badań uprawiam analizę, pokazuję tylko niektóre aspekty właściwości materii, wyświetlam pojedyncze obrazki. Natomiast w literaturze mam możliwość dokonania syntez, uogólnień, podsumowań. Komfort takiego rodzaju uogólnień w nauce mają tylko nobliści.
|
Na Etnie
|
|
Pytał Jacek Skowroński
Wywiad ukazał się w sieciowym dwumiesięczniku QFant w kwietniu 2011 (nr 9). Link tutaj.
Na jednym z konwentów, był to bodajże lubelski Falkon, podszedł do mnie sympatyczny, wysportowany mężczyzna w średnim wieku, przedstawił się i zaproponował wywiad. Oczywiście zgodziłem się, lubię udzielać wywiadów, bo zawsze oznaczają podsumowania, zza których wyłaniają się nowe uogólnienia. A szczególnie inspirujący nastrój robi się wtedy, gdy pytania są dociekliwe i oryginalne. Oceńcie sami.
A do lektury wspomnianych w wywiadzie wybranych fraszek zapraszam poprzez Qfanta (link wyżej) lub w inne miejsce mojej strony. Ponadto, tomik zawierający 36 fraszek w bibliofilskim wydaniu, ilustrowany przez malarza Krzysztofa Trzaskę, jest do kupienia w księgarni Solaris i w innych dobrych księgarniach.
Powieść "Władcy świtu" jest już ukończona. Będę informował, gdzie i kiedy się ukaże. |
WYWIAD Z ANDRZEJEM ZIMNIAKIEM JACEK SKOWROŃSKI TAK ANONSOWAŁ TEN TEKST: "W najnowszym numerze Qfantu polecam zwłaszcza wysokoprocentowy wywiad ze znakomitym pisarzem Andrzejem Zimniakiem"
Jacek Skowroński: Jesteś człowiekiem wielu pasji, lecz zacznijmy od literatury, a w trakcie rozmowy zobaczymy, dokąd nas ta wspólna podróż zaprowadzi. Homo sapiens jest jedynym zwierzęciem, które zdaje sobie sprawę z własnej śmiertelności, z niewiarygodnej rozległości Wszechświata, zarówno w przestrzeni, jak i w czasie, wreszcie z ograniczeń swojego umysłu. Czy pisanie fantastyki nie jest w istocie próbą uporania się ze świadomością, że to wszystko przerasta o lata świetlne maleńką, myślącą drobinę zagubioną w kosmosie?
Andrzej Zimniak: Powiedziałbym tak: pisanie (i czytanie) fantastyki jest między innymi antidotum na nostalgię nieskończoności, na lęk przed nieznanym kosmosem, na ułomności umysłu wreszcie, których jesteśmy świadomi. Przecież właśnie na kartach powieści sf podróżujemy przez hiperprzestrzeń, przezwyciężamy banalność dysfunkcji zasiedlanego ciała, a sztuczne inteligencje (przynajmniej niektóre) są po naszej stronie. Większość pisarzy sf tak kreśli swoje historie, żeby czytelnik uwierzył, że jest to jeden z możliwych do spełnienia wariantów rzeczywistości. I nie zaliczałbym tego zjawiska do akcji „ku pokrzepieniu świadomości”, bo my wszyscy przecież naprawdę mniej lub bardziej wierzymy, że ludzkość kiedyś zasiedli kosmos, pokona obecne ograniczenia ciała, zwycięży czas i przestrzeń. Wszak znajdujemy się na samym początku drogi – życie na Ziemi rozwija się od miliardów lat, a człowiek i jego cywilizacja zaledwie od tysięcy. Piszę o science fiction, bo fantasy ucieka przed tego rodzaju przesłaniem w krainę jawnej baśni, pośrednio niejako przyznając, że nie mamy szans by mierzyć się z kosmosem – chyba że jest to kosmos wewnętrzny. A co do tych głupich zwierzątek, ex definitione nie posiadających ni krzty świadomości istnienia, byłbym nieco ostrożniejszy w osądach...
JS: Czy nie uważasz, że obcowanie z literaturą fantastyczną jest rodzajem ćwiczenia umysłu, przygotowaniem go do zetknięcia z pojęciami, wprowadzanymi choćby przez mechanikę kwantową, które przeczą zdroworozsądkowemu pojmowaniu świata? Spytam wprost – czy z Twojego doświadczenia wynika, że naukowiec piszący fantastykę jest mniej skostniały w poglądach, stawia przed sobą odważniejsze cele badawcze?
AZ: Owszem, taki naukowiec ma wyobraźnię, ale nie z tego powodu, że czytuje fantastykę – po prostu ma taki rodzaju umysłu i dlatego lubi czytać sf. W młodym wieku w pewnym stopniu można sobie wyobraźnię wyrobić, ale podstawy dziedziczymy jako cechy czy predyspozycje. Przy czym trzeba wyraźnie powiedzieć, że czytanie fantastyki nie jest warunkiem bycia dobrym naukowcem. Co do pierwszej części pytania – rola dydaktyczna literatury science fiction skończyła się bodajże w latach 70-tych ub. wieku, dziś do zrozumienia Egana czy Wattsa trzeba być nieźle przygotowanym na początku lektury, bo ich teorie budowane są od dzisiejszego stanu frontiers of science wzwyż.
JS: W początkach ubiegłego wieku wieszczono kres nauki, najpotężniejszym umysłom planety zdawało się, że poznanie dokładnej konstrukcji świata jest na wyciągnięcie ręki. Jak to widzisz dzisiaj?
AZ: Nie uznaję czegoś takiego jak „koniec nauki”, nauka będzie istnieć tak długo, jak ludzkość. Wygląda to tak, że każda odpowiedź rodzi szereg nowych pytań na wyższym poziomie i coraz wyraźniej postrzegamy niesłychaną złożoność i niejednoznaczność świata. Twierdzenia naukowców czy filozofów wyznaczających „koniec nauki” świadczą tylko o ich megalomanii – patrzcie, powiadają, oto sięgnąłem szczytów i postawiłem ostatnią kropkę w tym zdaniu. JA ją postawiłem.
JS: Nauka, niezależnie od dyscypliny, jest w gruncie rzeczy poszukiwaniem sensu naszego istnienia?
AZ: Nauka empiryczna nie sięga tak daleko – nie wartościuje, nie szuka też sensu istnienia, nadto nie obiecuje panaceum na choroby, totalnego spełnienia i wiecznej szczęśliwości. Są ludzie, którzy tego wszystkiego od niej oczekują, a potem są zawiedzeni i emigrują w równoległe światy okultyzmu czy baśni. Nauka wyznacza sobie zadania znacznie bardziej przyziemne, a mianowicie opisuje zachodzące zjawiska w sposób weryfikowalny (umożliwiający powtórzenie eksperymentu przez innych i gdzie indziej), a jej teorie są falsyfikowalne (mogą zostać zastąpione przez lepsze, lepiej opisujące rzeczywistość). Tak rozumiana nauka w pewien sposób porządkuje i objaśnia świat, ale obawiam się, że od tych cząstkowych odpowiedzi do znalezienia sensu istnienia droga wiedzie przez nieskończoność.
JS: Fizycy mają swój sen o „teorii ostatecznej”, medycyna pokłada ogromne nadzieje w konsekwencjach rozszyfrowania ludzkiego genomu, a co dziś jest Świętym Graalem chemików?
AZ: W tej chwili najciekawsze rzeczy dzieją się na styku, w obszarach interdyscyplinarnych. Wszak można powiedzieć, że to fizycy wymyślili genetykę, a obecnie biochemia, chemia i genetyka mają potężne wspólne terytorium. Wczoraj chemicy nauczyli się abecadła, a dziś uczą się czytać w elementarzu materii ożywionej, bo to jest zaawansowany kurs chemii. Do najciekawszych zagadnień należy matematyczne modelowanie aktywności biologicznej związków oraz konstrukcja sztucznych enzymów, które przyspieszą reakcję miliony razy i przeprowadzą ją w niskiej temperaturze, na dodatek stereospecyficznie – czyli tak ustawią atomy w przestrzeni, jak będziemy chcieli. Do tej grupy można zaliczyć projektowanie nowoczesnych środków leczniczych, które niebawem będą dobierane indywidualnie do genomu pacjenta. Brzmi to jak fantastyka, ale, jak widać, nauka zazwyczaj wyprzedza fantastykę, uciekając w innym kierunku niż antycypowany.
JS: Tempo rozwoju cywilizacji zdaje się odbywać z przyspieszeniem niemożliwym do okiełznania, niosąc zagrożenia, o jakich nie śniło się ludzkości w poprzednich epokach: zanieczyszczenie środowiska, wyczerpywanie się źródeł energii, uzależnienie od zaawansowanych technologii czy choćby uodparniające się na antybiotyki bakterie. I nieustanne konflikty, gdy broń nuklearna jest coraz groźniejsza i bardziej dostępna. Przyznam, że sam jestem pesymistą – doświadczenie uczy, że jeśli coś jest możliwe do zrobienia, to ludzi nic nie powstrzyma przed zrobieniem tego. Tak, tu jestem zdecydowanym pesymistą. Czy widzisz dla naszego gatunku jakąś szansę przetrwania?
AZ: Ludzi, którzy załamują ręce nad przyszłym losem świata i za wszystko winą człowieka, nazywam kasandrystami i totalnie się z nimi nie zgadzam. Sam uprawiam tzw. futurologię historyczną, a więc najpierw oglądam się przez ramię, zanim spojrzę przed siebie. Ludzkość od zarania swoich dziejów rozwija się raz szybciej, raz wolniej, czasem się nieco cofa, ale w sumie idziemy do przodu – niewątpliwie żyjemy według coraz bardziej humanitarnych wzorców, mamy technologię uwalniającą nas od ciężkiej pracy fizycznej i żmudnej pracy obliczeniowej, żyjemy coraz dłużej i mamy coraz lepszą medycynę. Twierdzenia, że nadchodzi jakiś punkt krytyczny, że cywilizacja się załamie, że życie ulegnie unicestwieniu lub jutro w południe nastąpi koniec świata – nie mają nic wspólnego z logicznym prognozowaniem, raczej należą do negatywnego myślenia życzeniowego lub do dystopijnej fantastyki. Na wszystkie postawione w pytaniu zagadnienia wyczerpująco odpowiedziałem w mojej książce „Jak NIE zginie ludzkość” – wciąż do kupienia (Solaris, inne księgarnie internetowe), zapraszam do lektury.
JS: Świetnie odnajdujesz się zarówno w dłuższej formie, jak i w krótkich utworach. Do moich ulubionych należy zbiór opowiadań „Śmierć ma zapach szkarłatu” – zadziwiający niezwykłą wyobraźnią i swobodą w rozpychaniu ram gatunku. Czy skłonność do eksperymentów literackich jest Twoją naturalną cechą, wynikłą ze sposobu pojmowania procesu twórczego?
AZ: Dzięki za dobre słowo, ale jako pisarz lepiej czuję się w krótszej formie, do powieści chyba nie starcza mi cierpliwości. Stąd tak mało mam w dorobku powieści, a opowiadań ponad 70. Lubię eksperymentować, ale nie z formą, ta została już optymalnie wypracowana przez pokolenia pisarzy, aby najlepiej porozumieć się z czytelnikiem. Co do treści, to staram się pracować tak, aby nie nużyć ani czytelnika, ani siebie. Wszak po to piszę, żeby eksplorować nowe światy.
JS: Lwia część fabuły „Białego roju” dzieje się w rzeczywistości wirtualnej. Na ile jest to chwyt literacki uatrakcyjniający przekaz, a na ile przewidywany przez Ciebie kierunek rozwoju ludzkości? Czy przestrzeń wirtualna jest potencjalnie zdolna splątać się z realną?
AZ: No, może to nie jest „lwia” część, tylko kawałek lwiego ogona. Już jesteśmy świadkami splątania się tych rzeczywistości. Mościmy sobie przestrzeń życiową, zapełniając ją urządzeniami technologicznymi dbającymi o ciało i gadżetami dbającymi o umysł, tak naprawdę każde urządzenie stanowi w jakimś stopniu taki gadżet. Czym bardziej technologia oddziela nas od natury, tym głębiej wciąga nas świat wirtualny cywilizacji i technologicznej, i kulturotwórczej. Za 100 lat większość czasu będziemy spędzać w przestrzeni VR, np. wykonując pracę w symulowanym otoczeniu, i będzie to zupełnie normalna sytuacja. Podobnie z wakacjami, bo więcej kompatybilnych z rzeczywistością doznań da się wygenerować niż przeżyć w realu, ciągnąc umęczone ciało po górach i dolinach. No jasne, wysiłek fizyczny też wygenerujemy.
JS: Wygenerowanie świadomości w nieożywionym z definicji komputerze jest kwestią komplikacji układu? Czy w ogóle moglibyśmy tę świadomość dostrzec, stosując na przykład test Turinga?
AZ: Pogląd na te sprawy jest kwestią wiary. Osobiście nie wierzę w obudzenie świadomości w maszynie, bo maszyna działa na zupełnie innej zasadzie niż mózg. Mowa o świadomości, jaką my sami mamy, i o znanych dziś maszynach. Ogólnie rzecz biorąc, nawet nie potrafimy ściśle zdefiniować pojęcia świadomości, a o pracy mózgu wciąż dowiadujemy się nowych rzeczy. A więc wszelkie dywagacje na te tematy są dziś czystej wody fantastyką, podobnie jak rozważanie przeniesienia ludzkiej świadomości do maszyny.
JS: Pasje. Sprawiasz wrażenie niespokojnego ducha, któremu mało zgłębiania zagadek mikrokosmosu, więc oddaje się nurkowaniu, penetruje wulkany, pisze książki, popularyzuje naukę, podróżuje i zatrzymuje czas w fotografii. A ludzie często niewiele robią ze swym życiem, uciekając się do prostych wymówek, sprowadzających się do braku czasu i pieniędzy. Co byś im poradził?
AZ: Nic im nie poradzę, bo nie można (i nie wolno) uszczęśliwiać ludzi na siłę. Próbowałem i rezultaty były zdecydowanie niezadowalające. Więc nie zamierzam nikogo gwałtem uprowadzać np. na Islandię i kazać mu podziwiać ogrom wodospadu Godafoss czy roztkliwiać się nad zapachem pobliskiej tundry w słońcu. Natomiast powinno się uwrażliwiać dzieci na bogactwo doznań, które mogą stać się ich udziałem, a także informować dorosłych o możliwościach eksploracji świata, który jest tak blisko, jest tak ciekawy, a na dodatek jest nam dany tylko raz, i to na krótko. A więc niczego nie należy odkładać na później bez ważnych powodów.
JS: Wszyscy marzą, choć nie wszyscy się do tego przyznają. Aktorzy chcieliby zagrać Hamleta, Kowalski, jadąc rano do pracy, tysięczny raz przeżywa scenę, gdy po zgarnięciu rekordowej wygranej w totku, na oczach wszystkich współpracowników pluje szefowi do kawy i macha mu przed nosem biletem na Karaiby. A o czym marzy Andrzej Zimniak pisarz, A. Z. naukowiec i A. Z. człowiek żyjący tu i teraz?
AZ: No tak, mam w sobie kilka schizofrenicznych osobowości i każda domaga sie swego. Szefowi w twarz nie napluję, bo lubię swoją pracę i bez niej czułbym się niespełniony. A na Karaiby i tak mogę się wybrać, do tego nie zawsze trzeba rekordu w totka. AZ-pisarz chciałby najpierw dokończyć powieść, a potem napisać kilka opowiadań, których pomysły nachodzą go bladym świtem. O wielkiej sławie nie marzy, bo wyżej ceni wolność, wystarczy mu popularność, jaką już ma. AZ-naukowiec chciałby dowieść realności alternatywnej biologii, w której ewolucja realizuje się nie przez eliminację jednostek w procesie periodycznym, lecz przez monotoniczne zmiany osobnicze w procesie ciągłym. Mówiąc po ludzku, nigdy byś nie umarł, ale po 100 latach zmieniłbyś się we własnego wnuka. Pytanie, czy jest to już wieczne życie, czy wciąż śmierć, tyle że rozłożona na raty? Według mnie bardziej wieczne życie, bo udałoby się odpędzić kostuchę, która dziś nagle jednym cięciem skraca człowieka o głowę. AZ-eksplorator chciałby obejrzeć wulkany hawajskie i afrykańskie (naprawdę niesamowite!). AZ-fotograf chętnie pstryknąłby kilka zdjęć Ziemi widzianej z Księżyca, AZ-warszawiak pragnąłby odlecieć na zimę do ciepłych krajów, a AZ-mężczyzna wymyśla (jak żona nie patrzy) kobietę, która byłaby partnerką na wszystkich uprawianych działkach. Oponenci uznają to ostatnie zajęcie za tyleż jałowe co bezsensowne, wszak partner idealny uczyniłby zbędne wszelkie inne kontakty, co prowadziłoby w prostej linii do zjadania własnego ogona.
JS: Wspominasz, że chciałbyś dokończyć powieść. Uchyl rąbka tajemnicy – o czym ona będzie?
AZ: Strasznie nie lubię mówić o własnej twórczości, bo wtedy próbuję naraz wcielić się w nadawcę, odbiorcę i krytyka. No dobrze – będzie o życiu za 1000 lat, o rodzajach miłości, przysiędze Hipokratesa, powołaniu mesjasza, męce wiecznego trwania, o rewolucyjnym gwałcie na ewolucji. I o kilku innych sprawach, jak np. pojęciu mniejszego zła. Chyba powiedziałem o kilkanaście słów za dużo, albo o kilkanaście zdań za mało. Niech tak zostanie.
JS: Z niejakim zdumieniem i podziwem odkryłem, że pisujesz fraszki, w dodatku mocno nieuczesane. Czy mogę poprosić o taki mały prezencik dla czytelników Qfantu?
AZ: Ależ oczywiście. Cieszę się, że ktoś od czasu do czasu te fraszki zauważa, choć nie stanowią one liczącego się nurtu w mojej twórczości – są raczej produktem nieco rubasznego humoru, który czasami mnie nawiedza. Sądzę, że m. in. śmiech odróżnia nas od zwierząt, chociaż podobno widziano śmiejące się szympansy, a delfiny chichoczą po swojemu szorując brzuchami po żwirowatym dnie. Tak czy inaczej, śmiejmy się jak najwięcej, bo to ubarwia życie. Mam w planach wydanie tomiku fraszek z ilustracjami typu karykatury autorstwa Krzysztofa Trzaski, więc publikacja kilku utworów w sieciowym Qfancie będzie stanowić dobrą zapowiedź.
JS: Dziękuję serdecznie za poświęcony czas i życzę w imieniu redakcji oraz czytelników Qfantu mnóstwa sukcesów na polu literackim i naukowym.
AZ: Ja również dziękuję za zaproszenie na łamy Qfanta.
|
|
|
Wywiad przeprowadził Krzysztof Głuch
Wywiad kończyliśmy jesienią 2009, w grudniu był po redakcji, a ukazał się w Czasie Fantastyki (1/2010, 28).
Nie jestem pewien, kto był pomysłodawcą tego wywiadu: Maciej Parowski czy Krzysztof Głuch, jednak zagadnął mnie w tej sprawie Krzysztof. I to ponad rok przed zakończeniem pracy, więc było dużo czasu na zastanowienie. Wywiad wyszedł obszerny, chyba najdłuższy spośród wszystkich jakich udzieliłem. Przy tym dotyka również kwestii rzadko poruszanych, ponieważ Krzysztof zadał sobie sporo trudu i solidnie się przygotował, przeglądając moją twórczość i szykując naprawdę nietuzinkowe, inspirujące pytania.
Obok zamieszczam pełną wersję tekstu, jednak zapraszam także do czasopisma papierowego ze względu na archiwalne wspominkowe fotografie. |
GEN EPISTOLARNY Z ANDRZEJEM ZIMNIAKIEM O WIEKU CHRYSTUSOWYM, STUDNI GRAWITACYJNEJ, POSTCZŁOWIEKU, ŚWINTUSZENIU I TUZINACH OPOWIADAŃ ROZMAWIA KRZYSZTOF GŁUCH Krzysztof Głuch: Andrzeju, możemy mówić o trzech dekadach twojego aktywnego pisania. Najstarsze teksty są z lutego ’79. Szmat czasu. Tyle ile ja oglądam świat. Andrzej Zimniak: Chętnie bym zrezygnował z jubileuszu za cenę cofnięcia się o te 30 lat, ale fizycy ociągają się z konstrukcją wormholi, w które bym się zmieścił. Trzeba cieszyć się z tego, co jest. Mamy okazję do podsumowań. KG: Ten okres to same przemiany - w polityce, literaturze, nauce, technologii, rynku wydawniczym. Jak autor, który rozpoczął pisanie w PRL odnalazł się na zakręcie dziejów lat 90-tych? AZ: Nie miałem dramatycznych problemów przystosowawczych w okresie transformacji ani przy okazji innych przełomów czy zmian mody, bo zawsze podążałem ścieżką o rozległym widoku, a odległe krajobrazy nie zależą od butów, w których się maszeruje. Choć buty oczywiście są ważne, żeby dojść do celu. KG: A jak zniosłeś sam moment transformacji i początku lat 90-tych? AZ: Był to moment trudny dla wszystkich autorów. Trudno było pisać, skoro nie było gdzie publikować. Ale, jak już mówiłem, było mi łatwiej niż wielu innym. Ci, dla których treścią była walka ze zniewoleniem komunistycznym - nagle stracili temat. KG: A czy gdzieś w tekstach z tego okresu nie ma rzeczywistości PRL-u? Znani ówcześni autorzy - Wunk-Lipiński, Oramus, Zajdel, w sposób alegoryczny nazywali i osądzali otaczający świat. Rok 82 albo 84 - zdawało się wtedy, że każdy chce strząsnąć z siebie ból rzeczywistości. AZ: Polityczne żale zrzucaliśmy z kumplami przy pół litrze, i takie odreagowanie zwykle wystarczało. Wiedziałem, że za oknem trwa stan przejściowy i do jego opisywania najlepiej nadaje się publicystyka. A uniwersalizacja literacka wymaga dystansu, także czasowego, choć zawsze są wyjątki od reguły. RÓWNOLEGŁYCH ŚWIATÓW CZAR Mam w dorobku zaledwie kilka tekstów ocierających się o politykę: „Piąta pora roku”, „Dwa litry życia” (oba bodajże tłumaczone na białoruski), „Piękna i bestia”, może w pewnym stopniu „Opus na trzy pociski”. Wyraźnie nie mój rewir, ale zajrzałem z ciekawości. Lubię różnorodność, wręcz potrzebuję jej do życia, nie tylko w literaturze. KG: Mam wrażenie, że raz podążałeś za trendami swoich czasów, a kiedy indziej wyprzedzałeś je o dekady. AZ: Koniunkturalizmów u siebie nigdy nie widziałem, ale człowiek nie ma do siebie dystansu. Na pewno świadomie ich nie prokurowałem. To, co chcę powiedzieć czytelnikowi ważniejsze jest od tego, co on chciałby ode mnie usłyszeć - i zawsze tak było. Wielu pisarzy szczyci się umiejętnością sprostania każdemu zamówieniu - ja nawet tego nie próbowałem. KG: Debiut w wieku 34 lat? Wcześniej nie było okazji? Nie pisałeś będąc studentem? AZ: W wieku 33 lat zacząłem pisać teksty drukowalne. Wiek chrystusowy - czy trzeba więcej tłumaczyć? Wie się już trochę o życiu, a świat leży u stóp. KG: No a skąd chęć pisania? AZ: W ludziach, którzy piszą, we mnie chyba również, tkwi coś, co nazwałbym genem epistolarnym. Nie mówię o sytuacji zewnętrznej, perswazji cudzej bądź nawet własnej, ale o wewnętrznym imperatywie. Pisanie od zawsze sprawiało mi przyjemność, pisaniem łatwiej mi się wyrazić niż mówieniem. KG: Od razu trafiłeś w obszary fantastyki? AZ: Uważam, ze 95% naszych predyspozycji dziedziczymy. I między innymi albo się lubi fantastykę, albo się jej nie znosi. Nie znam człowieka, który byłby „trochę” fantastą. Tak jak nie można być „trochę” w ciąży. To, co piszę, jest w różny sposób nasycone fantastyką, pisząc czuję dreszcz towarzyszący odwiedzaniu światów równoległych. Ale nie czytam wyłącznie fantastyki. Stosuję płodozmian. KG: Jaki wpływ wywarła tu uczelnia techniczna i fakt, że debiutowałeś w czasopiśmie „Politechnik”? AZ: Samo środowisko akademickie raczej nie miało wpływu na moje pisanie. Ale pomogło mi ścisłe wykształcenie. W POSZUKIWANIU FORMUŁY ŚWIATA Bez niego mniej wiedziałbym o materialnym świecie. Choć zarazem pisanie było ucieczką od nauki i naukowego oglądu. KG: A czy Twoje wykształcenie było wyborem ideowym? AZ: „Ideowość” można różnie interpretować. Wybierając kierunek studiów, chciałem poznać fragment świata w sposób jednoznaczny. Nauki humanistyczne wydawały mi się mało jednoznaczne. Chciałem formuły świata wolnej od wpływu trendów, mód, polityków. W fizyce i matematyce takich wpływów nie ma, ale już na przykład w biologii trwa pozamerytoryczna dyskusja, jaki procent cech dziedziczymy, a jaki jest nabyty. KG: Wybrałeś jednoznaczność, ale w ograniczonym zakresie. Nie da się opisać człowieka bez nieprecyzyjnych nauk humanistycznych czy polityki. AZ: Oczywiście. Między innymi dlatego piszę. Nauka, na takim poziomie, na jakim ja ją uprawiam polega na wyświetlaniu obrazków, wynajdywaniu i opisywaniu podstawowych zależności. Praca analityczna. Jeżeli chodzi o syntezę, to w naukach ścisłych zaszczyt syntetycznego zebrania wniosków przysługuje jedynie noblistom. W literaturze mogę dokonać syntezy nie będąc noblistą. Tam jestem panem świata. KG: Twój pierwszy zbiór „Szlaki istnienia” to książka jak na serię „Stało się jutro”, dość obszerna. Jednocześnie to typowy debiut. Opowiadania krótkie, koncepcyjne. Takimi krótkimi formami zaczynał Zajdel, Ziemkiewicz, Dębski. Czułeś, oddając tekst do druku, że zamykasz startowy etap pisarstwa? AZ: To były bardziej konspekty opowiadań, ale tak się zwykle debiutuje. Myśl skondensowana, wychodziła ze mnie niecierpliwość, żeby się jak najszybciej wyrazić. Naturalnie, potem przyszedł czas na wygadanie się w dłuższych formach, jak „Homo determinatus”, „Pod ochroną” czy „Po tamtej stronie”. Jednak solidna powieść wymaga od autora hipergadulstwa, której to cechy nigdy nie posiadłem w zadowalającym stopniu, stąd „tuziny, tuziny opowiadań”, jak z przekąsem napisał Dukaj. Za dawnych lat machnąłem 160 stron powieści o kosmicznych wilkach i zdobyciu Paryża przez Sowietów, aż nagle straciłem dla niej zainteresowanie, jeszcze pewnie leży gdzieś w stercie rękopisów. Jako pisarz najlepiej czuję się na krótkim dystansie (50 stron), jako czytelnik na średnim (200-300), zaś czytelnicze uczestnictwo w maratonach (pond 500) uważam za zajęcie jałowe. Zazwyczaj, bo bywają wyjątki. KG: To trochę pod prąd trendów. AZ: Pisanie dzieł cegłopodobnych byłoby dla mnie porównywalne z obozem pracy o zaostrzonym rygorze. Jako pisarz lubię coś przekazać, błysnąć myślą jak diamentem, ale jak szukać diamentów w erupcji błotnego wulkanu, zalewającej pół kontynentu? Niestety na rynku zaczyna dominować szczególny rodzaj literatury: epicko-kuglarskiej, takie igrzyska bez końca, nie chodzi o przekazanie czegoś, lecz bezwysiłkowe, neuronopasywne spędzanie czasu. KG: A jak się prezentował wydawniczo twój pierwszy tom opowiadań? AZ: Standardowy nakład dla takiego tomiku wynosił 30 000 egzemplarzy. Natomiast honorarium z tej książki stanowiło kwotę mojego rocznego wynagrodzenia na Politechnice. Wynagrodzenie wtedy ustalano centralnie. Wydaje mi się, że w Komitecie Centralnym PZPR jakiś odpowiedzialny za kulturę dyrektor departamentu ustalił że w ciągu miesiąca pisarz powinien napisać jeden arkusz wydawniczy, czyli szesnaście stron standardowych. Za ten arkusz powinien dostać pensję nauczyciela. Czyli wyjąwszy weekendy i poniedziałki przeznaczone na leczenie kaca, pisarz powinien produkować jedną stronę dziennie. Nakład podstawowy ustalany był zwykle na 10 tysięcy egzemplarzy, jego wielokrotności owocowały podniesieniem honorarium, nie proporcjonalnym, ale istotnym. Wtedy też rozważałem przejście na wyłączne pisanie, bo można było bez większego wysiłku z tego wyżyć. Na szczęście mój anioł stróż czuwał, inaczej po transformacji popadłbym w ubóstwo. Z POWROTEM NA ZIEMIĘ KG: Debiutujący Zimniak opisywał kosmiczne stworzenie, życie jako ziarno roznoszone po kosmosie („Konstrukcja”, „Kuracja”, „Korona Życia”, „Numen”). Czasem wygrywa siła wyższa a ludzie są marionetkami, czasem to ziemski punkt widzenia mierzy się z kosmicznym imperatywem. Później zupełnie ten pomysł został porzucony, obcy znikają i Zimniak rozważa jak to się ludzkość rozchodzi po Wszechświecie. AZ: No cóż, nie zawsze się pisze o tym samym. Kiedyś pociągał mnie temat demiurgów, Obcych kształtujących nas w sposób niezauważalny. Wobec tego, że żadnych śladów życia w kosmosie nie wykryto, temat wydał mi się jałowy. Dlatego zwróciłem się w stronę człowieka, jego wnętrza, psychiki. KG: Zwróciłeś się jednocześnie do wnętrza człowieka, ale też na zewnątrz Ziemi. AZ: Tak, niekoniecznie w literaturze, bardziej w publicystyce, rozważam możliwość opuszczenia naszej planety przez życie. Zastanawiam się nad tym w aspekcie sensu istnienia cywilizacji. To byłoby ładne zwieńczenie naszej działalności. Nie jestem stuprocentowym materialistą, uważam, że są rzeczy niewytłumaczalne, i zastanawiam się nad celowością ewolucji. Na przykład przerostu ludzkiego mózgu nie traktuję jako wypadku przy pracy, niepotrzebnego garbu. Mam nadzieję, że jest w nim jakaś długodystansowa celowość, która pozwoli na pokonanie studni grawitacyjnej i wydostanie się w kosmos. KG: Określenie „studnia grawitacyjna” jest Twoje? AZ: Przecież to fizyczne sformułowanie. KG: Ale w filozoficznym kontekście użyłeś go chyba po raz pierwszy. Człowiek, jako robak pełzający po ścianach studni. Ładne. Wracając do debiutanckiego zbioru - czy Nick w tekście „Schronisko”, który odbiera różowy promień z dalekich światów to polski Dick? AZ: Absolutnie nie, to przypadkowe podobieństwo nazwisk. Nie widzę innych punktów stycznych. Mój bohater nie doświadczał Boga, ale oddziaływań kosmicznych. KG: W zbiorze „Homo Determinatus” widać nowy motyw przewodni - fascynację paranauką, podświadomością, telepatią, psychokinetyką, jasnowidztwem. Takie są „Zręby władzy”, „Pojedynek”, „Po tamtej stronie”, „Pod ochroną”, „List z Dune”, nawet późniejsza „Marcjanna i Aniołowie”. Wygląda to na ścieżkę, z której SF szybko zeszło. Ale wyrzekł się tego chyba też sam Zimniak, pisząc w „Jak nie zginie ludzkość”, że takie spirytystyczne rozważania to pobożne życzenia. AZ: Inaczej patrzę na ten motyw, zresztą chyba po raz pierwszy tak go odczytano. Odczuwam niechęć do wszelkich paranauk, spirytualizmów, praktyk new-age'owych, ufologizmów, zjawisk psychokinetycznych, prekognicyjnych i wróżbiarskich, z laniem wosku włącznie. Dlatego nic z tego nie ma w mojej twórczości. Bywają natomiast pozornie podobne antycypacje naukowe, często silnie alegoryczne, na usługach przenośni filozoficznej, czasem odczytywane jako naukowa magia. ALE W KOMINIE CZASEM COŚ ZAŁKA Komunikacja pozawerbalna na odległość w moich tekstach zwykle oznacza zniewolenie, a warunki dla niej muszą być szczególne (umysły kriogeniczne, kontakt z Obcymi). Ale zastrzegam, że interpretacja utworu należy do odbiorcy, autorowi wara od autoanaliz! KG: Ależ ja tych paranaukowych interpretacji nie wziąłem tylko z głowy, ale też z okładki Twojej książki - „szczególne zainteresowanie autora skupia się na marzeniach sennych, telepatii i telekinezie”. AZ: Tak mi to ktoś niestety wpisał. Ale istnieją zjawiska, niepotwierdzone naukowo, które pozostają niewyjaśnione. Na przykład wspólne odczucia dwóch osób na odległość. Sam miałem taki zagadkowy przypadek, kiedy przechodziłem ulicą obok wieżowca przy silnym wietrze. W pewnym momencie poczułem impuls, żeby biec. Postąpiłem irracjonalnie, rzuciłem się do przodu, a za mną z olbrzymim hukiem rozbiły się butelki wody mineralnej, które spadły z balkonu na dziesiątym piętrze. Nie sądzę jednak, aby to zjawisko reprezentowało paranaukę, raczej przedproża nauki. KG: Szczery podziw - większość ludzi uznałaby to za szarpnięcie Anioła Stróża, a Ty mówisz o przedprożach nauki. Wróćmy do tekstów. „List z Dune” (motyw osady oblężonej przez strachy z lasu), oraz „Enklawy szczęścia” (ślepiec opuszczający odizolowaną osadę) - posługują się rozwiązaniami fabularnymi podobnymi do późniejszego filmu Shyamalana „Osada”. AZ: Nie znam tego filmu. Kino mnie niezbyt zajmuje. Kryzys przesłania intelektualnego zaczął się tam znacznie wcześniej niż w literaturze, a efekty specjalne ciekawią mnie sporadycznie. KG: Tekst „Enklawy szczęścia” pochodził z trzeciego zbioru „Opus na trzy pociski”. Fenomenalny opis świata ślepego człowieka, który nie wie, że czegoś mu brakuje, nie zna swoich granic, ale je przekracza. AZ: Pamiętam interesujące doświadczenie, jakim było pisanie „Enklaw szczęścia” - musiałem wczuwać się w bohatera, któremu od urodzenia brakuje zmysłu wzroku, i w szczególny sposób przekazywać jego percepcję świata. Ciągle poprawiałem tekst, bo odruchowo wciskały mi się obrazy. Ale w rezultacie czytelnik dopiero po jakimś czasie domyśla się, że bohater jest niewidomy. Chciałem też pokazać człowieka, który przekracza bariery, a nasz poziom jest dla niego etapem przejściowym. Najważniejsze było pytanie, czy wolno i należy nieświadomemu ułomnemu pokazać jego ułomność? Czy taka prawda zwiększy, czy zmniejszy entropię świata? To chciałem przekazać, ale po raz kolejny powtarzam, że deszyfracja utworu należy do czytelnika. KG: Odnoszę wrażenie, że bliskie Ci jest credo spisane w tekście „Samotny myśliwy”, że pomimo apragmatyczności rozmaitych dziwnych poszukiwań, ich braku wpływu na rządzące człowiekiem popędy prokreacji, władzy i posiadania, należy sięgać marzeniami hen, hen. AZ: Rzeczywiście, zawsze pociągały mnie sprawy bardziej uniwersalne. W „Samotnym myśliwym” chciałem pokazać człowieka który poszukuje czegoś, co przekracza pojmowanie urzędników, w tym decydentów, a jeśli nawet nie, to ci decydenci pragmatycznie odwracają się plecami. A jak już znajdzie to usiłuje o tym powiedzieć światu. Podobna sytuacja spotyka bohatera „Białego roju”. Marzenia, wyobraźnia - one generują rozwój naszego gatunku, więc są mentalnymi witaminami. Niewielu posiada te cechy, a także chce je wykorzystać, ale tylu wystarczy. Wyobrażasz sobie społeczność złożoną z samych poetów? Od political fiction nie uciekałem, jeśli zawdzięczałem jej refleksje mniej tymczasowe. W ostatniej powieści „Biały rój” sięgnąłem po horyzont stu lat. Dla mnie to jest bliski zasięg, dla innych może daleki. KG: Częsty Twój motyw to fascynacja dźwiękiem i muzyką, która może stanowić fundament działania wszechświata. Od króciutkiego „Thor” i „Woń nenufarów”, przez późniejsze „Opus na trzy pociski” do „Marcjanny i Aniołów”. Czy to jest czysta erystyka, pomysł literacki, czy też żywisz jakieś przekonanie o wyjątkowej pojemności zjawiska muzyki? AZ: Ciekawe spostrzeżenie. Nie, sama muzyka nie jest środkiem przekazu, który bym przeceniał, raczej tego pojęcia używałem jako metafory harmonijnego i nieco transcendentnego sposobu kontaktu. Na przykład dwie cywilizacje mogą się tak niewerbalnie porozumiewać. Muzyka - czasem, niestety rzadko - dotyka u mnie bezpośrednio bardzo wrażliwych receptorów odczuwania i emocji, ale muzyka nie ma na to wyłączności, podobnie może działać widok górskiej przepaści czy rozgwieżdżonego nieba w sierpniową noc. Nie jestem specjalnie muzykalny, ale czasami muzyka potrafi wprowadzić mnie w stan psychodeliczny, transcendentny. Zgoła inaczej mają ludzie muzykalni, sporo jest wśród nich matematyków i fizyków - oni nie odbierają muzyki emocjonalnie, raczej „technicznie” -rejestrują oryginalnie uporządkowane formacje dźwięków. KG: Spytam cię o rakiety - w czasach kiedy stanowiły kanon sztuki fantastycznej i zatrważająco dużo tekstów traktowało o środowisku pilotów statków kosmicznych, to Zimniak wolał chodzić po umysłach, eksplorować tajniki psychologii. I jedyne klasyczne teksty rakietowe to króciutkie „Łowcy meteorów”, „Umarł w butach” i „Samotny myśliwy”. AZ: Moje teksty literackie raczej nie są „literaturą rakietową”. Jako się rzekło, uciekałem od opisów nauki, technologii, chemii. Chociaż pewne ciągotki kosmiczne miewam. Chętnie bym poczytał jakiegoś nowo-Lema, ale na to przyjdzie poczekać jeszcze ze 30 lat, a więc tę lekturę z żalem zostawiam młodszym. CZŁOWIEK BEZ GRANIC? KG: Kolejny temat „made by Zimniak” to postczłowiek. Opisałeś już wiele modeli postludzi: człowiek zrodzony z krowy, człowiek w ciele owada, człowiek jako Obcy, człowiek odtworzony z tkanek, wygenerowany z sieci informatycznej, ukształtowany genetycznie. Z jakim uczuciem o tym piszesz? Tak daleko idące możliwości człowieka to jego triumf, czy gorzki upadek? AZ: He, he, niezła kolekcja. Tyle, że ja raczej staram się nie wartościować opisywanych zjawisk. Człowiek majstruje przy wszystkim dookoła, jak i gdzie się da, więc czemu miałby nie zrobić czegoś z sobą, skoro tylko będzie potrafił? Zaczął 20 tysięcy lat temu od malowania twarzy kolorową glinką, potem narzucił skórę niedźwiedzia, (przez co wyłysiał i stracił grzejącą warstwę brązowego tłuszczu, dzięki któremu foki mogą nurkować pod lodem). Mężczyzna dorabiał sobie paradnego kutasa z bambusa, a kobieta mechaniczne wydłużyła szyję, deformowała stopy (żeby pozostały małe) i farbowała włosy. Potem wypełniano zęby, wstawiano rozruszniki serca, wymieniano stawy, ingerowano w gospodarkę hormonalną. KG: A co teraz w modzie? AZ: Zanim wyprodukujemy mechaniczne czy bioorganiczne organy zastępcze, rzucimy się na genotyp - to niebywała gratka, bo można wszystkim sterować. W literaturze rozważam nieco bardziej wyrafinowane projekty - krowa, po stymulacji hormonalnej, pewnie mogłaby być surogatką (matką zastępczą), i raczej nie procesowałaby się o dziecko. Pewnie jednak praktyczniejsze okażą się macice z polietylenu uszlachetnionego estrogenami. Inna sprawa - czy można przeszczepić ludzką świadomość, czy to do innego nośnika biologicznego, czy do sztucznej sieci neuronalnej? Czy taki układ byłby nadal definiowalny jako ludzka świadomość, a jeśli tak, na ile byłby świadomością odmienną? To są pytania - ostrzeżenia, warto zawczasu myśleć nad odpowiedzią. Odtwarzanie - zmartwychwstanie - człowieka, nad tym pracuje literatura od zarania. Jeśli będziemy mogli to robić, czy zrobimy? W imię czego? Znów zastanawiam się, wszak mam wykształcenie ścisłe - w ilu procentach odtworzymy oryginał, to znaczy jak duże odchylenie od oryginału będzie dopuszczalne? Już teraz można byłoby pogadać z duchem dziadka przez telefon, jakby pozostała o nim wystarczająca liczba danych i jakby zdolny informatyk przyłożył się do pracy. Póki co jakoś nie widać chętnych. Spodziewam się, że żadnych granic nie będzie. Człowiek pójdzie tak daleko, jak to będzie technologicznie możliwe. Sięgnie po każdy owoc z drzewa wiedzy. KG: Tylko czy sięgnie dla siebie, czy dla innych. Terrorysta wszczepiony w ciało owada w „Śmierć ma zapach szkarłatu” został zmuszony do takiego przeobrażenia. Trudno mi wyobrazić sobie ludzi podobnie poddających się eksperymentom. Można liczyć jedynie na skazańców i noworodki. AZ: Ludzie mogą tego chcieć, jeżeli okaże się to korzystne. Na przykład przeszczepienie świadomości w układ elektroniczny może zapewnić nieśmiertelność. Jestem przekonany, że ustawią się długie kolejki do gabinetów wzmocnienia fizycznego, intelektualnego, emocjonalnego. To kiedyś będzie normą, jak dziś łykanie witamin. KG: No właśnie, taki los spotkał bohatera „Homo determinatusa”. Jego psychikę wyhodowano i zapisano w bazie danych wywiadu w celu wielokrotnego użycia w określonych misjach. Czy takie zdeterminowanie człowieka daje mu wolność, czy właśnie zniewala go poprzez mnożenie środków manipulacji? AZ: To trudne pytanie. Bohater tego opowiadania poczuł się ograniczony dopiero po wykonaniu swojego zadania, gdy dowiedział się, że jest egzemplarzem wyprodukowanym. Ale my też nie mamy pewności, że nie jesteśmy wyprodukowani. Czujemy się wolni, ale to może być iluzja. KG: Zimniaka nie opuszcza też motyw miłości, co mu się chwali, bo to przecież literatura bez uczuć byłaby niepełna. Ale traktuje czasem miłosne podboje (przeważnie z przedstawicielkami odmiennych ras) jako sposób na emocjonalne podgrzanie tekstu, a czasem filozoficznie próbuje definiować, redefiniować miłość. I to już nazwałbym jego trademarkiem. AZ: Naprawdę coś takiego napisałem? Jakieś orgietki z Wenusjankami o trzech piersiach i pięciu pośladkach? Naprawdę nie pamiętam, ale chętnie przeczytam, może być ciekawe. STO IMION MIŁOŚCI KG: No dobrze, ale nie opuszcza Cię ten temat - „Miłosne dotknięcie” (miłość jako miłosierdzie), „Śmierć ma zapach szkarłatu” (ludzie poddani popędowi jak owady), „Przynieś mi serce Matki Teresy” (różne są objawienia się miłości, a poszukiwanie uniwersalnej miłości jest jak poszukiwanie zunifikowanej teorii wszystkiego). AZ: Zgadza się, nawet kiedyś zaszufladkowano mnie jako piewcę miłości. Miłość jest pojęciem pojemnym, a znaczeniowo zazwyczaj kieruje nas ku lepszym regionom duszy, uczynków, działania. Miłość pozwala przeżyć najsilniejsze pozytywne emocje, daje szanse na poszukiwanie sensu. Nie wierzę, że wynika z biologizmu, to raczej biologia wykorzystała jej potencjał. Piękny temat, można pisać i mówić o nim bez końca. KG: No to miło, że miłość jednak nie jest produktem feromonów. AZ: Zauważ, że altruizm podnosi przeżywalność. Jest biologicznie uzasadniony. Miłość do partnera pozwala wychować potomstwo, potem wnuki. Przyjaźń pozwala przeżyć w grupie. Miłość to zjawisko prawie zawsze pozytywne. I to ona może być fundamentem, nawet niekoniecznie w religijnych podtekstach. Feromony - być może są wyzwalaczem, ogniwem pośrednim. Czy ręka, która cię podtrzymuje, jest altruistyczna? Myślę o ścięgnach, mięśniach, kościach. KG: Od miłości blisko do seksu. U Ciebie jest ten seks, coraz bardziej oryginalny, szokujący. Miłość komara z kobietą, mężczyzny z samicą walenia. Najwięcej świntuszenia jest w ostatniej powieści „Biały rój”. Przenoszenie informacji w nasieniu, zapłodnienie wziewne przez rozpylenie muszek, sceny seksu publicznego uprawianego ze znudzeniem na campusowym trawniku. AZ: Zapomniałeś o scenie seksu ciężarnych matek zastępczych - olbrzymek, która wzbudziła najwięcej kontrowersji. Trochę świntuszenia jest jak przyprawa, więc powinno być. Ponieważ seks absolutnie i nierozerwalnie związany jest z wieloma aspektami miłości, więc skoro o niej piszę, seks też być musi. Zmienia się obyczajowość - to chciałem zilustrować seksem na campusowym trawniku - przyjmijmy, że to raczej humorystyczny obrazek oparty na liniowej ekstrapolacji trendu. Seks jest motorem ogromnej liczby zachowań, owady często giną w miłosnym tańcu, po spełnieniu swojej roli - to wykorzystałem w „Zapachu szkarłatu”. Jak widać, dziś bez seksu ani rusz. W przyszłości to może się zmienić. KG: Jest w Twojej prozie wizja ludzi beznamiętnych. Jeżeli pożądanie przestanie być potrzebne prokreacji, to czy pozostanie motorem ludzkości? Bohaterowie „Białego roju” jakby nie znali namiętności. Jedynie wyrzutkowie, ludzie eksperymentalni, półludzie zostali wyposażeni w uczucia. AZ: Seks i podział na płcie to ogromy wysiłek dla gatunku, niesłychana rozrzutność energetyczna, która w końcowym bilansie jednak się opłaca. Zastanawiam się, co stanie się z seksem jak ludzie wprowadzą niezależną technologię rozmnażania - np. spreparują geny o odpowiednich wybranych cechach, otoczą białkową wyściółką, umieszczą w wyhodowanej lub sztucznej macicy i po dziewięciu miesiącach (może tygodniach) wyjmą gotowego człowieczka. Czy ewolucja pozwoli nam na seks bez biologicznej potrzeby? A może już wtedy człowiek będzie architektem swojej ewolucji i na drodze genetycznych modyfikacji zafundujemy sobie super-seks? Takie przepowiednie rzadko się sprawdzają, zwłaszcza w szczegółach, ale dają do myślenia, co człowiek może zrobić z sobą samym. Przypuszczam, że za sto lat bio-replikatory staną się sprzętem tak powszechnym jak dziś wózki dla niemowląt, a ludzie będą się dziwili, że kiedyś mnożyli się jak króliki, a kobiety męczyły się z ciążą i porodem. Pod warunkiem, że będzie z czym porównać, bo króliki pozostaną przy starym sposobie rozpłodu. Kiedyś napisałem, że płeć trzeciego tysiąclecia będzie nijaka. KG: „Marcjanna i aniołowie” - Zaczyna się jak „Proces” Kafki wyrwaniem bohatera o nazwisku Grey z pieleszy. Bohater rusza w podróż w międzyświaty, w kraj postludzi. Czy pamiętasz jakie myśli cię napędzały gdy pisałeś tą pierwszą bodajże dłuższą formę? AZ: To było strasznie dawno. Świat, który przedstawiłem, stanowił skrzyżowanie tak wielu dróg, że do kosmicznych ekspedycji musiano brać ludzi jak do wojska, po uprzednich testach przydatności. NIEZNOŚNA LEKKOŚĆ SŁOWA Postanowiłem rozszczepić wymiar czasu - wszak czas nie biegnie jednakowo w różnych podwymiarach, jak biologiczny, kulturowy, historyczny, geologiczny. Światy równoległe polegały na tym, że w każdym owe strumienie czasu płynęły względem siebie inaczej, w innych wzajemnych proporcjach. Przy odrobinie szczęścia można więc było spotkać te same osoby w różnych epokach historycznych. Oczywiście głównie chodziło o miłość, o poszukiwanie jej na różnych poziomach rzeczywistości. KG: „Przynieś mi serce matki Teresy” - czy to jest SF, czy raczej czcze życzenia? Gildia genlordów, którzy potrafią siłą psychiki przemieszczać swoje cząstki przez najbardziej ekstremalne miejsca kosmosu. AZ: Nazwałbym to śmiałą alegorią naukową, która rzeczywiście ociera się o magię. Bardziej stonowane pomysły występują w „Białym roju”, w którym są modyfikacje genetyczne sterowane siłą woli. Jest to mało prawdopodobne, ale w świetle współczesnej nauki nie musi być czarami. KG: „Czterdziestu małych kochanków” - bardzo mi trudno zinterpretować ten tekst i postawić go jakoś w szeregu z pozostałą twórczością. AZ: Przykro mi, ale nie pomogę. Pod ten tekst odbiorca musi podłożyć własne życie, albo pożyć jeszcze trochę i przeczytać go ponownie. Jeden z czytelników czytał go trzy razy i za każdym miał inne skojarzenia. Wbrew pozorom jestem z tego dumny, bo w intuicyjnym akcie udało mi się stworzyć świat dostatecznie złożony, aby nie był interpretowalny wprost. Potrzebna jest własna twórczość czytelnicza, co jest wymogiem dziś niepopularnym. KG: „Śmierć ma zapach szkarłatu” - to opowiadanie znalazło się w pewnym nurcie militarnej fantastyki spod znaku Ziemiańskiego. Czy wyjątkowe dla Ciebie umiejscowienie akcji w etnicznym tyglu Europy to tylko fabularny pretekst? AZ: Nie inspirowałem się tu innymi. Wątek wydał mi się wygodny dla pokazania transplantacji psychiki żołnierza w owadzie ciało, ale europejski terroryzm to nie jest mój temat i nie mam zamiaru się w tym kierunku rozwijać. KG: Czy humorystyczne fantasy o przygodach Dragomira mamy odbierać w kategoriach żartu literackiego? AZ: Oczywiście że tak - pastisz fantasy na wesoło. Nie uważam tego gatunku za szczególnie nośny. Chciałem trochę pośmiać się ze sztampy, ale i oderwać się od innych tematów. Wszelkie eksperymenty, np. Enkel, wzięły się z pragnienia różnorodności. Autor też musi mieć frajdę, a ta może brać się z eksploracji różnych krain. KG: No właśnie, Enkel - bohater „Klatki pełnej aniołów”. Przyznajesz, że powstał on jako coś osobnego. I pewnie nieraz się spotykasz z pytaniem, skąd się wziął. AZ: No i nie wiem tak naprawdę, jak on powstał. Chciałem kiedyś napisać tekst antyklerykalny. Usiadłem i zacząłem pisać. Wyszedł Enkel, który nie jest antyklerykalny. Wręcz opisuje, jak można dojść do etyki chrześcijańskiej bez pomocy Kościoła. Enkel, pomimo że jest bandziorem, jednak reprezentuje dość wysoką moralność. KG: Inny bohater, inny typ historii, ale i inna narracja. AZ: Bardzo mi się to dobrze i szybko pisało. Wyjątkowo przy tych tekstach odżywałem po całodziennym uczelnianym znoju. KG: Opowiadania Enkelowskie do czegoś jednak zmierzają. Celem rozwoju tego bohatera jest stanie się pierwszym człowiekiem, który samodzielnie wydostanie się z Ziemi poprzez wspomnianą studnię grawitacyjną. To taka zapowiedź Twoich rozważań o podboju Kosmosu? AZ: Nie potwierdzam, być może tak jest, ale nie całkiem świadomie. Podbój Kosmosu, to temat, który rozważam raczej w publicystyce. A zakończenie zrobiłem takie, żeby pozostawić sobie łącznik na potencjalną drugą część Enkela. KG: A nie wydaje Ci się, że Enkel ukazał się za wcześnie? Kilka lat później, mógłby trafić do większej liczby czytelników i stać się prekursorem lżejszej, emocjonalnej, rozrywkowej fantastyki. AZ: Tu dotykamy problemu koniunkturalizmu, którym się nigdy nie kierowałem. Nie interesuje mnie to jak pisać, żeby dobrze się sprzedało. Mam inne źródło utrzymania. Enkel się sprzedał w całym nakładzie. Ale fakt, że dla tej książki i dla „Samotnego myśliwego” okres był nie najlepszy, nakłady schodziły długo. Podobnie schodzi „Biały rój”. KG: To przejdźmy do „Białego roju”. Twoja ostatnia powieść powstała w wartkim stylu, pozbawionym właściwej Ci poetyckiej refleksji. Specjalnie się ograniczałeś? AZ: Głównymi bohaterami są tam biotechnologia i biurokracja - wszak w sytuacjach nie ujętych w regulaminach dobrze rokują tylko działania nieformalne, bo urzędnicy i urzędy są bezradne. Co do poetyki - uch, gdybym napisał 300 stron poezji, kto by to przeczytał? Ale, serio - próbuję różnych chwytów, żeby nie było nudno. Tam dominuje ostra sensacyjna fabuła, ale starałem się też dodawać miękkie elementy. Najwięcej poezji było w moim debiucie. KG: W „Białym roju” dominuje katastrofizm. Wyróżniają się dwa naczelne zagrożenia ludzkości: zderzenie Ziemi z asteroidą lub epoka lodowcowa. Na podobne zwracałeś uwagę w publicystycznej książce „Jak nie zginie ludzkość”. AZ: Uważam, że powinno się mówić, także w literaturze, o realnych zagrożeniach dla cywilizacji. Asteroidy i zlodowacenia to jedne z najpoważniejszych możliwości. Mało kto zdaje sobie sprawę, że żyjemy w epoce lodowcowej, a trwające 10 tys. lat chwilowe ocieplenie (interglacjał) może się rychło skończyć, to wynika ze statystyki. Zderzenia sporych asteroid z Ziemią zdarzały się w przeszłości i będą się zdarzać, to tylko kwestia czasu. Część energii, traconej na jałowe spory i chwilowo modne badania powinniśmy przeznaczyć na obmyślanie i budowę zabezpieczeń. W razie ochłodzenia klimatu cała Polska aż po Tatry znajdzie się pod lodowcem o grubości 2-3 kilometrów. Czy jest u nas choć jeden naukowiec czy polityk, który poważnie myśli o tym problemie? NIE CHCEMY LOSU DINOZAURÓW Ale zwracam uwagę, że nie jestem katastrofistą. Uważam, że ludzie mają dosyć instynktu samozachowawczego. KG: W twojej powieści przetrwanie zależy od spisku i uporu garstki, a nie od pospolitego ruszenia środowisk naukowych. Czy ludzie będą w stanie zorganizować się w obliczu zagrożenia? AZ: Myślę, że tak. Jestem optymistą. Nie muszą się tym zajmować wszyscy. Wystarczy grupa naukowców czy polityków, którzy się przejmą problemem. Ale żeby poderwać ludzi, znaleźć środki, musi się coś wydarzyć. Ludzie są zbyt zajęci jałowymi lub modnymi sporami. Na przykład efekt cieplarniany. Wiadomo, że ocieplenie występuje, tak jak to było wielokrotnie w dziejach Ziemi. Poziom dwutlenku węgla był kiedyś pięciokrotnie wyższy niż dziś. Samo ocieplenie zaczęło się 80 lat przed epoką industrialną. Człowiek ma może promil wkładu w zmiany klimatu, z kretesem przegrywamy z takimi zjawiskami jak wybuchy wulkanów, wpływ lasów tropikalnych lub nawet falowanie oceanów. KG: W wyborze publicystyki „Jak NIE zginie ludzkość” zaskakiwałeś nagłe ujawnioną i oryginalną wiarą w futurologię. Ludzie przestali wierzyć w futurologię. AZ: Chyba rzeczywiście idę pod prąd. W tej książce pokazuję nie tyle wiarę w futurologię, co próby bezpiecznego jej uprawiania. Trzeba myśleć o różnych wariantach przyszłości i przygotowywać się do elastycznego reagowania. Czas w wymiarze technologicznym stale przyspiesza, możemy nie nadążyć umysłowo i mentalnie. Etyka wciąż staje przed terminalnymi wyzwaniami. Przewidywanie przyszłości może nas ćwiczyć w dopasowywaniu się do zmian teraźniejszości. Co do futurologii - to niejednoznaczna sprawa. Przepowiednie są zwykle chybione, bo wykonuje się je liniowo, przewidując bardziej ekspansywne i agresywne elementy współczesności. To tak jak z XIX-wieczną prognozą, że w wyniku rozwoju transportu w Londynie odchody końskie przykryją dachy domów. Przy uprawianiu futurologii staram się jednak nie skupiać na szczegółach, natomiast opieram się na odwiecznych trendach i dążeniach, jak np. ekspansja terytorialna, walka o dominację czy instynkt prokreacyjny. KG: Wymowa tej książki jest dwuznaczna. Katastrofy przedstawiono tam bardziej przekonywująco niż szanse ludzkości na ocalenie. Nazwałbym to krótkookresowym całkowitym pesymizmem, długookresowym niepoprawnym optymizmem. AZ: Hurra-optymizm byłby bez sensu i bez racjonalnych podstaw. Nigdy nie twierdziłem, że nie będzie wojen, że odniesiemy zwycięstwo nad zarazkami, że technologia otworzy nam eden, że barbarzyńcy nie zaleją Europy i że każdy będzie miłował bliźniego swego. Stale ostrzegam przed nieuniknionymi katastrofami, wskazując na ochłodzenie klimatu i impakt planetoidy, bo te zdarzenia są nam statystycznie przeznaczone, choć nie można z całą pewnością przewidzieć, czy nastąpią za 20 lat czy 20 stuleci. Jako ludzkość chcemy jednak pożyć dłużej, stąd niepokój. Mimo wszystko uważam, że nie podzielimy losu dinozaurów, jesteśmy na to za mądrzy, mamy zbyt rozwinięty instynkt samozachowawczy. Reprezentuję postawę ekohumanistyczną, ponieważ sądzę, że człowiek, choć błądzi lokalnie, ogólnie idzie właściwą drogą i tworzy cywilizację coraz lepszą nie tylko technologicznie, ale także etycznie i moralnie. KG: Śmiała część Twoich rozważań dotyczy śmierci i długowieczności. Wynika z nich, że być może człowiek osiągnie długowieczność, ale w efekcie i tak wymyśli swoją programowalną śmierć (jeden byt płynnie przechodzi w inny). Rzeczywiście pozbędziemy się umierania? AZ: Przecież i tak zmieniamy się przez całe życie. We mnie już 30 lat temu umarł krewki młodzian, który nieomal wynalazł ulepszoną sztuczną krew i prawie odkrył uniwersalną diagnostykę wszelkich schorzeń. Umierać przez całe życie już potrafimy, to żadna nowość. Chodzi tylko (tylko!) o to, aby nowa biologia została oparta na procesach ciągłych, a nie - jak dotychczas - periodycznych. Trzeba odebrać kostusze kosę, niech nie obcina głowy nagle, lecz da czas na przepoczwarzenie się we własne dzieci, a potem wnuki. Tylko co wtedy z miłością? Miłość kobiety i mężczyzny, a także miłość rodzicielską przyjdzie złożyć w ofierze nieśmiertelności. To, o co mi chodzi, to jest stworzenie nowej biologii. Stawiam tezę, że jest to wykonalne i biolodzy powinni się za to zabrać, proces periodyczny cyklu życia i śmierci zamienić w proces ciągły. Już teraz znamy pewne robaki i gatunki drzew, które praktycznie żyją wiecznie, giną tylko w katastrofach. Im większą świadomość życia ma stworzenie, tym trudniej się mu pogodzić z perspektywą nieodwołalnego końca. Jak za tysiąc lat człowiek przyjmie nieodwołalny wyrok? KG: A może odwrotnie - wielu ludziom trudno przetrzymać te kilkadziesiąt lat swojego życia? AZ: Nie mówisz o normie, tylko o wyjątkach. Myślę, że 99,999% ludzi nie chce umrzeć. Oczywiście biologia to nie wszystko. Trzeba się też zabrać za coś, czego wciąż dobrze nie znamy, za ludzką psychikę. Człowiek, żeby nie przeciążać umysłu wieloletnio przyswajaną informacją, powinien wiele zapominać, pozbywać się bagażu doświadczeń, krytycznego spojrzenia, nieufności. Konieczne jest przeciwdziałanie starzeniu się umysłu, inaczej taka długowieczna cywilizacja padnie. KG: To przypomina społeczność nieruchomych kolosów z „Niezwyciężonego” Lema. Ślepa uliczka ewolucji. AZ: Tak nie może być. Ale są to wszystko problemy w zasięgu nauki. NAUKOWCY CZY POLITYCY? KG: Podsuwasz bardzo wiele zagrożeń, wskazujesz na nieograniczoną złożoność mechanizmu, jakim jest przyroda i człowiek. Ale większość otwartych problemów w swojej książce kwitujesz wnioskiem, że „trzeba będzie uważać”. Czy rzeczywiście uda się zapanować nad konsekwencjami śmiałych eksperymentów? AZ: Będzie to wykonalne. Powtarzam po raz kolejny - człowiek ma instynkt samozachowawczy, wielokrotnie sprawdzony. Kiedy wprowadzono karabiny maszynowe do uzbrojenia armii, to wielu prognostyków sądziło, że nastąpi zagłada ludzkości. Jednak i tym razem znaleziono antidotum. KG: Rozbraja mnie Twoja wiara w nasze możliwości. Czytałem, że słynne malowidła w grocie Lascaux giną pod grzybami i nauka nie potrafi temu zaradzić. Skoro nie potrafimy ocalić przed bakteriami rysunków naskalnych, to jak możemy myśleć o w pełni kontrolowanym wpływie na mechanizmy biologii i psychiki? AZ: Nie twierdzę, że człowiek jest wszechmogący i wszystko potrafi. Będzie wiele rzeczy, których człowiek nie będzie umiał, ale mimo tego przeżyje. KG: Piszesz, że wszystkie poczynania człowieka, które są dla niego możliwe do wykonania, traktujesz jako naturalne. Czy nie ma granic, jakie można nałożyć na eksperymenty naukowe? AZ: Takie granice człowiek sam sobie nakłada i robi to z dobrym rezultatem. Eksperymentuje, ale także boi się. Albo stosuje antidotum, albo pozostawia wynalazek w arsenale groźnych przedmiotów. KG: Na początku wspominałeś, że polityka uzurpuje sobie prawa do wpływania na badania naukowe. Ale czy granicą eksperymentów naukowych nie jest na przykład zdrowie i życie ludzi? Czy polityka nie jest koniecznym mechanizmem obronnym przed tego rodzaju nadużyciami? Nie możemy zakładać, że naukowcy zawsze zachowają się etycznie. AZ: Natomiast politycy - tak? Hmm. Może to być jeden z mechanizmów opisanego przeze mnie procesu samozachowawczej kontroli. Tyle, że taki mechanizm zwykle się nie sprawdza. Jak w jednym kraju politycy coś blokują, to w innym pozwolą. Uważam, że badania, które nie naruszają w drastyczny sposób naszej etyki, powinny być przeprowadzane, chociażby dlatego żeby poznać prawdziwe zagrożenia. Bez prowadzania badań nic nie wiemy na dany temat. Powstaje niebezpieczna biała plama. A taka pozostawiona biała plama może być wykorzystana przez elementy nieodpowiedzialne, być przyczyną jakiejś klęski. Takie miejsca należy zbadać i być może po zbadaniu narzucić tabu, że nie da się tego stosować z pożytkiem. KG: W „Białym roju” ty właśnie pokazałeś dochodzenie do tych białych plam. Cienka jest granica pomiędzy zabiciem człowieka w trakcie eksperymentu, a eksperymentalnym chowem zmutowanych organizmów półludzkich. AZ: No masz rację, problemów pojawi się wiele i nie uniknie się trudnych decyzji. Będziemy musieli arbitralnie decydować, czy coś jest jeszcze akceptowalne przez naszą moralność. Przy coraz szybszym rozwoju nauki, nasza moralność zaczyna nie nadążać. Można powiedzieć, że technologiczna hossa przerasta możliwości dostosowawcze etyki. Inna rzecz, że w „Białym roju” nie opisuję „chowu zmutowanych organizmów półludzkich”, lecz sztuczną kreację nowego człowieka. To pewna różnica. Jest wiele pytań, na które nie znam odpowiedzi, nikt ich nie zna. Gdybym je znał, nie siedziałbym tutaj, tylko zostałbym przykuty złotym łańcuchem w najtajniejszych apartamentach służb specjalnych. KG: Albo byłbyś politykiem, który o wszystkim decyduje. AZ: Z pewnością nie! Politycy przeważnie toczą (muszą toczyć?) bieżące koniunkturalne gry, które nijak się mają do słuszności, sprawiedliwości czy osiągania dalekosiężnych celów. Uprawianie polityki jest mi bardziej obce niż seks z Marsjanką o pięciu pośladkach. KG: Udało ci się dokonać porównania?! AZ: Codziennie od dziesiątków lat. Od kiedy oglądam wiadomości telewizyjne i obcuję z fantastyką. KG: Dziękuję za rozmowę.
Notował: Krzysztof Głuch grudzień 2009 |
Wspominki, wspominki...
W laboratorium, rok 1990, staż naukowy w USA.
Prezentacja posteru na konferencji w Oulu (Finlandia) w 1994 r. Po tej konferencji udałem się do Norwegii na Nord Cap.
No tak, to też ja. Na urlopie w Geronie, rok 1994.
|
|
Wywiad przeprowadziła Karolina Gwarek
Wywiad był gotowy 3 grudnia 2007. Opublikowany na łamach portalu www.gildia.pl 13 grudnia 2007 r.
Interesująca jest historia tego wywiadu. Najpierw pani Karolina, redaktorka czasopisma "Medycyna, Dydaktyka, Wychowanie" (oficjalny organ prasowy Akademii Medycznej w Warszawie) skontaktowała się ze mną i poprosiła o wywiad. Zgodziłem się i opracowałem odpowiedzi na otrzymane pytania, lecz po zastanowieniu doszedłem do wniosku, że jednak lepiej będzie opublikować go gdzie indziej. W końcu Akademia Medyczna z fantastyką ma tylko tyle wspólnego, że pojawiają się tam fantastyczne studentki (kto nie wierzy, niech przyjdzie z wizytą), a z literaturą, że pracownicy publikują w tzw. czasopiśmiennictwie naukowym.
Jak żyje się w dwóch światach równoległych (to ja), nie można ich mylić. W rezultacie wywiad trafił do internetowej Gildii, a potem na moją stronę. |
RETORTA I PIÓRO WIZJE NAUKOWE I LITERACKIE Karolina Gwarek: Jest Pan naukowcem i pisarzem literatury SF – jaka jest Pana wizja przyszłości świata i ludzkości? Andrzej Zimniak: Nie chadzam pod rękę z Kasandrą i nie lubię wieszczących mizantropów, czyli uważam, że przetrwamy jako cywilizacja technologiczna. Co oczywiście nie oznacza, że nie będzie wojen, epidemii, zmian klimatycznych i katastrof. Ale ludzie to wszystko wytrzymają, bo są bardzo odpornym gatunkiem. KG: Czy Pana zdaniem przyszłość skuteczniej przewidują naukowcy, czy pisarze SF? AZ: Przyszłości w ogóle nie da się przewidzieć, zwłaszcza w szczegółach, co najwyżej można wybierać między ogólnymi trendami, a nawet taka antycypacja często okazuje się nietrafna. Bierze się to stąd, że nauka przez cały czas produkuje nowe jakości, których wczorajsi prognostycy znać nie mogli. A więc siłą rzeczy przewidywania są liniowe, ekstrapolujące w przyszłość stan dzisiejszy, jedyny, jaki znamy. Kto w początkach 18. wieku przewidział energię jądrową? Z tego też okresu pochodzi pewna prognoza sporządzona w Londynie - przewidywano, że wkrótce życie w mieście stanie się niemożliwe, bo przy tak szybkim wzroście liczby powozów poziom końskich odchodów sięgnie dachów... Wracając do Pani pytania - wydaje mi się, że palmę pierwszeństwa jednak trzeba przyznać naukowcom, bo to właśnie oni tworzą nową rzeczywistość. Literaci natomiast rozbierają znaną rzeczywistość na fragmenty i powtórnie składają w nowy artystyczny witraż świata równoległego, a jeśli próbują prognozować, ich przewidywania niewiele mają wspólnego z tym co nas naprawdę czeka. Jednak zasługują na laury, jeśli uda im się pokazać w swoim dziele błysk geniuszu. Witraże bywają piękne! KG: Co sądzi Pan (jako naukowiec – chemik) o roli chemii w dzisiejszym świecie, a także w przyszłości, za 100–200 lat? AZ: Chemia jest jednym z filarów cywilizacji technologicznej, a bez technologii nie potrafimy już żyć. Chemia jest wszędzie: to leki, kosmetyki, środki higieny, tworzywa sztuczne, dodatki do żywności. Obecne trendy w badaniach chemicznych to aplikacyjność i biospecjalizacja. Prace obejmują niemal wyłącznie tematy dobrze rokujące w zakresie praktycznych zastosowań, zaś najlepiej wzorować się na procesach zachodzących w żywych organizmach. Ma to swoje uzasadnienie, ponieważ enzymy sterują reakcjami w stosunkowo niskiej temperaturze, w wodnym środowisku i z dobrą wydajnością, nadto selektywnie i czysto. Przemysł chemiczny też ma być taki – wytwarzający mało odpadów i utylizujący je w obiegach zamkniętych. To oczywiście ideał, ale ku niemu dążymy i mamy niezłe wyniki. KG: Jaka jest sytuacja chemii w Polsce? Czy mamy obecnie wybitnych chemików i ważne odkrycia w tej dziedzinie? AZ: Oczywiście mamy, ale nie wymienię nikogo, bo inni poczują się urażeni. Sytuacja jest taka, jak w całej nauce – zależna od stale malejącego finansowania. Najlepiej mają się matematycy, bo im potrzeba tylko biblioteki, kartki, ołówka i dostępu do sieci, czasem do centrum obliczeniowego. Chemicy mają zdecydowanie gorzej, bo muszą mieć wyposażone laboratorium i nowoczesną aparaturą analityczną, a to kosztuje spore pieniądze. KG: Co sądzi Pan o totalnej chemizacji naszego życia (chodzi np. o sztuczne związki, dodawane do żywności)? Czy nie uważa Pan, że wiele chorób powstaje z tego powodu? AZ: Nie należy demonizować. W odpowiedzi na tego rodzaju pytania zwykle odwołuję się do stale wzrastającej długości życia, a także coraz wyższego jego poziomu – wszak krócej pracujemy w ciągu dnia, nie wykonujemy ciężkich prac fizycznych, zagrożeń jest mniej, nawet nie trujemy się jak niegdyś. Dawniej np. powszechne były zakażenia pokarmowe, dziś mamy w wodzie chlor. Coś za coś, ale całościowy bilans – jak wynika choćby z przeciętnej długości życia – jest dodatni. Oczywiście lepiej stosować mniej konserwantów, ale z drugiej strony nie można dopuścić do sytuacji, by ich miejsce znów zajęły pleśnie i zarazki. Za chemizację środowiska płacimy m. in. wzmożoną zachorowalnością na alergie, lecz należy także podkreślić, że równolegle rośnie wykrywalność schorzeń. Znajomy lekarz twierdzi, że niedługo nie będzie już zdrowych ludzi... Natomiast ogólna zwiększona zachorowalność wynika wprost z przedłużania życia. W podeszłym wieku podatność na choroby znacząco wzrasta lub dopiero pojawia się. Bezskutecznie gonimy idyllę, opiewaną w piosence: Wiecznie żyć i młodym być... KG: W czym upatruje Pan ratunek przed nowotworami: w chemii czy w genetyce? Czy Pana opinia odnosi się również do innych chorób, trapiących ludzkość? AZ: Na razie prym wiedzie chemia, choć w przypadku nowotworów wciąż najodpowiedniejsza wydaje się "maść żelazna". W zwalczaniu chorób o etiologii bakteryjnej liderem pozostają antybiotyki – mocno krytykowane, ale wciąż niezastąpione. Przedwczesny odwrót od antybiotyków spowodował niedostateczną podaż nowych specyfików, na które bakterie nie wykazywałyby oporności. Takie jest moje zdanie – część środowiska związanego z farmacją go nie podziela. Sądzę jednak, że w przyszłości podstawową metodą staną się terapie genetyczne – na tym poziomie będzie można trwale modyfikować podatność na poszczególne schorzenia, co wcale nie oznacza, że choroby zostaną całkowicie wyeliminowane, zmieni się tylko prawdopodobieństwo zachorowania. Celowo piszę "zmieni", bo w jednym miejscu ujmiemy, a w innym dodamy. Majstrowanie przy genotypie może mieć daleko idące konsekwencje, bo nieraz jeden gen kontroluje kilka funkcji, albo jedna funkcja kontrolowana jest przez kilka genów, a więc efektów ewentualnych zmian nie jesteśmy w stanie w pełni przewidzieć. KG: Czy przy pomocy chemii można wyjaśnić świat i człowieka? AZ: Tak mi się wydawało, jak kiedyś wybierałem kierunek studiów, lecz teraz mam wrażenie, że jestem dalej od celu niż wówczas. W nauce uzyskanie jednej odpowiedzi generuje dziesięć nowych pytań i z tym trzeba się pogodzić. Tym niemniej cząstkowe procesy wokół siebie rozumiemy lepiej niż niegdyś w tym znaczeniu, że potrafimy je zgodnie z zasadą indukcji przewidywać i – częściowo – wykorzystywać lub naśladować po zmodyfikowaniu. To dużo, to tak dużo, że byliśmy w stanie zbudować cywilizację technologiczną. KG: Co sprawiło, że chemik zajął się literaturą? AZ: Na moim poziomie w nauce zajmuję się analizą, czyli opisywaniem cząstkowych obserwacji, natomiast w literaturze mogę spróbować syntezy, uogólnienia. To duża przyjemność, jeśli uda się tak skonstruować utwór, aby pobudzić czytelnika do refleksji, zastanowienia, przemyśleń. Bardziej bezpośrednim powodem zajmowania się pisarstwem jest odruch Pawłowa, czyli w tym przypadku potrzeba realizowania się przez pisanie, chęć zaczerniania kartek – nazywam to gadulstwem epistolarnym. Jeden lubi rysować, drugi rzeźbić, trzeci muzykować lub śpiewać, pisarz ma chęć pisać. Na obecnym etapie wiedzy trudno te fenomeny wyjaśnić inaczej niż pewną predyspozycją zakodowaną w genach i spełniającą się w taki właśnie sposób, a więc dziedziczną. KG: Jest Pan w połowie naukowcem chemikiem, w połowie humanistą. Skąd czerpie Pan inspirację? AZ: Powiem szczerze: nie wiem. Jeśli koncepcja holistycznego funkcjonowania mózgu ludzkiego jest słuszna, siedzi we mnie hybryda trudna do rozszufladkowania. Pytanie o inspirację jest popularne, ale przez to wcale nie łatwiejsze. Dawniej wyjaśniałem, że czerpię z doświadczeń życiowych, lektur, podróży, daru kojarzenia, teraz wolę prostsze wytłumaczenie: to kosmici rzucają lancami iluminacji. Wszyscy opowiadają kawały, ale nigdy nie poznałem człowieka, który je wymyśla. Jak Einstein wpadł na pomysł teorii względności? Na Archimedesa spadło jabłko, ale przedtem musiała ściąć je właśnie taka lanca... KG: Jest Pan autorem wielu dzieł literackich i naukowych – jak przebiega proces twórczy w przypadku jednych i drugich (np. czy pracuje Pan nad wieloma różnymi zagadnieniami jednocześnie)? AZ: To ważna sprawa. Nie jest tak, że u mnie chemia konkuruje z literaturą i odwrotnie. Ścisłe wykształcenie i wiedza z dziedziny chemii pomagają mi w pracy literackiej. Światy, które kreuję, są – przynajmniej w to wierzę – wewnętrznie spójne, a zdarzenia wynikają logicznie z przyjętych założeń. Wydaje mi się, że pisanie fantastyki naukowej (podkreślam: naukowej, nie fantasy, horroru czy historii alternatywnej) łatwiej przychodzi autorom z wykształceniem ścisłym. A czy literatura wpływa na uprawianie nauki? W pewnym stopniu, jeśli rozbudza wyobraźnię. Natomiast świat naukowy nigdy nie myli mi się z literackim, mózg włącza zupełnie inne tryby pracy dla tych obu obszarów aktywności. KG: Czy w licznych podróżach poszukuje Pan inspiracji, czy też są one raczej ucieczką od polskich realiów? AZ: Podróżowanie określiłbym jako eksplorację nowych terenów, a kolumbowską potrzebę odkrywania każdy człowiek ma zakodowaną, w mniejszym lub większym stopniu. U mnie stacja i biegnące w dal szyny lub port z mrugającą na kei latarnią kojarzą się z bramami do odległych światów, które koniecznie trzeba zwiedzić. Czasem wrażenia z kolejnej wyprawy stanowią bezpośrednią inspirację pisarską, jednak częściej przekładają się na trudniejsze do zdefiniowania "doładowanie akumulatorów", polegające na pobudzeniu wyobraźni i jednocześnie uzupełnieniu wiedzy. Wyjazdów nie traktuję eskapistycznie, raczej oczekuję po nich możliwości kontaktu z egzotyczną przyrodą. KG: Czy przełom roku ma dla Pana jakieś szczególne znaczenie, czy jest tylko kolejną kartką zerwaną z kalendarza? AZ: Jeśli nastawię się na rozumowanie logiczne, przełom lat to tylko cyfra, przypisana do dość dowolnie wybranego etapu w ciągłym procesie astronomicznym. Ale gdy włączę myślenie retrospektywne, urasta do rangi symbolu przemijania, wykorzystania szans życiowych, wywołuje lawinę wspomnień i korowód postaci. Wtedy nie jest łatwo, więc zastanawiam się, czy jednak nie uznać wyższości świąt Wielkiej Nocy. KG: Czy uchyli Pan rąbka tajemnicy co do swoich planów zawodowych i literackich? AZ: Cenię sobie i lubię dydaktykę w wyższej uczelni i pracę naukową. Tematyka moich prac ogólnie dotyczy analiz struktury związków biologicznie czynnych metodami spektralnymi. W szczególności ostatnio w ramach współpracy zespołowej prowadziliśmy badania budowy nowych neurotransmiterów serotoniny (jak wiadomo, z poziomu serotoniny w mózgu wynika poziom komfortu psychicznego), a także organicznych soli amoniowych o działaniu bakteriobójczym wobec szczepów gronkowca złocistego opornych na antybiotyki. O literaturze nie zapominam – w roku 2007 wydałem w Wydawnictwie Literackim powieść "Biały rój", opisującą świat przed zderzeniem Ziemi z rojem lodowych komet. Obecnie pracuję nad nową powieścią, w której próbuję pokazać koncepcję życia wiecznego, a więc jednak nawiązuję do słów wspomnianej piosenki o stale trwającej młodości. W tej opowieści o alternatywnej biologii ludzie uwalniają się od widma ostatecznego końca, ale płacą za to wysoką cenę. Dodam, że koncepcja jest spójna i maksymalnie "uprawdopodobniona" od strony naukowej – takie utwory najbardziej lubię i czytać, i pisać. Ponadto, działając na styku nauki i literatury, mam zamiar pozostać czynnym publicystą w zakresie tematyki popularnonaukowej i futurologicznej. Na koniec chciałbym podkreślić, że ten wywiad stanowi odbicie moich osobistych poglądów i nie ma nic wspólnego z afiliacją w Akademii Medycznej.
|
|
|
|
|
|
|
|