Okładki: |
ANDRZEJ ZIMNIAK FUTUROLOGIA |
|
|
Prezentacja całych artykułów: • Wieczne życie czy śmierć na raty
|
|
Andrzej Zimniak TECHNOLOGIE PRZYSZŁOŚCI
Wynalezienie kija było pierwszym krokiem człowieka do gwiazd, ale bez wynalezienia słowa utknęlibyśmy zaraz na początku tej drogi. Nasz mózg nie uległ wielkim zmianom od czasów człowieka z Cro Magnon, a cywilizacja rozwinęła się dzięki kumulacji przekazywanej wiedzy. Bez przesady można powiedzieć, że słowo w dziele rozwoju ludzkości waży równie wiele jak dorobek kulturowy i wszystkie techniczne konstrukcje razem wzięte. Jeśli ciągłość przekazu nie zostanie przerwana, w dalszym rozwoju można przewidywać dwie opcje: rekonstrukcyjną i biotechnologiczną, a ich wspólną kontynuacją może być cywilizacja autokonstrukcyjna. Udział człowieka w tej ostatniej pozostaje wielką niewiadomą.
PO POCZĄTKU BYŁO SŁOWO W dziejach naszej cywilizacji właśnie taka była kolejność - najpierw wynalazek, a dopiero potem słowo, które go utrwalało dla następców. Bez opisu, czy może przepisu, ludzkość nie zbudowałaby nic, a jej przedstawiciele do dziś zamieszkiwaliby jaskinie, od rana do wieczora zbierając korzonki i polując na króliki. Na początku, w czasach sprzed wynalezienia pisma, informację można było przekazywać najpierw na drodze demonstracji, a więc bardziej doświadczeni pokazywali innym, jak wyrabia się strzały, napina cięciwy i rozpala ogień, krzesając iskry na suchy mech. W miarę wzbogacania języka pokaz coraz obszerniej uzupełniany był przekazem ustnym, aż w końcu mógł go lepiej lub gorzej zastąpić - informacja wędrowała wraz z człowiekiem, który nauczył się jej na pamięć i był w stanie ją wyrecytować. Jednak dopiero wynalezienie pisma pozwoliło na upowszechnienie wynalazków, najpierw tych skromnych, a potem coraz bardziej złożonych. Skąd brał się tego rodzaju rozwój w kierunku coraz doskonalszej technologii? Na pewno nie z rozwoju ludzkiego mózgu, jak sądzą niektórzy. Źródłem postępu była i wciąż jest kumulacja wiedzy, wynikająca z jej upowszechniania. Właśnie upowszechnianie umożliwiało dotarcie nowych idei do wielu miejsc potencjalnego dalszego rozwoju, lecz to nie wystarczało. Niezbędna była stopniowa kumulacja liczby danych, aż do przekroczenia wartości progowej, powyżej której możliwe stawało się stworzenie nowej jakości na podstawie skojarzenia kilku wcześniejszych informacji. A więc czym szersze upowszechnianie wiedzy, tym większa szansa, że ktoś w innym miejscu wpadnie na pomysł i dokona kolejnego wynalazku. Jednakże dokonanie wynalazku nie oznaczało automatycznego i stałego jego zastosowania - do tego konieczny był pewien minimalny poziom ogólnego zaawansowania technologicznego lub kulturowego. Dlatego o wynalezionej dwa tysiące lat temu w Indiach nierdzewnej stali zapomniano na długie wieki, podobnie stosowany w czasach Cesarstwa Rzymskiego cement nie był znany w Średniowieczu.
CYWILIZACJA PANELOWA Po II Wojnie Światowej, w latach 50-tych XX wieku, w Szwecji budowano samochody obliczone na 20-30 lat użytkowania. Powody były proste: brak surowców, mocy wytwórczych i zaplecza remontowego. Należało więc zaprojektować solidne urządzenie, które pozostanie niezawodne przez lata. Okazało się, że jest to możliwe. Dzisiejsze samochody obliczone są na 4-6 lat eksploatacji. Powód skróconego okresu ich używania też jest oczywisty: należy nakręcać koniunkturę, i rynkową, i w dziedzinie wynalazczości, bo nowe modele wykorzystują coraz doskonalsze technologie. Surowców mamy wciąż wystarczająco wiele, w pewnym stopniu można je odzyskiwać, produkcja skupiona w wielkich fabrykach jest tania, a transport finalnego wyrobu łatwy. Części zamienne wytwarzane są masowo, a więc tanio, przy zastosowaniu automatycznych linii produkcyjnych i robotów przemysłowych. Żyjemy w epoce panelizacji - uszkodzonej części nie opłaca się naprawiać, wyrzuca się ją i wstawia nową. Gabarytowo mniejsze części upycha się w panelach i w razie defektu wymienia całe panele, bo tak jest wygodniej i bardziej się opłaca. Ogólnie można stwierdzić, że model się sprawdza. Cywilizacja technologiczna rozkwita, coraz poważniej sposobimy się do pozaziemskiej ekspansji. I właśnie w tym miejscu natrafiamy na przeszkody, zdawałoby się - nieprzezwyciężone. Jak wiadomo, z powodu awarii misja Apollo 13 o mało nie skończyła się tragedią - zapobiegło jej doskonałe wyszkolenie astronautów i dobrze zaprojektowana procedura postępowania awaryjnego. Mniej szczęścia mieli pasażerowie promu Columbia, który spłonął w atmosferze z powodu wcześniejszego niewielkiego uszkodzenia powłoki żaroodpornej. Cóż, takie drobne, lecz - jak się okazuje - istotne defekty można porównać do zacięcia przy goleniu, które, jak wiadomo, u zdrowego człowieka goi się w ciągu jednego dnia. Statek na morzu, samolot w powietrzu, prom w przestrzeni kosmicznej - te urządzenia w razie podobnych awarii zazwyczaj trzeba spisać na straty, bo znajdują się w okolicach niedostępnych, nieobjętych siecią natychmiastowej dystrybucji części zamiennych. Między innymi dlatego wciąż jeszcze nie zorganizowano załogowej ekspedycji na Marsa - przecież podczas długiego, w sumie kilkuletniego lotu coś musi się zepsuć, a każda awaria, nawet z pozoru błaha, czy to systemu zasilania, regeneracji powietrza, recyklingu wody czy systemu komputerowego, będzie najpewniej oznaczała wyrok dla astronautów. Pofantazjujmy: gdyby tak pojazd kosmiczny mógł sam się reperować, podobnie jak zasklepia się ranka po goleniu, większość awarii miałaby swój happy end. Wbrew pozorom, takie rozważania w naszych czasach zaczynają zyskiwać wymiar realności.
OPCJA REKONSTRUKCYJNA W miarę rozwoju nauki, a w szczególności technik analizy molekularnej, poznajemy coraz więcej tajników cudownego układu, jakim jest żywy organizm. Ale na podziwie się nie kończy - technolodzy zaczynają adaptować rozwiązania biogeniczne, zaprzęgając do pracy enzymy, zmuszając bakterie do produkcji leków lub projektując komputery oparte na pamięci typu DNA. Mnożą się doniesienia o testowaniu "sztucznych mrówek", którymi są mikroroboty, pracujące w zorganizowanych grupach, porównywalnych do społeczności owadów. Stąd już tylko krok do zbudowania maszyn, zdolnych do rekonstrukcji. Wyobraźmy sobie przyszłościowe urządzenie mechaniczne, np. samochód wyprodukowany w latach 50-tych XXI wieku. Jego integralną częścią jest zespół setek mikrorobotów wielkości mrówek, podzielonych na kilka grup i wyposażonych w rozmaite funkcje naprawcze: jedne uszczelniają, drugie spawają, trzecie dokręcają śruby lub łączą przewody. Aby wejść na stopień, łączą się w sztywne łańcuchy, a w celu przeniesienia większego ciężaru lub przykręcenia śruby formują układy typu dźwigni. Łączność i koordynację działań zapewniają "królowe", czyli nieco większe jednostki centralne. Wskazania czujników są stale monitorowane i roboty natychmiast podążają na miejsce każdej awarii. Gdy same się zepsują, współtowarzysze zaraz biorą się za ich remontowanie. Pewien zapas surowców jest dostępny, a wszystkie materiały zawracane są w maksymalnym stopniu i używane ponownie. Energia do podjednostek dostarczana jest za pomocą fal elektromagnetycznych, a wytworzona zostaje w kilku niezależnych układach zasilania, które - rzecz jasna - także, w razie potrzeby, są remontowane przez nasze mechaniczne mrówki. To dopiero będzie życie! Auto nawaliło? Żaden problem, zostawiamy je na poboczu drogi i idziemy na kawę, a przez ten czas rój pilnych skrzatów uwija się aż do zagrzania układów procesorowych. Nie zdążymy dopić filiżanki, a pojazd już sygnalizuje gotowość do dalszej jazdy. Ktoś może powiedzieć, że Lem już dawno wymyślił mikrorobotykę i nawet nanotechnologię, a pokazał je najpierw w "Niezwyciężonym", potem we "Fiasku". I tak, i nie. Ideą Lema w "Niezwyciężonym" było ukazanie rozproszonego systemu bojowego, którego zminiaturyzowane jednostki mogą łączyć się w większe zespoły według chwilowej potrzeby. Natomiast bystry stanowiły bardziej pojęcie filozoficzne niż technologiczne, rozpoznając złą wolę i unieruchamiając rękę, wzniesioną do ciosu. Ale, nie da się ukryć, coś w tym było, także antycypacja teorii nanotechnologicznych. W tym artykule celowo nie używam pojęcia nano, ponieważ pod tym hasłem, jak na razie, nie kryją się żadne konkretne urządzenia technologiczne, zdolne do działania, natomiast postępy w mikrorobotyce są znaczne. Uważam przeto, że dopiero po wkroczeniu w erę technologii rekonstrukcyjnej będzie możliwe zrealizowanie rejsów załogowych po otwartym kosmosie, w tym lotów do najbliższych planet.
OPCJA BIOTECHNOLOGICZNA W 2002 roku doniesiono o udanej syntezie genomu wirusa polio, czyli choroby heinemedina (zobacz: J. Cello, A. V. Paul, E. Wimmer, internetowe wyd. Science z 11.07.2002). Tak jest, była to synteza, bo użyto fragmentów DNA, sztucznie otrzymanych w retortach chemicznych. Ku zdumieniu samych eksperymentatorów, wirus zaczął się namnażać i był aktywny, czyli wywoływał chorobę, podobnie jak jego naturalny krewniak. I oto stała się kreacja, bo z pierwiastków podstawowych, jak węgiel, wodór i tlen, zbudowano żywy organizm! Aż dziwne, że to wydarzenie przeszło właściwie bez echa. Cóż z tym zrobić, zapytacie, i będzie to pytanie typowe dla człowieka XXI wieku. Kiedyś uczeni kontemplowali swoje wyniki i dociekali sensu, pytając dlaczego, dziś wszyscy zastanawiają się, jak wykorzystać wynalazek, odkrycie lub układ. A więc: jak wykorzystać laboratoryjną stwórczość, i po co powielać naturę? Nie powielać, lecz zmieniać. Gdy poznamy funkcje różnych zespołów genów i sterujące nimi białka, staniemy się prawdziwymi panami stworzenia - wtedy nie tylko zmodyfikujemy własne organizmy i wyręczymy ewolucję, ale, i to znacznie wcześniej, biotech wkroczy do naszej codzienności. Wyobraźmy sobie gustowny żywopłocik z ozdobnych roślin, umieszczony w pomieszczeniu mieszkalnym - gdy podlejemy go samą wodą, liście zabarwią się na czerwono i zaczną wydzielać ciepło, ogrzewając mieszkanie, natomiast w przypadku, kiedy zakwasimy glebę, tak ukierunkujemy metabolizm, że zmienią kolor na niebieski i zaczną chłodzić. To nie jest czysta fantastyka, moi drodzy, bo u niektórych gatunków roślin obserwuje się efekty cieplne, co prawda niewielkie, ale od czego wiedza geninżynierska? Rozmaite efekty da się wzmocnić lub wręcz wygenerować, dodając czy ujmując geny, lub je modyfikując. Energia będzie darmowa, bo słoneczna, a sprawność urządzenia bardzo wysoka. A więc, czemu nie zasadzić fitolodówki, albo drzew produkujących energię elektryczną, na podobieństwo niektórych gatunków węgorzy? Wyhodowanie żywego ubrania, grzejącego właściciela, także nie będzie problemem. Kto wie, czy kiedyś nie wrócimy do ulepszonych, niesłychanie wydajnych biologicznych środków transportu. Mało kto wie, że wycieczka samochodem z Warszawy do Łodzi pochłania tyle energii, ile zużywa jej na ruch przeciętny ludzki organizm przez dziesięć lat życia! W utworach sf pojawia się dość często motyw biologicznego, żywego statku kosmicznego, tworzącego z pasażerami rodzaj symbiotycznego układu - być może są to prorocze wizje. Takie urządzenie jest do pomyślenia, i mogłoby znaleźć zastosowanie zamiast wcześniej opisanej maszyny rekonstrukcyjnej. Przecież w miejsce armii mikrorobotów naprawczych oraz systemu przewodów elektrycznych i rur można wygenerować układ typowo biologiczny, zawierający samoodnawialne organy, jak recyrkulacyjną sieć oczyszczająco-odżywczą (krew i naczynia krwionośne), rozgałęziony pień przewodzący impulsy elektryczno-chemiczne (nerwy), a także liczne układy wyspecjalizowane (np. limfocyty). Nie chcę tutaj bawić się we wróża, moim celem jest jedynie ukazanie zupełnie fantastycznych możliwości geninżynierii użytkowej w ogólnym, przykładowym wymiarze. Jestem głęboko przekonany, że żadna z powyższych wizji nie zostanie urzeczywistniona dokładnie w takiej postaci, jak wyżej prognozuję, lecz zamiast nich znajdą zastosowanie rozwiązania bazujące na jeszcze nieodkrytych technologiach biogenicznych, spełniające podobne ogólne założenia i realizujące użytkowe potrzeby człowieka.
SZLAKI INFORMACYJNE W CYWILIZACJI AUTOKONSTRUKCYJNEJ Koniec cywilizacji nastąpi wtedy, gdy zostanie przerwana ciągłość przekazu informacji, dotyczącej kultury i technologii. Takie ponure wizjonerstwo tradycyjnie kojarzy się z totalną wojną jądrową, światową pandemią, zderzeniem Ziemi z inną planetą lub dużą asteroidą, albo z inną katastrofą o globalnym zasięgu. Jednakże powody mogą być zupełnie inne, znacznie mniej widowiskowe, wynikające bezpośrednio z obecnego rozwoju technologicznego. Tak się może stać, gdy tworzenie technologii przejmie od człowieka sztuczna inteligencja (SI). Zagadnienie SI to temat na osobne rozważania, więc tutaj scharakteryzuję je w telegraficznym skrócie. Idea polega na tym, aby komputerowe programy, generowane w sposób przypadkowy, ulegały w wirtualnej przestrzeni ewolucyjnemu doborowi naturalnemu - na placu boju pozostawałyby tylko najlepsze, optymalnie nadające się do rozwiązania określonych zadań. Ponieważ szybkość tworzenia takich "organizmów" i ich symulacyjnego testowania będzie olbrzymia, ewolucja w przestrzeni wirtualnej nie potrwa miliony lat, lecz znacznie krócej, może nawet da pierwsze efekty po kilku miesiącach od uruchomienia dobrze zaprojektowanego procesu. Ukoronowaniem V-ewolucji będzie program typu SI, który, dysponując biblioteką podprogramów specjalistycznych i bazami danych, sam stanie się ośrodkiem dokonywania wynalazków. Lecz przejęcie przez SI od człowieka pałeczki cywilizacyjnego rozwoju będzie brzemienne w konsekwencje - przede wszystkim stracimy wgląd w to, co się dzieje, bo żaden ludzki umysł nie będzie w stanie pojąć szczegółów maszynowych koncepcji. A więc technologia oderwie się od swoich twórców i podąży własną drogą, w założeniach i szczegółowych rozwiązaniach kompletnie niezrozumiałą dla człowieka. Z tego wynika fundamentalny wniosek: ludzie nie zdołają przekazać swoim potomkom przepisu na taką technologię. Przekazania przepisu dokonają między sobą sztuczne inteligencje, a udział człowiek w tym akcie ograniczy się w najlepszym razie do symbolicznego kliknięcia w klawiaturę. Rzecz jasna, w dyspozycji ludzi pozostaną wszystkie programy, receptury i urządzenia peryferyjne SI oraz sama SI, bo zakładamy, że pozostanie ona posłuszna wobec założeń początkowych. Lecz człowiek nie będzie mógł wyłączyć systemu i obyć się bez niego, bo właśnie na SI spocznie ciężar utrwalania, przekazywania, a następnie odczytywania i realizowania informacji, mającej służyć następnym pokoleniom ludzi. I w tym problem - tak jak nie będziemy w stanie przewidzieć postępowania SI i podążyć za tokiem jej rozumowania, podobnie nie zrozumiemy natury katastrofy, która - prędzej czy później - wydarzy się w cywilizacyjnej niszy technologicznej (jak uczy historia, katastrofy co pewien czas wydarzają się w każdej niszy). Zaś jeśli nie zrozumiemy przyczyny, a SI zginie w tej apokalipsie, nie da sobie rady z zagrożeniem lub zwyczajnie nie zechce wtedy funkcjonować w oczekiwany przez człowieka sposób, sami nie będziemy w stanie poszukać antidotum, więc taka katastrofa cofnie nas raptownie do bliżej nieokreślonej epoki przedcywilizacyjnej, a straty okażą się niewyobrażalnie wielkie. O biologicznym końcu gatunku nie wspominam, bo wierzę, że biologiczne i społeczne możliwości adaptacyjne człowieka są zdecydowanie większe, niż się powszechnie uważa. To był czarny scenariusz, ale rzeczywistość wcale nie musi realizować się według niego. Wręcz przeciwnie, należy zachować nadzieję, że supernarzędzie, jakim w założeniu ma pozostać SI, sprosta wszelkim problemom oraz zagrożeniom i stanie się spiritus movens rozwoju cywilizacji, która wciąż jeszcze będzie zasługiwać na miano ludzkiej. W tych pięknych czasach proces oswajania magii znacznie przyspieszy, lecz jestem pewien, że nadamy temu zjawisku znacznie nowocześniejszą i bardziej pragmatyczną nazwę.
W posumowaniu należy stwierdzić, że obecne trendy w rozwoju technologii, dobrze wpasowujące się w zglobalizowany system ziemskiej cywilizacji, są się nieadekwatne do warunków kosmicznych, w których dominować będą niewielkie układy izolowane, i ulegną zmianie po wyjściu człowieka poza Ziemię. Zapewne najpierw zostanie zrealizowana rozwojowa opcja rekonstrukcyjna przy zaangażowaniu mikrorobotów naprawczych, co wielokrotnie podniesie niezawodność stosowanych mechanizmów. W kolejnym etapie lub równolegle geninżynieria użytkowa dostarczy systemów biotechnologicznych o wysokim stopniu samoregeneracji, wydajniejszych energetycznie od urządzeń mechanicznych i tańszych w eksploatacji. Następny etap rozwoju autokonstrukcyjnego przypuszczalnie wykorzysta obie te opcje, ale ludzie niewiele będą w stanie zrozumieć z zasady funkcjonowania oferowanej im technologii. Przyjdzie więc czas, że człowiek, który kiedyś posiadł Słowo i dzięki niemu zbudował cywilizację, będzie zmuszony przekazać je Golemowi. Co zrobi z nim Golem - na to pytanie nie ma dzisiaj wiarygodnej odpowiedzi. Pierwodruk: Nowa Fantastyka 11/2006, 6-8 W obecnie prezentowanym tekście skorygowano dane dot. zużycia energii przez organizm ludzki.
|
|
WIECZNE ŻYCIE CZY ŚMIERĆ NA RATY
Wiecznie żyć i młodym być - każdy by tak chciał, zwłaszcza jeśli do tego zapewni sobie dobre zdrowie. Dotychczas historie o nieśmiertelnych braliśmy z bajek, bo w rzeczywistości każdy musiał się zestarzeć i umrzeć, król i biedak, mądry i głupi, cud-dziewczyna i kopciuszek. Średniowieczni alchemicy nie zdołali wynaleźć kamienia filozoficznego, ale dzisiejsi naukowcy, zajmując się zagadnieniami starzenia i długowieczności, nie dadzą usnąć nadziei. Twierdzą co prawda, że każdego czeka koniec żywota, jednocześnie nie zaprzestając badań nad mechanizmami znanego ze świata zwierząt znacznego wydłużania życia. Można więc mieć nadzieję, że już w tym wieku staniemy u progu długowieczności. Czy wtedy zapytamy o nieśmiertelność?
Życie w odniesieniu do pojedynczych organizmów jest tzw. procesem periodycznym, w przeciwieństwie do życia całego gatunku, które można odnieść do procesu ciągłego. Wyjaśnijmy: wypicie łyżeczką kufla piwa to proces periodyczny, a wychylenie go duszkiem - ciągły, oczywiście w pewnym uproszczeniu. Nikt nie lubi myśleć o ostatecznym końcu (życia, nie picia), ale on się zbliża niepostrzeżenie, wszak, jak nie bez racji twierdzi Zanussi, życie jest śmiertelną chorobą, przenoszoną drogą płciową. Czy to się podoba, czy nie, z biologicznego punktu widzenia żyjemy w zasadzie tylko po to, żeby spłodzić i wychować potomstwo. Później nasze podchowane dzieci przejmują pałeczkę w sztafecie, czyniąc dokładnie to samo co ich rodzice. Ktoś mógłby spytać, po co to wszystko, i wbrew pozorom, nie byłoby to pytanie retoryczne. Istnieje ścisła odpowiedź: po to, żeby gatunek się zmieniał, dostosowując się do warunków ekosystemu. W środowisku życia, czyli biosferze, trwają ciągłe śmiertelne zmagania, i kto się nie rozwija, zwiększając konkurencyjność, rychło przegrywa i ginie. I niech nikogo nie mamią piękne filmy przyrodnicze, pokazujące kolorowe motyle, śpiewające ptaszki i rozkoszne tygrysie kocięta. Kolorowe oczka na motylich skrzydłach mają imitować ślepia drapieżnika, słowik wydający słodkie trele w rzeczywistości niewybrednie przeklina, żeby inne samce odpier... się od jego terytorium, a kociaki bawią się ćwicząc zapasy, żeby potem sprawnie ukręcać łby zebrom. Tak w skrócie wygląda lekcja biologii: czym więcej osobników ulega fizycznej eliminacji, tym gorzej przystosowany jest gatunek, który reprezentują. Reasumując - jednostka jest niczym, gatunek wszystkim. Jednak rola jednostki wzrośnie, gdy jej życie ulegnie znacznemu wydłużeniu. Zobaczmy, jak dzisiejsi następcy alchemików radzą sobie w szukaniu przyczyn starzenia się i śmierci.
Tropami Matuzalema Okazuje się, że natura pozostawiła uchyloną furtkę do długowieczności: w ekstremalnie trudnych warunkach środowiskowych wiele organizmów, np. muszka owocowa Drosophila, czy nicień Caenorhabditis elegans, może uruchomić alternatywny metabolizm, pewien rodzaj postaci przetrwalnikowej, i w tym stanie C. elegans żyje aż 5-krotnie dłużej niż normalnie! Jest to jednak życie "na pół gwizdka", bo osobniki znajdujące się w postaci zwanej dauer nie rozmnażają się i w zasadzie nie przyjmują pożywienia, czyli popadają w stan zbliżony do letargu. Jednakże istnieje stan pośredni, w którym te robaki wykazują tylko niewielkie zwolnienie funkcji życiowych, i wszystko działa, jak trzeba - jedzą i mnożą się, a przy tym żyją aż 3 razy dłużej niż zwykle. Wyobraźmy sobie ludzi, nieco spokojniejszych i bardziej statecznych, ale wciąż napalonych na seks w wieku 200 lat! Dwie setki to nie wieczność, ani nawet żywot matuzalemowy (ponad 900 lat), ale, mimo wszystko, całkiem dobry wynik. Podejrzewam, że przeciwnicy flegmatycznego stylu bycia nie byliby zachwyceni, jednak dla reszty jest nadzieja - podobnie jak robaki reagują także wyższe organizmy. Na przykład u myszy obserwowano zjawisko związane z tzw. caloric restriction, a polegające na włączeniu awaryjnego metabolizmu przy niedoborach w kaloryczności pożywienia. Taka restrykcyjna dieta prowadziła do znacznego, nawet 50%-owego wydłużenia życia, lecz coś za coś - wówczas życie było zwolnione, osobniki zachowywały się "niemrawo", a do tego miały mniejsze rozmiary ciała. W sumie nie jestem przekonany, czy tędy droga, jeśli chcemy przedłużać życie człowieka. Mimo wszystko perspektywy wydają się obiecujące. Dziś większość badaczy przychyla się do koncepcji, że nie istnieją żadne biologiczne zegary typu bomby z detonatorem, które w końcowych etapach życia włączają nieuchronne procesy autodestrukcji. Ogólnie można powiedzieć, że ewolucja jest ekstremalnie skąpa i nie godzi się na jakiekolwiek szafowanie energią, a więc wszelka nadmiarowość jest eliminowana ze względów oszczędnościowych. Intensywne procesy naprawcze DNA oraz funkcji komórkowych podtrzymywane są jedynie w wieku rozrodczym, włączając do tego okresu opiekę nad potomstwem, lecz dalsze ich funkcjonowanie w późniejszych latach byłoby - z perspektywy dobra gatunku - bezcelowym trwonieniem największego dobra: energii. Ale skoro takie naprawcze mechanizmy istnieją i na wcześniejszych etapach życia są efektywne, jednym z ważnych zadań współczesnej nauki jest zbadanie, czy można przywrócić je w drugiej połowie życia, a potem, być może, podtrzymywać przez dowolnie długi okres. I oto stanęliśmy u progu nieśmiertelności. Zobaczmy, czym grozi życie wieczne.
Smutek wiecznego dnia Nieśmiertelność czy choćby ekstremalna długowieczność indywidualnych, zachowujących tożsamość osobników stanowiłaby nie tylko spełnienie marzeń ludzkości, lecz także niosłaby ze sobą rozliczne zagrożenia. Po pierwsze, nieśmiertelny człowiek nie miałby dzieci. Wiecznotrwałe organizmy nie muszą mieć potomstwa, a nawet nie mogą, bo zajmowana przez nie nisza wkrótce uległaby wypełnieniu, a gatunek "zaduszeniu". Trudno powiedzieć, czy bez latorośli byłoby smutno, ale pewne jest, że w takiej sytuacji cała człowiecza kultura uległaby wywróceniu. Takie pojęcia jak miłość (także erotyczna), rodzicielstwo, małżeństwo, zazdrość o partnera, narażanie życia - straciłyby sens, przynajmniej w tradycyjnym ich rozumieniu. Także podział na płcie stałby się zbędnym wynaturzeniem. Zapewne pozostałyby więzi społeczne, potrzebne przy łączeniu się w grupy przy wykonywaniu określonych zadań, ale byłby to jedyny przejaw partnerskich powiązań. Przypuszczam, że nieciekawe byłoby życie jednopłciowego czy raczej bezpłciowego hominida, ale może wtedy znaleźlibyśmy jakieś inne cele i rozrywki? Jakie - niesposób dziś zgadnąć. Po drugie, dla istot wiecznotrwałych zdarzenia losowe stanowiłyby na dłuższą metę śmiertelne niebezpieczeństwo. Zdarzają się przecież choroby, wypadki, zabójstwa oraz kataklizmy, takie jak trzęsienia ziemi, pożary czy upadki meteorów. W naszym krótkim życiu zagrożenia ze strony tych czynników pojawiają się stosunkowo rzadko, ale prawdopodobieństwo ich wystąpienia rośnie do 100%, gdy żywot wydłuża się do nieskończoności. Jednak w tym przypadku zagrożenie bytu gatunkowego przy pewnym poziomie technologii można będzie obejść, uzupełniając ubytki w populacji na drodze sztucznego rozmnażania, np. klonowania. Byt jednostkowy trwałby wiecznie pod warunkiem, że znajdziemy sposób konserwowania, a następnie przeszczepienia świadomości do nowych ciał, odtwarzanych po wypadkach czy katastrofach - lecz na razie jest to czysta fantazja. Po trzecie, nasz mózg mógłby nie wytrzymać nadmiaru doświadczeń i informacji, nawet jeśli długość życia wyniosłaby "tylko" 200-300 lat. Jeśli założymy, że skuteczny będzie jakiś rodzaj ochrony przed demencją, to i tak pojemność pamięciowa mózgu dostosowana jest do obecnej długości życia - przez ten okres gromadzimy doświadczenia, które pozwalają nam sprawnie funkcjonować. Po pewnym czasie nastąpiłoby więc przepełnienie rezerwuarów pamięci i dezaktualizacja doświadczeń, należy także wziąć pod uwagę rosnące z wiekiem krytyczne nastawienie i nieufność. Ponadto jest wysoce prawdopodobne, że przy "wiecznych" mózgach rozwój cywilizacyjny wyhamuje, bo nasze umysły pozostaną zarówno pamięciowo, jak i emocjonalnie przywiązane do początkowych etapów gromadzenia życiowych doświadczeń. W świecie (wszechświecie?) ciągłych zmian taka stagnacja stawiałaby ludzkość na przegranej pozycji nawet wtedy, kiedy żadna inna inteligentna rasa, złożona ze śmiertelnych osobników, nie stanęłaby do konkurencji. Po czwarte, nie tylko nasze mózgi, ale całe nasze organizmy nie mogłyby ewoluować i dostosowywać się do coraz ostrzejszej konkurencji i zewnętrznych, zmiennych warunków. Człowiek stałby się pomnikiem, mumią, skamieliną, i prędzej czy później zostałby wyeliminowany jako nieprzystosowany zabytek. Reasumując: nieśmiertelność niezmiennych jednostek oznaczałaby śmierć gatunku. Twierdzenie to dotyczy biologii, która rozwinęła się na Ziemi. Czy jest jednak do pomyślenia biologia alternatywna?
Ewolucja w Edenie Jak mówiliśmy, w naszej biologii fizyczna eliminacja gorzej przystosowanych osobników stanowi o doskonaleniu gatunku i jest motorem ewolucji. W kontekście rozważań o nieśmiertelności można jednak wyobrazić sobie biologię, opartą na zupełnie odmiennych założeniach. Bez ewolucji nie ma rozwoju i dostosowywania się, a więc nie ma życia. Należy więc się zastanowić, jak zrealizować ewolucję nieśmiertelnych jednostek. Rozważając na poły fantastyczne hipotezy nie można wykluczyć, że kiedyś istniała inna biologia, realizująca zmienność gatunkową nie drogą likwidacji jednostek, które już wypełniły swoją prokreacyjną rolę, lecz metodą ciągłej zmiany jednostkowych cech. W otaczającym nas świecie niemal wszystkie procesy naturalne niezwiązane z życiem przebiegają w sposób ciągły, np. ewolucja gwiazd (wybuch supernowej rozumiem tu jako koniec ewolucji ciągłej). A więc można rozważać przez analogię, że kiedyś, niedługo po narodzinach ziemskiego życia, miała miejsce ciągła ewolucja cech wiecznie żyjących organizmów. Wtedy istniało niewiele gatunków, więc presja środowiska na gatunkową zmienność ograniczała się tylko do powolnych zmian klimatycznych czy geologicznych. Gdy jednak gatunków przybywało, rozpoczęła się ostra konkurencja o zasoby i tereny, i wtedy ewolucja "wynalazła" drogę na skróty do niezbędnych zmian fenotypowych, a mianowicie przez osobniczą śmierć i szybkie rozmnażanie. W tym okresie pierwszy śmiertelny gatunek zaczął się szybciej różnicować niż pozostałe i błyskawicznie zawładnął całym terytorium, dając początek innym konkurencyjnym podgatunkom "śmiertelników". Tak ruszyło przystosowanie gatunkowe, polegające na procesie periodycznym: eliminacji starych i odtwarzaniu nowych jednostek. Jednak dziś różni się od wczoraj - dziś uformowała się świadomość istnienia, mamy też do dyspozycji instrumentarium współczesnej nauki. Niezwykle trudno, jeśli w ogóle, przychodzi pogodzenie z nieuchronnością osobniczego końca, jakim jest śmierć. Czy będzie łatwiej za tysiąc, a może za sto tysięcy lat? Obawiam się, że nie, bo wejdziemy na inny, wyższy niż dziś poziom pojmowania rzeczywistości i naszego w niej unikatowego istnienia jako jednostek w społeczności i w świecie. Wtedy pogodzenie się z utratą życia może okazać się jeszcze trudniejsze, związane z takim obciążeniem psychicznym, że przekroczy ono wytrzymałość wielu ludzi.
Furtka do nieba Kiedy u naszych przodków pojawiła się świadomość istnienia? Można tylko zgadywać. Nie jesteśmy pewni, czy obecnie w jakimś stopniu nie przejawiają jej także inne gatunki, jak małpy, delfiny czy... świnie, które, jak się okazuje, inteligencją przynajmniej dorównują delfinom. Jedno jest pewne: u człowieka świadomość istnienia od samego początku kłóciła się z periodycznością życia, z koniecznością umierania, z nieodwracalnym końcem jednostek. Paradoksalnie, jednym z następstw rozwoju mózgu było pojawienie się tego psychicznego obciążenia, lecz ów mózg, dzięki swojej inteligencji, usiłował radzić sobie z problemem. Mianowicie człowiek stworzył na własny użytek psychiczną protezę w postaci przekonania, że po śmierci jego duch (dusza) trafi do Krainy Wiecznych Łowów, do Raju pełnego hurys, czy do Nieba - słowem, do lepszego świata, gdzie nie tylko zapanuje sprawiedliwość, ale gdzie będzie można oddać się wszelkim ulubionym na ziemskim padole czynnościom, tyle że w ich szlachetniejszym wydaniu. Proteza działa, ale niejednakowo u wszystkich i nie zawsze - wciąż żal umierać, zostawiając świat w dobrze znanym i jednak lubianym kształcie i udając się na spotkanie z Wielką Niewiadomą. Niewiadomą, bo tak naprawdę nikt nie wie, co jest po drugiej stronie. Na kanwie tego lęku zrodziła się tęsknota za matuzalemową długowiecznością, wyrażona nie tylko w biblii, ale także w literaturze, mitach i podaniach ludowych. W śmielszych wersjach od dawna przebąkiwano o nieśmiertelności, lecz - jak wiadomo - poszukiwania kamienia filozoficznego spełzły na niczym. W dzisiejszych czasach nie ma alchemików, ale problem pozostał, i wzięli się za niego naukowcy. Okazało się, że sprawa nie jest aż tak beznadziejna, jakby się mogło wydawać.
Twój uśmiech za milion lat A więc już możemy sformułować zadania dla dzisiejszych naukowców. Ich wysiłki powinny dotyczyć nie tyle przedłużania "na siłę" życia, które wówczas będzie zaledwie starczą wegetacją, co do zrozumienia - lub wykreowania - zasad ewolucji permanentnej, tak aby dodatkowo uzyskanej długości życia nadać biologiczny sens. Warto zastanowić się, w jaki sposób można byłoby doprowadzić do ciągłego funkcjonowania procesów naprawczych na wszystkich poziomach biologicznej aktywności organizmu, co dałoby nam życie wieczne. Jednak to nie wystarczy - należy jeszcze spowodować odświeżanie materiału genetycznego w ciągłym procesie ewolucyjnym, który na dodatek przebiegałby w pożądanym kierunku. To najtrudniejsze zadanie, i, trzeba przyznać, na razie poza zasięgiem współczesnej nauki. Jednak po pokonaniu trudności i realizacji tego etapu hipotetycznie uzyskalibyśmy ciągłą transformację genetyczną w obrębie jednostki. Taka przemiana po dostatecznie długim czasie powodowałaby powstanie nowego osobnika w wyniku stopniowych zmian wszystkich cech, zarówno fizycznych, jak i psychicznych, czyli po 100 czy 200 latach Kowalski stałby się Malinowskim i nie poznałby się w lustrze, gdyby pamiętał, jak wyglądał w swoim dawnym wcieleniu. A więc w końcowym efekcie osiągnęlibyśmy ten sam rezultat co w "klasycznej" ewolucji - w miejsce rodzica postawilibyśmy jego potomka, z tą różnicą, że uzyskanego w procesie ciągłym, nie periodycznym. Śmierć zostałaby rozłożona "na raty". Więc po co to wszystko, skoro nigdy nie pozbędziemy się kostuchy? Nie w pełni zdajemy sobie sprawę, że także w dzisiejszych czasach umieramy "po trochu", przez całe życie. Człowiek istnieje wystarczająco długo, aby przejść szereg metamorfoz, począwszy od bolesnego wieku szczenięcego, przez chmurną młodość, rozbuchany wiek socjalizowania, chrystusowe lata zachłanności na świat, stabilizację zawodową, wiek zamykających się drzwi, pełne rezygnacji pogodzenie, kłopoty z ciałem, kłopoty z umysłem, aż po krzyk niepogodzenia i trwogi. Dziecko ustępuje pola młodzieńcowi, ów człowiekowi dojrzałemu, a ten seniorowi, lecz te etapy przechodzą w siebie płynnie, bez katastrof i pożegnań. Podobnie urządzone zostanie życie wieczne, tyle że wiek jednostki ustali się na 25 lat, zmiany będą dotyczyły zasadniczo cech fenotypowych, a proces nigdy się nie skończy, więc nie będzie już widma ostatecznego rozstania. Właśnie o to chodzi w tym wszystkim - żeby zwyciężyć kostuchę w jej obecnym wydaniu, w postaci natychmiastowego, nieodwracalnego i nieodwołalnego wyroku.
Czytelniku, mam dla ciebie dobrą nowinę - twój prawnuk, być może, zyska status bytu nieśmiertelnego. To prawdziwy pech, że urodziłeś się trzy pokolenia za wcześnie. Pierwodruk: Nowa Fantastyka 8/06 Obecnie prezentowany tekst uzupełniono o fragment "Furtka do nieba".
|
|
WYCIECZKA DO GWIAZD
W drugiej połowie ubiegłego wieku człowiek pokonał studnię grawitacyjną Ziemi i zrobił kilka wycieczek w kosmos, a jego największym osiągnięciem poza Ziemią był spacer po Księżycu. Sondy bezzałogowe dotarły znacznie dalej, bo do granic Układu Słonecznego, a nawet je przekroczyły, zagłębiając się w czarny, zimny i pusty Wszechświat. Nie mam wątpliwości, że już niebawem, oczywiście przy optymistycznym założeniu, iż Apokalipsę odłożymy na czas nieokreślony, człowiek pożegluje na Marsa i Merkurego, zbada okolice Wenus i spenetruje pas planetoid, a potem zapuści się w rejony księżyców Jowisza i Saturna. Takie podróże potrwają lata, ale nie jest to aż tak długo, żeby negować ich sens. Również techniczne możliwości zdają się coraz lepiej pasować do wymagań, stawianych tego rodzaju lotom załogowym. Jednak natychmiast pojawia się następne pytanie: czy polecimy jeszcze dalej? A konkretniej: czy człowiek minie kiedyś granicę, zakreśloną orbitą Plutona, i wyruszy dalej, w kierunku gwiazd? I czy kiedykolwiek stamtąd powróci?
Dwa lata w puszce Najbliższe sto lat to za mało, aby człowiek przeszedł proces choćby wstępnego kosmoformowania, a technologia ulegnie udoskonaleniu, nawet znacznemu, lecz raczej nie będzie skoku jakościowego. Obecnie penetracja środowiska tak obcego, jakim jest pozaziemska przestrzeń, wymaga stworzenia dla człowieka fragmentu dokładnie odizolowanego środowiska, jakie uniesie on ze sobą w kosmos, i tak już pozostanie w XXI wieku. Przede wszystkim musi mieć do dyspozycji kapsułę mieszkalną wypełnioną powietrzem o odpowiedniej temperaturze i wilgotności, oświetloną i zaopatrzoną w pancerz zapobiegający ucieczce ciepła i chroniący przed twardym promieniowaniem. Ponadto w pojeździe należy zainstalować systemy usuwające i regenerujące odpadowe produkty metabolizmu, ponieważ w przeciwnym przypadku skromna przestrzeń życiowa astronautów w ciągu kilku dni stałaby się czymś w rodzaju komory gazowej, zasilanej naturalnymi składnikami. W zasadzie już teraz możliwe jest skonstruowanie załogowego statku międzyplanetarnego, pod warunkiem zaangażowania dużego zespołu specjalistów i pomyślnego rozwiązania kilku istotnych problemów. W ciągu roku lub dwóch człowiek zużywa dużą ilość powietrza, wody i pożywienia, więc nawet przy efektywnej regeneracji i cyklicznym wykorzystaniu niektórych substancji, np. wody, trzeba zabrać sporo zapasów. Lot w obie strony z lądowaniem na Czerwonej Planecie wymagać będzie niebagatelnych zasobów paliwa, które należy w kilku etapach wynieść w przestrzeń kosmiczną, a następnie zabrać ze sobą. Technicznie rozwiązywalne jest wytworzenie siły odśrodkowej imitującej grawitację, ale nie wiadomo, czy kalkulacja kosztów nie spowoduje konieczności pozostawania przez załogę w stanie nieważkości tak długo, że okaże się to groźne dla zdrowia. W długim okresie odosobnienia trzeba także brać pod uwagę wypadki i choroby, a udzielanie efektywnej pomocy lekarskiej wobec ograniczonego asortymentu wyposażenia medycznego nie zawsze okaże się możliwe. Również zdrowie psychiczne członków załogi będzie wystawione na ciężką próbę, bo szmat czasu przyjdzie spędzić w kilku metrach sześciennych, mając przy tym świadomość kruchości ścianek, chroniących przed czymś z gruntu obcym - przed próżnią. Wreszcie problem pierwszorzędnej wagi - niezawodność sprzętu. W tak złożonym układzie, jakim będzie załogowy statek kosmiczny dalekiego (międzyplanetarnego) zasięgu, każda usterka może stać się początkiem końca dla astronautów, a długi czas trwania wyprawy zwiększa możliwość wystąpienia uszkodzeń i trudnych do przewidzenia wypadków. A więc warto pomyśleć o podwójnych lub potrójnych zabezpieczeniach, co gwałtownie podwyższa koszty ekspedycji.
Wynalazki potrzebne od zaraz Zasadniczym zwrotem w technologiach lotów kosmicznych byłoby zastosowanie nowych napędów, bardziej efektywnych niż obecnie używane silniki na paliwo chemiczne. Pracuje się nad napędem jonowym lub plazmowym, lecz dopiero opanowanie kontrolowanej fuzji jądrowej stanowiłoby jakościowy skok - wtedy masa zabieranego paliwa przestanie stanowić problem, a czas trwania podróży ulegnie skróceniu do rozsądnych i akceptowalnych granic. Tak modny w utworach sf sposób skracania czasu subiektywnego poprzez anabiozę załogi nie wydaje się możliwy do zastosowania, przynajmniej w najbliższym czasie, ponieważ nie są znane bezpieczne metody jego realizowania. Ponadto dodatkowa aparatura anabiotyczna, która musi być skomplikowana, znacznie zwiększy ryzyko awarii, które niczym dobrym dla "zamrożeńców" skończyć się nie mogą. Z drugiej strony, czuwający ludzie będą w stanie na bieżąco usuwać potencjalnie groźne usterki systemu ekspedycyjnego, więc raczej nie warto ich na dłużej usypiać, przynajmniej na trasach nie sięgających poza orbitę Marsa. Mogę sobie nawet wyobrazić załogowe wyprawy, trwające 20 lat - wszak są ludzie, którzy tyle czasu spędzają w więzieniach, utrzymując zadowalającą formę. Oczywiście, cel w podróży międzyplanetarnej byłby wzniosły, ale mieszkalna cela gorsza niż w Alcatraz, choćby dlatego, że uciec nie da się żadnym sposobem ani za żadne pieniądze. Piszę w innym miejscu o mikrorobotyce rekonstrukcyjnej - zastosowanie wyspecjalizowanych mikrorobotów do samoczynnego usuwania usterek podczas lotu znacznie zwiększy niezawodność i podniesie bezpieczeństwo astronautów. Sądzę, że wprowadzenie tej techniki dopiero umożliwi loty załogowe na długie dystanse.
Piknik na Ursae Maioris Sytuacja zmieni się diametralnie, gdy zechcemy wydostać się poza Układ Słoneczny. Przede wszystkim na przeszkodzie staje wszechwładny CZAS. No bo w jakim celu przedsiębierze się wyprawę czy ekspedycję? Wyrusza się w drogę po to, aby coś poznać, rozpoznać, odkryć, znaleźć - a potem wrócić i pochwalić się przed współziomkami, wykorzystać zdobytą wiedzę czy bogactwa, patrzeć z nostalgią, jak inni wypuszczają się twoimi śladami. Wyprawa trwająca setki lat staje się już czymś diametralnie innym, raczej należy ją nazwać pełzającą kolonizacją, zajmowaniem odległych nisz ekologicznych, ekspansją gatunkową. Rozpoczynając międzygwiazdowy rejs znajdziemy się w sytuacji np. muszek owocowych, które mają chęć o własnych siłach dotrzeć do Ameryki. Co z tego, że pierwsza przefrunie nad całym wielgachnym polem, jeśli w tym czasie zdąży nie tylko się rozmnożyć, ale także zestarzeć i sczeznąć? Co ją będzie obchodziło (jeśli, rzecz jasna, okaże się muszką rozumną, czyli Drosophila erectus sapiens), że po stu tysiącach pokoleń jakaś mucha wielkości słonia i o paszczy krokodyla - bo ewolucja działa cicho, lecz skutecznie - doleci do samej Statuy Wolności? Taki to będzie ten piknik na Ursae, z mocno odroczoną puentą. Podobnie sprawa wygląda z punktu widzenia decydentów, czyli animatorów superekspedycji. Muszą zainwestować grube pieniądze, sporo czasu i pracę sztabu ludzi w coś, co może, choć wcale nie musi, procentować ich 40-krotnym praprawnukom, pod warunkiem, że życie do tego czasu nie ulegnie całkowitej wirtualizacji wewnętrznej, bo wtedy nikogo już nie będzie obchodziło, że z gwiazd właśnie wróciły jakieś zielone ludziki. A więc postawmy pytanie zasadnicze: czy kiedyś polecimy do gwiazd? Uważam, że tak, nawet jestem tego pewien, tylko nie zostaniesz ASTROnautą ani ty, ani ja, żaden człowiek osobiście, lecz wyfruniemy jako gatunek, jako ziemskie życie. W innym miejscu piszę o naturalnym wyjściu życia poza nasz glob, które będzie realizować się z ewolucyjną powolnością, lecz za to na kosmiczną skalę, natomiast tutaj antycypuję przedsięwzięcia, które można nazwać technologicznym wspomaganiem tamtego procesu. Jednak żeby wyfrunąć, trzeba najpierw mieć skrzydła.
Kosmiczne ważki Rozważając napęd międzygwiazdowych pojazdów trzeba fantazjować, bo niczego podobnego jeszcze nie znamy. Znajdujemy się więc w niekorzystnej pozycji tego futurologa sprzed dwóch wieków, który prorokował, że już wkrótce ulice Londynu wypełnią się końskim nawozem aż po dachy, a to w następstwie szybkiego rozwoju nowoczesnych środków transportu. Dziś wiemy tyle, że można rozpędzić statek, no, nie żałujmy sobie - gwiazdolot, nawet tym beznadziejnie kiepsko wydajnym paliwem chemicznym, i statek doleci do samej Proxima Centauri, ale, bagatela, za 500 lat. Opanowanie fuzji termojądrowej rokuje takim przedsięwzięciom lepiej, bo ów lot w obie strony potrwałby lat 10 do 15. Mówi się także o słonecznych żaglach, od ich opisów aż roi się na kartach książek sf, naukowcy także biorą je na warsztat. Mimo że warunki do prób istnieją, nikt jakoś na razie takiego napędu nie przetestował, ale kto wie, kto wie, poczekajmy. Zanim puści się w przestworza taki kosmiczny jachcik, trzeba będzie go najpierw dobrze wycelować, a potem wyhamować w pobliżu obcego słońca w strumieniach jego gwiazdowego wiatru. Zastanówmy się teraz, jakiego rodzaju statek będzie ciągnięty przez te żagle. Można wyobrazić sobie dwa całkowicie odmienne rodzaje gwiazdolotów: Państwa-Miasta i Kosmiczne Strzały.
Siewcy życia Poniższe prognozy, mimo że trącące fantastyką, stanowią liniową aproksymację technologii, więc mają wszystkie wady i zalety takiej metody. Do głównych wad należy zaliczyć niemożność przewidzenia zmian jakościowych, wynikających z nowych wynalazków, zaś do zalet należy umiarkowanie w fantazjowaniu. Wracając do Państw-Miast: będą one potężnymi obiektami z wielopokoleniową załogą i odnawiającą się biosferą, a więc życiem trwającym w dynamicznej równowadze narodzin i śmierci. Taki statek, pod wieloma względami przypominający "Mayflower", będzie znacznie większy, teoretycznie samowystarczalny i że pożegluje znacznie dalej, tak daleko, że być może nawet nasi 40-krotni prawnukowie nigdy się nie dowiedzą, do jakiego celu doleciał, i czy w ogóle doleciał. Może dobrze byłoby zagospodarować na taki obiekt jakąś przystojną planetoidę, np. Erosa, wydrążyć w jego cielsku sieć sal i korytarzy, zbudować reaktory jądrowe i wytwornice powietrza, posadzić rośliny, zainstalować z tyłu supersilnik, i w drogę (podobne projekty mgliście przypominam sobie z opowiadań sf). Mała dygresja: zdaję sobie w tej chwili sprawę, że dla jednych mój wywód może być za mało fantastyczny, zaś dla drugich - za mało naukowy, ale, sorry, to ma być artykuł, nie opowiadanie, a z drugiej strony opis gwiazdolotu, wykonany z futurologicznym zadęciem, mógłby już dziś, a z całą pewnością jutro, wzbudzić tylko kupę śmiechu. Natomiast Kosmiczne Strzały rozfruną się po wszechświecie w podobny sposób jak zarodniki roślin rozsiewają się po ziemskim globie. Ich zaletą będzie stosunkowo niski koszt, niewielkie wymiary i względnie duża niezawodność, przynajmniej w porównaniu z Państwami-Miastami, w których każde zaburzenie równowagi zapewne skończy się tragicznie. Taka Strzała będzie de facto automatyczną sondą, w której metalowym sercu (macicy? brzuchu?) na wieki spoczną zamrożone, lecz przeznaczone do wskrzeszenia ludzkie zarodki. Naukowcy już odkryli, że takie zarodki w temperaturze ciekłego azotu mogą być przechowywane niemal dowolnie długo bez widocznego uszczerbku na późniejszych funkcjach życiowych. Więc nasza Strzała po przybyciu w okolice obcej gwiazdy uruchomi procesy ożywiające zarodek, który rozwinie się w małego człowieka. Teraz zacznie się trudny etap bezrodzicielskiego, maszynowego wychowania i szkolenia - badacz musi urodzić się, dorosnąć i przyswoić sobie wiedzę, będącą skondensowaną spuścizną całego ludzkiego rozwoju, a to wszystko będzie działo się na wysokiej orbicie, otaczającej obiekt przyszłych badań młodego człowieka. Oczywiście sond będzie kilka nad jednym celem, i kilkoro ich mieszkańców będzie się odwiedzać, zabawiać, kochać, starzeć... Po zbadaniu układu obcej gwiazdy (dla nich to będzie jednak gwiazda ojczysta!) zapakują wyniki do jednej z sond i skierują ją ku nieznanej Ziemi, a sami spokojnie dokonają żywota. Albo lepiej zakończmy tę historię happy endem: wyobraźmy sobie, że znajdą jakąś spokojną planetę i stworzą nową rasę humanoidów. Na zakończenie mam jeszcze jedną prognozę: wyczuwam, że nasi praprawnukowie, dziś znajdujący się w jeszcze słabo zdefiniowanym stanie pre-pre-embrionalnym, szykują się do wynalezienia kosmicznego koła, gwiazdowego diesla i gitary na dwanaście superstrun. A jak tego dokonają, wszystkie dzisiejsze opowieści o gwiazdolotach można będzie spokojnie włożyć między dobrą, naiwnie poczciwą, starożytną klasykę technofantasy. Artykuł uaktualniony w 2005 r. |
|
KATASTROFY GLOBALNE
Wbrew katastroficznym prognozom rozwoju cywilizacji uważam, że człowiek nie jest w stanie naruszyć planetarnej równowagi ani sam zagrozić bytowi własnego gatunku. Wydaje mi się, że kasandryści cierpią na przerost megalomanii antropocentrycznej i przypisują ludzkości zbyt wielkie możliwości działania. Nie znaczy to oczywiście, że życie na Ziemi zawsze będzie przyjemne i bezpieczne, tym bardziej, że bezpośrednio zagrażają nam siły, nad którymi nie potrafimy zapanować. Wydaje mi się, że w okresie najbliższych kilku tysięcy lat zaistnieje realna groźba zagłady wszystkich wyższych organizmów, a więc przy życiu pozostaną tylko bakterie, ukryte głęboko pod powierzchnią ziemi. W zdecydowanie pesymistycznym wariancie takiej katastrofy unicestwieniu ulegnie cała biosfera, więc życie nie przetrwa, a w optymistycznym - zewnętrzne siły zniszczą tylko cywilizację, a także, być może, człowieka. Przyjrzyjmy się bliżej różnym scenariuszom katastrofy planetarnej i możliwościom obrony przed kataklizmem.
Podniebna apokalipsa Wszystkie "ślady na niebie i ziemi", zupełnie dosłownie traktując to określenie, wskazują, że koniec naszego świata najprawdopodobniej nastąpi w wyniku kosmicznej katastrofy, a będzie ona polegała na zderzeniu Ziemi z dużym ciałem niebieskim. Takie kolizje są w przestrzeni kosmicznej czymś powszednim, czego dowodzi upadek komety Shoemaker-Levy 9 na Jowisza w lipcu 1994 roku. Kometa rozpadła się przed zderzeniem na 21 kilkukilometrowych fragmentów, a w następstwie kolizji po powierzchni planety rozpełzła się plama z rozżarzonych gazów wielkości całej naszej Ziemi. Obawy przed zderzeniem nie są więc bezpodstawne i należy potraktować je poważnie. Jak widać, średniowieczni astrologowie mieli powody, aby z niepokojem obserwować pojawiające się na niebie "gwiazdy z warkoczami". Jak wynika z badań astronomicznych, w niedalekiej przestrzeni okołoziemskiej krąży ok. 2 tysięcy asteroid oraz komet o średnicy większej niż 1 kilometr, a powierzchnia naszej planety nosi liczne ślady uderzeń dużych obiektów. Przypuszcza się, że olbrzymi krater o średnicy 167 km w północnych regionach półwyspu Jukatan powstał 65 milionów lat temu w wyniku zderzenia z Ziemią właśnie planetoidy o średnicy ok. 10 kilometrów, a wyginięcie dinozaurów mogło być ściśle związane z tą katastrofą. Pewne wyobrażenie o kataklizmach tego typu dają relacje dotyczące upadku tzw. meteoru tunguskiego, który, jak się obecnie uważa, był lodowo-skalną kometą o średnicy ok. 100 metrów. Moc wybuchu, który miał miejsce na wysokości 10 km, była tysiąckrotnie większa od bomby atomowej, zrzuconej na Hiroszimę. I chociaż eksplozja powaliła drzewa w promieniu 25 km, zabiła renifery w promieniu 50 km, a pożary wybuchały jeszcze w odległości 100 km, to zaliczamy ją jeszcze do katastrof lokalnych. Jeśli ciało niebieskie o takich rozmiarach spadnie w okolicach Gdańska, w Warszawie pewnie tylko zabrzęczą szyby, powieje silny wiatr, a połowę nieba rozświetli łuna, jeśli uderzenie nastąpi po zmroku. Stumetrowe asteroidy trafiają nasz glob statystycznie raz na sto lat, a ponieważ kometa tunguska spadła w 1908 roku, mamy jeszcze szansę przeżyć (lub nie!) podobną kolizję w pierwszej połowie XXI wieku. Sprawa przedstawia się znacznie gorzej, jeśli rozmiary kosmicznego przybysza będą większe. Dopiero niedawno dzięki modelowaniu komputerowemu uzyskano dosyć dobre możliwości tego rodzaju symulacji. Poważnie wyglądają przewidywane następstwa zderzenia z bryłą 200-metrową, co powinno mieć miejsce średnio raz na 5 tysięcy lat. Gdyby taka asteroida trafiła w środek Atlantyku, to szacuje się, że u wybrzeży zarówno Europy, jak i Ameryki powstałaby fala o wysokości 200 m. Pewnie trochę wody przelałoby się przez Skagerrak i Skattegat, więc perspektywy dla dużej części Europy byłyby nieciekawe. We wszystkich nadmorskich miastach kataklizm wyrządziłby ogromne zniszczenia, a porty leżące na wybrzeżu Atlantyku zostałyby wręcz zmyte do oceanu. Można przypuszczać, że u nas morski żywioł wdarłby się doliną Odry aż po aż po Słubice, a poprzez wrota Gdańsk - Elbląg fale płynęłyby aż do Torunia, a może i Włocławka, zbierając hekatomby ofiar. Jeszcze gorzej byłoby w okolicach Sztokholmu, Rygi, Tallina i Sankt Petersburga. Lecz mimo tych ponurych wizji nawet taka katastrofa jeszcze nie może być nazwana globalną, ponieważ ogromna większość populacji nie ucierpi, a wielu mieszkańców wyżynnych okolic dowie się o kataklizmie z telewizji. Co innego, gdyby w Ziemię trafiła planetoida o średnicy 1 kilometra. Taka katastrofa grozi tylko raz na 100 tysięcy lat, ale za to, jeśli już nastąpi, będzie naprawdę brzemienna w skutki dla całej planety. Energię zderzenia można oszacować na równowartość 5 milionów bomb hiroszimskich. Gdy skała o wielkości Kasprowego Wierchu wtargnie z ogromną prędkością w atmosferę ziemską, nastąpi gigantyczna eksplozja. Część materii dotrze do powierzchni globu, unicestwiając wszystko na wielkim obszarze. Następstwem kolizji będą trzęsienia ziemi na dużych obszarach i perturbacje atmosferyczne o skali trudnej do określenia, jak huragany czy zmiany klimatu. Olbrzymie ilości pyłu rozproszone przez wybuch i wyniesione do górnych warstw atmosfery spowodują wielomiesięczną noc, co wstrzyma asymilację roślin i spowoduje ich obumarcie. Antarktyczne mrozy wystąpią w skali całego globu, nawet do minus 50 lub 80 stopni, co unicestwi większość żywych organizmów, zwłaszcza w rejonach równikowych. Prognozowanie jeszcze większych katastrof nie ma wielkiego sensu, bo czym bardziej śmiała ekstrapolacja, tym większy błąd. Wymodelować można wszystko, nawet upadek planety wielkości Australii. Według obliczeń taki obiekt rozbije płaszcz Matki Ziemi i uszkodzi planetarne jądro, a po kolizji nasz glob miałby wyciek magmy i z kosmosu wyglądałby jak monstrualna kijanka. Starcie z nieco mniejszą planetką, o średnicy "tylko" 165 km, wytworzy falę uderzeniową rozchodzącą się z szybkością 60 tys. km/godz., podczas gdy najsilniejsze cyklony, zmiatające potężne budowle, osiągają 200-300 km/godz., czyli są 200-krotnie wolniejsze. Szybkość czoła fali uderzeniowej przekroczy 50 razy prędkość dźwięku w powietrzu i będzie o 30% większa niż III prędkość kosmiczna, pozwalająca wynosić materię poza zasięg przyciągania nie tylko Ziemi, ale i Słońca. Jak więc widzimy, taką katastrofę na skalę kosmiczną lepiej byłoby przeczekać na Księżycu, albo nawet dalej. Jednakże planetoida o średnicy 10 kilometrów, która nawiedziła Ziemię 65 mln lat temu, nie zdołała zabić na niej życia, co wszakże nie oznacza, że ludzka cywilizacja, gdyby wówczas istniała, przetrwałaby apokalipsę. Jakie są szanse obrony przed kosmicznymi intruzami? Obecnie niewielkie, a właściwie prawie żadne. Ponieważ nie jesteśmy w stanie z wyprzedzeniem przewidzieć daty i dokładnego miejsca uderzenia, nie będzie czasu na przygotowania lokalne na większą skalę. W wielu regionach można wykorzystać już istniejące schrony, ale nie zapewnią one przeżycia znaczącej części populacji, a nikomu - przetrwania przez dłuższy okres kataklizmów klimatycznych i sejsmicznych. Masowa ewakuacja na kilkanaście godzin przed katastrofą pozostanie najlepszym sposobem, choć w razie upadku dużego bolidu obszar zniszczeń rozciągnie się na cały glob. A więc nie ma sposobu na nieszczęście? Nie jest aż tak źle, bo w miarę rozwoju techniki kosmicznej człowiek powoli zyskuje możliwości obrony przed kosmicznym bombardowaniem. Jedną z możliwości jest odpowiednio wczesne odchylenie toru planetoidy w wyniku zdetonowania w jej pobliżu ładunku termojądrowego, co powinno spowodować przelot intruza w bezpiecznej odległości od Ziemi. Przy zastosowaniu tej metody niezwykle ważne jest wczesne wykrycie nieproszonego gościa, bo czym mniejsza odległość od naszego globu, tym potężniejsza musi być eksplozja. Szacunkowe wyliczenia prowadzą do wniosku, że jeśli zagrozi nam kawał kosmicznego złomu o średnicy 2 km, a więc już z tych powodujących katastrofę globalną, potrzeba na jego bocznej powierzchni zdetonować ładunek 1 megatony, jak znajdzie się o 150 milionów km od Ziemi, czyli tyle, ile wynosi odległość od naszego globu do Słońca. Jeśli intruz zbliży się na dystans 15 milionów km, należy już potraktować go 100 megatonami. Istnieją jednak uzasadnione obawy, że w wyniku eksplozji kosmiczna skała rozkruszy się na wiele mniejszych odłamków, których deszcz może poczynić na Ziemi jeszcze większe spustoszenia niż cała bryła. Obserwacje prowadzone z sond wykazują, że wiele obiektów kosmicznych składa się z pokruszonej lub spękanej skały. Uczony amerykański Canavian proponuje, aby w odległości równej promieniowi obiektu zdetonować bombę neutronową. Jak wiadomo, charakteryzuje się ona stosunkowo niewielką siłą wybuchu, natomiast wyzwala lawinę promieniowania neutronowego o bardzo wysokim natężeniu. Według tego badacza wysokoenergetyczne neutrony wnikną w powierzchniowe warstwy skały i podgrzeją je do tak wysokiej temperatury, że masy materii odparują i zostaną gwałtownie wyrzucone w przestrzeń, podobnie jak strumień gazów z dyszy rakietowego silnika odrzutowego. Jeśli uwolnienie gazów nastąpi w odpowiednim kierunku i z odpowiednią energią, obiekt zmieni tor lotu i być może minie Ziemię w bezpiecznej odległości. Oczywiście są to na razie tylko interesujące hipotezy, które należałoby zweryfikować doświadczalnie. Pewniejszym sposobem jest wylądowanie na asteroidzie i zamontowanie na jej powierzchni plazmowego silnika odrzutowego, zaopatrzonego w odpowiednią ilość paliwa. Jak wynika ze wstępnych obliczeń, taką metodę można zastosować bazując na obecnej technologii, lecz warunkiem jest wykrycie obiektu na kilka lat przed kolizją i bardzo precyzyjne wyliczenie toru jego lotu. Jak widać, intensyfikacja badań kosmicznych pod kątem badania asteroid jest koniecznością. Amerykanie wdrożyli programy obserwacji i katalogowania tych ciał niebieskich. W dalszej kolejności przypuszczalnie zostaną zmienione priorytety w badaniu przestrzeni kosmicznej za pomocą sond i statków załogowych: zmaleje zainteresowanie planetami, bo ich badanie ma znaczenie głównie poznawcze, natomiast wysiłki skoncentrują się na praktycznej eksploracji asteroid, których najwięcej okrąża Słońce między orbitą Marsa i Jowisza. Na pewno będą też testowane sposoby zmiany orbit tych obiektów, najpierw za pomocą klasycznych materiałów wybuchowych i silników rakietowych, a potem, być może, ładunków termojądrowych. Tego typu eksperymenty będą pierwszymi przedsięwzięciami astroinżynieryjnymi. Jednakże rysują się także innego rodzaju trudności, bo program zyskuje wymiar polityczny. Aby przeprowadzić testowe eksplozje, trzeba wynieść broń jądrową w przestrzeń kosmiczną. Średnie i małe państwa nie są przekonane, w co tak naprawdę będą wycelowane uzbrojone orbitalne bomby. Mocarstwa atomowe też nie mogą do końca wierzyć zapewnieniom swoich potężnych sąsiadów zza oceanu. Natomiast zdecydowanie popierają projekty "wojen z kometami" sztaby specjalistów od uzbrojenia termojądrowego, którzy nie mają wiele do roboty w okresie odprężenia międzynarodowego. Przeciwnicy zamierzenia mają jeszcze jeden argument: zagrożenie wypadkiem, które istnieje w każdej dziedzinie techniki. Wyobraźmy sobie, że uszkodzony chiński satelita ze 100-megatonową bombą termojądrową koziołkując wchodzi w atmosferę nad stanem Nowy Jork! Przy dzisiejszym, a także możliwym do przewidzenia stanie techniki nie istnieją jednak inne możliwości obrony przed asteroidami. Jedno z tych ciał niebieskich w chwili, w której czytacie te słowa, znajduje się już na kursie kolizyjnym - nie ma więc czasu do stracenia. Tyle o najzupełniej realnym niebezpieczeństwie, które grozi nam od strony nieba. Okazuje się, że zjawiska zachodzące o wiele bliżej, w ziemskiej biosferze, również są w stanie wywołać zmiany, katastrofalne dla naszej cywilizacji. Należy podkreślić, że są to zjawiska całkowicie naturalne, w których człowiek najprawdopodobniej ma udział tak znikomy, że właściwie żaden. Zakres tych zjawisk jest tak olbrzymi, że możemy sobie tylko pomarzyć, żeby kiedyś nasze działania mogły mieć chociaż przybliżony skutek.
W uścisku lodu Okres ostatnich 10 tysięcy lat, charakteryzujący się względną stabilnością klimatu, to tylko mgnienie w historii planety. Gdyby przyjąć, że od śmierci ostatniego dinozaura i początku ekspansji ssaków, które wtedy w postaci niewielkich gryzoni kryły się po norach w ziemi, upłynął 1 dzień, to okres nowożytnej stabilności klimatycznej wyniesie zaledwie 6 sekund. Nawet w tym okresie, ok. 300-400 lat temu, miała miejsce tzw. Mała Epoka Lodowa, charakteryzująca się wyraźnym oziębieniem na północnej półkuli, a więc chłodniejszymi latami i mroźnymi zimami. Podczas tych zim Bałtyk rokrocznie zamarzał aż do Szwecji, więc pewien przedsiębiorczy szlachcic w połowie drogi stawiał na lodzie karczmę, która świetnie prosperowała, bo wielu było chętnych na niedrogą przeprawę saniami przez morze. Jak widać, ostre zimy nie zagroziły tym ludziom, którzy potrafili się odpowiednio przygotować. Trudno sobie jednak wyobrazić przygotowania do przetrwania ataku lodowców o grubości 2-3 kilometrów, nasuwających się z północy na Europę. Gwałtowne ochłodzenie i kolejna epoka lodowa to drugie, po kosmicznym bombardowaniu, oblicze apokalipsy. Może więc się zdarzyć, że jeszcze zanim trzeba będzie kryć się przed pędzącą ku Ziemi asteroidą, przyjdzie uciekać przed inwazją pełznących od Skandynawii lodowych łańcuchów górskich. Perspektywa zaiste niewesoła, ale czy prawdziwa? Przecież większość klimatologów i ekologów mówi o efekcie cieplarnianym, topnieniu lodów polarnych i groźbie oceanicznego potopu. O co więc tu chodzi? Z badań paleoklimatologicznych wynika, że ziemskie okresy glacjałów (zlodowaceń), trwające od kilkudziesięciu do kilkuset tysięcy lat, przeplatane są cieplejszymi tzw. interglacjałami, które są znacznie krótsze (ok. 10 tys. lat). Tego rodzaju cykle następują na północnej półkuli dość regularnie po sobie od ok. 1,5 miliona lat i nic nie wskazuje, żeby to się miało skończyć. Nasz "ciepły" okres trwa już 10700 lat. Czyżby nadchodził czas na zmianę? Zdaniem części klimatologów i oceanografów jest to nie tylko możliwe, ale nawet bardzo prawdopodobne. Żeby zrozumieć przyczyny klimatycznych oscylacji europejskich należy przyjrzeć się Oceanowi Atlantyckiemu. Od równika ku północy płynie tym oceanem potężna rzeka, zwana Prądem Zatokowym lub Golfsztromem, tłocząc ku rejonom arktycznym ponad 200 razy więcej wody niż wlewa się jej do Atlantyku ze wszystkich lądowych rzek razem wziętych. Jest to prąd powierzchniowy, więc wody nagrzewają się w równikowej, ciepłej strefie klimatycznej. Na północy, w okolicach Wysp Brytyjskich, Islandii, Skandynawii i Grenlandii, oceaniczna rzeka rozgałęzia się, a przemieszczając się do chłodnych rejonów arktycznych intensywnie oddaje ciepło. Dzięki temu zjawisku rejon Spitsbergenu "przegrzany" jest aż o 26 stopni, a skandynawskie porty, jak również port w Murmańsku, nie zamarzają zimą. Umiarkowany, przyjazny klimat europejski także zawdzięczamy ciepłej rzece atlantyckiej. Gdy silnie zasolone, ciepłe wody prądu stygną, ich gęstość rośnie. Ochłodzona solanka jest cięższa od otaczających ją, nieco mniej zasolonych wód i zaczyna tonąć, zanurzając się pod powierzchnię oceanu i płynąc w kierunku dna, a potem zawracając na południe, wciąż na dużej głębokości. Ta podmorska, teraz już chłodna rzeka ma przed sobą długą drogę: rwie głębiną przez cały Atlantyk, zakręca wokół Afryki na Ocean Indyjski, potem odbija dalej na południe ku Antarktydzie, opasuje Australię i nie wynurzając się kieruje się ku północy, wciąż na dużej głębokości przemierzając niemal cały Pacyfik. W północnych rejonach tego oceanu wynurza się i zawraca, zaczyna gromadzić ciepło i po odwrotnej wędrówce, znów po powierzchni, ponownie trafia do Arktyki i koło zamyka się. W ten sposób działa gigantyczny silnik, pompujący ciepło i zapewniający nam spokojne życie. Jednakże, jak twierdzą badacze, układ cechuje niestabilność i co jakiś czas ulega on wyłączeniu, czego następstwem może być kolejne zlodowacenie. Co jest przyczyną destabilizacji Prądu Zatokowego? Amerykański oceanograf Wallace S. Broecker przypuszcza, że okresowe zwiększenie dopływu słodkich wód do północnego Atlantyku może zastopować obecny układ prądów. Oziębiający się Prąd Zatokowy zostanie rozcieńczony, a w efekcie jego ochłodzone wody będą mniej zasolone, czyli lżejsze niż w okresie włączonego silnika oceanicznego, i nie zanurzą się w głębiny w rejonach arktycznych, tak jak to działo się dotychczas. Obieg zostanie przerwany, a przepływ zastopowany. Oczywiście uruchomi się inny układ prądów w światowym oceanie, ale np. niewielki wzrost temperatury w rejonie Antarktydy zapewne nie zainteresuje mieszkańca Europy, spoglądającego na czoło zbliżającego się lodowca. Wspomnę w tym miejscu, że ostatnie doniesienia mówią o ociepleniu w rejonie Antarktydy: jak wynika z obserwacji wielorybników, zasięg lodów wokół tego kontynentu zmniejszył się od połowy lat pięćdziesiątych do początku siedemdziesiątych aż o ok. 25%. Anomalie pogodowe, obserwowane w ostatnim okresie, jak huragany, powodzie, wzmożone opady i cały kompleks zjawisk, powiązanych z Oscylacją Południową El Nino, mogą powodować rozcieńczanie wód Prądu Zatokowego i osłabienie jego przepływu. Nikt nie wie, na jakim etapie spowalniania cyrkulacji oceanicznej uaktywni się proces lodowacenia północnej półkuli, w każdym razie raz rozpoczęte zjawisko wykazuje sprzężenie zwrotne dodatnie: zbierające się masy lodu i śniegu odbijają promieniowanie słoneczne, co powoduje dalszy spadek temperatury i narastanie lodowców. Być może niepostrzeżenie zbliżamy się do punktu krytycznego, w którym - paradoksalnie - globalne ocieplenie uruchomi mechanizm lodowacenia północnej półkuli. W tym miejscu warto wspomnieć o nieco innej hipotezie, która jednakże nie zaprzecza zjawisku wyłączania cyrkulacji atlantyckiej. Część naukowców uważa, że praprzyczyną wahań temperatury na Ziemi są zjawiska przebiegające na Słońcu, powodujące zmiany jego aktywności, a więc ilości wypromieniowywanej energii. Zgodnie z tym poglądem, pierwszy impuls pochodzi od naszej gwiazdy, i to on właśnie uruchamia złożone sekwencje zmian klimatu. Nie chcę nikogo straszyć, bo w sklepach zabraknie futer, ale z badań paleoklimatologów wynika, że glacjał - obojętnie co jest jego pierwotną przyczyną - musi prędzej czy później nastąpić. Pesymiści twierdzą, że lody mogą ruszyć już za 20 lat, bardziej optymistycznie nastawieni, jak Broecker, że za 50-150, a niefrasobliwi dowodzą, że w historii bywały interglacjały trwające znacznie dłużej niż 10 tysięcy lat. Rosyjski klimatolog Michaił Budyko uważa, że następne zlodowacenie będzie ostatnie i ostateczne, bo obejmie całą kulę ziemską, a oceany zamarzną na zawsze i aż do dna; wtedy życie ulegnie unicestwieniu. Inni naukowcy prognozują, że lody o grubości kilku kilometrów skują na tysiące lat północną i środkową Europę, całą Kanadę i połowę Stanów Zjednoczonych. Nieciekawa to perspektywa dla najbardziej rozwiniętych państw świata. Co może nas czekać? Według ostrożnych prognoz, w następstwie kolejnego, nieuchronnego zlodowacenia życie raczej nie zginie, a gatunek człowieka przetrwa, choć całe narody zostaną dosłownie starte z powierzchni ziemi wraz ze swoją kulturą i całym cywilizacyjnym dorobkiem. Niestety, nasze polskie "geoglacjalne" położenie jest tylko nieco lepsze niż szwedzkie, bo co z tego, że lodowiec zechce np. zatrzymać się na Karpatach? Przemieszczanie lodów będzie stosunkowo powolne, acz nieuchronnie, pozostanie więc ucieczka. Nie podejmuję się nawet naszkicować potwornego chaosu, jaki zapanuje w Europie w dobie Neoglacjalnej Wędrówki Ludów, jedno wszakże jest pewne: ofiary będą niewyobrażalnie wielkie. Pewnie lepiej będzie na Syberii ze względu na małe zaludnienie, a już zupełnie dobrze w Ameryce, która przygotuje się i przeprowadzi masową ewakuację (jeśli zajdzie potrzeba, to zapewne aż do południowych granic Meksyku). W Chinach będzie ciężko, a dla przeludnionych, niewielkich wysp japońskich, skąd nie ma dobrej drogi ucieczki, nadejdą sądne dni. Można rozpatrywać jeszcze inne, bardziej heroiczne scenariusze. Wszak technika rozwinie się przez następne stulecia, więc kto wie, czy nasi potomkowie nie będą próbowali stawić czoła naturze? Natychmiast nasuwa się rozwiązanie: za wszelką cenę nie dopuścić do zatrzymania silnika oceanicznego! Wtedy wszystko pozostanie po staremu, zarówno terytorialnie, jak i kulturowo: nie trzeba będzie nigdzie uciekać, ani np. chować się pod ziemię. Jednakże w tym przypadku jestem pesymistą - chyba jeszcze bardzo długo nie będziemy potrafili sterować tak olbrzymim i niesłychanie złożonym układem, jakim jest globalny klimat. Człowiek potrafił stworzyć cywilizację, kulturę, ingeruje w budowę własnego ciała, wydostał się poza macierzystą planetę - ale jego wpływ na zjawiska klimatyczne pozostał praktycznie zerowy. Nie wiemy nawet, jak zacząć zabierać się za problem, nie mówiąc już o sukcesie. Może to zresztą i lepiej, bo trudno sobie wyobrazić następstwa klimatycznej katastrofy, spowodowanej naruszeniem niewyobrażalnie skomplikowanej dynamicznej równowagi w atmosferze i oceanach. Dziś najpotężniejsze komputery stosuje się zaledwie do prognozowania pogody na kilka dni naprzód, i nawet tak krótkookresowe przewidywanie nie wychodzi nam najlepiej. Według innego scenariusza można próbować powstrzymywać lawinę lodu poprzez np. budowanie zapór. Jednak co zatrzyma napór miliardów ton lodu, który formuje wzgórza i żłobi doliny? Można wyobrazić sobie podziemne miasta lub życie na powierzchni lodu, ale skąd brać żywność i energię? Wolałbym trzymać się realiów, więc nie będę kontynuował tego rodzaju heroicznych wątków. W każdym razie, jeśli ktoś w ogóle będzie wiódł egzystencję pośród lodowych gór, to zapewne nie więcej niż ułamek procenta dzisiejszej populacji. Osady takich "Neoeskimosów", jeśli przetrwają, będą musiały być silnie wspomagane z zewnątrz, z terenów wolnych od lodu. Wobec tak "chłodnych" perspektyw nam, Polakom, chyba już bardziej opłacałoby się uderzenie kilometrowej asteroidy, zwłaszcza gdzieś na antypodach. Natomiast mówiąc serio, co możemy zrobić, jaki środki zaradcze przedsięwziąć? Bo jest rzeczą pewną, że w okresie trwania naszej cywilizacji grozi nam ogniste bombardowanie z nieba i napływ lodów z bieguna. I jedno, i drugie wstrząśnie podstawami ludzkiej egzystencji i, być może, całkowicie zmieni globalny układ sił, jeśli np. zostaną selektywnie unicestwione rozwinięte technologicznie państwa północnej półkuli. Czy możemy podjąć wyzwanie? Prawdę mówiąc, nie mamy innego wyjścia. Po pierwsze: zamiast łożyć ogromne sumy na badania efektu cieplarnianego, którego geneza wciąż nie jest oczywista, warto więcej środków i uwagi poświęcić zagadnieniom, związanym z powyższymi, realnymi zagrożeniami. Realnymi, bo jak wynika z historii naszej planety, zdarzały się wielokrotnie i będą zdarzać się w przyszłości. Po drugie: warto zjednoczyć siły i podzielić prace na zespoły międzynarodowe, tym bardziej, że każdy kraj ma swoją specyfikę związaną z położeniem geograficznym, co trzeba uwzględnić w przygotowaniach. Musimy wiedzieć znacznie więcej, żeby mieć szansę. Bo w dniu, w którym kłopot "zwali się na głowę", będzie już za późno. Niewielką pociechą jest konstatacja, że to nie nam się dostanie, tylko raczej naszym wnukom. Artykuł uaktualniony w 2006 r.
|
|
Okładki: |