Andrzej Zimniak Aktualności |
|
Okładki:
|
|
|
A Polish Book of Monsters
W Stanach Zjednoczonych w końcu 2010 r. ukazała się antologia polskich opowiadań A Polish Book of Monsters w tłumaczeniu Michaela Kandela (tłumacz Lema), a w niej mój tekst A Cage Full of Angels (Klatka pełna aniołów).
Reprezentowani autorzy: Huberath, Sapkowski, Kołodziejczak, Zimniak, Dukaj.
Wydawnictwo: PIASA Books
Książka dostępna na terenie USA i w wydawnictwie Amazon
Teksty: A Cage Full of Angels (ang., fragment, za zezwoleniem tłumacza) Klatka pełna aniołów (pol.) - kup w księgarni SOLARIS
|
![]() |
![]() |
![]()
|
Jak NIE zginie ludzkość prognozy naukowca i wizjonera
kwiecień 2008, cena 24,99 zł.
|
|
Jak NIE zginie ludzkość prognozy naukowca i wizjonera
|
Sposób na futurologię
Nagminnie nadużywane sposoby uprawiania futurologii można z grubsza podzielić na: naukowe, utopijne, kasandryczne i metafizyczne. Podziały nie są ostre, każdy z nich zawiera jakieś domieszki pozostałych. Sposób naukowy to zwykle liniowa ekstrapolacja rozwoju technologii, czyli że maszyny będą większe (albo może zgoła malutkie, wielkości molekuł), szybsze, lepsze i inteligentne, a ludzie zdrowsi, silniejsi, wyposażeni w większy i sprawniejszy mózg, a także czyści i porządnie ubrani. Mutacją tego sposobu myślenia jest skonstruowanie jakiejś teorii, na przykład: energia udostępniona zostanie za bezcen, samochody można będzie napędzać wodą, lub że za pomocą liposomów wprowadzi się do skóry chlorofil i ludzie zaczną asymilować dwutlenek węgla z powietrza. Ta droga wiedzie wprost do hard sf i naukowcy-futurolodzy mogą mimowiednie znaleźć się na obcym sobie, choć pokrewnym terenie. Jak się czasami okazywało, taką metodą można było trafić zupełnie blisko, więc jesteśmy skłonni przyjmować nowe prognozy za dobrą monetę, lecz nic nie poradzimy na fakt, że niesłychanie rzadko udaje się przewidzieć wynalazki-zwrotnice, zmieniające bieg dziejów. A więc prognozy naukowe są łatwe do intuicyjnego rozumienia, lecz mają zasadniczą wadę: prawie nigdy się nie sprawdzają. Sposób utopijny robi to samo z człowieczą psychiką, co naukowy z technologią. A więc ludzie będą wewnętrznie lepsi, przewidujący, altruistyczni, sympatyczni, będą czytali poezje i wszyscy przejdą na wegetarianizm. Jasne, że społeczeństwa złożone z takich milusińskich staną się zasobne i niekonfliktowe, a sprawiedliwość zapanuje niepodzielnie, zarówno na poziomie jednostek, jak i całych grup społecznych. Teraz sposób kasandryczny. Ten zmienia znaki z dodatnich na ujemne i może odnosić się do obu powyższych grup. Czyli mamy jakiś zdegenerowany świat technologiczny po III lub IV wojnie biologiczno-chemiczno-nuklearnej, albo w skromniejszym wydaniu po katastrofie wynikłej z efektu cieplarnianego, oddziaływania dziury ozonowej czy po nieodwracalnym skalaniu środowiska naturalnego przez przemysł i rabunkową gospodarkę zasobami. Ludzie i systemy cywilizacyjne mogą wszak nie tylko się rozwijać, lecz także degenerować pod wpływem załamania technologicznego lub destrukcyjnych procesów społecznych. Jednakże kanonicznym sposobem prognoz kasandrycznych pozostaje po prostu wieszczenie rzeczy strasznych bez głębszych naukowych czy socjologicznych uzasadnień, raczej z wewnętrznych pobudek wieszcza. Jest to wypowiedź w stylu panie, co to się dzisiaj porobiło z tym światem, a jutra to już w ogóle nie będzie, typowa dla ludzi w wielkiej sile wieku, choć nie tylko. Świat zewnętrzny jest czułym papierkiem lakmusowym: jeśli wariuje i staje na głowie, to obserwator zaczął się starzeć. Niekoniecznie metrykalnie, ale z pewnością mentalnie, bo wszak każdy ma tyle lat, na ile się czuje. Natomiast przepowiednie metafizyczne często łączą się z myśleniem religijnym lub sekciarskim. Data końca świata była wielokroć określana w rozmaitych wieszczeniach, lecz dotychczas szczęśliwie się nie sprawdziła (w przeciwnym przypadku raczej nie bylibyśmy w stanie tego stwierdzić, przynajmniej jako ludzie). Inny rodzaj prognoz, raczej z rodzaju spirytystycznych, przypisuje mózgowi lub duchowi ludzkiemu dziś ledwie przewidywane, potężne możliwości, np. w dziedzinie eksterioryzacji, psychokinetyki, telepatii, jasnowidztwa itd. Jednakże zanim te cechy się potwierdzą, proponuję dyskusje o nich umieścić pośród pobożnych życzeń. Tym niemniej trzeba wziąć po uwagę, że człowiek potrzebuje metafizyki jak witaminy, życie bez nadziei na coś jakościowo lepszego i trwalszego od szarej rzeczywistości, a przy tym irracjonalnego w sensie tworzenia nowych bytów, jest chyba niemożliwe na wyższych poziomach świadomości istnienia. Wróćmy do historiozoficznego sposobu na futurologię. Recepta jest prostsza niżby się mogło wydawać: wnioskuje się nie według wishful thinking, czyli chciejstwa, lecz wyłącznie na podstawie tego, co już było. Ten sposób bywa rzadko stosowany, albowiem nie wywołuje aż takich dreszczyków emocji jak pozostałe. Bezlitosna kośba za pomocą brzytwy Ockhama wszystkich prognoz opartych na głębokim przekonaniu oraz tzw. naukowej intuicji może się wydawać spłaszczająca, a nawet trywializująca. Trudno. Wszak mamy zająć się futurologią, a nie fantastyką. Sprecyzujmy podstawę metodyki: odkrywca przyszłości odwołuje się do przeszłości, konstruując nadchodzące zjawiska w oparciu o prawidłowości bezspornie stwierdzone, czyli o to, co bez wątpienia wydarzało się wciąż od nowa przez wieki i tysiąclecia, a więc dobrze ilustruje naszą naturę lub zachodzące procesy. Ów śmiałek zdecydowanie stroni od wizjonerstwa technologicznego, pozostając przy znaczeniach podstawowych; np. pojęcie "podróż" odnosi do wrodzonej nam chęci przemieszczania się, natomiast szczegółów technicznej strony realizacji przedsięwzięcia z definicji nie rozpatruje, bo, jak dowodzą liczne próby na wszelkich polach futurologii, tego przewidzieć się nie da. Można powiedzieć, że istnieją niezmienne od miliona lat cechy człowieka, które zapewne utrzymają się przez następny milion. Oto związane z nimi czynności: ● polowanie (ogólniej: praca, w wyniku której uzyskuje się pożywienie i inne dobra); ● prokreacja (do tego pojęcia należy włączyć miłość w relacji kobieta-mężczyzna i rodzic-dziecko, oraz wszelkie pochodne czynności i emocje); ● zdobywanie i utrzymywanie terytorium (dotyczy także budowy i pilnowania miejsc zamieszkania, podróży i wojen).
|
![]() |
Opowiadanie ukazało się w antologii "Wizje alternatywne 6" (Wyd. Solaris) w czerwcu 2007
Świat technologii jest w pełni symetryczny do biologicznego, gdzie wszelkie, nawet najbardziej obce sobie organizmy najpierw badają się, a dopiero potem pożerają, pasożytniczo wykorzystują lub wchodzą w symbiozę. Właściwie oba te światy zlały się w jeden: nie ma już ścisłych granic między biologicznym i technicznym, naturalnym i sztucznym, swoim i obcym. Przemiana nastąpiła tak niedawno i szybko, że nawet dzieci wciąż pamiętają świat, który jeszcze dało się nazwać, lecz nikt nie wie, co było jej przyczyną. Najczęściej powtarzano dwie hipotezy: albo nastąpił eksplozywny rozwój sztucznych inteligencji, albo na Ziemię dotarła obca forma życia, zapewne inteligentnego. To ludzkie tłumaczenie, więc żadna z tych hipotez nie musi być słuszna. |
|
Magda Sperzyńska po lekturze tego opowiadania napisała, że nakreśliłem świat mroczny, w którym pojęcia dobra i zła zatraciły swój sens, a walka obcych inteligencji jest prostą kontynuacją biologicznej walki o byt. Osobiście wolę nie wierzyć w taką przyszłość cywilizacji, ale chyba warto zbadać i taki wariant. |
- Dlaczego... Homo elegans? - zapytał HS'Albigab, odwlekając najważniejsze pytanie. Próbował się rozejrzeć, ale zachlapane krwią ścianki witalizera uniemożliwiały dostrzeżenie czegokolwiek. - Och - odpowiedziała po chwili PH'daf Siódma - nazwałam cię tak dla rozrywki. Nasza praca jest ścisła w większości aspektów, więc w celu utrzymania psychicznej równowagi zabawiamy się w nadawanie pacjentom zabawnych przydomków. Gdybyś wielokrotnie ulegał wypadkom, a ja bym za każdym razem składała i fortyfikowała twoje ciało, mógłbyś żyć wiecznie, jak nicienie Caneorhabditis elegans w wersji dauer superior. Taka jest geneza, gdyby cię interesowała. Homo sapiens Albigab nie mógł już dłużej zwlekać. - Co... z nim? - spytał drewnianym głosem. - Z nim...? - powtórzyła jak echo. - Mój brat - wychrypiał. - S'Erden! Pamiętam, jechał ze mną, prowadził. Gdzie jest?! Post human daf Siódma nie pozwoliła sobie na zawieszenie głosu. Teraz mówiła bez przerwy. - Popatrzmy na twoje parametry, Homo S'Albigab, są w porządku, dochodzisz, tak naprawdę już doszedłeś. Otwieramy teraz wieko witalizera, uważaj, przepraszam za to jaskrawe światło, ale masz ubezpieczenie podstawowe, a przydział czasu się kończy. Polecenie: oddychaj! Cóż, aplikujemy elektrowstrząs, i jeszcze jeden, mocniejszy. Uderzyłeś się o ściankę, nic nie szkodzi, to się zagoi, ale za to chwyciłeś haust powietrza, już oddychasz. To dobrze. Więc S'Erden prowadził ten archaiczny samochód, powinni zakazać ich używania, zbyt szybko i bez zachowywania należytej ostrożności. Zbliżył się niebezpiecznie do pojazdu OberMenscha Elwi K, inaczej mówiąc w momencie zero proksowane prawdopodobieństwo spowodowania groźnego wypadku przez S'Erdena wyniosło 99,998%, ze skutkiem letalnym dla OMenscha szacowanym na 83%. W takiej sytuacji fajterlajfer pojazdu Elwi'ego K przejął inicjatywę i zadziałał według obowiązujących procedur. Uwaga, właśnie odłączamy od twojego serca opiekuńcze kardiophylium i dalej musisz radzić sobie sam. Nie bije? Okay, uważaj, częstujemy cię stukilową grawipięścią samuraja prosto w splot słoneczny, i jeszcze raz. Wiem, to boli, ale musi, bo trzeba uaktywnić szlaki transmisji nerwowych w organizmie Homo elegans. Wracając do OM'Elwi K, naprawdę było mu przykro, że w trakcie realizacji standardowej procedury przeciwwypadkowej jego fajterlajfer w chwili zero zniszczył wasz samochód i zabił pasażerów, używając broni pokładowej. Osoby winnej spowodowania wypadku nie obejmuje żadne ubezpieczenie, więc w trakcie dezintegracji silnika i masywnych fragmentów karoserii stożek rażenia wielokrotnie omiatał kierowcę, i nie był to błąd w procedurze. Ostrzegam cię, Homo S'Al, że umrzesz powtórnie i nieodwracalnie, jeśli mentalnie nie pomożesz w uruchomieniu własnego serca! Myśl teraz o sobie, brata nie wskrzesisz, zostały po nim ledwie pojedyncze komórki do identyfikacji tożsamości. Daruj, ale muszę wyjąć cię z witalizera i rzucić o sufit - może się potłuczesz, może stracisz przytomność albo rozbijesz sobie głowę, ale zapewne cię zamroczy i wtedy, miejmy nadzieję, podświadomość zostanie zdominowana przez pierwotną wolę życia. Skorzystajmy z szansy tej niezwykle prostej i, co istotne w twojej finansowej sytuacji, taniej kuracji. No tak, rozbiłeś nos i zwichnąłeś kciuk, ale serce ruszyło! Naprawdę cieszę się, że będziesz żył, Homo elegans Albigab.
|
![]() |
Biały rój Powieść ukazała się w lutym 2007 roku nakładem Wydawnictwa Literackiego
"Od naszych smutnych czasów minęło dwieście lat. Świat podzielony jest na tzw. latyfundia. Polska niestety - znów - zniknęła z mapy, stając się częścią latyfundium Preussen. Cóż, mogło być gorzej. Mogły być to Rosja lub Chiny... Autor nie rozpisuje się zbytnio na temat historii, ale nastąpić musiała jakaś zaiste większa zawierucha, skoro część obecnych terytoriów USA zajmuje twór państwowy o nazwie Królestwo Mzinga. Zamieszkany i rządzony przez ludzi rasy czarnej." (fragment recenzji, autor: Dominik Maria de Laurans pseud. Grimnir, http://www.gram.pl/) |
|
Sam się sobie dziwię, ale napisałem drugą powieść. Pierwsza, "Marcjanna i aniołowie", ukazała się w 1989 roku. Cóż, przyzwyczaiłem swoich czytelników do tego, że jestem autorem opowiadań, i rzeczywiście lubię ten rodzaj twórczości - w krótkiej formie jest jeden pomysł, błyszczący w centrum utworu jak brylant w pierścieniu, jest jeden silny impuls emocji, jedna aura i mało piany. Ale czytelnicy preferują powieści, bo wolą dłużej ucztować, chcą próbować różnych smaków, i przyzwyczajają się do towarzyszącego im tłumu postaci. Wierzcie mi, że autor też jest w stanie polubić powieść, nad którą pracuje.
|
Zjechała na pobocze, wyłączyła silnik i otarła pot z czoła. Spokojnie, tylko spokojnie, powtarzała w kółko. Po raz kolejny rozłożyła mapę i sprawdziła drogi dojazdowe, po czym uaktywniła radiolokator satelitarny. Urządzenie było tanie i kiepskie, ale pokazywało pozycję z dokładnością do około stu metrów. Według wskazań widocznych na monitorze znajdowała się właśnie tam, gdzie powinna, lecz Wioski Matek nie było widać. - Cholera! - zaklęła, uderzając dłonią w kierownicę. Rozległ się niski dźwięk klaksonu. Przed wyjazdem zrezygnowała z obstawy, mimo nalegań Szamana od Włóczni. Uważała, że sama, bez śledzących ją policjantów, będzie miała więcej swobody w kontakcie z Matkami. Teraz, samotna na odludziu, była bliska paniki. Słońce stało nisko, szosę spowijał gęstniejący mrok. Na tej szerokości geograficznej nie ma długich i jasnych wieczorów, ciemność zapada szybko, natychmiast po krótkim zachodzie. Chwyciła telefon, ale zaraz odrzuciła go ze złością. Nie chciała poczekać na Bena, spieszyła się do "swoich" nienarodzonych dzieci, a teraz co mu powie? Że niecierpliwa dziewczynka zabłądziła w lesie? A Benny poradzi, żeby trochę lepiej się rozejrzała, i będzie miał swoją cholerną rację! Cykady grały jak wściekłe, cały las pełen był dziwnych odgłosów. Z tej kakofonii wyłowiła obcy dźwięk. Kroki? Obejrzała się raptownie, sięgając do torebki. Nie, nie wzięła pistoletu, nigdy go nie nosiła, mimo że posiadała zezwolenie. Wolała elektryczny paralizer, ale w pośpiechu zapomniała go zabrać, przecież nie wybierała się daleko, miała przed sobą zaledwie dwie godziny jazdy. Poboczem nadchodził stary Murzyn z psem. Gdy była zdenerwowana, zawsze bulwersował ją widok Murzynów, tak naprawdę nigdy się do nich nie przyzwyczaiła. Mężczyzna musiał wyjść z lasu, bo jeszcze przed chwilą droga była pusta. Zatrzymał się obok wozu i lustrował ją nieruchomym, rybim wzrokiem. Spostrzegła, że prawie nie mrugał. Po długiej chwili zaśmiał się skrzekliwie. - Biała kobieta sama, dlaczego? Nie rozumiemy, prawda, pies? Poczochrał zwierzę za uchem. Z gardzieli wielkiego jak dzik, bojowego bulteriera wydobył się głuchy warkot. - Ja... służbowo - wyjąkała. Przemknęło jej przez głowę, że pozostali członkowie bandy przyczaili się w zaroślach, i że powinna spróbować natychmiast włączyć silnik i odjechać, dając gazu do dechy. Jednak nie zrobiła najmniejszego ruchu, ręce miała jak z ołowiu. - Szukam Wioski Matek - dodała starając się, aby jej głos nie drżał. Mężczyzna obserwował ją w milczeniu. Właściwie nie był stary, lecz w wieku trudnym do określenia. Szeroka czaszka tkwiła bezpośrednio na tułowiu, prawie nie miał szyi, zapadnięta pierś kontrastowała z grubymi ramionami. Nosił tylko biodrową przepaskę. Sięgnęła do kluczyka. Wtedy bulterier warknął głucho i ruszył w jej stronę, pokazując kły. Cofnęła dłoń. - W tych stronach bladziuchy nie jeżdżą bez pozwolenia - poinformował Murzyn. Nie starał się powstrzymywać psa, który nie zbliżał się bardziej, ale wargi miał ściągnięte i nie przestawał warczeć. - Mam pozwolenie! - krzyknęła zdesperowana. - Jestem służbowo, mam rządowy priorytet, zaraz przyjedzie moja obstawa! - Nie zważając na bestię tuż za otwartym oknem, wyszarpnęła z torebki polecający list od dyrektora Instytutu. - Tu, zobacz sobie! Gdyby bandyci świadomie zaatakowali urzędnika na służbie, mogliby mieć kłopoty. Herreira wierzyła, że Murzyn zdaje sobie z tego sprawę. Mężczyzna patrzył jej w oczy, nie zwracając najmniejszej uwagi na list, którym wymachiwała. Pies, o dziwo, przestał warczeć i odsunął się, a potem usiadł i zaczął dyszeć, wywiesiwszy jęzor. - Było tak od razu - mruknął. - Jestem M’ghwng, Szaman Wioski Matek. Gloria odetchnęła. - Herreira, Zaklinaczka Pisma Krwi. - Cofnij trochę, Zaklinaczko, wjazd jest zaraz za tobą. Przymknęła oczy i potarła skronie czubkami palców. Potem szybkim ruchem uruchomiła silnik, zawróciła i podjechała do miejsca, w którym mężczyzna już czekał. W mroku błyszczały białka jego nieruchomych oczu. Wjechała w boczną, zarośniętą drogę, wciąż walcząc ze strachem. Nie do końca wierzyła nieznajomemu, coś jej się w tym wszystkim nie podobało, jednak Wioska nie mogła być daleko stąd. Rzeczywiście, po kilkudziesięciu metrach dojechała do drewnianej bramy w murze z cegły. Mężczyzna podniósł skobel i odepchnął jedno skrzydło na taką szerokość, że jej wóz akurat się zmieścił. Wjechała na wybrukowany plac, otoczony przez wysokie baraki. Gdy wychodziła z samochodu, bulterier, teraz łagodny jak domowy psiak, obwąchiwał jej buty. Starała się nie zwracać na niego uwagi. - Chcę zobaczyć Matki - stwierdziła bez wstępu. Znów odczuła ciężar z pozoru bezmyślnego, nieruchomego wzroku. Oczekiwanie na każdą odpowiedź tego mężczyzny było naprawdę denerwujące. Za każdym razem zaczynał mówić dopiero w chwili, kiedy milczenie stawało się obraźliwe. - Pośpiech nie jest wskazany - wycedził. - Nic o nich nie wiesz, Zaklinaczko. List, chcę go zobaczyć. Podała mu pismo. Nawet na nie spojrzał na papier, tylko zmiął arkusz i wepchnął pod poplamioną przepaskę. - Idziemy do gabinetu. Zaprowadził ją do klitki w jednym z baraków. Pod wąskim, wysokim oknem stał zdezelowany stolik, zawalony urzędowymi pismami i resztami jedzenia. Na ścianie wisiał rulon monitora, a po ścianach pięły się luminescencyjne rośliny, dające słabe, zielonkawe oświetlenie. Murzyn wskazał Glorii wyszmelcowany fotel i zapalił punktową lampkę, pod którą rozłożył jej list polecający. Wygładził papier i zaczął wodzić palcem wzdłuż linijek, poruszając zaślinionymi wargami. - "Gloria Herreira, Zaklinaczka Pisma Krwi, matka tubiczna płodów męskich A-11 i A-12." Ach, chodzi o tych nowych, skatalogowanych jako Allan Sinistra i Allan Volyan - mruknął, kiwając głową. - Okaż paszport, Zaklinaczko. Taka jest rutynowa procedura. Cielakowaty bulterier leżał koło niej na podłodze. Sprawiał wrażenie spokojnego, lecz lustrował otoczenie spod półprzymkniętych powiek. Podała M’ghwngowi dokument. - Kto nadał chłopcom imiona? - spytała od niechcenia. Była urażona, że nie zaczekano na nią, ale starała się tego nie okazać. - W kartotekach musi być porządek - pouczył ją Murzyn, odpowiadając na właściwe pytanie. Dokładnie obejrzał jej zdjęcie i zwrócił paszport. - Co wiesz o Matkach, Glorio Herreiro, Zaklinaczko Pisma Krwi? - Nic - odparła opryskliwie. - Wiem, że procesy ciążowe zostały przyspieszone, zgodnie z planem. I bardzo dobrze, bo... - Powód mnie nie interesuje. Więcej, nie powinien interesować, to nie jest zakres moich obowiązków. Czy znasz status Matek? Wzruszyła ramionami. - Skąd niby mam znać? Wszak mamy inne zakresy obowiązków. Znów przerwa na uważną obserwację, męcząca konfrontacja z maską jego twarzy. Wytrzymała to spojrzenie. - Przeznaczone zostały wyłącznie do rodzenia, centralnym organem tych istot jest brzuch, macica - powiedział w końcu. - Są sfunkcjonalizowane. Gloria stała się czujna. - To oznacza... A nogi, ręce? Głowa? Czegoś im brakuje? Zarządca pokręcił głową. - Tak bym nie powiedział. Wszystkie funkcje istnieją, podporządkowane, bez nadmiarowości. - Są więc jak rozpłodowe bydło! - Mimowiednie podniosła głos. Pies uniósł łeb, w jego piersiach wezbrał dźwięk przypominający dudnienie podziemnego potoku. Zaklinacz Wioski skrzywił się. - Niedobre porównanie. Zostały zaprojektowane w jednym celu, w końcu nie oczekujesz od nich niczego więcej niż urodzenie twojego Volyana. Tylko on jest dla ciebie, Sinistry nawet nie zobaczysz. Herreira wstała. Była spięta. Wiedziała przecież, czego może się spodziewać, lecz mimo to reagowała zbyt emocjonalnie. Nie panowała nad sobą w takim stopniu, w jakim by chciała, i to jeszcze wzmagało jej rozdrażnienie. - Chcę tam pójść - oświadczyła, z trudem opanowując drżenie głosu. Murzyn sięgnął do szafki i wyjął klucz.
|
![]() |
Śmierć ma zapach szkarłatu Zbiór autorski 12 opowiadań, 395 str., 27 zł Wydawnictwo Fabryka Słów, Lublin 2003 Podsumowanie ostatniej dekady Ponad 30% tekstu nigdzie przedtem niepublikowanego Wciąż do kupienia w internecie
Adresy księgarni internetowych,
gdzie można kupić książkę,
Spis treści:
|
|
Fragmenty opowiadania "Egzorcysta"
ze zbioru "Śmierć ma zapach szkarłatu"
|
Egor położył obie dłonie na potylicy. Poczuł przepływ ożywczych impulsów, ale to nie wystarczyło. Musiał zyskać jeszcze kilka minut. - Poczekaj, Totgeb - wykrztusił, kierując ku niemu otwartą dłoń. - Spróbujmy układów. Tamten wyhamował i rozdziawił gębę, pokazując koślawe i zepsute zęby, a potem roześmiał się, unosząc twarz na płask w stronę powały. Najwyraźniej zrozumiał, a więc translator działał bez zarzutu, w obie strony. - A po co? Tylko patrzeć, jak urwę ci ten łeb i wezmę, co już przecie moje! - Możesz dostać dużo więcej niż taką małą torbę. Juki zostawiłem w lesie. Nastąpiła błogosławiona przerwa, widocznie jego przeciwnik podjął trud myślenia. Egor kontynuował: - Wobec tu obecnych wyzywam cię na turniej rzucania nożem do celu. Wygrasz, bierzesz wszystko, co mam. Przegrasz, płacisz dwa złote dukaty. Nie był pewien reakcji, bo za mało miał czasu na socjokwerendę zapisu, praktycznie nie miał go wcale. Za to zyskiwał punkty u wielebnych Oczu Dowodowych. Jednak nie trafił najlepiej, bo Totgeb się obruszył. Splunął na wykładaną kamieniami podłogę. - Dawaj co masz, kundlu i przybłędo, nie będziesz mi tu stawiał warunków. Jak wolisz żelazo, to wraz będziesz kwiczał niby szlachtowany wieprzek. A rzucaniem do kukieł u nas bawią się tylko gówniarze! To mówiąc wyciągnął sztylet, pogięty ale wywecowany, i przez sekundę lub dwie ważył go w dłoni, po czym raptownie wyrzucił ramię do przodu, jakby wyprowadzał cios rapierem. Ostre żelazo przecięło powietrze, mknąc w kierunku szyi Egora, lecz ten był już gotowy. Uzbierał dosyć cennych sekund, aby uratować życie. ..... Najwięcej niewiadomych kryło się w skorupie. Nie znał struktury i rodzaju materiału, z jakiego została sporządzona, a więc mógł zaledwie oszacować jego twardość, sprężystość i wytrzymałość. Jeśli rozpęknie się od razu, z powodu skazy albo - co byłoby równie fatalne - jak gruda zleżałej gliny, jego los będzie przesądzony, a gdy rozleci się z opóźnieniem, uratuje skórę, choć nie uzyska planowanego efektu. Nie pozostało nic innego niż zaryzykować. Ułamek sekundy wcześniej wymacał na podłodze półkolistą stłuczkę, pozostałość po dzbanie, który już wcześniej był dla niego przeznaczony, i uniósł ją w kierunku nadlatującego ostrza. Potrafił odpowiednio ustawić ten kawałek skorupy, po prostu wiedział, jak to zrobić. Takie fenomeny zwykle tłumaczy się doświadczeniem, praktyką, a więc tysiącem cierpliwych prób, albo zdolnością do intuicyjnego rozwiązywania tych wszystkich równań różniczkowych, które również ma do pokonania koszykarz, z odbicia lokujący piłkę w środku kółka. Jednym słowem, gdyby dzban składał się z dobrze wypalonej gliny, nóż powinien odbić się dokładnie tak, jak trzeba. Gdy brzeszczot zderzył się z powierzchnią skorupy, rozległ się głęboki, wibrujący dźwięk. Doskonale! Ale zaraz potem zgrzytnęło i bryła rozpadła się z odgłosem uderzenia kilofa o ziemię. Mimo to sztylet zdążył odbić się we właściwym kierunku, choć bez tej finezyjnej precyzji, której chciał Egor. To musiało oznaczać nowe kłopoty. Nóż wrócił do Totgeba i trafił go w szyję, ale zamiast wbić się czysto i precyzyjnie, obrócił się, jak to z rykoszetami bywa, i rozharatał osiłkowi tchawicę, na szczęście nie naruszając pozostałych życionośnych pni tętniczych, kostnych i nerwowych. Tak przynajmniej wyglądało na pierwszy rzut oka. Egor działał w zakresie dopuszczalnej obrony własnej i był tego w pełni świadomy, jednak natychmiast poderwał się, aby nieść pomoc. Kodeks pangalaktyczny generalnie zalecał taką reakcję, choć wobec potencjalnych zabójców bezwzględnie jej nie wymagał. Jednak najpiękniejsze było co innego: paragrafy bez jakiegokolwiek naginania pozostawały w cudownej harmonii z jego przedsięwzięciem! Takie przypadki określał na własny użytek jako Rezonans Szczęścia, a w trakcie ich realizacji doznawał najprawdziwszego, bezwytryskowego, chińskiego orgazmu. W dwóch susach dopadł Totgeba i ogłuszył go uderzeniem w czoło, żeby nie przeszkadzał w akcji ratunkowej. To również było zarówno dopuszczalne, jak i - nie da się ukryć - przyjemne. Egora rozsadzała energia, był lekki i radosny, bo całkowicie doszedł do siebie, a zdarzenia biegły jak należy. Pulweryzatorem kapsułkowym, schowanym pod paznokciem, zatamował krwotoki, a do wyrwy w ściance tchawicy przytknął skrawek pseudointeligentnej tkanki, przypominającej z wyglądu kawałek brudnego płótna. Odbudowa zachodziła prawidłowo, ziarniste grudki komórek incognito mrowiły się i wrastały w postrzępione brzegi tchawicy, specjalizując się i przekazując impulsy ku środkowi rany. Próbował wykonywać zabiegi możliwie dyskretnie, ale znał prawo i wiedział, że w celu ratowania życia dopuszczalne było przeprowadzanie w sposób jawny nawet najnowszych procedur medycznych. Z drugiej strony miał pewność, że tubylcy nie są w stanie odróżnić prezentowanej przez niego technologii od czarnej magii. Och, co oni mogą wiedzieć o magii... Rozpłatane gardło spryskał antybiotykiem, skórę naciągnął i zszył półautomatyczną mikroigłą, którą wystarczyło naprowadzić na skraj rany. Zabieg zakończył rytualnie: popluł i wytarł skrzepy rękawem. Nie swoim, Totgeba. Miał za sobą ważny etap - w oczach miejscowego ludu z przybłędy przeistoczył się w groźnego maga. Ludzie tłoczyli się, żeby go obejrzeć, ale ze strachem cofali się, gdy spojrzał w ich kierunku. Aby wzmocnić efekt wstał i zawinął połami płaszcza. Czuł się już zupełnie normalnie, ale na wszelki wypadek wzmocnił działanie stymulatorów. Niebawem odpokutuje za rabunkową eksploatację organizmu, ale takie przypadki były wkalkulowane w ryzyko zawodowe. |
|
Fragment tytułowego opowiadania ze zbioru "Śmierć ma zapach szkarłatu"
|
- Nic na mnie nie macie! - Emir denerwował się coraz bardziej, jego palce zbielały od kurczowego ściskania poręczy krzesła. - Przypominasz sobie sierżanta Blossa, albo hasło "fala odbita"? Mamy filmy i nagrania waszych rozmów. Przez tego człowieka sprzedawałeś nasze dane, i w efekcie nie zdołaliśmy zapobiec akcjom Tornado i Wdzięk orchidei. Zginęły setki niewinnych ludzi, bo zachciało ci się potrójnej służby, zawszony pastuchu! Oficer podniósł ręce do skroni i ucisnął kciukami wybrane miejsca. Do zgliszcz przy Oak Drive pierwszy dotarł Martin, jego najlepszy kumpel. Zabezpieczał teren, i wtedy przygniotła go waląca się ściana. Kostucha dopadła chłopa znienacka, bez najmniejszej zapowiedzi, nie bacząc na to, ile miał planów na najbliższe dni, miesiące i lata. Ile siły witalnej i radości życia. Vertejak wypróbowaną metodą autosugestii odwrócił bieg myśli i zdołał się uspokoić. Już za chwilę będzie tu doktor Anderblum, z którym mają do omówienia kilka ważnych spraw. Szanuj się, staruszku, bo nie doczekasz emerytury, i to wyłącznie z własnej winy. - ... mam pojęcia, o czym pan mówi i dlaczego pan mnie obraża. - To już nie ma najmniejszego znaczenia - oznajmił. - Udzieliłem ci regulaminowych wyjaśnień i niczego więcej nie muszę robić. Zostałeś skazany na karę śmierci przez dożylne wprowadzenie środka usypiającego. Wiele osób modli się o taką dobrą śmierć, człowieku, bo ona jest prawdziwym luksusem. Dostajesz barbie, zasypiasz sobie i śnisz kolorowy sen, omijając wszelkie kłopoty z oddychaniem, bóle pod mostkiem i duszności, męczarnie po zmiażdżeniu nóg, miednicy, kręgosłupa, paskudny bezdech po przestrzeleniu płuc... O odejście tak ciche, że niepostrzegalne, ludzie modlą się zarówno do Boga Wszechmogącego, jak i do Allacha, ale prawie zawsze pozostają niewysłuchani. Nie mam pojęcia, dlaczego właśnie ty, podły i mały zbrodniarz, dostępujesz łaski. Naprawdę mało wiemy o regułach, rządzących światem. Emir załamał się, tak naprawdę nie był silnym człowiekiem. Runął na kolana i czołgał się od jednej kamery do drugiej, zwieracze puściły i na jego spodniach rosła paskudna plama. Przykro było patrzeć, ale przecież policjantom nikt nie obiecywał przyjemnej pracy. - Ja nie chcę umierać! Zrobię wszystko, powiedzcie tylko, czego chcecie!! Vertejak odczekał kilka długich sekund, zanim okazał wspaniałomyślność. - Dosyć!! - krzyknął. Po czym, gdy skazaniec zatrzymał się w pół ruchu w pozie przypominającej skręconą nadmorską sosnę, dodał przyciszonym głosem: - Mam nową propozycję dla byłego agenta Ku-128. Emir uczepił się krzesła, głowa latała mu jak w ataku febry, pot ściekał kroplami z nosa i brody. Wtedy Bonnie wkroczył do akcji i użył pulweryzatora, strzelając średnią dawką szybkiego strażaka. Trafiony zwalił się na podłogę, dostał drgawek, ale już po minucie jego ruchy stały się skoordynowane, choć powolne. Otworzył oczy i próbował wstać, ale poleciał na ścianę i osunął się po niej, aż w końcu umościł się na podłodze w pozycji siedzącej z mocnym przechyłem. Oświadczył, lekko sepleniąc: - Przyjmę każdą robotę. - Wykazujesz niewątpliwie rozsądne podejście. Bonnie wyjął z pancernej śluzy dwie zadrukowane kartki i pióro. - Podpisz - polecił. - Czy... mogę... - Oczywiście, że możesz. Nawet masz prawo. Emir chwycił papier i zbliżył do oczu. - Kiedy... nic nie widzę, same plamy. - Tak bywa po strażaku. Chcesz, żebym przeczytał? Skinął głową. Bonnie wziął kartki i wyrecytował, nawet nie spoglądając na wydruk: Wyrażam zgodę na nieograniczone zabiegi medyczne, dokonywane na moim ciele, których celem nie będzie likwidacja funkcji życiowych. Wymienione zabiegi powinny minimalizować cierpienie oraz zmiany osobowości. Wyrażam także zgodę na przygotowawcze warunkowanie psychiczne, które zostanie wykonane w celach edukacyjnych. - Do diabła... Doświadczenia jak na kotach? - Emir wyglądał na solidnie wystraszonego, bo spodziewał się przydzielenia typowych zadań typu mokrej roboty, jak sabotaż czy usunięcie świadka. - Mogę walczyć, załatwiać wyroki, wiecie, że jestem wyszkolony, także przez was. Lepiej przydam się w... - Wiemy, obywatelu, gdzie przydasz się lepiej - przerwał Vertejak. - Poza tym, przecież nie musisz podpisywać tych papierów. Poruczniku, proszę zabrać pismo, skazany decyduje się na pierwszą opcję. - Niee!! Przecież już... Emir chwycił głowę w dłonie, gwałtownie masował czoło i policzki, pięściami przecierał oczy. Potem opuścił ręce i chwilę siedział nieruchomo, zanim spytał tak cicho, że pierwsze głoski zanikły w trzaskach dostrajającej się aparatury głośnikowej: - ...y będzie jak... w waszym piekle? Oficer przełknął uśmiech politowania. Delikwent nie był odporny na prochy, więc lepiej nie posuwać się za daleko, aby nie pozostawić trwałych urazów psychicznych. - Prawie nie będzie bolało, za to gwarantuję. Potem przeżyjesz przygody, o jakich nikomu się nie śniło. Kto tu mówi o piekle? - Pomalujecie mi skórę żelazną farbą, zrobicie pompowanie bicepsów, wmontujecie giwery w łokcie, przerobicie na maszynowego gliniarza? - Naoglądałeś się głupich filmów - skwitował Vertejak. - Modyfikacje muszą być zoptymalizowane pod kątem planowanej akcji i zgodne z możliwościami organizmu, a więc ich zakres jest ustalany indywidualnie. Harmonogram uzdatniania twojego ciała zostanie dopiero opracowany, więc jeszcze nie wiem, jak będziesz się prezentował. Potrzebuję ogólnej zgody, ale wciąż masz prawo wyboru. Emir podrapał się po głowie i nieporadnie zmusił twarz do uśmiechu. - No dobrze, może taki inny bardziej spodobam się dziewuchom. Dawajcie papiery. |
![]() |
Łowcy meteorów Zbiór 6 opowiadań, 208 str., 15 zł Wydawnictwo Sorus, Poznań 2000 Do kupienia u wydawcy Zamów przez internet: www.sorus.com.pl
Spis treści:
|
|
Fragment opowiadania "Pęknięty dzban"
ze zbioru "Łowcy meteorów"
|
Przez długą chwilę leżeli obok siebie bez ruchu. Potem Berenika wyciągnęła ręce do góry, jakby miała nadzieję uchwycić skrawek tego błękitu i ściągnąć go na ziemię. Widział jej kształtne ramię, złociste w słonecznym blasku. Dotychczas nie zdawał sobie sprawy, a może nie dało się tego dojrzeć w mdłym świetle deszczowych dni, że dziewczyna ma jedwabistą skórę bez jakichkolwiek skaz. Wyciągnął dłoń i dotknął jej delikatnie, jakby obawiał się uszkodzić filigranową strukturę nadgarstka. Mrowiące ciepło przeniknęło końce palców. Przesunął rękę niżej i ujął jej ramię pełną dłonią. Potem działał już odruchowo. Zwykle świadomie stopniował grę miłosną, lecz tym razem zatracił się całkowicie. Łapczywie szukali ciepła swoich ciał, wyłuskiwanych z ciężkiej od wilgoci odzieży. Świat przestał istnieć, ustępując miejsca purpurowej mgle. Dlaczego on jest taki wielki i zwalisty? - pomyślała. Tym razem ochłonęła wyjątkowo szybko. Szeroko otwartymi oczami patrzyła na kudłaty, woniejący potem i dymem łeb zaspokajającego się samca, na gruby kark i owłosione barki, skrywające wiotczejące mięśnie pod narastającą co roku warstwą tłuszczu. Dalej skóra pleców pełna przebarwień i blizn, śmieszny płaski zadek z łuszczącymi się plamami po wrzodziankach, grube i kosmate nogi, stopy z krogulczymi paznokciami... Odwróciła głowę od obrzydliwego ludzkiego ciała, które powinno być stale szczelnie zakryte, którego nie można bezkarnie obnażać. Od ciała mężczyzny, który przywalił ją jak góra, uniemożliwiając jakikolwiek ruch, wyciskając z płuc resztki powietrza. Czuła, że się dusi, że nie wytrzyma ani sekundy dłużej. Chciała krzyczeć, ale nie starczyło jej powietrza i wydała tylko cichy, charkotliwy jęk. Podczas jednego z epileptycznych rzutów głową dotknęła wargami jego obrzmiałej, byczej szyi. Mdła woń kilkudniowego potu ścisnęła jej żołądek. I właśnie wtedy, w raptownym odruchu zwierzęcej wściekłości i trwogi, zrobiła to. Jej wargi rozciągnęły się same, odsłaniając zęby aż do dziąseł. Jednocześnie z nagłym wyrzutem głowy zwarła z całej siły szczęki. W drugim spazmie, który targnął wnętrznościami z większą niż poprzednio siłą, wbiła zęby jeszcze głębiej, szarpiąc gwałtownie głową. Dopiero gdy jej usta, gardło i nos napełniły się gorącą krwią, rozluźniła chwyt i targnęła się całym ciałem do tyłu. Czuła już tylko ogromniejący z każdą sekundą strach. Mężczyzna z nienaturalnie przekrzywioną na bok głową wyglądał jak kiepski aktor, na którego charakteryzator wylał puszkę czerwonej farby. Nadaremnie rzucał się wokół w poszukiwaniu broni - sztylet utknął gdzieś pośród kęp wilgotnego mchu, przykryty rozrzuconym w nieładzie ubraniem. Poruszał się coraz wolniej, podczas gdy spływająca mu po piersi struga krwi potężniała i, rozgałęziając się, oplatała włochaty tors lśniącą, śmiertelną kolczugą.
|
|
Fragment opowiadania "Czterdziestu małych kochanków"
ze zbioru "Łowcy meteorów"
Niebanalnym atutem autora jest niesamowita wyobraźnia poparta inteligentnym przekazem. Lekki, niejednokrotnie obarczony pokaźną dawką humoru styl pozwala na płynne przejście ze świata baśniowego do zwykłej rzeczywistości, a najciekawsze i tak pozostaje niezmienione. Tym najciekawszym są ludzkie zachowania, emocje i dążenia, na tym bowiem polu Andrzej Zimniak prezentuje prozę wysokich lotów. Moim osobistym faworytem pozostaje opowiadanie "Czterdziestu małych kochanków", trzy razy czytane trzy razy dostarczyło innych spostrzeżeń i wniosków. Przemysław Romański |
Pojaśniało, czasami rozlana plama pokazywała pozycję słońca. Wjeżdżali w coraz bardziej zaśnieżone obszary i w coraz wyższe góry. Samochód dzielnie piął się oblodzonymi drogami, ani na chwilę nie tracąc przyczepności. Mgła w powietrzu zrzedła, za to w dziwny sposób skupiła się wokół przedmiotów, tworząc otuliny zmiękczające fakturę i nadające łagodność konturom. Szosa biegła półkami i tarasami, a w dolinach wpadała w świerkową gęstwinę, tworzącą ośnieżone okapy ze splątanych gałęzi. - Nie jestem pewien, czy my żyjemy, Alison - zażartował. - Och tak, ja mam jeszcze dużo do przeżycia, czuję się wciąż taka młoda - odparła poważnie, szybko wyrzucając słowa. - Nie umrę szybko, wszyscy mówią, że dopisuje mi szczęście. Przysunął się bliżej, objął ją. Otrząsnęła się niecierpliwie. - Nie w głowie mi teraz amory! W ogóle... tamtej chwili, przy stole, nie traktuj poważnie. Ot, taki sobie kaprys po wódce. Ci policjanci dali mi kielonka. Fajne chłopaki, tyle że żółtodzioby, dzieci jeszcze. Łatwiej z nimi poszło, niż przypuszczałam. Kiedyś byłeś ty, przeminąłeś, kropka. Mówiłam ci już, że się nie wraca. Nie rozumiem sentymentalnych bab, patrzę wyłącznie w przyszłość, chwytasz? George uśmiechnął się. Pamiętał dobrze, jak kiedyś, przed laty, jej słowa raniły i cięły. Teraz dobrotliwie przyglądał się tej kobiecie, dla której esencję życia stanowiła świeża namiętność. Tkliwa uległość i gloryfikacja dla tych, których kochała, mściwa nienawiść dla tych, przez których czuła się w jakikolwiek sposób pokrzywdzona czy odtrącona. Szczególna postać zespołu Clerambaulta? Więc co z tego? Warto być przez nią kochanym, nie nienawidzonym. Być wielbionym przez taką kobietę to wspaniałe przeżycie dla mężczyzny. Podwójnie piękne, jeśli potrafi on docenić tę miłość w czasie jej trwania, a nie dopiero wtedy, gdy zamieni się w niechęć i pragnienie niszczenia. Trzeba wszelkimi siłami opóźniać nieuniknione nadejście tego drugiego etapu. Teraz dla nich rozpoczynał się etap trzeci. Po drodze nie spotkali już nikogo. Dawno minęli opuszczone Anacortes i jechali białą drogą w kurzawie rozjarzonych śnieżynek, w pyle świecącego konfetti. Świerki wyciągały ku nim brodate gałęzie, a niebiesko żyłkowane skały piętrzyły się wokół kpiąc z prawa grawitacji. Mgła otulała wszystkie przedmioty tak szczelnie, że zdawała się wnikać do ich wnętrza i zespalać się z nimi jak dusza z ciałem, i może dlatego kontury nabierały niezwykłej ostrości, a barwy stawały się ciemne i głębokie. W pewnej chwili George gwałtownie zahamował, aż zarzuciło wozem, a potem powoli podjechał do samej krawędzi urwiska. Kiedyś był tu punkt widokowy; teraz barierki i ławki dokładnie oblepił zlodowaciały śnieg. Mgła rozwiała się, a na wprost rozpościerał się najniezwyklejszy widok, jaki zdarzyło im się kiedykolwiek oglądać. Z niknącej w chmurach góry spływał spękany lodowiec. Był olbrzymi jak młody łańcuch górski, żłobiące jego cielsko rozpadliny wypełniał niebieskawy mrok, a spiętrzone tafle lodu prześwitywały na zielono. Chmury lodowych igieł wirowały nad zębami turni. Kolos drżał, przestrzeń rozbrzmiewała trzaskami pękającego szkliwa. Lodowy nawis dotykał powierzchni morza, zjeżonej grzebieniami krótkich fal. Biel lodu ostro kontrastowała ze stalowogranatową głębią. - Chciałabym tam wejść - powiedziała Alison. - Do środka.
|
|
![]() Projekt okładki Grafika: Magdalena Sperzyńska |
Powieść w trakcie pisania
Ludzkość już dawno wyszła w kosmos i opanowała sporą część Galaktyki. Odkryto możliwość podróżowania przez wymiary łączące wszechświaty równoległe. Mimo tego człowiek wciąż musi stawiać czoła nieodwracalnemu unicestwieniu, śmierci osobniczej. Czy możliwa jest inna biologia, dająca ludziom nieśmiertelność? Okazuje się, że w niedostępnym miejscu wszechświata żyje rasa, która wyjaśniła tę tajemnicę. Więcej - jest gotowa podzielić się swoją wiedzą. Jeszcze więcej - szykuje się do spełnienia misji edenizacji wszelkiego życia, do którego jest w stanie dotrzeć. Dysponuje przedziwną technologią, bazującą na częściowo ożywionej materii, a czasu ma mnóstwo - całą wieczność. |
|
Fragment powieści "Władcy świtu"
Jestem wciąż w trzech czwartych tej powieści (w marcu 2008), a ostatnio musiałem ją odłożyć, autor czasem tak ma. Mocuję się w tej historii z problemami śmierci i wiecznego życia - już po raz drugi, bo kiedyś podchodziłem do tych spraw w "Spotkaniu z wiecznością" (1989 r.). Obok przedstawiam roboczą próbkę tekstu.
O wydawaniu utworu za wcześnie mówić, wolę rozmawiać z wydawcami dopiero jak jestem na ostatniej stronie.
|
- Jest trzeci imigrant - poinformował Ahloon sprawdzając, czy zwój radiowy znajduje się na swoim miejscu za uchem. - Pędzi wprost na Fores, chyba chce ją rozwalić. - Strzelać, czy najpierw spuścić destrukty? - Chwilę - mruknął dyżurny prag, rezydujący na powierzchni Ortusa. Z tonu jego głosu wynikało, że nie ma chęci na żarty i jest przekonany o znaczeniu zajmowanego przez siebie stanowiska. - Przełączam na opiekunkę. Zatrzeszczało na łączach, więc radioptery obniżyły natężenie dźwięku i głos kobiety zabrzmiał na progu słyszalności. - Nazywam się Meneaa Aanouwen, jestem nobilem. Przybywa Ziemianin, powinieneś być dla niego uprzejmy, pragu. Ahloon poczuł spontaniczny przypływ złości. Jednym uderzeniem zmiótł żelazne figury szachowe, ustawione na inkrustowanej rubinami szachownicy. Bryłki metalu z grzechotem poturlały się po podłodze. - Co to znaczy "Ziemianin"?! - krzyknął. Czyżby był nowonarodzonym? Przez chwilę panowała cisza, podczas której mężczyzna rósł. Nie tyle on sam, co jego anime. Nie widział kobiety i nie czuł jej zapachu, więc nic nie powściągało agresji. Tymczasem bańka sondy przybysza przeleciała niebezpiecznie blisko kopuły pokładu obserwacyjnego stacji Fores, na którym przebywał prag Ahloon. Za taflą przezroczystego pancerza pojazdu mignęła skupiona twarz chudego, niechlujnie ubranego mężczyzny w średnim wieku. Staroobrzędowiec?, pomyślał Ahloon, a potem przypomniał sobie określenie Meneai. Nie pamiętał, co oznacza nazwa "Ziemianin", i nie chciało mu się teraz tego sprawdzać. Sonda ostro wytracała szybkość, ale i tak oddaliła się znacznie i przez chwilę była widoczna tylko jako srebrna kreska pośród gwiazd. Potem znów zaczęła rosnąć. - Pochodzi ze Starej Ziemi, nic ci to nie mówi? - powtórnie odezwała się Meneaa. Tym razem przestrzeń radiowa była czysta i jej głos zabrzmiał aż nazbyt donośnie. - Mówi. - Skinął głową. - Mityczny prymitywizm. Kiedyś nauczą się żyć. - Ale nie ty masz ich uczyć, pragu. Chcesz zobaczyć instrukcje? - Nie! - burknął. - Wiem, co należy do moich obowiązków, yono. Nazwał Meneaę żeńskim pierwiastkiem, pomijając hierarchię kastowo-urzędową i zrównując opiekunkę z połową planetarnej populacji, lecz mając zamiar obniżyć jej status niezamierzenie dał sygnał do rozpoczęcia gry płci. To było ostatnie, na co miałby ochotę w obecnej sytuacji, lecz mimo wszystko chemia ruszyła. Nie było jednak szans na coitus, więc trwonił energię, swoją na pewno, a może i jej. Szczęśliwie nie odpowiedziała i wszystko szybko wróciło do normy. Kapsuła zbliżyła się powoli i wyhamowała, dymiąc śmiesznymi silnikami chemicznymi. Przez chwilę mierzyli się wzrokiem, Ahloon, prag na służbie w stacji Fores i tamten oout, Ziemianin w pogniecionym odzieniu i ze zmierzwionym włosem. Ahloon poczekał, aż przybysz odwróci wzrok i dopiero wtedy zwrócił się do melwy, aby zebrała rozrzucone po podłodze figury szachowe. W stacji działała grawitacja, ale efekt nie sięgał ani mikra poza kopułę. Melwa miała kształty kobiety o czarnogranatowej skórze połyskującej jak matowy metal. Jej skośne oczy skierowane na wprost i zupełnie nieruchome były antropomorfizacją albo miały inną funkcję niż patrzenie. Wydzielała ostry, ale niezbyt silny zapach rozgniecionych owadów. Prag nie spieszył się, wszak przybysz może poczekać, nawet dobrze mu to zrobi. Powoli obstawiał szachownicę: skoczek, hetman, król. Ciekawe, czy na Starej Ziemi też mają takie same szachy? Tymczasem imigrant gestykulował, chyba uderzał pięścią w osłonę swojej śmiesznej kapsuły. Ahloon starał się nie zwracać na niego uwagi, rozpoczynając kolejną partię. Podniósł moc virtuala szachowego i zwiększył dodatkowo parametr jego agresywności. Ryzykował, ale za to ewentualna wygrana byłaby znacznie korzystniejsza dla jego anime. Virtual otwierał partię i zrobił to tak brawurowo, że Ahloon zapomniał nie tylko o gościu z zaświatów, ale nawet o miejscu, w którym toczył grę. Przebiegł go dreszcz podniecenia, gdy zdołał odpowiedzieć kompustatowi w równie zdecydowany sposób. Nie widział więc, jak sonda z Ziemianinem odlatuje znad pokładu widokowego, i nie wiedział - bo nie śledził czujników - że powraca i zbliża się od drugiej strony, od śluz. Nie usłyszał szczęku mechanizmów, jęku powietrza przetaczanego przez biostaty i cichego trzaśnięcia śluzy wejściowej. Dopiero gdy obcy stanął na progu, kątem oka pochwycił ruch i uniósł głowę. - Jakim prawem - zaczął ze złością i dopiero wtedy się zdziwił. - Jakim cudem? - poprawił, rozchylając dłonie w mudrze pytania. - Jak się tutaj dostałeś? I dlaczego wszedłeś bez pozwolenia? Przybysz krzyczał coś w obcym, kompletnie niezrozumiałym języku, rzucając głową i gestykulując. Z mowy ciała można było wywnioskować, że nie był zadowolony. Jeśli Ahloon dobrze tłumaczył sobie jego ruchy, był wściekły. Prag musiał zareagować natychmiast. - Spokój!! - wrzasnął jeszcze głośniej niż tamten, w ten prosty sposób stymulując gruczoły do wzmożonej produkcji adrenaliny. Jak było do przewidzenia, przybysz zaniemówił z otwartymi ustami. - Zamknij się, przybłędo! Nie byłeś zaproszony, więc powinienem wyrzucić cię na zewnątrz, tak jak stoisz, bez osłony, w twoich wytartych spodniach i przepoconej bluzie! Wzbudził już w sobie wystarczającą agresję, żeby uderzyć, więc teraz musiał się hamować. Rozkazy były jednoznaczne: miał Ziemianina wyekspediować na dół w nienaruszonym stanie fizycznym. Nic nie wspomniano o psychice, więc trochę mógł sobie poużywać. Wstał, wytarł dłonie o szarawary i wziął z półki igłownik. Potem kilkoma szybkimi krokami zbliżył się do wciąż milczącego mężczyzny. Tak jak przypuszczał, oout śmierdział jak zwierzę. Chwycił go za mierzwę włosów, szarpnął i stosując proste podcięcie powalił dostatecznie szybko, by tamten nie zdążył zareagować. Nie zwalniając chwytu przyklęknął na jedno kolano, na drugie wciągnął głowę oszołomionego przeciwnika, przyłożył mu do ucha igłownik i zręcznie wprowadził szpicę do kanału słuchowego. Mężczyzna wrzasnął i szarpnął się, ale już było po wszystkim - werbalna końcówka została wstrzelona do właściwego miejsca kości czaszki. Będzie potrzebowała hora lub dwóch na autoimplantację. Pchnął Ziemianina na podłogę i wstał. Bez pośpiechu odłożył urządzenie na miejsce, nie tracąc jednak przeciwnika z pola widzenia. Ale przybysz też się nie spieszył - podniósł się powoli i otrzepał wyłachane spodnie. Biedak najwidoczniej nie miał pojęcia, że zabrudził sobą podłogę, więc to raczej ją powinien wyczyścić. Co dziwne, zachowywał się nietypowo, bo w zaistniałej sytuacji nie demonstrował agresywnych zamiarów, co zmusiło Ahloona do podwojenia czujności. W końcu przybysz zdecydował się i zrobił krok w jego stronę, więc urzędnik rutynowo podniósł rękę do ciosu, drugą osłaniając żołądek. Melwa zaprzestała zbierania figur i zastygła w pół ruchu, ale prag nie miał teraz czasu zajmować się megapterem. - No, dawaj! Wal pierwszy! - podjudzał oouta. Gdyby tamten zaatakował, miał prawo się bronić. Ha, obrona stanowiła niezbywalny przywilej każdego mieszkańca Ortusa. Ale Ziemianin odstąpił. Był szczupły, właściwie chudy, jego mięśnie nie wyglądały na wytrenowane, poza tym nie uszły uwadze praga nienaturalna bladość obcego, podkrążone oczy i błyszcząca wilgocią skóra. Nie stanowił godnego przeciwnika, więc niewiele można byłoby na nim zyskać. Co gorsza mógł być chory i zarażać, a choroby, choć rzadkie, zawsze stanowiły poważny problem. Ahloon skierował się do łazienki, żeby umyć ręce, ale w pół kroku zatrzymał się i szczęka mu opadła. Spostrzegł bowiem, że obcy przywołuje melwę. Oto na jego oczach dokonywało się zdarzenie niemożliwe. Oout, włóczęga z zewnętrznych kosmosów, ot tak, bez przygotowania, zaczynał się rządzić. Skąd miał zwój radiowy? Nie, nie może mieć żadnego zwoju, wszak dopiero co przyleciał STAMTĄD, z krainy mitycznego prymitywizmu. Zapewne ma nieznany implant, coś, o czym on, prag odpowiedzialny za bezpieczeństwo, nie został poinformowany. Więc należy... Spróbował znów przejąć melwę, ale bez rezultatu. Wtedy zrozumiał, że musi unieszkodliwić przybysza, i to zaraz, natychmiast. Należy wykonywać rozkazy, owszem, o ile nie są sprzeczne priorytetami: ochroną stacji Fores i planety Ortus. Bez zwłoki rzucił się na oouta, który stanowił zagrożenie - wybił się wystarczająco mocno, aby dopaść go jednym potężnym susem. Ale wtedy melwa bezmyślnie zrobiła pół kroku i znalazła się dokładnie między nim a celem, więc prag zwalił się całym ciężarem na jej czarne, utwardzone tytanem plecy. Do licha, poczuł taki ból, jakby runął z kilku enilów na bazaltową skałę. W eksplozji jasności wybuchającej mu pod czaszką osunął się po biodrach i patykowatych nogach biostatu, opadł na podłogę i nie był w stanie się ruszyć, a oddech złapał dopiero po całym ma, wtedy gdy w myślach zaczynał już żegnać swoje umiłowane inwersjum. Nie potrafił zapobiec dalszej akcji obcego, chociaż słyszał, jak melwa prowadzi go w stronę doku startowego, jak otwierają prom, jak błony z trzaskiem zamykają się po ich przejściu. Charakterystyczne drgnięcie podłogi oznaczało moment startu. Do tej chwili zdołał podnieść się na czworaki. Z najwyższym trudem poruszył ręką i wytarł nos, rozmazując krew po twarzy. Bezzwłocznie nawiązał łączność z Ortusem. Szumy i trzaski, jęki i zawodzenia. Po kilkunastu stholach przez kakofonię przebił się kobiecy głos. - Astroport, nobil Aanouwen. Słyszysz mnie, pragu Ahloon? - Ten czarci pomiot - wystękał - oout, Ziemianin, niedomyte chuchro... - Coś ci zrobił, pragu? - w głosie kobiety zadźwięczały nutki przesadnej troski. - Nie, nie on. Jest już w drodze na dół. Uważajcie, jest niebezpieczny. - Więc jednak. - Nie! - krzyknął, ale zaraz przybrał oficjalny ton. - Twierdzę jako prag trzymający straż na zewnętrznej orbicie, że ten humanoid stanowi zagrożenie publiczne. Czy zrozumiałaś, nobilu, i wiesz, co masz dalej robić w tej sytuacji? - Tak. Twoje informacje są na bieżąco transmitowane do biur kanclerskich i centrali pragów. Pełna satysfakcja? - Jako strażnik pierwszego kontaktu żądam, aby zachowano wszystkie procedury prawne. Czy wyrażam się wystarczająco jasno, nobilu? - Przypuszczenie, że mogłoby być inaczej, uwłacza twojej godności. Coś jeszcze, pragu? - Tak. Odeślijcie melwę. - Jesteś uprzejmy, że tymczasowo przydzieliłeś ją Ziemianinowi do opieki, strażniku. - Inaczej zgubiłby się w kosmosie, opiekunko - warknął i przerwał połączenie, po czym podźwignął się i powlókł do separatki medycznej. Czuł się naprawdę źle, ale był przekonany, że ma tylko lekkie wstrząśnięcie mózgu. Położę się na kilka horów i przejdzie, pomyślał. Czas mojego inwersjum jeszcze nie minął, niemożliwe, abym sprowokował wczesną metafrazę, jestem na to zbyt dobry. W przeciwnym przypadku nie sprawowałbym funkcji praga-strażnika na zewnętrznym posterunku, gdzie stacja Fores. |
|
Ù |