Okładki:

Główna

  Naukowa

    Literacka

      Publicystyczna

        Galeria

ANDRZEJ ZIMNIAK

ZDROWIE

i zdrowe odżywianie

 

Aperitif - skosztuj wybrane fragmenty

 

Danie główne - konsumuj całe artykuły

   Feromony i pszczela socjologia

   Chemia czy wolna wola

   Świąteczne wabiki

   Tajemnice czekolady

 

 

Teksty będą wymieniane

 

 

 

 

   

Całe artykuły

 

 

 

   

 

 

 

 

 

 

Andrzej Zimniak
FEROMONY I PSZCZELA SOCJOLOGIA

 

Feromony często są kojarzone z substancjami zapachowymi, ich oddziaływanie bywa mylone np. z przyjemnym zapachem mydła "zielone jabłuszko", płynącym od urodziwej blondynki, albo, na drugim końcu skali, z wonią zgnilizny lub wielodniowego potu. Nic bardziej złudnego! Feromon jest zupełnie czym innym niż perfumy, różni się od nich tak bardzo, jak polecenie służbowe apodyktycznego szefa w systemie totalitarnym od nieśmiałej prośby nieśmiałej dziewczynki na pierwszej randce. Feromony rządzą, a zapachy tylko coś sygnalizują. Można śmiało powiedzieć, że feromony są rodzajem lotnych hormonów, sterujących fizjologią bez udziału woli, natomiast substancje zapachowe jedynie wzbogacają wiedzę o otoczeniu, podobnie jak dotyk czy obserwacja. Czy feromony odgrywają rolę tylko w świecie zwierząt, czy także działają na ludzi? Stanowimy część ziemskiej biocenozy i trudno byłoby przypuszczać, że nasza fizjologia jest całkowicie oryginalna. Dotychczas jednak sądzono, że cechy atawistyczne uległy u człowieka tak dalekiemu uwstecznieniu, że możemy spać spokojnie. Tymczasem okazuje się, ze nawet podczas snu niebezpieczne molekuły mogą wnikać do twojego narządu nosowo-lemieszowego!

Termin feromon powstał z kombinacji dwóch greckich słów: pherein - przenosić, i hormone - pobudzać. Mamy do czynienia z procesem bezpośredniego chemicznego pobudzenia, zwykle między osobnikami tego samego gatunku. Aby zdać sobie sprawę z potęgi sterowania feromonalnego, warto rozejrzeć się po świecie owadów.

Jeśli ktoś miał podwójnego pecha i został użądlony przez pszczołę w pobliżu ula, przekonał się, jak mało przyjemny jest atak całej chmary rozwścieczonych owadów. Pszczółki jak na komendę przerwały pracę i zabrały się za gonienie intruza. Tą komendą jest chemiczny sygnał, który daje żądląca pszczoła za pomocą feromonu alarmowego.

Istnieje jeszcze wiele innych feromonów, np. markery, przeznaczone do znaczenia drogi do źródła pokarmu, feromony agregacyjne, "nawołujące" do gromadzenia się owadów w skupiska, i wreszcie feromony płciowe, które dają samcowi sygnał o gotowości samicy do aktu zapłodnienia. Pierwszy feromon, który właśnie okazał się atraktantem płciowym, wyizolowano w 1959 roku z samic jedwabnika morwowego, dokonując ogromnej pracy na materiale liczącym miliony owadów. Substancją czynną okazał się nienasycony alkohol, którego minimalne stężenie w powietrzu natychmiast wprowadza samca w stan miłosnego upojenia. Nieraz wystarczą pojedyńcze molekuły takiego owadziego afrodyzjaku, żeby samiec zlokalizował je swoimi siatkowatymi czułkami, przypominającymi anteny radarowe. Czułki są zawsze parzyste, więc owad może precyzyjnie określić kierunek, skąd napływa strumień atraktanta, podobnie jak dwojgiem uszu możemy zlokalizować źródło dźwięku. Po otrzymaniu pobudzającego sygnału, lub, inaczej mówiąc, chemicznego rozkazu, samiec jest już zaprogramowany, i nie ma takiej siły, która odwiodłaby go od wyprawy "na dziewczynki".

Taką sytuację wykorzystuje człowiek, zwabiając szkodniki do pułapek, spryskanych feromonami płciowymi. Innym, niemniej skutecznym sposobem wobec niektórych gatunków, jest stosowanie atraktantów w tak dużym stężeniu, że owady kompletnie głupieją i miłosnym szale kopulują z listkami i łodygami roślin. Wkrótce giną w paroksyzmach szaleństwa, oczywiście nie zapładniając samic, co prowadzi do przetrzebienia gatunku. Zaletą tego typu naturalnych insektycydów jest selektywność ich działania: feromony płciowe są związkami aktywnymi biologicznie wyłącznie wobec jednego gatunku, więc nie naruszają równowagi środowiska w tak drastyczny sposób jak chemiczne środki owadobójcze. Ponadto te substancje ulegają naturalnej biodegradacji i nie kumulują się w organizmach żywych.

Okazuje się, że feromony mogą wpływać nie tylko na zachowanie zwierząt, lecz także na ich biologiczne transformacje. Doskonałego przykładu dostarczają znów pszczoły: pewien kwas organiczny, wydzielany przez gruczoły królowej-matki, zmusza całą populację robotnic do niewolniczego posłuszeństwa i przysłowiowej pszczelej pracowitości. Ponadto ów kwas utrzymuje w niedorozwoju płciowym całą pozostałą populację ula. Gdy królowa ginie, stężenie feromonu szybko maleje, a "odblokowane" robotnice już po kilku godzinach przystępują do budowy nowego królewskiego matecznika, gdzie, nie hamowana chemicznie, dojrzewać będzie jedna z nich - następna władczyni. Ta z kolei natychmiast uruchamia feromonalne sterowanie kolonią, bez którego pszczela społeczność nie mogłaby istnieć.

W koloniach termitów sterowanie zachowaniem i rozwojem biologicznym ma podobnie fundamentalne znaczenie. Możliwości termitowego króla sięgają nawet sposobu na wyprodukowanie sobie małżonki: po stracie poprzedniej wydaje chemiczne polecenie, a jedna z bezpłodnych larw jak za  dotknięciem czarodziejskiej różdżki (zbudowanej z węglowodorowego łańcucha) ulega przemianie w pełnowartościową samicę. Królowa jest w tym względzie upośledzona, bo po śmierci małżonka musi biernie oczekiwać na pojawienie się jego następcy. Oczekiwanie nie trwa jednak długo, bo po śmierci króla stężenie samczych feromonów hamujących raptownie spada i jedna z bezpłodnych larw od razu rozpoczyna transformację.

U wyższych zwierząt, jak kręgowce, feromony płciowe również odgrywają istotną rolę, głównie w procesie rozmnażania. Samica zwykle tylko raz w roku znajduje się w okresie gotowości fizjologicznej do rozrodu, co sygnalizuje przez wydzielanie odpowiedniego atraktanta. Wtedy dla samca nie ma przeszkód, np. kilka psów potrafi zgodnie wdrapać się na dziesiąte piętro wieżowca i tam, z podkulonymi ze strachu ogonami, czekać do rana pod drzwiami potencjalnej partnerki, akurat mającej cieczkę.

A jak sprawa przedstawia się u ludzi? Codziennie używamy mydła i innych kosmetyków do usuwania naturalnych wydzielin gruczołów skórnych, a pondto kierujemy się przecież nie tylko instynktem, ale także rozumem. Od kołyski wpaja się nam różne zasady i cywilizacyjne wzorce postępowania. W takiej sytuacji wydawałoby się, że możliwość pobudzania feromonalnego u ludzi należy zaliczyć do cech, które już dawno uległy zanikowi. Tymczasem, w świetle ostatnich obserwacji, rzecz ma się zupełnie inaczej.

W przegrodzie nosowej ssaków, także człowieka, zlokalizowany jest narząd nosowo-lemieszowy (NNL), reagujący na atraktanty płciowe. Nabłonek węchowy znajduje się w zupełnie innym miejscu, znacznie głębiej w przewodach nosowych, i reaguje tylko na zapachy, jak zapach róż czy woń kapusty. Natomiast NNL czuły jest np. na feromonowe pochodne sterydowe. W badaniach na ludziach stwierdzono, że inne związki pobudzają mężczyzn, a inne kobiety, istnieje więc selektywność płciowa, chociaż niektóre specyfiki działały w podobny sposób na obie płcie. Wyselekcjonowano już sporą grupę związków aktywujących NNL, co niewątpliwie wskazuje na podatność feromonalną u ludzi! Ruszyły prace badawcze, bo i naukowcy, i ich sponsorzy "zwęszyli" znakomity interes. Feromonami można byłoby nie tylko w szerokim zakresie modyfikować ludzkie zachowania seksualne, ale także leczyć niektóre schorzenia. Badacze zaobserwowali, że impulsy docierające z NNL wpływają na czynność podwzgórza, czyli fragmentu mózgu sterującego odżywianiem się, różnymi odruchami seksualnymi, stanami emocjonalnymi, a także poziomem wielu hormonów w organizmie. Przypuszcza się, że feromonami można będzie leczyć zaburzenia psychiczne, nowotwory prostaty i nieprawidłowości w cyklu miesiączkowym, a może i korygować łaknienie podczas diet wyszczuplających. To brzmi zachęcająco. Pojawią się jednak i inne możliwości, np. sterowania zachowaniami ludzi bez udziału ich świadomości, a to wprowadza już nastrój z powieści Stanisława Lema.

Sporo kłopotów mogą sprawić nam związki o nazwach androstenol i androstenon. Nasz NNL wykrywa je w mniejszych stężeniach niż jeden z najczulszych instrumentów technicznych, zwany  chromatografem gazowym, a - dla porównania - zmywacz do paznokci działa na nasz narząd powonienia 5000 razy słabiej! Przeprowadzono doświadczenia, wykazujące "wabiące" oddziaływanie androstenolu zarówno na mężczyzn, jak i na kobiety, polegające między innymi na wyborze znaczonego tym związkiem miejsca lub przedmiotu, np. spryskany rozcieńczonym odchudzić, za to drugich utuczyć. Sklepy i firmy, które najwięcej zainwestują w chemię, będą miały najwyższe obroty.

Najgorsze, jak zwykle, wydarzy się w polityce. Najmniej popularna partia wysmaruje atraktantem miłości swojego przywódcę i cały naród go pokocha. Trzeba tylko zadbać o jedno: żeby ten lubczyk działał aż do następnych wyborów.


 

 

 

 

Andrzej Zimniak

CHEMIA CZY WOLNA WOLA

 

Naukowcy są zdania, że należy wreszcie zdjąć romantyczne zasłony z buduarów miłości i pokazać, czym naprawdę jest uczucie, każące przyszłym kochankom śpiewać pod oknami swoich wybranek. Czym jest owo niebagatelne źródło energii, pozwalające marzyć w bezsenne noce, godzinami szykować się na spotkanie, spędzać drugie tyle na czarującej, choć częstokroć bezsensownej rozmowie, a potem, już w łóżku, trwonić olbrzymie ilości kilokalorii na gorące uściski. Użyjmy naukowego mikroskopu w miejsce różowych okularów, a ścisłych terminów chemicznych zamiast lirycznych sonetów, ponieważ właśnie chemia jest bezpośrednią przyczyną tych problemów, albo, inaczej mówiąc, tych szczęśliwych chwil, zwanych miłością. Okazuje się bowiem, że kandydaci na kochanków rozsiewają w atmosferze lotne feromonowe związki organiczne, będące po prostu atraktantami płciowymi, aby potem, już w fazie powłóczystych spojrzeń i niby przypadkowych muśnięć dłoni, rozpocząć wewnętrzną produkcję narkotyków. Tak jest - zakochani są dosłownie napompowani chemicznymi związkami pobudzającymi, lub, jak kto woli, dopingującymi.

 

Zacznijmy od feromonów w świecie zwierząt. Powszechnie wiadomo, że mrówki wydzielają szczególne substancje zapachowe, którymi znaczą szlaki wędrówek w poszukiwaniu żywności, markują zajęty teren, informują o źródłach pożywienia, a także rozpoznają swojaków z tego samego mrowiska. Sygnał do ataku lub ucieczki też nadawany jest chemicznie. Lotne feromony płciowe owadów mogą oddziaływać na odległości rzędu kilometrów w niezwykle małych stężeniach, nawet w postaci pojedynczych molekuł, podrażniających czułki samców. Charakterystyczne jest zjawisko, że feromony działają zgodnie z przeznaczeniem tylko w pewnym zakresie stężeń; jeśli stężenie jest zbyt duże, owady przestają reagować na ich obecność albo wpadają w szał erotyczny, kopulując wściekle nie tylko z samicami, ale także np. z kamieniami i łodygami traw. Tego rodzaju wyczyny kończą się śmiercią z wyczerpania. Feromon płciowy może więc być doskonałym środkiem owadobójczym, naturalnym i chemicznie nieszkodliwym dla otoczenia, bo stosowanym w bardzo małych stężeniach.

U człowieka sprawa komplikuje się. Zaznacza się dominujący wpływ świadomości na chwilowe odruchy, a poza tym myjemy się i stosujemy kosmetyki oraz cały arsenał naturalnych i sztucznych środków zapachowych. Czy jednak wpływ feromonów zostaje całkowicie wyeliminowany? Istnieją podstawy do przypuszczeń, że tak nie jest.

Organy powonienia człowieka są selektywnie niezwykle wyczulone na związki o nazwach androstenol i androstenon. Nasz nos wykrywa je w mniejszych stężeniach iż jeden z najczulszych instrumentów technicznych, zwany  chromatografem gazowym, a zmywacz do paznokci pachnie nam 5000 razy słabiej! Przeprowadzono doświadczenia, wykazujące "wabiące" oddziaływanie androstenolu zarówno na mężczyzn, jak i na kobiety, polegające między innymi na wyborze znaczonego tym związkiem miejsca lub przedmiotu. Stwierdzono wzmożoną wrażliwość kobiet na jego zapach w połowie miesięcznego cyklu, czyli w okresie największej płodności.

Można przypuszczać, że schemat erotycznego oddziaływania zapachowego u człowieka zaczyna się od wydzielania androstenolu przez mężczyznę. Nie jest do końca wyjaśnione, czy wydzielanie to jest stałe w czasie, czy też wzmaga się na widok atrakcyjnej kobiety. Zapach lotnego feromonu jest oczywiście tylko jednym z bodźców w grze, obok wyglądu, sposobu bycia, okazywanej inteligencji itd. Na ile ważnym - nie wiadomo, bo działa głównie na podświadomość. Gdy dochodzi do etapu, który ogólnie możemy nazwać fazą zalotów, kobieta zaczyna wytwarzać feromony kontaktowe, czyli związki mniej lotne, działające na mniejsze odległości. Są to krótkołańcuchowe kwasy organiczne, obecne w wydzielinie z pochwy. Zapach tej wydzieliny silnie oddziaływuje na mężczyznę, wzmagając jego przedsiębiorczość i aktywność. Ponieważ każda kobieta ma swoją niepowtarzalną kompozycję feromonową, a mężczyzna koduje ją i rozpoznaje przy kolejnych zbliżeniach, więc następuje silne wzmocnienie bodźca na zasadzie skojarzeń. Dlatego kocha się zapach kochanej kobiety...

Jednakże na długo przed prawdziwym zakochaniem, jeszcze na etapie samych początków flirtu, rusza wewnętrzna synteza substancji narkotycznych. Potężny zastrzyk fenyloetyloaminy, związku pobudzającego ośrodkowy układ nerwowy, jest powodem drżenia rąk, przyspieszonego bicia serca i wewnętrznego napięcia. Do akcji włączają się także dopamina i noradrenalina, obie o działaniu pobudzającym podobnym do efektu fizjologicznego adrenaliny, amfetaminy lub efedryny. Dosyć szybko dochodzi do fizjologicznego uzależnienia, czyli, innymi słowy, rozwija się etap gorącej lub namiętnej miłości. Ludzie kochliwi lub podrywacze typu Casanovy to po prostu jednostki uzależnione bardziej niż inni, niezwykle wrażliwe na spadek stężenia fenyloetyloaminy we krwi. Cóż winne te kobiety i ci mężczyźni, nerwowo rozglądający się w autobusach i na ulicach, a w kawiarniach i na przyjęciach stroszący piórka i wysilający całą swoją elokwencję, aby oczarować następnego partnera lub partnerkę? Cierpią oni na typowy narkotyczny głód, który każe im iść dalej i dalej drogą kolejnych podbojów. W ten sposób spijają samą śmietankę miłości, doznając najsilniejszej ekstazy podczas inicjacji, kiedy wydzielanie substancji pobudzającej jest największe.

Po pewnym czasie następuje przyzwyczajenie do narkotyku, zmniejsza się również jego wydzielanie. Faza "gorącej" miłości mija, dla wielu jest to równoznaczne z przemijaniem miłości w ogóle. Wszak mówi się, że prawdziwa miłość trwa rok, dwa, najwyżej kilka lat. Jednakże i na tę ewentualność nasza wewnętrzna fabryka chemiczna jest doskonale przygotowana. Rozpoczyna się mianowicie produkcja endorfin, związków kojących i przeciwbólowych o działaniu podobnym do morfiny. Substancje te są syntetyzowane tylko w obecności partnera i dają poczucie bezpieczeństwa, stabilizacji i życiowego optymizmu. Ludzie, którzy dobrze czują się w takiej atmosferze, przetrwają w małżeństwie przez następne kilkadziesiąt lat i na pewno doczekają diamentowych godów. Jak widzimy, na każdym etapie miłosnego zaangażowania utrata partnera powoduje trudny do zniesienia narkotyczny głód, będący efektem braku stałego dopływu związków oddziaływujących na psychikę.

Czy z powyższego wynika, że jesteśmy kukiełkami, tańczącymi na molekularnych łańcuchach węgla, tlenu i azotu? W pewnym sensie tak, bo naszprycowanie fenyloetyloaminą lub endorfinami będzie miało taki sam skutek fizjologiczny, jaki dałoby się obserwować w procesie uwolnienia naturalnego. Z drugiej strony nie, bo polecenie uwolnienia wychodzi z wyższego poziomu świadomości, gdzie odbywają się złożone procesy psychiczne, świadczące o naszym człowieczeństwie. Można by powiedzieć, że jest to jedynie odsyłanie badaczy z ich mikroskopami na wyższe piętro reakcji chemicznych. Czy jednak na pewno wszystko da się wytłumaczyć chemią węgla i wodoru?

Kochajmy się romantycznie, zachowujmy jednak czujność. Można wyobrazić sobie doskonale funkcjonującą agencję matrymonialną, stosującą syntetyczny feromon-lubczyk z rodzaju aktywatorów zakochania do dyskretnego spryskiwania zapraszanych parami klientów. Kobieta-wamp mogłaby na każdym spotkaniu pachnieć perfumami, zawierającymi lotną pochodną fenyloetyloaminy, no i miłość gotowa. Kto wie, czy już teraz nie można kupić takich rzeczy w co lepszych perfumeriach. Firmy kosmetyczne nie próżnują, zatrudniając sztaby naukowców, a wyniki najnowszych badań otoczone są tajemnicą. Zresztą substancje aktywne, których wystarczy śladowa  ilość, nie muszą znajdować się w perfumach. Mogą być w szamponie, zwykłym mydle, a nawet w kawie, którą pija się codziennie w pracy. A potem - jest już za późno.


 

 

 

 

 

 

 

 

 

Przynajmniej

zagryź...

Andrzej Zimniak
ŚWIĄTECZNE WABIKI

 

Nadchodzą dni piękne i pełne głębokiego sensu, zwłaszcza dla nas, ludzi potrafiących docenić rozkosze podniebienia: idą Święta. W kuchni smużące się aromaty przyprawiają o zawrót głowy: pachnie pieczystym, suszonymi śliwkami, makowcem, śledziem, rodzynkami i jeszcze ciepłym drożdżowym ciastem. Można z zamkniętymi oczami wędrować bez końca po tej wspaniałej krainie, a właściwie to nie bez końca, bo wreszcie warto przestać próbować, czy dobre, i poważnie zasiąść do stołu. No właśnie. Tu zaczyna się problem.

Od końca lata, kiedy można już było przejść z przypadkowej wczasowej kuchni na własną, prowadzisz racjonalny tryb życia, czyli jesz cztery razy dziennie i stosujesz indywidualną dietę "j.p." (czyli jesz połowę tego, co dusza by chciała, a indywidualnie wybierasz to, co ci najlepiej smakuje). Efekty są znakomite: ta sukienka sprzed sześciu lat znów pasuje jak ulał, koleżanki w pracy oglądają cię pięć raz dłużej niż trzeba i nic nie mówią, a przyjaciółki nie potrafią powstrzymać westchnień i nieszczerych pytań o twój stan zdrowia. Więc wszystko idzie jak z płatka, nawet ten przystojny brunet z naprzeciwka zaczął zwracać na ciebie uwagę. Jest świetnie, a tu nagle pojawia się problem Świąt i wigilijnych smakowitych pułapek! Szansa niebywała, żeby pofolgować podniebieniu, a z drugiej strony... on może zacząć patrzeć na inną, zanim ty znów w pocie czoła nadrobisz zaległości. Co robić?

Nie daj się zwariować, to najważniejsze. Święta są po to, żeby świętować, no i mieć z tego jakąś przyjemność. Nie rób nic, co popsułoby ci dobry humor. Powtórz sobie, albo nawet napisz i powieś na ścianie, że dieta jest dla ciebie, a nie ty dla diety. Po to przecież przeprowadzasz kurację, żeby świat stał się piękniejszy! No i nie traktuj wszystkiego tak śmiertelnie serio, przynajmniej zrób przerwę na Święta. Ale tak zupełnie z tego bruneta nie rezygnuj!

Przysłowie to stare: we wszystkim mieć miarę. Usiądź, zaparz sobie kawę i pomyśl, to naprawdę nieraz dobrze robi w zgiełkliwym pośpiechu dnia codziennego, a już szczególnie przedświątecznego. I na pewno znajdziesz tę swoją miarę. A jeśli nie jesteś tak do końca pewna swego, dam ci kilka dobrych rad na nadchodzące słodkie dni:

• Nie opychaj się smakołykami, bo rychło zapracujesz na cegłę w żołądku, rozboli cię głowa i pójdziesz spać. I to ma być ta świąteczna frajda? Za to jedz tyle razy, ile zechcesz.

• Spróbuj wszystkich potraw, ale naprawdę po trochu, przerywając na długo przed uczuciem sytości. Celebruj każdą degustację i noś jej smak ze sobą aż do następnej.

• Oczywiście nie licz kalorii, tego nie proponuję ci w żadnej diecie.

• Nie stroń od słodyczy i ciast, wszak są Święta, ale postaraj się jeść ich mniej niż innych smakołyków, jak ryba, wigilijna, kapusta czy pieczeń.

• Kieliszek wódki pod śledzika może być, ale jeden wystarczy.

• Masła, pieczywa i ziemniaków jedz tyle co wróbelek - to przecież żadne świąteczne specjały, lepiej zostwić miejsce na coś lepszego!

• Nie żałuj sobie sałatek jarzynowych, owoców i otrąb. Jak piecze w przełyku i żołądku, łyknij alka-prim lub zażyj trochę sody. Szklanka mleka też dobrze ci zrobi.

Tyle życzliwych rad wystarczy. Niestety, po Sylwestrze trzeba będzie wziąć się za siebie i odrobić zaległości, czyli czekają cię dwa tygodnie takiego sobie, hm, jedzenia. Jakaś mała pokuta być musi, za wszystko się płaci na tym świecie. A jeśli brunet z naprzeciwka wybierze sobie jakiś wieszak na palta, to tylko jego strata. Może już niedługo podczas wiosennego joggingu trafi się nowiutki, interesujący blondyn?

Życzę Świąt lekkich jak śnieżynka!


 

 

 

 

 

   

Andrzej Zimniak

TAJEMNICE CZEKOLADY

 

Nie spotkałem jeszcze człowieka, który by nie lubił czekolady. Bez umiaru zajadają się nią dzieci, lubuje się w niej młodzież, a ludzie w sile wieku, choć powinni dbać o linię, też często sięgają po słodkie tabliczki. W okresie II Wojny Światowej lotnicy angielscy podczas lotów bojowych zawsze mieli ze sobą jej spory zapas, aby w chwili osłabienia lub zmniejszenia możliwości koncentracji wzmocnić się na duchu i ciele. Doświadczeni turyści górscy i taternicy dobrze wiedzą, że nie powinno się wychodzić na szlak bez tabliczki czekolady w plecaku. Czy sam cukier krzepi, czy może coś jeszcze jest w tym kakaowym specjale?

 

Słodycze zwykle zawierają cukier, przyprawy smakowe, nierzadko sztucznie wytwarzane, oraz tzw. wypełniacz, który nadaje im odpowiednią masę, konsystencję i inne cechy fizyczne. Inaczej ma się rzecz z czekoladą, bo oprócz wymienionych substancji zawiera ona jako podstawowy składnik kakao. A ten produkt ma cenne dla zdrowia składniki, jak magnez i cynk. A więc możnaby przypuszczać, że preferencje konsumentów, częstokroć przedkładających czekoladę nad inne słodycze, tu mają swoje źródło. Instynktowna mądrość organizmu każe nam sięgać po produkty, zawierające potrzebne biopierwiastki, i ignorować te, które tylko faszerują nas tzw. pustymi kaloriami.

Jednak ogólne umiłowanie czekolady, oblewanych nią ciasteczek, czekoladowych cukierków, tortów, lodów i likierów nie dawało spać naukowcom. Ci z najprostszej rzeczy zaraz robią problem i biorą się do badań. Jednakże w przypadku czekolady badania okazały się tyleż owocne, co ich rezultaty zaskakujące.

Najpierw wykonano eksperyment, polegający na "wąchaniu porównawczym". Chodziło w nim o określenie, czy wdychane substancje lotne, rejestrowane w głębi nosa jako rozmaite zapachy, powodują, oprócz doznań estetycznych i informacyjnych, jeszcze jakieś efekty fizjologiczne. Aby wyeliminować wpływ czynników zewnętrznych, ochotników umieszczono w szczelnym pokoju z dala od źródeł zapachów, zasłonięto im oczy, a na uszach umieszczono słuchawki, aby wytłumić dźwięki. Dawano im kolejno do wąchania kawę, fasolkę, pieczony schab, krem waniliowy, ciasto, chleb i inne potrawy, a także syntetyczne środki zapachowe. Pośród produktów była też czekolada naturalna i syntetyczna. Podczas doświadczenia ochotnikom mierzono aktywność mózgu, rejestrując fale EEG. Wynik eksperymentu był zadziwiający: badani rozpoznawali poszczególne zapachy, ich apetyt wzrastał, lecz aktywność mózgu pozostawała na niezmienionym poziomie aż do... podsunięcia im pod nosy czekolady. W tym momencie rytm fal theta, odpowiedzialnych za koncentrację uwagi, spadał o ok. 30%, ale - uwaga - tylko w przypadku naturalnej czekolady! Sami badani dawali się nabrać na sztuczną czekoladę, której zmysłem węchu nie odróżniali od naturalnej, ale ich mózgi nie dawały się oszukać. Słowem - czekolada spowalnia rytm theta, a więc działa uspokajająco, nawet jeśli ograniczymy się do wąchania.

To jednak nie koniec "czekoladowych" sensacji. Naukowcy są uparci, więc dalej drążyli słodki temat. Wiadomo, że wszystkie słodycze poprawiają nastrój, zwiększając w mózgu produkcję serotoniny, która jest tzw. neuroprzekaźnikiem, czyli, bardzo upraszczając, zwiększa "przepustowość" naszych neuronów. Okazało się, że czekolada ma jeszcze inne działanie, lepiej wyjaśniające "czekoladowy głód", jakiego niektórzy z nas doznają kilka razy dziennie.

Kalifornijscy badacze wzięli pod lupę chemiczne składniki czekoladowych tłuszczów. Wyszło na jaw, że są wśród nich takie związki, które pobudzają receptory haszyszowe lub ułatwiają ich pobudzenie przez inne, naturalne czynniki. Natomiast aktywacja tych receptorów powoduje wzmożenie wrażliwości zmysłów i stany euforyczne, o czym doskonale wiedzą amatorzy konopi indyjskich, czyli popularnych w Amsterdamie "trawek".

A więc pętla oddziaływań się zamyka: czekolada koi nerwy i pobudza mózgowe ośrodki przyjemności i ekstazy, natomiast to fizjologiczne oddziaływanie potęguje pozytywne odczucia smakowe przy jej spożywaniu. Dlatego są ludzie, odczuwający swojego rodzaju głód czekoladowy, który czasami, w ekstremalnych przypadkach, przypomina prawdziwą narkotyczną psychozę.

Pragnę jednak uspokoić wszystkich amatorów czekolady, rodziców nienasyconych pociech, towarzystwa antynarkotykowe i odpowiednie służby specjalne: trzeba zjeść aż 11 (jedenaście) kilogramów czekolady, żeby poczuć się tak, jak po wypaleniu jednego skręta z marihuany.

Z tego wszystkiego wynika, że życie z czekoladą byłoby łatwiejsze, gdyby tak fatalnie nie psuła zębów. Ale cóż, nic nie ma za darmo.


 

 

 


 

 

 

 

Okładki:

Główna

  Naukowa

    Literacka

      Publicystyczna

        Galeria