Okładki: |
ANDRZEJ ZIMNIAK ZDROWIE i zdrowe odżywianie |
|
|
Aperitif - skosztuj wybrane fragmenty
Danie główne - konsumuj całe artykuły
|
Całe artykuły |
![]() |
CHEMIA CZY WOLNA WOLA
Naukowcy są zdania, że należy wreszcie zdjąć romantyczne zasłony z buduarów miłości i pokazać, czym naprawdę jest uczucie, każące przyszłym kochankom śpiewać pod oknami swoich wybranek. Czym jest owo niebagatelne źródło energii, pozwalające marzyć w bezsenne noce, godzinami szykować się na spotkanie, spędzać drugie tyle na czarującej, choć częstokroć bezsensownej rozmowie, a potem, już w łóżku, trwonić olbrzymie ilości kilokalorii na gorące uściski. Użyjmy naukowego mikroskopu w miejsce różowych okularów, a ścisłych terminów chemicznych zamiast lirycznych sonetów, ponieważ właśnie chemia jest bezpośrednią przyczyną tych problemów, albo, inaczej mówiąc, tych szczęśliwych chwil, zwanych miłością. Okazuje się bowiem, że kandydaci na kochanków rozsiewają w atmosferze lotne feromonowe związki organiczne, będące po prostu atraktantami płciowymi, aby potem, już w fazie powłóczystych spojrzeń i niby przypadkowych muśnięć dłoni, rozpocząć wewnętrzną produkcję narkotyków. Tak jest - zakochani są dosłownie napompowani chemicznymi związkami pobudzającymi, lub, jak kto woli, dopingującymi.
Zacznijmy od feromonów w świecie zwierząt. Powszechnie wiadomo, że mrówki wydzielają szczególne substancje zapachowe, którymi znaczą szlaki wędrówek w poszukiwaniu żywności, markują zajęty teren, informują o źródłach pożywienia, a także rozpoznają swojaków z tego samego mrowiska. Sygnał do ataku lub ucieczki też nadawany jest chemicznie. Lotne feromony płciowe owadów mogą oddziaływać na odległości rzędu kilometrów w niezwykle małych stężeniach, nawet w postaci pojedynczych molekuł, podrażniających czułki samców. Charakterystyczne jest zjawisko, że feromony działają zgodnie z przeznaczeniem tylko w pewnym zakresie stężeń; jeśli stężenie jest zbyt duże, owady przestają reagować na ich obecność albo wpadają w szał erotyczny, kopulując wściekle nie tylko z samicami, ale także np. z kamieniami i łodygami traw. Tego rodzaju wyczyny kończą się śmiercią z wyczerpania. Feromon płciowy może więc być doskonałym środkiem owadobójczym, naturalnym i chemicznie nieszkodliwym dla otoczenia, bo stosowanym w bardzo małych stężeniach. U człowieka sprawa komplikuje się. Zaznacza się dominujący wpływ świadomości na chwilowe odruchy, a poza tym myjemy się i stosujemy kosmetyki oraz cały arsenał naturalnych i sztucznych środków zapachowych. Czy jednak wpływ feromonów zostaje całkowicie wyeliminowany? Istnieją podstawy do przypuszczeń, że tak nie jest. Organy powonienia człowieka są selektywnie niezwykle wyczulone na związki o nazwach androstenol i androstenon. Nasz nos wykrywa je w mniejszych stężeniach iż jeden z najczulszych instrumentów technicznych, zwany chromatografem gazowym, a zmywacz do paznokci pachnie nam 5000 razy słabiej! Przeprowadzono doświadczenia, wykazujące "wabiące" oddziaływanie androstenolu zarówno na mężczyzn, jak i na kobiety, polegające między innymi na wyborze znaczonego tym związkiem miejsca lub przedmiotu. Stwierdzono wzmożoną wrażliwość kobiet na jego zapach w połowie miesięcznego cyklu, czyli w okresie największej płodności. Można przypuszczać, że schemat erotycznego oddziaływania zapachowego u człowieka zaczyna się od wydzielania androstenolu przez mężczyznę. Nie jest do końca wyjaśnione, czy wydzielanie to jest stałe w czasie, czy też wzmaga się na widok atrakcyjnej kobiety. Zapach lotnego feromonu jest oczywiście tylko jednym z bodźców w grze, obok wyglądu, sposobu bycia, okazywanej inteligencji itd. Na ile ważnym - nie wiadomo, bo działa głównie na podświadomość. Gdy dochodzi do etapu, który ogólnie możemy nazwać fazą zalotów, kobieta zaczyna wytwarzać feromony kontaktowe, czyli związki mniej lotne, działające na mniejsze odległości. Są to krótkołańcuchowe kwasy organiczne, obecne w wydzielinie z pochwy. Zapach tej wydzieliny silnie oddziaływuje na mężczyznę, wzmagając jego przedsiębiorczość i aktywność. Ponieważ każda kobieta ma swoją niepowtarzalną kompozycję feromonową, a mężczyzna koduje ją i rozpoznaje przy kolejnych zbliżeniach, więc następuje silne wzmocnienie bodźca na zasadzie skojarzeń. Dlatego kocha się zapach kochanej kobiety... Jednakże na długo przed prawdziwym zakochaniem, jeszcze na etapie samych początków flirtu, rusza wewnętrzna synteza substancji narkotycznych. Potężny zastrzyk fenyloetyloaminy, związku pobudzającego ośrodkowy układ nerwowy, jest powodem drżenia rąk, przyspieszonego bicia serca i wewnętrznego napięcia. Do akcji włączają się także dopamina i noradrenalina, obie o działaniu pobudzającym podobnym do efektu fizjologicznego adrenaliny, amfetaminy lub efedryny. Dosyć szybko dochodzi do fizjologicznego uzależnienia, czyli, innymi słowy, rozwija się etap gorącej lub namiętnej miłości. Ludzie kochliwi lub podrywacze typu Casanovy to po prostu jednostki uzależnione bardziej niż inni, niezwykle wrażliwe na spadek stężenia fenyloetyloaminy we krwi. Cóż winne te kobiety i ci mężczyźni, nerwowo rozglądający się w autobusach i na ulicach, a w kawiarniach i na przyjęciach stroszący piórka i wysilający całą swoją elokwencję, aby oczarować następnego partnera lub partnerkę? Cierpią oni na typowy narkotyczny głód, który każe im iść dalej i dalej drogą kolejnych podbojów. W ten sposób spijają samą śmietankę miłości, doznając najsilniejszej ekstazy podczas inicjacji, kiedy wydzielanie substancji pobudzającej jest największe. Po pewnym czasie następuje przyzwyczajenie do narkotyku, zmniejsza się również jego wydzielanie. Faza "gorącej" miłości mija, dla wielu jest to równoznaczne z przemijaniem miłości w ogóle. Wszak mówi się, że prawdziwa miłość trwa rok, dwa, najwyżej kilka lat. Jednakże i na tę ewentualność nasza wewnętrzna fabryka chemiczna jest doskonale przygotowana. Rozpoczyna się mianowicie produkcja endorfin, związków kojących i przeciwbólowych o działaniu podobnym do morfiny. Substancje te są syntetyzowane tylko w obecności partnera i dają poczucie bezpieczeństwa, stabilizacji i życiowego optymizmu. Ludzie, którzy dobrze czują się w takiej atmosferze, przetrwają w małżeństwie przez następne kilkadziesiąt lat i na pewno doczekają diamentowych godów. Jak widzimy, na każdym etapie miłosnego zaangażowania utrata partnera powoduje trudny do zniesienia narkotyczny głód, będący efektem braku stałego dopływu związków oddziaływujących na psychikę. Czy z powyższego wynika, że jesteśmy kukiełkami, tańczącymi na molekularnych łańcuchach węgla, tlenu i azotu? W pewnym sensie tak, bo naszprycowanie fenyloetyloaminą lub endorfinami będzie miało taki sam skutek fizjologiczny, jaki dałoby się obserwować w procesie uwolnienia naturalnego. Z drugiej strony nie, bo polecenie uwolnienia wychodzi z wyższego poziomu świadomości, gdzie odbywają się złożone procesy psychiczne, świadczące o naszym człowieczeństwie. Można by powiedzieć, że jest to jedynie odsyłanie badaczy z ich mikroskopami na wyższe piętro reakcji chemicznych. Czy jednak na pewno wszystko da się wytłumaczyć chemią węgla i wodoru? Kochajmy się romantycznie, zachowujmy jednak czujność. Można wyobrazić sobie doskonale funkcjonującą agencję matrymonialną, stosującą syntetyczny feromon-lubczyk z rodzaju aktywatorów zakochania do dyskretnego spryskiwania zapraszanych parami klientów. Kobieta-wamp mogłaby na każdym spotkaniu pachnieć perfumami, zawierającymi lotną pochodną fenyloetyloaminy, no i miłość gotowa. Kto wie, czy już teraz nie można kupić takich rzeczy w co lepszych perfumeriach. Firmy kosmetyczne nie próżnują, zatrudniając sztaby naukowców, a wyniki najnowszych badań otoczone są tajemnicą. Zresztą substancje aktywne, których wystarczy śladowa ilość, nie muszą znajdować się w perfumach. Mogą być w szamponie, zwykłym mydle, a nawet w kawie, którą pija się codziennie w pracy. A potem - jest już za późno.
|
TAJEMNICE CZEKOLADY
Nie spotkałem jeszcze człowieka, który by nie lubił czekolady. Bez umiaru zajadają się nią dzieci, lubuje się w niej młodzież, a ludzie w sile wieku, choć powinni dbać o linię, też często sięgają po słodkie tabliczki. W okresie II Wojny Światowej lotnicy angielscy podczas lotów bojowych zawsze mieli ze sobą jej spory zapas, aby w chwili osłabienia lub zmniejszenia możliwości koncentracji wzmocnić się na duchu i ciele. Doświadczeni turyści górscy i taternicy dobrze wiedzą, że nie powinno się wychodzić na szlak bez tabliczki czekolady w plecaku. Czy sam cukier krzepi, czy może coś jeszcze jest w tym kakaowym specjale?
Słodycze zwykle zawierają cukier, przyprawy smakowe, nierzadko sztucznie wytwarzane, oraz tzw. wypełniacz, który nadaje im odpowiednią masę, konsystencję i inne cechy fizyczne. Inaczej ma się rzecz z czekoladą, bo oprócz wymienionych substancji zawiera ona jako podstawowy składnik kakao. A ten produkt ma cenne dla zdrowia składniki, jak magnez i cynk. A więc możnaby przypuszczać, że preferencje konsumentów, częstokroć przedkładających czekoladę nad inne słodycze, tu mają swoje źródło. Instynktowna mądrość organizmu każe nam sięgać po produkty, zawierające potrzebne biopierwiastki, i ignorować te, które tylko faszerują nas tzw. pustymi kaloriami. Jednak ogólne umiłowanie czekolady, oblewanych nią ciasteczek, czekoladowych cukierków, tortów, lodów i likierów nie dawało spać naukowcom. Ci z najprostszej rzeczy zaraz robią problem i biorą się do badań. Jednakże w przypadku czekolady badania okazały się tyleż owocne, co ich rezultaty zaskakujące. Najpierw wykonano eksperyment, polegający na "wąchaniu porównawczym". Chodziło w nim o określenie, czy wdychane substancje lotne, rejestrowane w głębi nosa jako rozmaite zapachy, powodują, oprócz doznań estetycznych i informacyjnych, jeszcze jakieś efekty fizjologiczne. Aby wyeliminować wpływ czynników zewnętrznych, ochotników umieszczono w szczelnym pokoju z dala od źródeł zapachów, zasłonięto im oczy, a na uszach umieszczono słuchawki, aby wytłumić dźwięki. Dawano im kolejno do wąchania kawę, fasolkę, pieczony schab, krem waniliowy, ciasto, chleb i inne potrawy, a także syntetyczne środki zapachowe. Pośród produktów była też czekolada naturalna i syntetyczna. Podczas doświadczenia ochotnikom mierzono aktywność mózgu, rejestrując fale EEG. Wynik eksperymentu był zadziwiający: badani rozpoznawali poszczególne zapachy, ich apetyt wzrastał, lecz aktywność mózgu pozostawała na niezmienionym poziomie aż do... podsunięcia im pod nosy czekolady. W tym momencie rytm fal theta, odpowiedzialnych za koncentrację uwagi, spadał o ok. 30%, ale - uwaga - tylko w przypadku naturalnej czekolady! Sami badani dawali się nabrać na sztuczną czekoladę, której zmysłem węchu nie odróżniali od naturalnej, ale ich mózgi nie dawały się oszukać. Słowem - czekolada spowalnia rytm theta, a więc działa uspokajająco, nawet jeśli ograniczymy się do wąchania. To jednak nie koniec "czekoladowych" sensacji. Naukowcy są uparci, więc dalej drążyli słodki temat. Wiadomo, że wszystkie słodycze poprawiają nastrój, zwiększając w mózgu produkcję serotoniny, która jest tzw. neuroprzekaźnikiem, czyli, bardzo upraszczając, zwiększa "przepustowość" naszych neuronów. Okazało się, że czekolada ma jeszcze inne działanie, lepiej wyjaśniające "czekoladowy głód", jakiego niektórzy z nas doznają kilka razy dziennie. Kalifornijscy badacze wzięli pod lupę chemiczne składniki czekoladowych tłuszczów. Wyszło na jaw, że są wśród nich takie związki, które pobudzają receptory haszyszowe lub ułatwiają ich pobudzenie przez inne, naturalne czynniki. Natomiast aktywacja tych receptorów powoduje wzmożenie wrażliwości zmysłów i stany euforyczne, o czym doskonale wiedzą amatorzy konopi indyjskich, czyli popularnych w Amsterdamie "trawek". A więc pętla oddziaływań się zamyka: czekolada koi nerwy i pobudza mózgowe ośrodki przyjemności i ekstazy, natomiast to fizjologiczne oddziaływanie potęguje pozytywne odczucia smakowe przy jej spożywaniu. Dlatego są ludzie, odczuwający swojego rodzaju głód czekoladowy, który czasami, w ekstremalnych przypadkach, przypomina prawdziwą narkotyczną psychozę. Pragnę jednak uspokoić wszystkich amatorów czekolady, rodziców nienasyconych pociech, towarzystwa antynarkotykowe i odpowiednie służby specjalne: trzeba zjeść aż 11 (jedenaście) kilogramów czekolady, żeby poczuć się tak, jak po wypaleniu jednego skręta z marihuany. Z tego wszystkiego wynika, że życie z czekoladą byłoby łatwiejsze, gdyby tak fatalnie nie psuła zębów. Ale cóż, nic nie ma za darmo.
|
Okładki: |