UNDER CONSTRUCTION!

 

 

 

 

Okładki:

Główna

  Naukowa

    Literacka

      Publicystyczna

        Galeria i podróże

Andrzej Zimniak

 

DOKUMENTACJA DOROBKU

 

                                     streszczenia utworów

                          fragmenty

                 komentarze

   

W tym dziale docelowo znajdą się krótkie opisy i fragmenty wszystkich moich opublikowanych utworów. Lubię porządek, i również dlatego robię tę stronę. Poza tym ułatwi ona czytelnikom wybór tych tekstów, które chcieliby przeczytać. Kiedyś będą mogli sami ułożyć sobie zbiorek, czyli zrealizować druk na życzenie.

 

   

Kwerenda (kolejność wg daty napisania):

   

Biały rój (powieść), maj 2003 - lipiec 2005.

Intermezzo z Chrys2sem, sierpień 2005

Kochać w Europie, sierpień - wrzesień 2003

Śmierć ma zapach szkarłatu, grudzień 2002 - luty 2003

Egzorcysta, luty-sierpień 2002

Na końcu będzie słowo, październik 2001 - styczeń 2002

Przygoda ostatniej blondynki, sierpień-grudzień 2000

Przynieś mi serce Matki Teresy, wrzesień 1998-styczeń 1999

Wiano, kobiety i śmiech, luty 1998

Piknik w Krainie Oczekiwań, luty 1993 (hr. Dragomir, cz. 1)

Trzydzieści przygód miłosnych pustelnika z Teresitas, grudz. 1997 - marzec 1998 (hr. Dragomir, cz. 2)

Klatka pełna aniołów (8 opowiadań o Enkelu), lata 1994-97

Rozpakuj ten świat, Evitt, marzec 1996

Miłosne dotknięcie nowego wieku, styczeń 1996

Czterdziestu małych kochanków, luty-maj 1993

Gra w życie, marzec 1991

Flamenco na krańcu świata, październik 1989 - styczeń 1990

Droga do Kolchidy, czerwiec-październik 1989

Nie ma czarów w krainie Alicji, kwiecień 1988

Łowcy meteorów, maj 1986

Ornitologia, maj 1985

Pęknięty dzban, kwiecień-maj 1985

Piąta pora roku, luty 1984

Dwa litry życia, sierpień 1984

Zwiastun jesieni, marzec 1983

Pod ochroną, sierpień 1980 - luty 1981

O tym, który słyszał woń nenufarów, grudzień 1979

Marcjanna i aniołowie (powieść), październik 1986-kwiecień 1987

 

 

 

 

Biały rój

Maj 2003-lipiec 2005, wyd. luty 2007, 293 strony (powieść).


Komentarz

Do Ziemi zbliża się rój lodowych asteroid po takiej trajektorii, że kataklizm jest nieunikniony. Tymczasem ludzie nadal krzątają się wokół swoich spraw, walczą o władzę i srebrniki, urzędują wypełniając rubryki przewidziane w okólnikach. Okazuje się, że najsprawniej zaczyna funkcjonować nieformalny zespół wolontariuszy, choć ma przeciw sobie nie tylko fanatyków, ale także poważne urzędy trzymające władzę - na szczęście nie wszystkie, bo nawet pośród urzędników da się znaleźć jednostki z wyobraźnią.

 Ta książka ma wielu bohaterów, ale wyróżniają się dwaj: genetyka i indolencja władzy wobec precedensów. Genetyka może pomóc w przystosowaniu człowieka do nowych warunków, w których przyjdzie mu żyć, a indolencja decydentów może łacno te działania pokrzyżować. Fabuła prowadzona jest głównie dialogami, akcja rwie ostro do przodu, nie poskąpiłem sensacji, którą doprawiłem szczyptą erotyki. Styl tej książki ma niewiele wspólnego z poetycko-onirycznym nastrojem mojej pierwszej powieści "Marcjanna i aniołowie", wydanej w 1989 roku.

Fragment

 

Genetyk Gloria Herreira była dobrze utrzymaną czterdziestolatką. Miała kruczoczarne, gładko zaczesane włosy z przedziałkiem pośrodku głowy, kokieteryjnie podwinięte rzęsy, pociągłą, nadal urodziwą twarz i trochę przesuszoną figurę tancerki. Właściwie bez przerwy tańczyła, bo tak można było określić jej żywiołową gestykulację. Fireball, pomyślał Haywick.

— Droga pani profesor — zaczął, pozostając pod wrażeniem dynamiki i urody jej ruchów. — Mamy niewielki wybór: spróbować dostosować się albo zginąć. Więc…

— Więc może — weszła mu w słowo — lepiej zginąć człowiekiem, niż przeżyć padalcem? Nie sądzi pan, Benonie Haywicku? Stokroć lepiej terraformować kosmos, niż kosmoformować człowieka!

Haywick wstał i podszedł do kamiennej balustrady. Nisko, nad wynurzającymi się z mgły górami wisiał księżyc w pełni, przypominający gong w kolorze jasnej sepii. Od pobliskiego płaskowyżu wiało chłodem.

— Sęk w tym, że terraformowanie kosmosu na razie możliwe jest tylko w fantastyce, i to niezbyt naukowej — zauważył. — Natomiast w kwestii wyborów… mam nieco inne zdanie niż pani. Uważam, że zgoda na śmierć jest najgorszym wyjściem. Mówiąc krótko, sympatyzuję z materią ożywioną, jakakolwiek by ona była. Padalec może kiedyś przekształcić się w anioła, jeśli damy mu szansę i trochę czasu, a z truchła z pewnością nie powstanie nic oprócz garści pyłu.

— Nie zgadzam się! — krzyknęła, wyrzucając ręce w górę i kończąc przytupem. Podbiegła do balustrady, oparła się o kamień koniuszkami palców i spojrzała w dół urwiska. — Ależ tu wysoko! I pięknie. Czuje pan, jak cała budowla jest jeszcze nagrzana słońcem? Te stare mury, popękane i łuszczące się, są tak bardzo autentyczne. Na pewno pamiętają jeszcze czasy nie tylko sprzed deglomeracji latyfundialnej, ale nawet sprzed globalizacji. Może przeżyją ludzkość?

— A więc nie możemy liczyć na pani współpracę? — Pytanie zabrzmiało obcesowo, ale chciał mieć pewność.

Zapatrzyła się w księżyc, którego blask wygładził jej zmarszczki, stonował barwy i zamienił twarz w starojapońską maskę.

— Tego nie powiedziałam — stwierdziła, stukając w kamień paznokciem. — Moje zdanie, hmm, nie jest aż tak ważne. Tyle rzeczy robimy codziennie wbrew sobie... A poza tym każdy rozumny człowiek wie, że nie zawsze ma rację. Szanuję cudze opinie, wysłuchuję ich, uczę się. Wiem, że jestem impulsywna i nigdy nie zmieniam zdania, więc wprowadziłam na własny użytek poprawkę, którą nazywam współczynnikiem poszanowania intelektualnego. Specjalnie dla takich intelektualistów jak… na przykład pan, doktorze Haywick.

 

 

 

Intermezzo z Chrys2sem

Sierpień 2005, 38 stron.


Komentarz

To dosyć kontrowersyjne opowiadanie. Parowski narzekał na nie, ponoć nie podobały mu się dialogi, a nie światopogląd.

Nigdzie nie jest powiedziane, że Chrystus nie może mieć brata, a z Bogiem nie można negocjować. Kto wie, może istnieje tylko bariera językowa? Kolokwializm wypowiedzi bohaterów tej opowiastki świadczy o tym, że niekoniecznie tylko filozofowie mogą próbować włączyć się do takich negocjacji.

Treść jest z grubsza taka: na ludzkość spada nieszczęście, plaga, która, paradoksalnie, roznosi się przez miłość. Nie, moi drodzy, to nie żaden nowy syfilis - zaraza jest mentalna i dotyka tych najlepszych, co potrafią kochać empatycznie. Ludzkość woła Boga na ratunek, i ratunek nadchodzi (choć nie jest pewne, czy wołanie dotarło do Adresata). Ród ludzki zostaje ocalony, ale cena - rozumiana jako wiara w wyższą sprawiedliwość - po raz kolejny wystawiona jest na niszczącą próbę.

Fragment

- No - sapnął śmigstylny, poprawiając kuloodporną misiurkę. - Przyniosłem coś dla ciebie, Baraba. - Wyciągnął zza pazuchy różową bibułkę zwolnienia z zakładu i uniósł ją dwoma palcami jak zdechłego szczura. - Jest twoja.

Więzień skoczył na równe nogi, ale tamten cofnął dłoń, drażnił się z nim.

- Jest twoja, ale nie za darmo. Chcę cię zaangażować.

Wszyscy obecni zastygli w pół ruchu i wstrzymali oddechy. Cholera, ten Herbst sam negocjuje, reszta to dupki, asysta, publiczka, nawet nie mają pojęcia, o co chodzi, pomyślał Barabas. Opuścił ramiona w geście podporządkowania.

- Robimy spektakl, a ciebie wytypowano do głównej roli. Będziesz gwiazdą, obejrzy cię co drugi człowiek na Ziemi, licząc wszystkich, nawet buszmenów i speleologów nigdy nie wyłażących z grot! Pojmujesz?

Barabas milczał, koncentrując się. Usiłował nadążyć i jednocześnie odsiać blef od prawdy. Jego wyjałowiony odsiadką umysł błagał o litość, pracując na najwyższych obrotach.

- Gdy cytuje się filozofów - dalej katował go Herbst - nie wolno interpretować twierdzeń wprost, chyba o tym wiesz, podobnie jak tu obecni funkcjonariusze. - Nie spuszczając go z oka zatoczył dłonią koło, co wypadło teatralnie, i zapewne właśnie tak miało wyglądać. - A więc: jesteś drobnym złodziejaszkiem-recydywistą, tak jak w zasadzie... każdy. Bo każdy usiłuje coś skraść dla siebie, jedni uczucia, zabierając je konkurentom, inni zaszczyty, które przysługują lepszym choć pokorniejszym, a wszyscy wszystkim - pieniądze, które są fetyszem od dnia ich wynalezienia. Pieniądze skradzione bez naruszenia kodeksu nazywa się pieniędzmi zarobionymi. Czyli, Barabasie, nie będąc mordercą ani gwałcicielem należysz do nas, zwykłych ludzi, choć niestety wykazujesz mniej sprytu od średniego obywatela. Przy tym jesteś, jak my wszyscy, synem Bożym, wszak bez wyjątków mamy prawo nazywać się Jego dziećmi. Wracając do naszego spektaklu, to jesteśmy w wygodnej sytuacji, bo nie musimy wybierać między Barabaszem a Jezusem, wszak nosisz oba te imiona. Osądzimy cię sprawiedliwie i uwolnimy albo skażemy, a w zależności od werdyktu zagrasz Barabasza albo Chrys2sa. W obu przypadkach po happeningu będziesz wolny, wolność stanowi twoje honorarium za występ.

Więźnia chwycił zawrót głowy. Czy ten skecz dzieje się naprawdę?

- Bę-dziecie mnie przy-przybijać? - jąkał się. - Do krzyża?

Śmigstylny rozłożył ręce.

- Cóż, do tej roli nie angażujemy kaskadera, ale weź pod uwagę, że zapewne zostaniesz uniewinniony, a jeśli nawet nie, po twojej stronie będzie nowoczesna technika choreograficzna. Jednak według umowy wszystko musisz zagrać sam, od początku do końca.

- Do jakiego... końca?

- Jak to, jakiego? Do zmartwychwstania. Bóg-Ojciec przyjdzie, aby cię uwolnić. Odstępstw od scenariusza nie przewidujemy.

 

 

 

Kochać w Europie

Sierpień - wrzesień 2003, 20 stron.


Komentarz

Niewątpliwie, jest to tekst prześmiewczy, groteska, czarny humor, itd. Poza tym możnaby odnieść wrażenie, że idę w jednym szeregu z feministkami, homofilami, i podobną awangardą wolnomyślicieli. Nie całkiem.

Otóż czasem okazuje się, że użyłem ostrego jęzora albo powiedziałem coś złośliwie. Tylko czasem, bo na co dzień jestem układny i spokojnej natury. Ale czasem, jak natrafię na niezrozumiałe, przesadne zachowania, na ekstrema, na coś, co ma szanse - przy kontynuowaniu trendu - sięgnąć rejonów absurdu, wtedy korci mnie, żeby stworzyć parodię, hiperbolę. Raz więc dostaje mi się z prawa, a raz z lewa, bo wyśmiewam dziwolągi po obu stronach drogi. Za to żadne ugrupowanie nie próbuje rościć sobie do mnie pretensji, więc mogę nadal pozostawać outsiderem. I, uwierzcie, całkiem mi z tym dobrze.

Fragment

Rozprawa była otwarta, lecz przybyli tylko nieliczni obserwatorzy, ponieważ sprawy prenatalne zdążyły już spowszednieć.

- Otwieram rozprawę przeciwko obywatelowi Europy Pawłowi Molickiemu - oznajmił eurolicencjonowany sędzia w błękitnej todze z trzydziestoma słonecznymi gwiazdami, rozmieszczonymi helikoidalnie. - Proszę pana prokuratora o zabranie głosu.

- Dziękuję - powiedział chudy, siwowłosy mężczyzna, powstając i zapinając marynarkę. Miał w sobie coś z sępa, zarówno w twarzy, jak i w ruchach. - Będę mówił krótko, bo sprawa jest typowa. Oto tam, na ławie oskarżonych, siedzi morderca prenatalny. Zostało dowiedzione, że w czwartym miesiącu matczynej ciąży zaatakował swojego brata, a potem w następnych tygodniach ponawiał haniebne postępki, powiem więcej, mordercze poczynania, które spowodowały zgon bliźniaka, a następnie resorpcję płodu przez organizm matki. Pragnę podkreślić, że matka jedynie wchłonęła martwe ciało, i proces ten nie ma nic wspólnego z poronieniem, nie można więc w żadnym stopniu uważać jej za winną.

Mężczyzna wstał i wyszedł przed audytorium, po czym wskazał na przestrzenny hologram, który ukonstytuował się nieco z boku na wysokości dwóch metrów, doskonale widoczny z każdego miejsca sali. Wewnątrz pojawił się tomograficzny obraz wnętrza brzucha ciężarnej kobiety, w którym obejmowały się i przepychały dwa płody. Środowisko było cieliste, galaretowate, półpłynne.

Prokurator zmienił obraz. Teraz poruszał się już tylko jeden płód, a ten nieruchomy przy kolejnych odsłonach zmniejszał się, zamieniał w kadłubek, rozpuszczał, aż w końcu zupełnie znikł. Pozostały rozpierał się w obszernym brzuchu, miał teraz znacznie więcej miejsca. Po widowni przebiegło westchnienie.

- Tak, proszę państwa. Wszyscy byliście świadkami przestępczego czynu. Nagrania dowodowe zostały zarejestrowane w Szpitalu Bielańskim, a o ich prawdziwości zaświadczy obecny tu doktor Wernicki. Proszę, doktorze.

- Poświadczam - potwierdził lekarz, siedzący w ławie świadków. - Przejrzałem szpitalne archiwum i nie mam żadnych wątpliwości co do tożsamości matki, syna i płodów.

- Czy obrona chce na tym etapie rozprawy skorzystać z prawa głosu? - Włączył się sędzia.

- Nie - poinformował przydzielony z urzędu adwokat.

- Owszem, tak - odezwał się przedstawiciel społeczności Łemków. Oprócz Łemków przybyli reprezentanci grup etnicznych Kaszubów i Tyrolczyków. Tyrol ostatnio mocno akcentował swoją obecność, zapewne szykował kolejną petycję o rozszerzenie uprawnień. - Chciałbym wiedzieć, dlaczego płód ma odpowiadać według kodeksu, którego jeszcze nie miał okazji poznać?

- Proszę o pozwolenie na odpowiedź. - Prokurator znów wyszedł przed audytorium. Gdy sędzia skinął głową, kontynuował. - Otóż muszę nie bez żalu stwierdzić, że większość obywateli Europy też nie zna kodeksu, ani karnego, ani żadnego innego. Niestety. A mimo to, zgodnie z literą prawa, odpowiada za czyny przestępcze! Chciałbym od razu uprzedzić następne pytanie i przypomnieć, że istnieje w kodeksie istotny paragraf 45, dotyczący przestępstw nieumyślnych. Cytuję: Za nieumyślne pozbawienie życia stosuje się karę więzienia do lat dziesięciu.

 

 

 

Śmierć ma zapach szkarłatu

Grudzień 2002 - luty 2003, 69 stron.


Komentarz

Znana sprawa - jak chce się wykorzystać człowieka jako narzędzie, zrobić z niego posłusznego i sprawnego agenta, należy oskarżyć go, a potem dać wybór: albo my wykonamy karę, albo ty wykonasz zadanie. Trochę mniej znana rzecz, to przystosowanie agenta - misja wymaga modyfikacji cielesnych. Ale nie takich typowych, jak powiększenie masy  mięśni czy zwielokrotnienie odporności na stres - chodzi o to, że EmirII ma wytropić po zapachu swoją byłą kochankę. A jakie stworzenie nadaje się do tego lepiej niż przedstawiciel społeczności owadów, będący w stanie zareagować już na kilka pojedynczych molekuł feromonu swojej samicy? Nic nie szkodzi, że wizualizuje ów zapach w postaci fioletowej chmury ze złotymi rozbłyskami, wszak można spekulować do woli, jak owady "czują" świat pełen woni i atraktantów.

Opowiadanie to, czy może mikropowieść (prawie 70 stron), pisałem w dużym tempie, aby domknąć zbiór dla "Fabryki słów". Utworowi wyszło to na dobre, bo jest spójny zarówno w stylu, jak i nastroju. Taki "bat" nieraz bardzo przydaje się autorom.

Wyszło opowiadanie sensacyjne, trochę pachnące thrillerem, o szybkiej akcji, w sporej części prowadzone dialogami. Wymaga od czytelnika dużej wyobraźni - bo trzeba wczuć się w system percepcyjny owada. Mocne sceny, tekst raczej dla mężczyzn.

Fragment

Jej prawdziwy zapach niedawno podarował mu pułkownik Vertejak. Już wcześniej, jeszcze w ludzkiej skórze, Emir dobrze poznał ludzką wersję kompozycji Sulejki, bo podczas samotnych wieczorów podniecał się wtulając twarz w tę część damskiej garderoby, którą kiedyś przez niedopatrzenie dziewczyna zostawiła w jego łóżku. Jednak dopiero jako EmirII zobaczył - właśnie, dosłownie zobaczył - urodę i niepowtarzalny charakter atraktantów byłej kochanki. Następnego dnia po przeistoczeniu komendant wziął go do siebie i wyjął z szuflady damskie figi, które kiedyś były czerwone w żółte kwiatki, a teraz aż buchały intensywnym fioletem, a w nim jak race eksplodowały złote płomienie. Tak wyglądał wspaniały, jedyny zapach Sulejki! Skoczył wtedy na siatkę swojego boksu, a pułkownik zdjął wieko i łaskawie wrzucił mu majtki do środka. EmirII wpadł w ich fałdy, nagarniał materiał odnóżami, chwytał szczękami i dotykał głaszczkami wargowymi, prężył odwłok wyginając go w kabłąk, sycił się kochanką jak podczas najprawdziwszego ars amandi. W zmysłowej konsumpcji brała udział ludzka część jego percepcji, nie było imperatywu owadzich feromonów i wrażenia dźwigni, sterującej zachowaniem bez udziału świadomości.

- Musiała być naprawdę dobra - zadudnił głos Vertejaka, a potem rozległ się łoskot śmiechu. - Mikrożołnierzu, tak dobrze zapamiętaj ten zapach, ażeby wrył się w twoje pseudomózgowe zwoje do końca życia. Jasne?

Pułkownik nachylił się nad nim i spoglądał olbrzymim, wolim okiem. Pachniał na żółto z odcieniem sepii.

- Czy po to mnie zrobiliście? - zasygnalizował skrzydłami EmirII.

Stękające gromy i uderzenia szybkich szkwałów, czyli śmiech.

- Nigdy nie zapominaj, że w gruncie rzeczy jesteś człowiekiem. I że ją kochasz.

- Gdzie ona jest? - nadał, a Vertejak poprawił słuchawkę w uchu.

- Jest szczęśliwa, bo kocha i zabija. Dewiacyjne spełnienie w łączeniu miłości i śmierci. Powinieneś to rozumieć.

 

 

Egzorcysta

Luty-sierpień 2002, 42 strony.


Komentarz

Dawny Ptasznik przekwalifikował się na Egzorcystę, bo tego wymagała kosmiczna unifikacja, która doprowadziła również do galaktycznego ujednolicenia prawa. Odebrano chleb Ptasznikowi, ale Egor ma się czym pożywić - wypędza z ludzi zło, za co pobiera prowizję. I stałby się wyrobnikiem jak większość z nas, gdyby nie pewien kruczek: oto jego prowizja obejmuje również ekwiwalent za ludzką chciwość, przewrotność i wiarołomstwo. Okazało się, że Egor trafił na istny róg obfitości!
   Jakbyście jeszcze chcieli wiedzieć, po co Egzorcyście bicz ze skórek grzechotników, słoik ambrozji i flet z cedrowego drewna, to nie ma innego wyjścia, niż przeczytać to opowiadanie.

Opowiadanie jest kontynuacją tekstu "Ornitologia" z 1985 roku. Tam Ptasznik wykorzystywał różnice w surowości kodeksów różnych planet, aby zgarniać dolę za utrzymywanie praworządności. Teraz czasy stały się bardziej poprawne: należy ludzi ulepszać, a za wykonaną pracę trzeba brać wynagrodzenie. Ciekawiło mnie, jak można zarobić nie wykorzystując ludzi, lecz ich przywary - i ten wątek rozwijam w "Egzorcyście". 
   Poza tym wyszło na jaw, że dobro i zło przychodzi z zewnątrz w postaci symbiontów, a my możemy tylko sterować tym zasiedlaniem. Gdy człowiek jest nieświadomy, bywa zasiedlany w tak wielkim stopniu, że... staje się nieobliczalny.

Fragment

Ptasznik przekwalifikował się na Egzorcystę. Jego nowym zadaniem było wypędzanie z ludzi zła, a to działanie, zwłaszcza przy liberalnym podejściu, nieraz dawało się zaklasyfikować jako czynienie dobra. Można więc powiedzieć, że nasz bohater nie tylko potrafił odnaleźć się w nowej rzeczywistości, ale także wykazał powszechnie oczekiwaną poprawność etyczno-moralną. A fakt, że przy okazji zarabiał na życie i czerpał z tego wszystkiego przyjemność, było wyłącznie jego prywatną sprawą. Jego i Oczu Dowodowych, wykalibrowanych jurysdykcyjnie przez najwyżej rozwinięte konsorcja, realizujące rządowe zamówienia. Oczy Dowodowe, unosząc się zawsze tam, gdzie trzeba, bezmyślnie śledziły wszelkie poczynania istot rozumnych, tym samym nie naruszając ich prywatności, i ożywiały się dopiero wtedy, gdy w wyniku jakichś nieprzemyślanych działań Obywatel zamieniał się w Podejrzanego. Jest oczywiste, że Ptasznik-Egzorcysta, w skrócie Egor, starał się nigdy nie budzić Oczu z ich czujnego snu. [...]

Homofilnie zmodyfikowany gwiezdny rumak, którym podróżował, zapewnił mu symulację podstawowych wygód, pławił się więc w wannie, zażywał wodnych masaży, jadał kwiczoły nadziewane jąderkami koników morskich, uprawiał miłość z hologramem wypełnionym jędrnym i ciepłym polem siłowym, a w łóżku, do kieliszka courvoisiera, czytywał Szekspira. Jednak podczas przepraw przez rozlewiska czasu nie zawsze mógł prowadzić obserwacje świata zewnętrznego, więc gdy w końcu wierzchowiec wynurzył się z turbulencji i wyrwał grawitacyjnymi skokami do pierwszego z wyznaczonych celów, w mig podłączył się do oczu zwierzęcia i zachłannie rozejrzał po okolicy.

Wprost przed nim, zdawałoby się że na wyciągnięcie dłoni, w granatowym kosmosie jaśniała zielono-żółta planeta. Uśmiechnął się do swoich myśli: oto nieznany glob sygnalizuje barwnym kodem, że nadchodzi czas żniw. Uniwizor, nastawiony na pomiar zaawansowania cywilizacyjnego, nie wykazał istnienia supertechniki żadnej kategorii, ale ktoś, kto żył tam w dole, musiał przynajmniej znać i stosować koło. Tubylcy plasowali się na średnim poziomie inteligencji, zaludnienie było małe, a współczynnik porządku społecznego i moralności okazał się satysfakcjonująco niski. Egzorcysta odłożył tubus i zatarł dłonie. Będzie kogo ratować! Zakomunikował biostatkowi, że jego wybór padł właśnie na ten świat. Bezzwłocznie rozpoczęli lot rozpoznawczy.

 

 

 

Na końcu będzie słowo

Październik 2001 - styczeń 2002, 28 stron.


Komentarz

Dwóch przyjaciół pisze do siebie listy z życzeniami. Jednak na starość stają się wygodni i zlecają tę czynność wyspecjalizowanym firmom. Bezterminowo, a więc po śmierci jednego z nich listy nadal regularnie nadchodzą. Gdy odchodzi drugi, ożywiona korespondencja trwa nadal, a nawet rozkwita, ponieważ zatrudnione firmy stale ulepszają swoją ofertę, zwłaszcza po zainstalowaniu Sztucznych Inteligencji. Po Wielkiej Wojnie Virusowej na ślad tej korespondencji trafiają historycy i odkrywają rzecz zdumiewającą: w ramach akcji zrównywania praw białkowców i wirtuali naszych bohaterów rewitalizowano, podobnie jak to uczyniono np. z bohaterami interaktywnych seriali telewizyjnych. Gdzie oni są teraz i jak im się żyje?

Można odnieść mylne wrażenie, że to humoreska. Otóż jest to nostalgiczna opowieść o przemijaniu i świecie, w którego obwodach już niebawem będziemy mieli przyjemność się zanurzyć.

Ten pomysł nosiłem od lat, ale wciąż nie byłem gotowy do rzucenia go na papier. Przecież nie zakończę ckliwej historyjki opisem oberwanej furtki ze skrzynką na listy, pełną rozmiękłego od deszczu papieru! Tu jest miejsce na dydaktyczną radę dla młodych: nie piszcie (i nie mówcie) byle czego, poczekajcie, aż będzie o czym. Nie wystarczy sklecić fabułkę, wasza historia musi coś czytelnikowi mówić. Najlepiej coś ważnego.

W końcu, po chyba ok. 15-tu latach, pojawiły się brakujące ogniwa fabularne, nadeszła puenta, wytworzył się nastrój. Skąd, w jaki sposób? Może wreszcie dojrzałem do tematu?

Nie powiem, bo sam nie wiem. Nawet się nad tym nie zastanawiam, bo to nie moja robota. Może powstanie nowa specjalizacja krytycznoliteracka, coś w rodzaju psychologii pisania literatury? Dopiero wtedy dowiem się, skąd pisarze biorą pomysły, i dlaczego jedni piszą wbrew wszystkiemu, choć nie są maniakami, a inni gasną jak meteory, choć niewątpliwie też mają talent.

Fragment

Nadawca&Adres-Zwrotny: <Imoro@earth.eur473.edu>

Adresat: <Gismun@astercamp23.solsys.gov>

Temat: Spojrzenie z innego świata

Data: 10 lutego 128 po WWV, 09:49:38 +0100

Drogi Gismunie,

wybacz, że dawno nie pisałem, ale nie miałem na tyle ważkiego tematu, abym śmiał zajmować Twój czas. To się zmieniło, bo wczoraj przeżyłem zaiste dziwną przygodę, zupełnie jakby wyjętą z jakiegoś horroru o samuraju-shinto. Siedzę tedy sobie spokojnie w mojej ulubionej akademickiej kawiarence, gdy ktoś nagle zasłania mi światło, a tego bardzo nie lubię, zwłaszcza kiedy grzebię w materiałach i nie mogę znaleźć odpowiedniego odnośnika. Podnoszę więc twarz na tego osobnika, jak sądziłem - studenta, gotów naurągać mu od bezinteresownych szkodników, bo jaki skolar mógłby mieć interes w utrudnianiu dociekań na temat Zachowań Seksualnych Ludów Przedcybernetycznych, którym to - dociekaniom, mój drogi - właśnie się oddawałem. Podnoszę tedy wzrok i nabieram powietrza, ale daję sobie czas na akomodację soczewki, wszak nie widzę zbyt dobrze, a potem dodaję sobie jeszcze nieco więcej czasu na namyślunek, bo widzę, że... sprawa jest bardziej skomplikowana, niż sądziłem.

Gość, stojący nade mną, okręcony jest w szczególnego rodzaju starannie dobrane łachmany, które niektórzy nazywają ciuchem cebulkowym. Twarz ziemista, ale to wszystko nic - jego oczy! Oczy są jak wrzecionowate dziury do innego wszechświata, nie mają barwy, powierzchni, konsystencji, i pozostają doskonale puste, bo nie potrafię ich opisać, ale czuję, że w ich głębi czai się straszliwy napór odległej materii, ciśnienie pyłu, z którego powstają gwiazdy. Wstrzymuję oddech i czekam na moment, w którym ta mgławica eksploduje na mój świat, aby zrobić miejsce pod zarzewie młodej galaktyki, lecz nic takiego nie następuje. Stwór odsuwa się nieco, zupełnie jakby był dalekowidzem i chciał dokładnie przeczytać mnie całego, a ja wtedy znów robię się silny, prężę wątłe mięśnie, wypuszczam hormony agresji z przyschniętych gruczołów, odchrząkam, co powinno brzmieć jak narastające warczenie lwa. Tamta maszkara odstępuje jeszcze dalej i... uśmiecha się bezgłośnie, szczerzy rządki cholernie równych, sztucznych zębów, pokrytych modną szaroniebieskawą śniedzią. Wysuwa do przodu ramiona, dotychczas schowane za plecami, w uspokajającym geście: nic ci nie zrobię, nie bój się, człowieczku! Stwór macha swoimi gargantuicznymi łapami w zupełnie idiotyczny, niebezpieczny sposób, więc nic dziwnego, że trafia w kontuar i rzędy zawieszonych nad nim kieliszków. Kulę się odruchowo, oczekując na grad odłamków szkła, ale jest wciąż cicho, tak dziwnie cicho. Bar i szkło uginają się, a potem wracają do pierwotnego kształtu - nawet nie podejrzewałem, że uniwersytecką kanajpkę stać na taką zgrabną symulatkę - a gość wciąż uśmiecha się, a w końcu opuszcza ramiona i wychodzi. W drzwiach przystaje i znów taksuje mnie spojrzeniem swoich nie-oczu, robi to o wiele za długo, ale ja jestem hardy i wciąż wypełnia mnie moc. Dopiero gdy tamten przekracza próg i znika, powraca rzeczywistość, a ja wyczuwam w przełyku sopel lodu długi przynajmniej na łokieć.

Tak, drogi Gismunie, to spotkanie było dalekie od codziennej kurtuazji naukowych salonów, niechby powierzchownej, ale takiej, do której nawykłem. Gdy szkło kielichów, zawieszonych nad barem, znowu zalśniło jak żyrandole z moskiewskiego socrealu, przewietrzyłem płuca, zgarnąłem szpargały, po czym udałem się do bursy. Chyba rozumiesz, że nie byłem w stanie dalej pracować tego wieczoru.

Kim był dziwny nieznajomy, nie wiem. Na drugi dzień rozpytywałem u barmana, a potem u tej zdziwaczałej poetki, skrobiącej w kącie wiersze na antystatycznych serwetkach, ale niczego się nie dowiedziałem. Chyba nie był niebezpieczny, bo w trakcie jego wizyty źrenice spokojnie polatywały pod powałą, a na zewnątrz roiły się nad wejściem w normalny, stochastyczny sposób. Chociaż licho wie, może zostały nielegalnie przestrojone, wszak w dzisiejszych ciekawych czasach deprawacja możliwa jest na każdym poziomie dostępu.

Napisz, przyjacielu, jak posuwa się Twoja praca nad Pangalaktyczną Historią Publicznych Wychodków. Pionierskość tych dociekań jest zaiste porażająca, choć -  jak kiedyś donosiłeś - nie dla Komisji Nowatorskich Badań. Niestety, KNB ma w wyłącznej gestii fundusze zarówno statutowe, jak i indywidualne, o czym obaj przekonaliśmy się wielokrotnie.
Zdrowia!

Twój oddany Imoro.

 

 

Przygoda ostatniej blondynki

Sierpień-grudzień 2000, 22 strony


Komentarz

Nie, moi drodzy, TO NIE JEST FANTASY!!! Może więc fantastyka baśniowa? Poniekąd, choć prawdę mówiąc obecnie każda hard sf jest trochę baśniowa. Tyle się dzieje w nauce i okolicach, że my, autorzy, "oswajamy" magię na chwilę wcześniej niż uczynią to jajogłowi. Aluzja i przenośnia stały się bardziej nośne po tym, jak okazało się, że każda bardziej ścisła antycypacja przyszłości warta jest funta kłaków. Jeśli do tego pisze się z lekkim dystansem, a nawet przymrużeniem oka, jest szansa, że utwór nie zestarzeje się już w przyszłym roku. 

Pewna śliczna blondyneczka jest znudzona nie tylko mężem, ale i dotychczasowym życiem. Szuka pomocy u swojego lekarza (nie psychoanalityka, to byłby amerykanizm), a ten aplikuje jej czasowe przeniesienie do świata baśni. Sam jest stamtąd, a w zgrzebnej rzeczywistości tylko zarabia na życie. Okazuje się, że oba światy przenikają się i właściwie stanowią jedność, a nasza blondynka zaczyna rozumieć znacznie więcej, co powinno ułatwić jej życie. Jednakże nie da się przed nią ukryć, kim jest naprawdę...

Fragment

Pędzili razem przez chłodną noc, ramię przy ramieniu. Woskowy księżyc przeświecał przez chmury, podobne do rozbryźniętej galarety, a dołem pomykały miasta, rozsypane hałdy tlejących brył, i uśpione, mroczne wsie. Zatrzymywali się i wchodzili do mieszkań, domków, lepianek, na wskroś przenikali przez ściany, maszyny, sprzęty.
     - Nie przechodź przez ludzkie ciała, bo je poranisz - ostrzegł Fabian. - Unikaj też zwierząt.
     - Dlaczego?
     - Żywa tkanka nie zregeneruje się prawidłowo.
     - A mur?
     - Och, mur ma prymitywną strukturę, więc niemal jej nie zaburzamy.
     - Co tu się dzieje? - spytała i w tej samej chwili uświadomiła sobie, że dać uczciwą odpowiedź na to pytanie byłoby równie trudno gdziekolwiek. Podstawowe pytania są po prostu źle zadawane, zamiast je stawiać już lepiej nauczyć się sprawnie funkcjonować.
     Fabian dał znak i zatrzymali się. Niepostrzeżenie przelecieli granicę nocy i teraz u ich stóp rozpościerała się kraina szarych wzgórz i wypełnionych ciemniejszym mrokiem dolin, oczekujących na przyjęcie świtu. Na najwyższym wzniesieniu stał pałac z bajki: strzeliste wieże, kolorowe dachówki, ażurowe ozdoby tak gęsto rozmieszone, że wiatr szumiał w nich jak w gałęziach sosnowego lasu. Wschodzące słońce odbijało się w kryształowych szpicach i rozpalało do kłującego blasku szybki witraży w otwartych wrotach.
     - Co to? - Barbara nie potrafiła ukryć wrażenia.
     - Mirador. Tu zjemy śniadanie, oczywiście jeśli zechcesz.
     - Zechcę, mój książę.
     Łagodnie sfrunęli na placyk przed wejściem, wysypany białym żwirem. Prześwietlony witraż rzucał na schody rozmyte barwne refleksy.
     - Dobry sen - westchnęła. - Czy muszę stąd wracać?
     - Tak, i to już niedługo. Zresztą nie jest powiedziane, że tutaj byłoby ci lepiej. Chodźmy.
     Poprowadził ją przez sale bankietowe w amfiladzie aż do małej kawiarenki, gdzie usiedli przy oknie, wychodzące na szaroniebieską dolinę. Stolik przykryty był amarantową serwetą, przy nakryciach leżały haftowane serwetki w nieco jaśniejszym odcieniu. Świeca zapaliła się sama, a jej ledwie widoczny płomień był przezroczysty jak delikatnie podbarwione zawirowanie powietrza. Gdzieś spomiędzy ciężkich kotar wyszedł kelner, ubrany w nienagannie leżący, amarantowy smoking. Pochylił siwą głowę ze staromodnymi bokobrodami, czekał.
     - Lody lalkowe, jak zwykle - powiedział Fabian. Rozsiadł się w szerokim fotelu, który niemiłosiernie skrzypiał, ale wytrzymywał ciężar gościa.
     Kelner skinął głową, wyprostował się, lecz nie odchodził. Pytająco uniósł brew.
     - Och, nie ma znaczenia, nie rób sobie kłopotu, Bodo. Weź pierwsze z gotowych, dla mnie dziewczynę, dla niej, hmm, małego królewicza.

 

 

 

Przynieś mi serce Matki Teresy

Wrzesień 1998 - styczeń 1999, 41 stron


Komentarz

Zacząłem pisanie z głębokim przeświadczeniem, że pracuję nad tekstem marynistycznym, ale zarówno fabuła, jak i przesłanie szybko wymknęły się spod autorskiej kontroli i zamiast szantów powstał song o miłości. Jest w tym zwariowanym opowiadaniu również o nurkowaniu w światach równoległych, o kosmoformowanych osadnikach z gwiazdy Tau Ceti i o tokijskich burdelach, ale głównie chodzi o poszukiwanie czystej miłości pośród zjawisk, reprezentujących wielość odcieni i niuansów tego słowa. Wszak miłość może być chrystusowa, bliźniego, duchowa, fizyczna, rodzicielska, platoniczna, namiętna, wyuzdana, kazirodcza, narcystyczna, a także własna, do świata, zwierząt lub książek (poprzestanę na tym skróconym wyliczeniu). Można długo dyskutować, czy damsko-męska miłość ogłupia, zniewala, narkotyzuje, paraliżuje i prowadzi do nieuchronnych rozczarowań lub tragedii, czy może wprost przeciwnie: uskrzydla, dodaje sił, pobudza talenty, eliminuje samotność i nadaje sens życiu. W tym opowiadaniu nie umniejszam chwały Świętej, lecz nobilituję miłość kobiety i mężczyzny, bo uczucie to bywa wzniosłe, piękne i szlachetne, i nie ma w sobie nic z grzechu, dopóki sami nie zgrzeszymy. Można w skrócie powiedzieć, że napisałem alternatywną historię Matki Teresy, która poszukiwała czystej miłości wśród ludzi.

Mamy więc nurkowanie w praoceanie kosmicznym i we wnętrzu gwiazdy, poszukiwanie miłości doskonałej wśród ludzi, a także historię alternatywną Matki Teresy. Nurek Aristo dostaje dobrze płatne zlecenie z kolonii kosmoformowanych ludzi, żyjących w gazowych obłokach gwiazdy Tau Ceti. Ci ludzie są w zasadzie nieśmiertelni, ale od pewnego czasu ich mężczyźni umierają na dziwną chorobę, którą zaszczepia w nich ktoś przybywający z wnętrza gwiazdy. Aristo ma wytropić i unieszkodliwić intruza, ale okazuje się, że w tym celu musi nauczyć się nurkowania w światach równoległych, w których stężenie miłości jest inne niż w naszym. Czy nurek Aristo pozostanie sobą?

Fragment

Nurek Zerowej Klasy Genlord Aristo szykował się do kolejnej wyprawy. Pozbył się natłoku myśli, wyciszył wewnętrznie, sprawdził funkcje organizmu. Rozpoznał i uruchomił możliwości, których zalążkami dysponuje każdy człowiek: wyczuł istnienie układów molekularnych, będących czymś więcej niż tylko łańcuchami atomów węgla i wodoru, zyskał świadomość cielistości przestrzeni, żyjącej i posiadającej pamięć, poczuł się współgospodarzem, reprezentującym jedną z cech świata.
   Znajdował się na płaskim terenie, z dala od miasta i jego nerwowej krzątaniny, na skraju oceanu nieba, w którym pulsowały roje żywych gwiazd. Jak zwykle, był pod wrażeniem transcendencji tej głębi, co pomogło mu nowo włączonymi zmysłami dostrzec misterną sieć wędrownych szlaków, wokół których dalekie słońca przepływały na wyciągnięcie ręki jak wielkie świecące ryby.
   Musiał dostać się na początek szlaku. Od razu rozpoczął przemianę - odcisnął molekularny sygnet ciała w pamięci przestrzeni i wytworzone pułapki obsadził nanocząstkami. Ostrożnie wysunął się z cielesnej powłoki, która w tej samej chwili zaczęła funkcjonować jako zombie, sterowane z centrali Gildii.
   ...pochylił się nad tonią wszechoceanu, w którym unosiły się roje fosforyzujących śnieżynek. ...zanurkował bez pośpiechu, rozgarniając przestrzeń, która stawiła tylko nieznaczny opór. Gdyby ktoś oglądał go teraz, zobaczyłby jedynie obrys brwi, nosa, ust, głowy, i tułowia, przezroczysty kształt, skąpo posypany tysiącem zimnych iskier, przemykający po niebie ruchem delfina; był podobny do egzotycznych mieszkańców największych głębin. Kierował się na początek szlaku, który zaczynał się promienistym pękiem wici, otaczających ujście wormhola.
   Gdy dopłynął na miejsce, natychmiast wessał go prąd. Boczny strumień był nieregularny, musiał uważać na bystrzyny, rozlewiska i pułapki. W miejscu, w którym odnoga łączyła się z głównymi prądami, wybrał strugę gnającą przestrzennym skrótem w kierunku Tau Ceti.
   ...Gazowa korona gwiazdy Tau Ceti wytworzyła grube obłoki zagęszczonej materii, sprasowanej gigantyczną siłą grawitacji z jednej strony, a monstrualnym gejzerem promieniowania z drugiej. Wewnątrz tych chmur, albo może raczej wysp, wirujących w zawrotnym tempie wokół cielska gwiazdy, gnieździło się życie, wywodzące się w prostej linii od człowieka. Wyspiarze byli kolonią totalnie kosmoformowanych ludzi, którzy kiedyś przeżyli katastrofę antycznego statku podprzestrzennego. Uszli z tonącego wraku i uratowali się z kipieli wszechoceanu, czepiając się najbliższych skał, czyli właśnie Wysp Tau Ceti. Na szczęście wszyscy mieli wszczepiony gen kosmoformowalności, i u większości przeistoczenie, dokonane pod osłoną zwolnionego upływu osobniczego czasu, dało zadowalające rezultaty. Zanim ich odnaleziono, przywykli do Wysp i zostali ich gospodarzami. Żaden z ocalałych nie opuścił gazowo-magmowych zgęstków, bezustannie rozciąganych i tłamszonych siłami pływowymi gwiazdy. Nie chcieli poddawać się powtórnej transformacji i uznali niegościnne Wyspy za swoją nową ojczyznę.
   ...Aristo, jeden z najlepszych Nurków z Gildii Genlordów, przygotowywał się do zejścia w plazmową kipiel gwiazdy Tau Ceti.
   Jego ciało było niezniszczalne i tak godne zaufania, jak podstawowe prawa przyrody. Ciało słuchało mózgu, którego aktywność bazowała na wiedzy, rozumowaniu i intuicji. Mózg tej osobliwości przestrzeni potrafił jednak tylko tyle, ile szare komórki nurka Aristo gdziekolwiek na Ziemi, w tokijskim burdelu czy w Nowym Jorku na odczycie o historii muzyki klasycznej. Umiejętności te w zupełności wystarczały do wykonania niemal każdego zadania, przynajmniej w opinii ich dysponenta.

 

 

Wiano, kobiety i śmiech

Luty 1998, 12 stron


Komentarz

Istnieje kilka problemów, spędzających ludziom sen z powiek na przełomie wieków. Jedni obawiają się starych upiorów, jak wojna jądrowa, zanieczyszczenie środowiska czy efekt cieplarniany, inni z niepokojem śledzą badania nad sztuczną inteligencją, manipulacjami genetycznymi czy nanotechnologią. Zyskaliśmy wgląd w geny, w tę cudowną księgę przepisów, według których powstaje życie. Więcej, możemy pisać w tej księdze, lecz nie mamy pewności, jak ona później zostanie odczytana. Mamy klucze do wielu drzwi, ale nie wiemy, dokąd prowadzą przejścia. Wciąż nie mamy pojęcia, jak z kilkukomórkowego zarodka powstaje organizm pełen wyspecjalizowanych tkanek i co steruje włączaniem się poszczególnych genów w trakcie rozwoju.
     Mimo wszystko, niecierpliwie sięgniemy po owoc, dopiszemy swoje zdanie do księgi, otworzymy drzwi i wejdziemy w labirynt. Człowiek postąpiłby wbrew swojej naturze, gdyby tego nie zrobił.
     Co z tego wyniknie? Naprawdę chciałbym wiedzieć.

Rzecz jest o manipulacjach genetycznych, klonowaniu ludzi, a także o efekcie ubocznym, jakim okazało się "uczłowieczenie" krowy. Irena i Piotr powinni być szczęśliwi, bo mają wszystko: wzajemną miłość, zdrowie, dostatek, i mogą mieć dzieci. Jest jednak jeden mały problem - z badań genetycznych wynika, że ich potomstwo najprawdopodobniej będzie upośledzone genetycznie, więcej - ich dziecko niemal na pewno nie będzie normalne.
     Pozostaje klonowanie, ale tego rodzaju zabiegi do biologicznych matek zostały prawnie zabronione. Jedyna nadzieja w doktorze Sunderze, który opracował sposób implantowania zarodka klona w macicy... krowy. Krowy nieco "ukobieconej" odpowiednią kuracją hormonalną.
     Czy Krasula będzie zadowolona ze swego potomka?

Fragment

Irena brodziła w wysokiej trawie, poprzerastanej kępami koniczyny i lucerny. Jakieś wiotkie rośliny o długich łodygach obsypały ją płatkami białych kwiatów. Polatywały niepozorne, podobne do ciem motyle, pasikoniki wypryskiwały spod jej stóp i umykały chaotycznym, szarpanym lotem, podobne do trafionych w powietrzu samolotów. Życie pleniło się i kipiało w każdej kępie trawy, a polegało ono głównie na kopulacji i wzajemnym pożeraniu. Moja linia rodowa długo by nie przetrwała w tym kotle, pomyślała. Nasza dobra cywilizacja nie tylko że mnie nie kasuje, ale jeszcze proponuje sposób na posiadanie potomstwa. Nie szkodzi, że chromego jak ja sama, bo przecież można je dalej klonować, i złe cechy zapewne nigdy się nie ujawnią. Zapewne.
     Przedzierając się przez kępy zielska dotarła do pastwiska i weszła prosto w stado krów. Zwierzęta polegiwały, przeżuwając pokarm i wydając charakterystyczne głuche odgłosy jednoczesnego miażdżenia setek łodyg, zanurzonych w brei soków żołądkowych. Niektóre stały, rzucając pyskami i chlaszcząc ogonami.
     Irena podeszła do rosłej brzuchatej krowy, stękającej jak baba po dniu znojnej pracy, i poczochrała zwierzę po szyi. Bydlę w odpowiedzi chlasnęło ją kilkukilowym ozorem po twarzy, co mogło stanowić oznakę przyjaznego nastawienia, ale ta niespodziewana czułość dosłownie znokautowała kobietę, która bezwładnie legła na ziemi. Krówsko natychmiast pochyliło łeb i obniżyło wyszczerbione rogi.
     Irenę owionął odór zwierzęcego potu i woń przefermentowanej roślinnej miazgi. Zobaczyła tuż przy twarzy ogromne, wyłupiaste oczy. Przez chwilę wszystko trwało nieporuszone, jak na zatrzymanym filmowym kadrze. Irena już się nie bała, czekała. Ale krowa nie ubodła, tylko wydała jeszcze jedno głuche stęknięcie i trochę głębiej pochyliła poroże. Kobieta obiema dłońmi chwyciła jeden z jej rogów, i dopiero wtedy zwierzę powoli uniosło łeb, podnosząc ją z ziemi i stawiając na nogi.
     - Dziękuję ci, Krasulo - powiedziała Irena po chwili, jak już zdążyła dojść do siebie. - Wierzę w ciebie, naprawdę.
     Ale krowa zignorowała jej przymilność i poszła sobie, wlokąc baniaste wymiona po trawie. Coś w niej było nie w porządku, ale kobieta nie mogła tego określić. Przymulaste spojrzenie? Ułamany prawy róg, za pomocą którego pomogła jej się podnieść? Stękanie? Nie, coś naprawdę niepokojącego było w tym zwierzęciu, ale co, do licha?
     Miała dosyć spaceru. Poszła prosto w kierunku drogi i dotarła do budynku od frontu. Biuro i laboratoria mieściły się w wielowarstwowej, przeszklonej konstrukcji architektonicznej, z daleka przypominającej zmutowaną ważkę o dwunastu przezroczystych skrzydłach.
     Przy recepcji musiała przystanąć, bo niewidzialne paluchy chwyciły ją za gardło i zatrzymały oddech. Właśnie uświadomiła sobie, co nienormalnego było w tej krowie: zwierzę miało ludzkie piersi. Zamiast wymion wlókł się za nią karykaturalnie monstrualny, olbrzymi, ale bez wątpienia kobiecy biust.

 

 

Dwa opowiadania o hrabim Dragomirze

Pastisz fantasy, humor, groteska

 

Piknik w Krainie Oczekiwań

Luty 1993, 11 stron.


Komentarz

W opowieści "Piknik w Krainie Oczekiwań" Hrabia Dragomir wyrusza na poszukiwanie ukochanej córeczki, która nagle znikła. Do poszukiwań angażuje Białego Pazia, zamieszkującego w szuwarach i grającego na flecie do księżyca, i na dodatek znającego zaklęcia. Córka odnajduje się w najmniej oczekiwanym miejscu, a Paź też okazuje się być kimś zupełnie innym. Hrabia ze stoickim spokojem przyjmuje fakt, że on jeden jest punktem odniesienia dla siebie samego, czyli że wszystko jest względne, albo diabelnie dobrze ucharakteryzowane. I że słowo waży znacznie więcej niż składające się na nie litery.

Dalszy ciąg tej historii, którą można zaliczyć do groteskowo-humorystycznego pastiszu fantasy, opisałem w opowiadaniu "Trzydzieści przygód miłosnych pustelnika z Teresitas".

Fragment

- Jaśnie Panie - powiedział Paź, gdy dotarli do polany, przez którą przepływała leśna struga - sprawa jest poważniejsza, niż początkowo przypuszczałem. To nie jest zwykłe porwanie. Dostojną Li-lianę uprowadził czarownik. Lub ktoś, kto zna się dobrze na magii.
     - Byłem pewien. Przecież nie ma jej w całym księstwie. Po czym to poznałeś, chłopcze?
     - Ślady są zrazu głębokie, wierzchowiec był mocno obciążony. Ten łotr jest wielkim mężczyzną, a może zabrał ci dużo złota, Panie. Potem odciski kopyt stają się coraz płytsze, a tutaj, na brzegu rzeczki, nikną zupełnie. Lecz trop urywa się, jeszcze zanim osiągnął wodę! Żaden koń nie skoczy na taką odległość, zresztą ślady nie wskazują na jakiekolwiek manewry. Wytłumaczenie jest jedno: twoją córkę, Hrabio, uprowadzono do Krainy Oczekiwań.
     - Co to znowu za licho?
     Paź pochylił głowę, aby ukryć grymas rozbawienia.
     - Kraina Oczekiwań jest jedną z kilku nieziemskich Krain. Oprócz niej istnieje jeszcze Kraina Rozkoszy, do której wjeżdża się przez ogień, Kraina Ułudy, do której można dostać się ponad rozlaną beczką wina, Kraina Żywych Snów, którą łatwo osiąga się w łożu rozgrzanym ciałami dziewic, no i Kraina Duchów, do której droga wiedzie prosto przez cmentarz.
...

v v v

v v v

 

Trzydzieści przygód miłosnych pustelnika z Teresitas

Grudzień 1997 - marzec 1998, 40 stron.


Komentarz

Nic nie mam przeciwko baśniom, jeśli forma i nastrój utworu są adekwatne do przesłania. Mogą to być baśnie z rodzaju fantasy, czemu nie - niech za przykłady robią utwory Le Guin czy opowiadania Sapkowskiego. Nie lubię natomiast niespójności, nielogiczności i złej literatury. Niespójność widzę np. w komedii, która raptem zamienia się w tragedię, albo w fantastyce naukowej, w której bohaterowie ni z gruszki ni z pietruszki zaczynają przerzucać się czarami. Nielogiczność wyczuwam w scenie walki na miecze w erze pistoletów laserowych, a złą literaturę dostrzegam w bezsensownym powielaniu opisów starych zamków, gdzie straszy. Mając to wszystko na uwadze zabawiłem się w autora takiej fantasy, jaką poczytałbym od czasu do czasu dla odprężenia - czyli zrobiłem zabawny pastisz, rzecz z przymrużeniem oka, gdzie umowa stoi jasna: nic nie jest serio, a autor z czytelnikiem pospołu nabijają się z postmodernistycznego grochu z kapustą.

Opowiadanie "Trzydzieści przygód miłosnych pustelnika z Teresitas" jest dalszym ciągiem historii opisanej w "Pikniku w Krainie Oczekiwań", choć może występować autonomicznie. Hrabia Dragomir używa fortelu i czarów, aby odzyskać utracony zamek i uwolnić córkę z sytuacji, którą delikatnie ocenia jako "wybór niewłaściwego partnera". Inwestuje dużo, ale ma zamiar wygrać znacznie więcej. Po łyku podstępnie podsuniętej, mocnej jak szatan snergówki nie tylko Biały Paź kamienieje, ale także ostateczne rozwiązania ulegają chwilowemu zamrożeniu. W tym utworze znajdziecie opisy wszystkich tytułowych przygód miłosnych, jak również dowiecie się, co Hubertus Magnus dał Dragomirowi na drogę, i co Kociwoj-Zabójca sądzi o śladach kopyt, których żaden deszcz rozmyć nie może.

 

Fragment

Pustelnik, dostojny starzec pomarszczony jak zeszłoroczne jabłko, zaszyty w worek z szarego lnu, drzemał przed swoją ruderą wsparłszy się na stole, na którym poniewierał się przewrócony dzban. Jednooki kruk siedział nieruchomo na końcu wysokiej tyczki, a rudy kot wielkości sporego wieprzka wygrzewał się w słońcu i nawet nie raczył poruszyć ogonem na powitanie gości.
     Dowódca straży zsiadł z konia, przystąpił do pustelnika i odchrząknął dyplomatycznie. Ponieważ starzec ani drgnął, wyciągnął rękę, aby potrząsnąć jego ramieniem. Wtedy, najzupełniej niespodziewanie, na przybyłych runął potok wymyślnych przekleństw, chociaż wydawało się, że pustelnik nadal wędruje po dalekich ścieżkach Krainy Ułudy.
To kruk, który w istocie okazał się gwarkiem pędzonym wyciągami z jąder gadających knurów, rozwarł swój pterodaktyli dziób. Grzmiał kilka minut, nie powtarzając się ani razu, na zmianę bluzgając głosem mężczyzny, kobiety i dziecka. Gdy w końcu zakwilił "o kllwa maaśś" gruchającym głosikiem niemowlęcia, pustelnik podniósł głowę i przygładził zmierzwiony sinobury włos. Dragomirowi wydawało się, że starzec ostrym i, do licha, zupełnie trzeźwym spojrzeniem przygwoździł go do desek wozu, zanim przemówił:
     - Wpadłeś w tarapaty, mości hrabio, i przybywasz z prośbą, za spełnienie której chcesz oddać cały swój majątek, a właściwie to, co z niego pozostało. Ale ja nie daję gwarancji, bo spełnienie owej prośby leży na granicy nawet moich możliwości. Przy tak trudnych zleceniach wchodzimy w obszar magii eksperymentalnej, więc na wszelki wypadek pobieramy należność z góry.
...

 

 

 

 

Osiem opowiadań o zbóju Enkelu

Historie sowizdrzalsko-łotrzykowskie

pisane w latach 1994-97

190 stron

 

Streszczenie

Enkeliada nie jest w zasadzie powieścią, lecz ciągiem ośmiu opowiadań, humoresek sowizdrzalsko-łotrzykowskich o chronologii czasowej, połączonym nie tylko postaciami bohaterów, lecz także sekwencjami zdarzeń. A więc coś pośredniego. Pisane w 1. osobie, styl lekki, nonszalancki, tekst pełen kolokwializmów. W uproszczeniu: Enkel to facet z głębokiego marginesu, który z lęku przed światem walczy z każdym, kto, jak sądzi,  może mu zagrozić. Jest takich wielu, więc bój trwa nieprzerwanie z utworu na utwór, a bohater swój lęk pokrywa nonszalancją. Enkel jest zdolnym prostakiem-samoukiem, kierującym się kodeksem honoru "ludzi prawdziwych", jak sam nazywa siebie i sobie podobnych. Całą infrastrukturę społeczno-polityczną i państwową uważa za wyraz bufonady fircyków i za grę pozorów, śmieszną i niepotrzebną. Ma jednak swoją własną etykę, a właściwie wypracowuje ją sobie, żmudnie do niej dochodzi; jest  przykładem człowieka, który samotniczo, bez pomocy lub nawet wskazówek z zewnątrz, dobija się swoich wartości, swojej moralności. W pewnej chwili okazuje się, że jest mu po drodze z siłami o etyce chrześcijańskiej, więc marsz odbywa się w tym samym kierunku, choć obok siebie.
     Mój Enkel to płotka, miotająca się między ciemną i jasną tonią. Właściwie jestem niepoprawnym optymistą, bo poprzez Enkeliadę twierdzę, że w duszy ludzkiej istnieją jakieś pokłady dobra, które mogą ujawniać się spontanicznie, bez pomocy z zewnątrz, niekoniecznie przez chrzest czy objawienie, ale same z siebie.

Komentarze

Interesujący jest wpływ tworzenia intuicyjnego na kształt tytułowego opowiadania serii, czyli "Klatki pełnej aniołów". Nowela miała być z założenia antyklerykalna (nie antyreligijna!). Jednak przy pisaniu nigdy nie wymagam od siebie zbyt rygorystycznego przestrzegania planu, a wydaje się, że bardzo trudno napisać cokolwiek wbrew swojemu superego. Potem przyszło mi do głowy sformułowanie "naplułem mu w pępek", które zdefiniowało językowy klimat całego cyklu.
    Głównym impulsem do napisania noweli "Las na wulkanie" była wyprawa na szczyt potężnego wulkanu Stromboli na Wyspach Liparyjskich. Udało mi się zajrzeć do jego czynnych kraterów i nie dziwota, że musiałem to opisać. Kobiece statystki i bar kawowy też mają swoje rzeczywiste pierwowzory na Wyspach. Przesłanie ożeniłem z niezwykłym krajobrazem i utwór był gotów.
    Zupełnie inaczej powstawało opowiadanie "Uwolnienie rusałki". Chciałem pokazać spotkanie Mistrza i Adepta, zmianę warty, nieuchronność przemijania największych autorytetów. Cóż, drugoplanowa postać rusałki wysunęła się przed wszystko i powstała rzecz o manipulowaniu i tolerancji (czy raczej nietolerancji, albo jeszcze inaczej: o trudnym lub niemożliwym wyborze między tolerancją a bezpieczeństwem). Wyszło znacznie lepiej niż w planach. Jeśli kiedyś powstanie druga część Enkeliady, być może w formie powieści, to właśnie to opowiadanie stanie się dla niej punktem zaczepienia.
    "Gołębiarkę za zieloną fosą" napisałem po lekturze "Miłości w czasach zarazy" Marqueza. Realizm magiczny bliski jest współczesnej fantastyce, ale w tej powieści urzekł mnie przede wszystkim nastrój: ciężki, pełen chorych namiętności, a także absurdalnego optymizmu. Tło wprost doskonałe do rozważań nad zmaganiami rozumu z popędami u kobiety i u mężczyzny. Co z tego wyszło u mnie? Coś jeszcze innego. Na pewno w jakimś stopniu badanie kobiecego intryganctwa, wyrastającego wprost z bujnego biologizmu. Oczywiście dużo erotyki.
    "Dziś zombie o czwartej" to rozważania o sumującej się destrukcyjnej sile ludzkich umysłów. Problem frapuje mnie od dawna, nad podobnym zagadnieniem zastanawiałem się kiedyś w "Liście z Dune". Sądzę, że niektóre sterowane lub spontaniczne ruchy społeczne kształtują się według analogicznych mechanizmów. Każdy z nas ma w sobie trochę bezinteresownej zawiści. Kiedy te niskie popędy dodadzą się, nawet Enkel niewiele poradzi.
    Początek opowiadania "Bilet powrotny do raju" wziąłem z telewizji: skacząc po kanałach trafiłem na bodajże Eurosport, gdzie odbywał się mecz bokserski. Mulat z połową zębów po prawej stronie szczęki walczył z Białym gorylem o łbie jak stożek pocisku. Można powiedzieć, że były to typy tak wyraziste, że aż bardziej literackie niż sportowe. Wyobraźcie sobie nieszczery uśmiech kogoś, kto ma połowę zębów z prawej strony! Jednak powstało opowiadanie bardzo poważne, traktujące o ratowaniu dorobku cywilizacji przed nawracającą siłą destrukcji.
     Utwór "Gry miłosne" powinienem zadedykować tym kobietom, które potrafią nienawidzić za to, że wpadły w sidła miłości, a także tym, które ze szczytu miłości łatwo obsuwają się w przepaść nienawiści. Enkel dokonał oczyszczenia przepływając morze, a ja... postawiłem kropkę. Nie nad "i", lecz na końcu zdania.
     Ostatni utwór cyklu, "Chabry dla zbója", to ucieleśnienie marzeń każdego z nas, bo pokażcie mi takiego, co czasami nie chciałby rzucić wszystkiego w cholerę i uciec gdzieś na wyspę ze ściennego kalendarza, gdzie morze jest ciepłe i łagodne, dziewczyny uśmiechnięte, a nadbrzeżne skały obsrane przez nieprzeliczone stada mew? Potem jednak okazuje się, że coś ważnego zostawiłeś za sobą, i że naprawdę nie ma na to rady. Czasami wydaje mi się, że każdy człowiek żyje "po coś", czyli jego istnienie ma sens, i właśnie tego odczucia doświadcza zbój Enkel na końcu swojej awanturniczej historii.

v v v

v v v

 

Klatka pełna aniołów

Marzec-maj 1994, 17 stron

Fragment

Naplułem mu w pępek. Jasne, że wymagało to pewnej zręczności, ale w tym także byłem dobry. Czyn stanowił obrazę jeszcze uchodzącą płazem wobec prawa. W jego następstwie poszkodowany zyskiwał możliwość fizycznej odpowiedzi, w tej sytuacji również bezkarnej. Dalsza eskalacja urastała do rangi pojedynku. [...] Ostatnimi czasy odwiedziłem wiele barwnych, nijakich, albo całkowicie strupieszałych miast w poszukiwaniu Murzyna. Jego Złota Legenda szła przed nim i za nim, ale mnie się nie spieszyło. [...] Słyszałem o nim wiele. Gadali, że mógł nie złazić z baby przez dwa dni, jednym pstryknięciem zabijał psa, a uderzeniem krawędzi dłoni, nie biorąc zamachu, ucinał głowy pyskaczom. [...] Murzyn okazał się Białym o śniadej cerze i torsie błyszczącym od oliwy. Występował półnago, to znaczy nosił tylko nabijaną ćwiekami kamizelkę i buty z cholewami. Przed nim ustawiono baterię butelek piwa, które kolejno katapultował w rozradowany tłumek za pomocą gargantuicznego członka. Jasne, że pochwycona w locie flaszka kosztowała ciut więcej, niż była warta. Gość do pomocy miał całkiem nieźle zbudowaną nastolatkę. Biedak musiał się inspirować, pfuj! - Publicznie obrażasz tę młodą damę - odezwałem się spokojnie, lecz wystarczająco głośno. - Nawet jak na ciebie jest to przedstawienie w złym guście. Murzyn przestał się uśmiechać [...].

 

v v v

v v v

 

Las na wulkanie

Styczeń-luty 1995, 18 stron

Fragment

- Otwórz to. Uniosłem się lekko z kamiennej ławki. Sułtan natychmiast przyspieszył, ruszył cielsko, sapnął przy skłonie. Pomyślałem sobie, że się zmarnował, chociaż jeszcze całkiem nieźle robił za zgreda. Zaszeleścił rozrywany papier koperty. W środku tkwiła sztywna rozkładana kartka, coś w rodzaju zaproszenia na ślub, czy pogrzeb. Raczej na to drugie, ha. Sułtan wiedział, co ma robić. Strzepnął tekturką, powąchał ją, potem polizał. Wciąż żył, więc list napisała dama, a nie jedna z tych zawszonych kurewek, które gotowe są zaciukać cię pilnikiem do paznokci dla samej Schadenfreude, czyli frajdy ze złego, jakby ktoś nie znał języków.

 

v v v

v v v

 

Uwolnienie rusałki

Luty-marzec 1995, 16 stron

Fragment

Siedziała na podłodze klatki nagusieńka, a jej włosy koloru zszarzałej miedzi pozlepiały się w niezły kołtun i wyglądały jak plątowisko sznurków różnej grubości. Na dodatek twarz miała upstrzoną przynajmniej setką ciemnych, nieregularnie porozlewanych piegów. Oglądałem ciało nastolaty, i byłoby ono jak należy, taki pączek tuż przed rozkwitem, gdyby nie łapska, które dolepił chyba sam diabeł. Dłuższe od moich, rosochate, z dłońmi jak czerpaki koparki. Do licha, dorodny okaz mutantki, przyszykowany do pokazywania na jarmarkach.

 

v v v

v v v

 

Gołębiarka za zieloną fosą

Luty-marzec 1995, 17 stron

Fragment

Po drugiej stronie drzewa leżała drewniana beczka o średnicy półtora metra. Do klamer przymocowano zaciskane pętle. - Tutaj lubi sobie używać. Zboczeniec! Kładzie mnie na plecach, potem przewraca na brzuch, a później zaczyna od początku. O, tak. Stanęła plecami do beczki i włożyła stopy w dolne pętle. Przegięła się do tyłu i położyła, wkładając przeguby rąk między rzemienie u góry. Szarpnęła i więzy zacisnęły się same. Sprytnie pomyślane! Pochyliłem się nad nią, chcąc uwolnić z pułapki. Wtedy poczułem jej zapach.

 

v v v

v v v

 

Dziś zombie o czwartej

Kwiecień-wrzesień 1995, 20 stron

Fragment

- Czego? - zagaiłem uprzejmie. Drgnął i odwrócił się. Twarz miał lepszą niż przypuszczałem. Rozumną i trochę zmęczoną. Pewnie chętnie rozwaliłby klatkę swojej codzienności i odszedł gdzie wanilia kwitnie, gdyby nie obejmujące go czułym nelsonem kukiełki plemienne. Wydawało mu się, że jest im diabelnie potrzebny. Znałem takich, którym w wieku, kiedy jeszcze nie jest za późno, przerost sumienia przeszkadzał bardziej niż przerost gruczołu krokowego. - No dobra. Wejdź, człowieku, byle nie na długo. I tak nie ubijemy interesu.  

 

v v v

v v v

 

Bilet powrotny do raju

Czerwiec-listopad 1996, 30 stron

Fragment

Kawiarnia była super, chociaż zrobiona na niekiepski antykwariat. Osobiście wolę solidny styl amerykański: fast-food, zapiekanki, hamburgery, frytki i kawę instant, nawet jeśli mam zachciewajkę na jakiś lepszy hotel. A tutaj było całe muzeum: fortepian, abażury, sute obrusy, krzesła z oparciami jak dla wielbłąda, stoliki na giętych nogach, srebrna zastawa. Do tego przyćmione światła. Kelnerka, mówię wam, jak wycięta z filmu kostiumowego. Pełno na niej było fartuszków, falbaneczek, koronek, aksamitu i świecidełek z perłowej macicy (ta ostatnia zawsze kojarzy mi się z aborcją u ostryg, he, he!).

 

v v v

v v v

 

Gry miłosne

Luty-maj 1997, 25 stron

Fragment

- Pan... mi odmawia? W jej głosie było nie tylko zdziwienie, było coś jeszcze, coś, co kazało mi upewnić się, czy Vivaldi lekko wychodzi z cholewy. Nawet Sułtan wietrzył fluja obrzydlaka i pchał się do roboty, wariatuńcio. Uspokoiłem bractwo i kciukiem sprawdziłem Amelkę, kaliber 44. Dopiero później odezwałem się, oczywiście grzecznie, jak na dżentelmena przystało. Bo w tej knajpie byli podobno sami           dżentelmeni i same damy, inaczej nie uchodziło. - Oczywiście, że nie - odpowiedziałem, wstając. - Zatańczę, ale tylko z przyjemnością. - Czy... czy Pan mi składa propozycję? - Ależ nie, nigdy w życiu. Przyjemność może przecież człowieka dopaść znienacka, nawet zdarza się, że w tańcu, no nie? Nigdy Pani tego nie miała?

 

v v v

v v v

 

Chabry dla zbója

Czerwiec-październik 1997, 44 strony

Fragment

...chcę mieć najtańszy bilet i porządny pokój, jasne? Nie musisz mnie oświecać, nad jakim morzem wschodzi tamto słoneczko z obrazka, guzik mnie to obchodzi, za to już jutro chcę spacerować po plaży. Rozumiemy się, kawalerze? Rzucił się do maszynki i zaczął dziobać w klawiaturę, a ja miałem spokojny kwadransik na piwko. Czym dłużej gapiłem się na lanszafcik, tym bardziej mi się podobał. Pokraśniałe od roboty dziewuchy żwawo zbierały winogrona, a w nadmorskie skały mewy strzykały białym guanem. Kicz uspokajający duszę, i właśnie tego było mi trzeba. Nadchodził czas na przerwę. Nie minęło pół godziny i miałem już bilety w garści, słowo daję, że na jutro. Chłopak cieszył się, jakby praktykantka dała mu lizaka, a na koniec poprosił o autograf.

 

 

 

Rozpakuj ten świat, Evitt

Marzec 1996, 13 stron.


Komentarz

To opowiadanie, dedykowane moim Rodzicom, bardzo podobało się wielu znajomym paniom, więc polecam je wszystkim innym. Ponadto przypadło do gustu ludziom nie związanym z fantastyką, przy czym jedni odebrali je jako skrajnie pesymistyczne, inni przeciwnie - jako niezwykle optymistyczne. Wynika z tego, że podczas lektury każdy rozpakowuje swój własny świat.

W schyłkowym, wyludnionym świecie, w którym nawet wulkany dymią inaczej, para starych gospodarzy skansenu oczekuje na gościa. Sercem tego miejsca jest komputer Apple, za pomocą którego można archiwizować i rozpakowywać wszystko: łyżki, kamienie i okoliczne wzgórza, dzięki czemu ukazują się odmienne oblicza rzeczywistości. Jaki po rozpakowaniu będzie nasz świat? Starzy ludzie, Ada i Evitt, przenoszą się gdzie indziej nie doczekawszy się gościa, który jednak przybywa - jak się okazuje - w najbardziej odpowiedniej chwili, którą w końcu sam wybrał.

Fragment

Zawsze powtarzała, że jest najmądrzejszy, a on jej na to, że jest najpiękniejsza, a potem, po latach, że najzaradniejsza. No i spędzili razem sześćdziesiąt wiosen. Na pewno wygraliby każdy małżeński interquiz. Zawsze robili za wzór cnót pośród rodziny, przyjaciół i znajomych, dopóki w maratonie zwanym życiem nie zostali sami. Jednakże cnota pozostała, choć nikt już jej nie podziwiał, bo oni sami uznawali ją za coś tak normalnego jak poobiednia drzemka. [...]
     Zaraz po posiłku wzięli się do roboty. Według standardowej procedury wybrali dwanaście spakowanych obiektów, sczytali je teleskanerem i poddali rozarchiwizowaniu. Na polu za oknem bezkształtny kamień rozwinął się w XVI-wieczną chłopską zagrodę z Alzacji, a zakopany do połowy obelisk w żydowski lombard z Warszawy, typowy dla początków XX wieku. Kwadratowa płyta rozkwitła w miniaturę katedry Notre-Dame, natomiast brązowe jajo w krzakach w 100-krotnie pomniejszoną Krzywą Wieżę z Pizy. Robota szła coraz sprawniej, aż wreszcie dokoła ich okrąglaka wyrosło prawdziwe muzeum na wolnym powietrzu.
     - Wystarczy - zarządziła Ada. - Starzy ludzie nie są aż tak ciekawi, żeby porównywać na przykład sumeryjskie domy schadzek z podobnymi przybytkami w Paryżu.
     - A jeśli jego przewodnikiem będzie ktoś młodszy? - ostrożnie dowcipkował Evitt.
     - Ee tam, ojczulku, fantazjujesz. Młodszych już nie ma. A gdyby trafił się jakiś zachłanny historyk, zawsze możemy dorzucić coś z zaplecza, no nie? Dosyć tych eksponatów leży po krzakach.

 

 

Miłosne dotknięcie nowego wieku

Styczeń 1996, 20 stron


Komentarz

Znajomym autorom impuls do pisania często nadają utwory muzyczne - mnie zdarzyło się to bodajże dwa razy, a ten drugi właśnie nastąpił podczas słuchania "Statku o siedmiu żaglach...". Piękna jest historia o sponiewieranym człowieku, przed którym nagle pochylają się wszystkie głowy. Ale co dalej - to przecież jest najciekawsze. Czy naprawdę należy wyciąć w pień wszystkich dawnych prześladowców? Okazuje się, że w przypadku pełnej skuteczności działania, czyli wtedy, kiedy posiadło się władzę, postanowienia ważą znacznie więcej niż poprzednio, kiedy to groźby można było miotać do woli, bo "na pusto". Decyzje stają się jeszcze trudniejsze, gdy na szali dodatkowo położy się miłość.
   Poza wszystkim, to opowiadanie jest chyba najbardziej "chemicznym" z moich tekstów. Swoiste "feromony cywilizacyjne" stają się nie tylko potężną bronią, ale także nośnikiem informacji i substancją transmitującą. Wreszcie chemia pomogła literaturze!

Stacja geologiczna na Tytanie, oddalona o miliony kilometrów od ludzkich siedzib, staje się obiektem zbrojnego najazdu sekty osiedleńców New Age Opera. Okazuje się jednak, że osiedleńcy przybywają ze świętą misją, a w nowo zaprowadzonym porządku "ostatni stają się pierwszymi". I choć świat wokół się wali, a może właśnie dzięki temu, Berta ma szczęście zaznać uczucia, dla którego warto istnieć - uczucia miłości. Miłość jest ulotna i Berta nie ma szans w obliczu trudnego wyboru, ale jest jedyna, i warto czekać na jej nadejście nawet przez następny tysiąc lat.

Fragment

Wujaszkowi Brechtowi, wynalazcy okrętu o siedmiu żaglach i czterdziestu armatach, który bierze kurs na Wyspy Szczęśliwe, poświęcam

                                        Autor


     Komendant brzydził się chemią, ale musiał wklepać w ucho krem sensoryczny. Dopiero wtedy usłyszał słabą odpowiedź, głos niknący w trzaskach wyładowań atomowego wodoru. Jego końska twarz nie wyrażała niczego, tylko oczy miały cierpiętniczy, malaryczny wygląd.
     "...dowódca okręgu Transjowisza... ecjalne pasmo alarmowe..."
     - Zgadza się! Natychmiast potrzebuję pomocy. Zbliża się flota ośmiu okrętów osiedleńców New Age Opera albo może transgwiazdowców pokoleniowych, nieważne. Stacja jest w niebezpieczeństwie!
     Trzaski odpłynęły jak fala cofająca się po żwirze, a w uchu Komendanta odezwał się wyraźny głos.
     "Kim jesteś?"
     - Do licha! Już się przedstawiałem: Tychon, Stacja 23 na Tytanie. Żądam pomocy!
     "Skąd wiadomo, że flota jest inwazyjna?"
     - Zażądali bezwarunkowej kapitulacji. Na wizji!
     "Podaj współrzędne obcych obiektów."
     Żel nawigacyjny był przygotowany. Tycho zanurzył w nim czubek palca i ostrożnie potarł skroń. Znów napłynęły trzaski, ale słowa dało się jeszcze zrozumieć.
     "Mają do was około jednej doby drogi. Nic nie poradzę, mój najszybszy okręt potrzebuje dwóch miesięcy, aby dotrzeć do tamtego rejonu. Poddajcie się."
     - Gówno! Sam dobrze wiem, jak zginąć, więc nie potrzebuję światłych rad!
     "To rozkaz. Sytuacja jest trudna, ale nie stanowi precedensu. Poza tym opanujcie się, Komendancie. "
     - Możesz mi wskoczyć, generałku. Nie podlegam pod waszą administrację, na szczęście jestem tylko geologiem - stwierdził spokojnie, bo tak naprawdę nie liczył na pomoc. Tylko cud mógł sprawić, że w pobliżu ćwiczyłaby jakaś korweta.
     Przerwał łączność i sięgnął po zmywacz.

 

 

Czterdziestu małych kochanków

Luty - maj 1993, 27 stron


Komentarz

Kiedyś opowiadano mi o lodowcach, spływających wprost do morza, na które można się natknąć, podróżując dostatecznie długo na północ wzdłuż wybrzeża Pacyfiku najpierw w Stanach, a potem w Kanadzie. Wizja zadziałała  na wyobraźnię i stworzyłem równoległą rzeczywistość, której bajkowość rosła w miarę posuwania się tym właśnie szlakiem, a ponieważ kiedyś przebywałem w rzeczonych okolicach, opis realiów nie stanowił problemu. Wzrost natężenia niesamowitości oznaczał rozluźnienie więzów ze światem pozostawianym za sobą, zanurzenie się w niespełnionych marzeniach, wejście w zbiorowe postrzeganie, zetknięcie ze śmiercią i jednocześnie z początkiem czegoś nowego, a z tych rozstajów można było albo trafić na dalszą drogę, albo powrócić do niedokończonej ziemskiej edukacji. Wiem, że nie wyrażam się jasno, ale też wcale nie miałem takiego zamiaru...
     I jeszcze jedno - wiele osób szuka w moich bohaterach pierwowzorów. To niedorzeczne, wszak nie piszę reportaży. Postaci literackie są wytworami mojej wyobraźni, ledwie zaprawionymi cechami znanych mi osób, na dodatek zwykle wielu z tych osób naraz. Nic więc dziwnego, że każdy może doszukać się w nich jakiegoś osobistego wilkołaka.

Sprawa jest o miłości, następuje spotkanie w trójkącie z byłym kochankiem i porzuconym mężem, w tle wizja lodowców uchodzących do morza i mroczny klimat magicznego realizmu. Nasz bohater, spokojny mężczyzna wiodący spokojne i trochę nudne życie, niespodziewanie zostaje wciągnięty w wir nowej przygody przez byłą kochankę, która czuje się zagrożona i musi (chce?) uciekać. Jadą do Północnej Strefy, skąd ludzie wracają inni lub... nie wracają wcale. Po drodze zabierają męża kobiety i we trójkę podróżują do miejsca, gdzie ich drogi muszą rozejść się powtórnie.
     Jest to jedno z tych opowiadań, których streszczenie - jak widać - daje niewiele. Aby odczuć jego klimat i pooddychać tym samym iskrzącym się od śniegu powietrzem co trójka dziwnych, choć tak bardzo znajomych ludzi, trzeba je po prostu przeczytać. Obiecuję, że każdy przeczyta je na swój osobisty sposób.

Fragment

   Droga była nierówna, samochód kołysał się jak łódź. Nagle pozostawili strefę mgły za sobą, słońce ostro zalśniło na niklowanych częściach wozu.
   - Skręcaj! - Alison chwyciła go za rękę. Jedź tą utwardzaną drogą aż do brzegu.
   Ocean wyglądał jak zajmująca połowę świata, parująca misa - zalegająca nad wodą mgła sięgała górnego brzegu urwiska. Zgęstniałe fale i garby przemieszczały się powoli; czasem z pęczniejącego pagórka odrywał się bury strzęp i z podmuchem wiatru szybował nad ląd, rozpościerając się jak wachlarz.
   - To żyje - szepnęła Alison. Bezwiednie zacisnęła palce na ramieniu Georga. Oddychała płytko i szybko.
   - Już się boisz? Na samym początku?
   - Nie... To jest bardziej fascynujące niż straszne.
   Przy drodze stał człowiek. Wielki i barczysty, nagie ramiona wzniósł w górę, jakby chciał objąć niebo, lecz opuszczona głowa świadczyła o zwątpieniu i rezygnacji. W tym zestawieniu uniesienie rąk można było odczytać jako gest wyrażający bezradność. Na głowie mężczyzny siedział ptak, który ociężale odleciał w zarośla.
   - Jedna z rzeźb Billa - powiedziała Alison. Wjeżdżamy na jego teren.
   Inne posągi stały w polu, między drzewami, lub były wyrzeźbione bezpośrednio w skale, stanowiąc jej integralną część. Przedstawiały hybrydy ludzi i zwierząt, zastygłe w umęczonych pozach na szczątkach potrzaskanego świata. Dopełnieniem kształtu były syczące lub głucho wibrujące dźwięki; rzeźby zdawały się rozmawiać ze sobą w podmuchach wiatru.
   - Niektóre z nich mają systemy przewodów, funkcjonujących podobnie do fletni - wyjaśniła Alison. - O, tam, widzisz skalną pustelnię? Jest domem tego wariata.

 

 

 

Gra w życie

Marzec 1991, 8 stron


Komentarz

Historia powstania tego opowiadania jest nietypowa. W 1991 roku przebywałem akurat na półrocznym stażu naukowym w USA, gdzie przez łańcuszek znajomych odnalazł mnie Mirek Jabłoński. Był on organizatorem Euroconu w Krakowie i prosił mnie, żebym napisał jakiś tekst do Informatora. Poczułem się zaszczycony, że szukano mnie w tym celu aż na antypodach, więc zaraz zasiadłem do pracy. A że nic tak nie dopinguje autora jak bliski termin (Mirek dał mi tydzień!), utwór powstał w tempie iście ekspresowym.
     Kiedyś widziałem rysunek, przedstawiający następujący czarny humor: na dwóch obrazkach diabeł wypychał faceta widłami za drzwi, przy czym różnica była jedna - raz facet był czarny, raz biały. Podpis głosił: "zrobisz czy nie zrobisz, będziesz przeklęty". Moje opowiadanie jest wiernym werbalnym dopełnieniem tego szkicu.
     Jak zwykle, starałem się pisać w trzech warstwach: fabularnej, psychologiczno-estetycznej i filozoficznej. Tekst naprawdę smutaśny jest tylko w tej trzeciej, i to po dokładnym przemyśleniu sprawy, ale na osłodę zapaliłem na końcu różowe światełko. Nic nie szkodzi, że w postaci zniczu.

Tu naprawdę nie ma co streszczać - cały tekst, od pierwszego do ostatniego słowa, jest jedną alegorią, przenośnią, grą słów lub przetłumaczeniem na literki gasnących impulsów w neuronach człowieka, który doszedł do kresu. Tak, muszę to zdradzić, jeśli mam próbować streszczania poetyckiej prozy: opisałem doznania umierającego. Pierwsza strona czy dwie to zawał, a potem, po bezskutecznej walce z wrogiem (morzem rosnącej entropii?), którą symbolizuje starcie bojowych samolotów, następuje śmierć kliniczna. Ale między nią a ostatecznym końcem możliwe jest intuicyjne podsumowanie i zadawanie pytań. Jak żyłem? Czy w innym wariancie byłbym szczęśliwszy? Jak jest cena za szczęście? Co jest za Drzwiami?
     To była wersja autorska streszczenia, rzecz jasna  subiektywna, a na dodatek wystarczająco ogólna, aby w noweli pozostało mnóstwo słów-wytrychów. Każdy czytelnik może za ich pomocą otworzyć wiele własnych drzwi.

Fragment

     Wielki stół do gry w karty przykryty był czarnym suknem i szkłem - wydawało się, że asy, królowe i blotki unoszą się nad przepastną głębią, ślizgają się po niewidocznej warstwie kruchości, która dzieli je od wieczności. Za stołem siedziało dwóch starszych dżentelmenów podobnych do siebie jak bliźniaki: ogromne łysiny, kłaki siwych włosów, kościste twarze. Różniły ich ubiory: jeden miał czarny garnitur i białą muszkę, strój drugiego stanowił negatyw pierwszego. Po żonglersku przesypywali talie błyszczących kart.
     - Wszyscy chcą grać wciąż od nowa - zagadnął Czarny. - Musieliśmy ustanowić limit: trzy rozdania.
     Hostessa posadziła go naprzeciw nich, na wprost czeluści stołu. Opalizujące karty unosiły się, pływały, fruwały. Nad wolnym krzesłem pomiędzy starcami, na tle czarnej ściany, pojawiło się widmo: najpierw róż policzków, potem sploty czerwonych włosów, wywinięte wargi, zielone cienie pod głęboko osadzonymi oczami.
     - To Amelia - wyjaśnił Biały. - Jest doskonałą interpretatorką.
     Czarny potasował i szeregami rozłożył błyszczące tekturki. Amelia wyciągnęła dłoń i smukłymi palcami pieściła karty. Jej wargi drżały.
     - Będziesz - zaczęła chropowatym altem - będziesz miał ojca despotę. Zapragnie, abyś stał się jego lepszą kontynuacją. Da ci wszystko, co będzie potrzebne: dyscyplinę, wiedzę, trening psychiczny i fizyczny. Za to zabierze ci dzieciństwo.
     - Amelia lubi przesadzać - wyjaśnił Biały. - Moja droga, przejdź od razu do dorosłej młodości.
     - Swoją przyszłą żonę poznasz na studiach. Od pierwszego roku będzie planowała twoje kursy, sesje egzaminacyjne, dni nauki. Zaplanuje twoją karierę, twoje inwestycje, nawet twoje kochanki - wszak w dobrym towarzystwie musisz je mieć, tak samo jak dom i samochód.
     Czerwonowłosa Cyganka pochyliła się nad stołem dotykając każdej karty z osobna, opuszkami palców muskała ich zaokrąglone brzegi. Przez jej twarz przebiegały skurcze, ciężka łza zawisła na rzęsach brylantową kroplą.
     - Będziesz miał władzę nad ludźmi, przynajmniej inni będą o tym przekonani. Sam jednak spostrzeżesz, że czym wyżej, tym decyzje trudniejsze i tym mniejsze pole manewru, jeśli chcesz pozostać uczciwym. Społeczność, którą będziesz rządził, wytyczy ci jedną wąską drogę. Nieraz pozazdrościsz swoim podwładnym, że są w stanie mówić to, co myślą i robić to, na co mają akurat ochotę. Jedyną decyzją, jakiej nie zaplanujecie razem z żoną, będzie zawał, który załatwisz sobie u znajomego lekarza. Wyjedziesz do sanatorium, do innego kraju, i tam... - Głos kobiety załamał się, spazmatycznie łapała powietrze, szlochając i śmiejąc się jednocześnie.
     - Dosyć - wkroczył Biały. - Siadaj i odpocznij, moja droga. - Podał jej wysoką szklankę zielonego napoju.
     Wziął talię i przesypywał karty z ręki do ręki, aż lśniące grzbiety nastroszyły się drobnymi iskrami wyładowań. Wtedy zaczął je rozkładać, stosując jakiś sobie tylko znany klucz.
     Amelia odgarnęła włosy i wykrzywiła twarz w uśmiechu. Znów była gotowa.

 

 

Flamenco na krańcu świata

Październik 1989 - styczeń 1990, 25 stron


Komentarz

Pewne tematy powracają uparcie, są nawet pisarze, uznani i dobrzy, piszący przez całe życie jedną książkę. Cóż, jeśli robią to interesująco i nie powtarzają ujęć, to może nawet i lepiej, bo wierni czytelnicy zmieniają się w wielbicieli, a krytycy mają znakomicie ułatwione zadanie, zawsze otwierając tę samą szufladkę.
     Mam kilka tematów, do których często powracam, choć nie we wszystkich utworach. Jednym z nich jest problem hierarchii - władzy, rozumienia, istnienia. Jak to się dzieje, że jedni dominują nad innymi, jeśli powodem nie jest jedynie prymitywna przewaga siły fizycznej? Czy istnieje Ktoś, kto rozumie sens naszej mrówczej krzątaniny? Czy kiedyś mamy szansę zrozumieć choćby elementy ładu w naszym na pozór chaotycznym istnieniu?
     Tak, to prawda - wierzę, że są sprawy, do których filozofowie kiedyś dorosną. Można takie podejście nazwać agnostycyzmem pozytywnym lub porządkującym, aczkolwiek trzeba sobie zdawać sprawę z tego, że "istota rzeczy" przy naszym postrzeganiu ubrana jest w nieskończoną liczbę masek.

Na rubieży naszego Wszechświata, w miejscu, gdzie efekty brzegowe wywołują wrażenie kosmicznego lustra, na pustynnej planecie, Strażnik pilnuje skarbu. Wielu intruzów próbowało ów skarb zdobyć, i ich krzyki wciąż dobiegają z Wieży Czasu, w której zostali uwięzieni. 
     Po wielesetletniej przerwie na planetę Orr przybywają kolejni goście, piękna kobieta i starszy mężczyzna. Walka z nimi okaże się trudniejsza niż zwykle, Strażnik musi skorzystać ze wsparcia swojego przyjaciela, który potrafi wydobyć z ludzi ich marzenia i kompleksy i osobno zawrzeć je w ego, superego lub id.
     Dochodzi jednak do sytuacji, w której Strażnik, dotychczas bezwzględnie lojalny wobec swoich nieznanych mocodawców, zapytuje sam siebie, jaki jest cel jego misji? I czy potrafi znaleźć sposób, aby go zrozumieć?

Fragment

     Wyszedł z podziemi i przemierzył dziedziniec zamku, bezgłośnie stąpając po marmurowych płytach. W tej części planety Orr wstawał świt: wierzchołki gór płonęły błękitem, a liliowy mrok dolin uciekał, rozpływał się, wsiąkał w rumowiska głazów otaczających Skarbiec niedostępnymi szańcami. Strażnik machnął lancą i po odległych turniach przetoczył się grzmot, szczyty rozbłysły jaśniejszym ogniem niż wschodzące słońce. To był znak dla obcych: odejdźcie w pokoju, omińcie tę skalistą planetę w bezpiecznej odległości. Jeśli postanowicie inaczej, będziecie winni wszystkiemu, co nastąpi.
     Ułożył się w oknie strzelniczym i przymknął oczy. Znów zobaczył tych dwoje, którzy zlekceważyli ostrzeżenie, tym razem bliżej i znacznie wyraźniej. On był stary, zdecydowany i władczy, ona - drobna i delikatna jak lalka. Tak, od początku wydawało mu się, że ma w sobie coś z lalki: rodzaj kruchości i nienaturalny sposób bycia. Widział ich coraz lepiej, choć wciąż nic potrafił zlokalizować. Przybywali oddzielnie, lecz był przekonany, że wiedzieli o sobie. Zdarzają się różne przypadki, ale nie takie, żeby niezależni wędrowcy w tym samym czasie dotarli do krańców świata. [...]
     - Jestem misjonarzem. Nawracam cywilizowanych ludzi na Prawdziwą Wiarę, niezależnie od planety, z jakiej pochodzą.
     Coś było nie w porządku. Twarz tamtego... niby normalna, poorana zmarszczkami, ale także podbiegła tłuszczem, bystre ciemne oczy, w spojrzeniu coś twardego, zachłanność niezręcznie maskowana nieruchomym uśmiechem mima. Nie wyglądał na duchownego, ale nawet nie o to chodziło. Zbyt szybkie ruchy ramion podczas gestykulacji, zagadkowe migotanie świetlnych drobin wokół obrysu dłoni - właśnie...
     - Jestem bogata. Mogę sobie pozwolić na podróże. Chciałam dotrzeć do krańca kosmosu. Może pan mi pokaże, jak tego dokonać? A co jest dalej?
     Ekscentryczna, pewna siebie młoda damulka w złotych pantofelkach. Żółta, trochę marchewkowa cera, szopa blond włosów, pośród których błyszczy brylantowy diadem. Z nią też nie wszystko jest w porządku - kamienna balustrada nie wgniotła jej białej sukni, siadła pozbawiona ciężaru niczym śnieżynka. Gdy zeskakiwała , zatrzymała się sztywno w tej samej chwili, w której dotknęła posadzki, jakby wcale nie miała masy. [...]
     Staruchy rajcują po ogródkach, że młode wyszły łapać mężów. Owszem, można i tak to określić. Kochamy i żyjemy po to, aby spłodzić potomstwo i umrzeć. Lecz także aby szukać, wciąż od nowa zaspokajać potrzebę odkrywania, mimo że jest to tylko wieczne powtarzanie. Dziecko odkrywa magię mowy, dziewczyna - rozkosz miłości. A czego szukamy później? Może pojednania w porozumieniu, potwierdzenia sensu przebytej drogi, akceptacji naszego życiowego doświadczenia? Tańczymy wieczne flamenco gdzie bądź, na obcych planetach i pod obcymi gwiazdami, kusząc los i pragnąc w obcym wszechświecie jeszcze raz odkryć... siebie. I nie zważając na porażki próbujemy wciąż od nowa, dopóki starcza wiary i marzeń. [...]
     Lecz wtedy, na sekundę przed ściągnięciem spustu, zawahał się, a potem upuścił miotacz. Znalazł wyjście, takie akurat na swoją miarę i możliwości.
     Jestem przecież tylko Strażnikiem, pomyślał. Nie pragnę być Sędzią; mam swoje własne miejsce w czasie i przestrzeni. Została mi dana funkcja odpowiednia do możliwości. [...] Kiedyś przybędzie wędrowiec, który będzie znał tajemnicę i na pewno prawidłowo wypowie hasło.

 

 

 

Droga do Kolchidy

Czerwiec-październik 1989, 10 stron


Komentarz

Przynajmniej to jedno opowiadanie napisałem pod wpływem zupełnie konkretnego wydarzenia. Syn mojego przyjaciela wyemigrował, hm, po prostu uciekł z Polski. Upływały dosłownie ostatnie dni komunizmu, a na dodatek chłopak zwiał na tydzień przed maturą, do której był zupełnie dobrze przygotowany. Nie bardzo go rozumiałem wtedy, i muszę przyznać, że do dziś nie posunąłem się specjalnie naprzód. Młodzian najwyraźniej dusił się, ograniczony układem rodzinnym, szkołą, systemem, więc wyfrunął. Czy jest mu dobrze? Zapewne raz lepiej, raz gorzej, podobnie jak każdemu w każdym kraju. Od pewnego czasu ustabilizował się i wiedzie mu się niezgorzej. Kiedyś korespondował ze mną, dopóki nie znalazł swojego miejsca, potem zamilkł. Takie "ratunkowe" wymiany listów zdarzały mi się z kilkoma osobami, widocznie stanowię dobre medium, a na dodatek lubię korespondować, co jest rzadkością, nawet... wśród pisarzy.

Rzecz jest więc o emigracji - młody człowiek ucieka z kraju, objętego chroniczną suszą. Tam, gdzie każda kropla jest skarbem, marzy o deszczu, rzece, pokoju kąpielowym, wreszcie o szklance wody... Po przyjeździe w pełne wilgoci okolice o mało nie tonie w miejskim kanale, a w strugach deszczu stale odczuwa dokuczliwy chłód. Jako że facet odporny jest na brak wody,  dobroczyńcy wysyłają go na pustynną planetę, gdzie najpierw sam ulega przystosowaniu, a potem... przystosowuje innych, taka jest jego praca. Wierzcie mi, że nowych kursantów pozyskuje w naprawdę przedziwny sposób.

Fragment

    Zatrzymał się zdziwiony. Coś stało się z lądownikiem: rozsypał się na części, brzydko nieregularne, które jakaś siła (wybuch?) rozrzuciła w kilku kierunkach. Teraz te części poruszały się jak monstra, rosły, zmieniały kształty. Blachy wydymały się w walcowate twory, z wysięgników pączkowały pręty, ażurowe konstrukcje wyplatały się same nie wiadomo z czego. Żelastwo żyło, roiło się, przepoczwarzało. Po upływie kilkunastu minut główne pomieszczenie było gotowe, z jego prawej strony wypełzł barak mieszkalny, a z tyłu rosły magazyny. Wraz z zawartością, jak stwierdził Leo, zwiedzając wciąż komplikujący się obiekt.
     - Technika, psiakrew - mruknął z podziwem.
     W głównym pomieszczeniu w kształcie kopuły z przydymionego szkła umieszczony został imponujących rozmiarów stół konferencyjny z baterią kolorowych butelek i różnokształtnych szklanek przy każdym stanowisku. Nad fotelami wisiały reflektorki w oprawach przypominających kapelusze, a na środku polerowanego blatu stała plakietka z napisem: "Witamy uczestników Kursu Adaptacyjnego".
     Leo bez wahania zasiadł w pierwszym fotelu. Elastyczna wyściółka miękko objęła jego pośladki i plecy, poza tym zaszła jakaś wyraźna zmiana w otoczeniu. Przez długą chwilę nie był w stanie określić jej charakteru, więc wstał. Reflektor nad jego fotelem zgasł i przenikliwy chłód zdawał się docierać aż do szpiku kostnego. Gdy znów usiadł, lampa zapłonęła przyjaznym blaskiem i zrobiło się ciepło! Było mu ciepło, po raz pierwszy od niefortunnej przejażdżki łodzią z trzema azylowymi wygami.
     Wziął do ręki butelkę opatrzoną etykietą pełną czerwonych, nieznanych mu owoców. Kapsel sam odskoczył i sam trafił do popielniczki.
     - Psiakrew - powtórzył Leo, z trudem utrzymując żywą flaszkę. Nalał sobie trochę musującego płynu, chociaż czuł ucisk w żołądku.
     Było mu tak ciepło i błogo, że chyba się zdrzemnął, a może nawet zasnął na dłużej. Przebudził się nagle, ze strachem, ale wokół nie zauważył niczego niepokojącego. Lampa zgasła, lecz chłód już nie dokuczał.
     Opróżnił butelkę i wstał. Coś dziwnego stało się z jego butami: wisiały w strzępach wokół kostek. Wyswobodził się z nich i ruszył w kierunku kosza na śmieci. Wtedy stwierdził, że właściwie to coś stało się z jego stopami: były ogromne i płaskie, niesamowicie urosły zarówno wzdłuż, jak i wszerz.
     Tym razem przekleństwo wypadło niezbyt przekonująco. Sprawdził, jak się chodzi - trzeba było zachowywać ostrożność. Czuł się jak w butach za dużych o kilka numerów, za to doskonale przylegających do stopy.
     Ucisk w żołądku wzmógł się, więc wyszedł na powietrze. Tym razem było przyjemnie ciepło, choć nie za gorąco, po niebie pomykały wełniste obłoczki o miłych dla oka kształtach. Szerokie stopy niemal wcale nie zapadały się w kopny piasek.

 

 

Nie ma czarów w krainie Alicji

Kwiecień 1988, 12 stron


Komentarz

Już nie pamiętam, czy pomysł na to opowiadanie narodził się pod wpływem właśnie rozpoczynającej się epidemii AIDS, czy może jeszcze wcześniej. W każdym razie co pewien czas powraca pytanie, czy w przyszłości Ziemię spustoszy straszliwa epidemia? Jednak przesłanie tego utworu nie miało polegać na straszeniu, przynajmniej nie w głównej mierze. Chodzi o to, jak ludzie mają się kochać, jeśli nie wolno im się nie tylko pocałować, ale nawet zbliżyć? Czy technika pomoże rozwiązać ten problem? I czy prawda nie będzie zbyt okrutna, gdy nadejdzie czas zdjęcia masek? I znów pytanie zasadnicze: czy warto badać, co kryje się pod maską, skoro z takim trudem wznieśliśmy kruchą konstrukcję w miarę znośnego bytu? Pytanie o to, czy warto poznawać złą prawdę, podnoszę także w opowiadaniu "Enklawy szczęścia".

Pomysł jest prosty: ludziom nie wolno się dotykać, bo nawzajem zarażą się śmiertelną chorobą. Aby jednak rodzina mogła żyć razem, zgodnie z wymogami człowieczej psychiki, technika przychodzi w sukurs: każdy z domowników zostaje umieszczony w oddzielnym mieszkaniu, w którym reszta rodziny występuje w postaci mistrzowsko wykonanych androidów. Ruchy "prawdziwych" ludzi są zsynchronizowane z ruchami trójki odpowiadających mu androidów, a więc wszystkie rodziny działają w sposób doskonale sprzężony, stwarzając ludziom substytut prawdziwej koegzystencji. Ów substytut jest w pewien sposób prawdziwy, ponieważ pozostała trójka prawdziwych ludzi wykonuje dokładnie te same czynności, co obecne z każdym człowiekiem androidy. Ludzie stwarzają sobie namiastkę szczęścia, ale Alicja koniecznie chce zobaczyć, co kryje się po drugiej stronie lustra, tuż za ścianą sąsiedniego mieszkania.

Fragment

  Gdy rozpinała mu koszulę, jej palce lekko drżały. Zawsze obawiała się czegoś, czuła się jak przed próbą w teatrze lub przed egzaminem.
- Chcesz teraz? - spytał nieco sennie, lecz bez sprzeciwu. Skinęła głową. Wolała nic nie mówić.
Skórę miał zwyczajną: białą z miejscowymi przebarwieniami, znamionami i bliznami po wietrznej ospie. Normalną, całkowicie normalną, Wtuliła w niego twarz, pragnęła wniknąć głęboko, żeby zapomnieć o wszystkim.
- Pomyśl o synchroniczności czasu - mówiła do siebie tak cicho, że ruch jej warg mógł być odczytany jako pieszczota. - I o symetryczności zdarzeń. A teraz skoncentruj się na swoim wnętrzu, które tak pragnie, żeby tym razem się udało..
Znów był z nią Ralph, ten pogodny i niefrasobliwy chłopak, który nie potrafił kłamać. Przycisnęła go mocno do siebie i zapadła w studnię nieświadomości.
Potem zmierzwiła mu włosy i powiedziała:
- Byłeś wspaniały... kochanie.
Ostatnie słowa ledwie przeszły jej przez gardło. Z niezwykłą ostrością powrócił obraz, zapamiętany z któregoś z pornograficznych filmów: kobieta zaspokajająca się protezą, napędzaną kołowrotkiem. Natręctwo myślowe, z którego nie potrafiła wyleczyć jej nawet firma Escutcheon.
- Pójdę położyć dzieci - rzuciła gwałtownie. Wyskoczyła z łóżka i chwyciła szlafrok. Biegła, jakby miała dokąd uciekać. W mroku korytarza ciągle widziała wulgarne, rozchylone usta tamtej kobiety i jej rozhuśtane piersi.
Znów przystanęła przed panoramicznym lustrem. Ściana w tym miejscu była cieńsza. Przyłożyła ucho do chłodnej tafli, nasłuchując, lecz i z tej, i z tamtej strony panowała cisza. Symetryczna i synchroniczna cisza. Tupnęła; bosa stopa bez najmniejszego szmeru zagłębiła się w warstwę wykładziny. Uderzyła pięścią w srebrzystą powierzchnię. Ściana odpowiedziała dudnieniem, musiała być w tym miejscu wyjątkowo cienka. Uderzenie powinno zabrzmieć jak echo w całym domu, powtórzyć się bez zwłoki w jego czterech apartamentach. Lecz jak miała to usłyszeć?

 

 

Łowcy meteorów

Maj 1986, 27 stron


Komentarz

Odwieczny dylemat: czy szczęście daje dążenie do celu, czy jego osiągnięcie, a potem okres konsumpcji tego, co zdobyte? Niemcy mówią: "Nur im Streben is das Leben, in Erreichen is der Tod" (Tylko w dążeniu jest życie, w osiąganiu jest śmierć"). Oczywiście problem w takim ujęciu jest sprowadzony do absurdu, lub znajduje się blisko niego, bo zwykle osiągnięcie jakiegoś etapu staje się punktem wyjścia do następnego, cząstkowy sukces jest traktowany jako środek, a nie cel. Ale te supozycje nie zwalniają z rozważań, czy wielki sukces, przypadający nam w udziale przez przypadek, bez wysiłku, bez pracy, daje należytą satysfakcję? Należycie korelującą z osiągnięciem? I czy w takim przypadku satysfakcja zależy od poziomu intelektualnego?

Problem odwieczny, jak się rzekło, i warto go wciąż rozważać, także w kosmicznych kontekstach.

Fragment

  - Wiem o człowieku - to mówił Bilbao, uroczyście przeciągając zgłoski - który przywiózł stamtąd fortunę. Nie, to nie było złoto, dostało mu się co innego, nie pamiętam już co. Nieważne. Po powrocie zniknął na miesiąc, chociaż dziennikarze czatowali wszędzie: w hotelach, knajpach, górach i dżunglach. Pewnego dnia pojawił się nagle na Times Square i zaczaj rozdawać forsę każdemu, jak leci, po sto tysięcy. Pracownikowi banku, staruszce emerytce, pijaczkowi, stypendyście z Nowej Zelandii, po kolei, tak jak przechodzili, przelewał na konta ze swojego percala, aż zapaliła mu się czerwona lampka. Wtedy rzucił pudełko pod ścianę i skręcił za róg. Tyle go widziano. Jeśli o mnie chodzi - zrobił efektowną przerwę - wiedziałbym lepiej, gdzie ulokować pieniądze.

Bilbao włożył wiele wysiłku w to, żeby jego głos brzmiał spokojnie, lecz zapomniał o reszcie, przestę-pował z nogi na nogę, ramiona mu drżały, drapał się, zostawiając na gładkiej skórze czerwone pręgi.

- Czy i tobie chciwość padła na rozum? - spytała Aspazja, jednak w jej słowach zabrakło przekonania. Wydawało się, że spiera się już tylko dla świętego spokoju lub żeby w razie jakiejś wpadki rzucić sakramentalne: a nie mówiłam?

- Liczy się głos większości - zaczął Cider z uśmiechem, ale zaraz potem spoważniał i spojrzał na szefa. Po nazbyt łatwym zwycięstwie zaczynał pojmować ciężar podejmowanej decyzji.

- Róbcie, co chcecie - Aspazja wzruszyła ramionami i poczłapała do sypialni. Po brudnej ścianie, oświetlonej tańczącym blaskiem monitorów, przesunęła się jej pochylona sylwetka.

- Programuję maszynkę, szefie - w głosie Cidera był tylko cień pytania.

Bilbao milczał, wsparłszy się małymi, okrągłymi pięściami o brzeg konsoli. Widocznie uważał, że nieme przyzwolenie uczyni go w mniejszym stopniu odpowiedzialnym.

 

 

Ornitologia

Maj 1985, 19 stron


Komentarz

Bohaterem tego utworu jest relatywizacja prawa - oczywiście, można ją potraktować szerzej, wszak istnieje względność interpretacji, a także - niestety - nawet względność moralności, jeśli rozpatrywać ją na przestrzeni wieków. Tutaj mamy groteską humorystyczną, opowieść o Ptaszniku, który zarabia na odmienności kodeksów, obowiązujących na różnych planetach.

Kolejna część cyklu to "Egzorcysta", opowiadanie napisane po wielu latach. Kto wie, czy nie napiszę dalszego ciągu, bo temat jest nośny. Bezskutecznie oczekujemy jakiejś bezwzględnej miary, absolutnego kodeksu, ale niczego takiego dotychczas nie otrzymaliśmy, bo prawa tworzymy i interpretujemy sami.

Fragment

   Nad strumieniem w leśnym parku bawią się dwie dziesięcioletnie dziewczynki. Ptasznik przemykający cienistą alejką odczuwa na ich widok ciepłe drgnienie w piersiach, zwykle poprzedzające odruch łkania lub niespodziewaną radość. Z dziećmi ma zawsze najwięcej przyjemności.
   - Co wy tu robicie, urwisy?!
   ...Ptasznik dał sygnał przywołania i po chwili wylądowała na łące kabina komunikacji zeroprzestrzennej. Kluczem walutowym odblokował drzwi, wszedł i zrobił miejsce dla wagarujących dziewczynek. Zdmuchnął kurz z tablicy łączności międzygwiazdowej i zastanowił się.
   Zdjął zegarek i polecił wbudowanemu weń mikrokomputerowi wykonanie szacunkowych obliczeń dla kary dziesięciu lat internatu reedukacyjnego. Mógł oczywiście wybrać światy o ostrzejszych represjach, lecz nie lubił przesady. Zauważył już bowiem dosyć dawno, że rozkosz zadawania sprawiedliwości zakłócana bywa wtedy jakimś mdłym niesmakiem, który pozostaje w świadomości dłużej niż właściwa przyjemność.

 

 

Pęknięty dzban

Kwiecień - maj 1985, 45 stron


Komentarz

Niektórzy twierdzą, że Ziemię zamieszkują dwa gatunki człowieka: kobiety i mężczyźni. Aż strach pomyśleć, co by było, gdyby osłabło działanie narkotyków miłości, które uzależniają od siebie obie płcie. Ale taką sytuację można próbować przedstawić jako literacką fikcję.

Od tysięcy lat wyraźnie zaznaczała się męska dominacja z tej prostej przyczyny, że samiec był silniejszy. Nadeszły jednak czasy, kiedy czynnik siły fizycznej stracił na znaczeniu, co diametralnie zmieniło stosunki społeczne. Ekstrapolując tę tendencję można rozważać sytuację matriarchatu i jego rolę cywilizacyjną - wszak nic nie dzieje się bez przyczyny.

Fragment

Niechaj te kobiety, które są jak szklanice słodkiego mleka z odrobiną potłuczonego szkła na dnie, łaskawie wybaczą mi poniższą groteskę. Inne dawno już to zrobiły.

   Pierwsze ostrzegły go piżmaki. Trwożliwe piski zwierząt zabrzmiały w jego mózgu sygnałami budzącymi czujność. Już wiedział - w lesie był obcy.
   Zasłony deszczu rozchyliły się na chwilę, przepuszczając mętny blask mglistego poranka, po czym szara kotara cieknącej z nieba wody zaciągnęła się znowu, bębniąc w dach i bełkocząc w drewnianych rynnach. Lecz ta chwila wystarczyła Gwalbertowi, żeby w oddali dostrzec nie większą od mrówki postać człowieka, pnącego się po stromym stoku w kierunku jego domu.
   Ten widok zelektryzował go.
   - Znów się zaczyna - oznajmił nagim ścianom chaty ze znużeniem, nie pozbawionym jednak domieszki ekscytacji. - Znów po dwóch latach przerwy.
   Czekał, aż ponownie zawieje wiatr i odepchnie kolumny szybujących kropel. Nastąpiło to dopiero wtedy, gdy przybysz mijał cmentarzysko.
   - Przykro mi, mała - powiedział znów głośno, chociaż był w chacie sam. - Przykro mi, że muszę cię zabić. A przecież mogłabyś być dobrą kochanką, żoną, matką...
   Gwalbert skoncentrował się, wbił wzrok w nadchodzącą, która najwyraźniej nie zdawała sobie sprawy z niebezpieczeństwa. Chyba że doskonale grała swoją rolę, a nerwy miała jak postronki.
   Nagle drgnął i rozluźnił odruchowo napięte mięśnie barków. Pięścią przetarł oczy i wychylił się z okna, jakby to mogło w zauważalny sposób zmniejszyć odległość między nim a obcym. Nie, nie było wątpliwości: stromą ścieżką piął się pod górę mężczyzna.
   Gwalbert z impetem zatrzasnął okiennicę i wsparł czoło o wilgotne drewno. W głowie miał chaos. Zabić? Ostrzec i zmusić do odwrotu? Uciec?
   Podjął decyzję szybko, jak zwykle pod wpływem pierwszego impulsu. Zdjął ze ściany długi sztylet i włożył go za pas, a cienki i ostry nóż ukrył w cholewie buta. Pchnął okiennicę i z pozornym spokojem obserwował nadchodzącego.

 

 

Piąta pora roku

Luty 1984, 10 stron.


Komentarz

To jest jedno z nielicznych, może kilku moich opowiadań, które można zaliczyć do political fiction. Pamiętam, że jakiś fanzin białoruski dawno temu zwrócił się do mnie z prośbą o bezpłatną publikację, na co oczywiście wyraziłem zgodę, proponując w zamian przysłanie gratisu. Rzecz jasna nie doczekałem się, więc nawet nie wiem, jak ta publikacja wyglądała, jeśli w ogóle się ukazała. Chcieli jeszcze "Dwa litry życia", i dostali je.

Co zainspirowało mnie do napisania tego tekstu? Nikt nie zgadnie - tajemnicze dźwięki! Kiedyś, gdy niebo na zachodzie zabarwiło się karminowo i fioletowo, usłyszałem potężny głos kamertonu, dobywający się zza widnokręgu. Naprawdę, wierzcie mi, nie byłem naćpany ani nic takiego! Może gdzieś na bocznicy przemysłowej przeładowywali szyny, ale ja wolałem wyobrazić sobie Amarantowych, którzy zaczynają urządzać świat na swoją melodię. A że byłem wściekły na komunistyczną mafię...

Zaraz, na co właściwie byłem wściekły? Głównie na to, że ówczesna propaganda urągała zdrowemu rozsądkowi - a właściwie ludziom, obywatelom, Polakom, mając ich za półgłówków. Żaden człowiek o inteligencji większej niż u półrocznego dziecka nie mógł w wierzyć w codziennie serwowany bełkot, ale musiał go słuchać, a czasem nawet potakiwać. Horror!

Fragment

Czwarty wstał i obrzucił wzrokiem równinę - resztki hamującej harmonijny rozwój człowieczego ducha cywilizacji technologiczno-konsumpcyjnej wsiąkły już w czerwony piasek i jak okiem sięgnąć widać było tylko przygięte do ziemi różowe grzbiety Dobrzetrących sióstr i Mocnotrących braci, a górą niósł się potężny, zawodzący głos: przez tarcie do pełni, przez taarcie do peełni...

Sam zaczął trzeć błyszczącą płytkę, by po godzinie pracy uzyskać pięć centymetrów jadalnego wężotworu. I choć bolały go kark i ramiona, był szczęśliwy, że mógł zaspokoić głód.

I tak w monotonnym znoju upływały dni podobne do siebie jak czerwone krople krwawicy, dni wypełnione mozołem, w wyniku którego wytworzona ludzkimi dłońmi energia spływała w głąb ziemi, kreując zapewne zręby przyszłego raju. Dawny Wiekowy zapomniał o księgach, myślał tylko o kęsie jadła, podobnie Trunkowy odzwyczaił się od picia, Chciejec od kobiet, a Szpryca od medycyny naukowej. Tylko Łebski nie odzwyczaił się - najpierw był Mocnotrącym Pierwszym, ale wkrótce stał się Bystrzakiem. Nie tarł, tylko chodził i patrzał, a wzrok wyostrzył mu się tak dalece, że z ruchu warg umiał czytać słowa, a z wyrazu oczu - myśli. A już szczególnie zajadle tępił małe, zielone roślinki, które czasami wysuwały spod kamieni swoje wątłe pędy. Wieczorami przychodzili Amarantowi i rozrzucali cukierki dla Supertrących (był to tytuł honorowy i przechodni), a ci walczyli o nie jak zwierzęta. Raz, z okazji Święta Czerwia Pierwszego, rozdawano puchary czerwonego wina, co wydusiło łzy z oczu byłego Trunkowego. Natomiast różnych niedotrzaków i tych, których swoim bystrym wzrokiem wskazał Bystrzak, Amarantowi częstowali tylko razami skórzanych rzemieni.

 

 

Dwa litry życia

Sierpień 1984, 16 stron.


Komentarz

To jest tekst należący do political i w jakimś stopniu social fiction. Zastanawiałem się przy obmyślaniu tego utworu, czy człowiek może żyć bez wody? No, nie całkiem, ale prawie - pijąc tylko tyle, ile musi, myjąc się raz na rok, i to pobieżnie, czas życia licząc za pomocą wodomierza, odliczającego codziennie wodę od życiowego limitu. Innymi słowy, życie można odmierzać nie tylko dniami i latami, ale również liczbą posiadanych partnerów, spłodzonych dzieci, lat przeżytych szczęśliwie, posiadanych samochodów, wypalonych papierosów - i litrami wypitej i "wymytej" wody. Kończy ci się przydział, bracie - szykuj się, żegnaj z przyjaciółmi i kochankami, zamknij konto w banku i dawaj, na cmentarz. Tam kładź się sam do grobu, który zagra ci requiem, puści halucygennego gazu i automatycznie zatrzaśnie wieko.

Ale zawsze znajdzie się dociekliwy, co to zamiast grzecznie ułożyć się w piachu wypuści się na daleki spacer poza cmentarną bramę, żeby zobaczyć, co jest dalej. Jak zobaczy trawę, nie będzie wiedział, co to, a jak dotrze do jeziora, zdziwi się, po co zbudowali taką szklaną płytę. A jak zobaczy Przyjazne Oko... Sami poczytajcie.

Fragment

 

Z cienia, który był jak spopielały arkusz papieru, Ylc wszedł w pełny blask ulicy. Miasto lśniło, przenikające się płaszczyzny szklanych tafli obwiedzione były delikatną tęczą rozszczepionego światła. Słońce wisiało na bladym niebie, buchając żarem. Ciężar upału legł na jego piersi i ramionach.

Spojrzał na tarczę litromierza - pozostały mu jeszcze niemal pełne dwa litry życia. Czuł, jak wysącza się ono kropla po kropli w pęknięcia betonowego trotuaru. Rozdęte banie gablot wystawowych kusiły pstrokacizną towarów, senni, lecz czujnie wyprostowani sprzedawcy stali za kontuarami, wpatrzeni niewidzącym wzrokiem w misterne piramidy puszek i pudełek, a ulicą przesuwał się szary korowód postaci w nienagannie skrojonych ubraniach.

NASZE ZUPY ZAWIERAJĄ AŻ 18 % WODY!

WAZELINA W SZTYFCIE TO KOMFORT WILGOTNYCH WARG!

KWIATY BLEO NIE BLAKNĄ OD KOŁYSKI AŻ PO OSTATNIĄ DROGĘ.

Od kopulastych bukietów chryzantem, róż i anemonów, wszystkich jednakowo poprawnie pięknych i rozchylonych w pierwszym słodkim zdziwieniu, smużyły się drażniące wonie.

Dokładnie 1,93 litra.

Wybrał bladoczerwoną różę na długiej niełamliwej łodydze. Jej satynowe, fantazyjnie podkręcone płatki kojarzyły się z wirującymi płomykami.

- Przeżyje cię o tysiące litrów - ledwie słyszalnym szeptem wysyczał sprzedawca, młodzieniec o ziemistej cerze.

 

 

Zwiastun jesieni

Marzec 1983, 22 strony.


Komentarz

Kiedyś wybrałem się na urlop na działkę. W założeniu miałem wypocząć, jak to z definicji na urlopie, ale przypętało się jakieś cholerstwo i poczułem się nienajlepiej. Zamiast pielić, kopać, sadzić i podlewać, głównie spędzałem czas leżąc, bo nawet czytać mi się nie chciało. Dziwne, ale czułem się coraz gorzej - do dziś nie mam pojęcia, co to było: gnojówka w studni, azotany w serze, pestycydy na ogórkach? Jeszcze dziwniejsze, że wszyscy inni - dziecko, żona i rodzice -  byli w doskonałej kondycji, tylko mnie licho wybrało i coraz bardziej męczyło. Niczego nie jadłem oprócz kwaśnych owoców, zapach gotowanej strawy pobudzał torsje, opadałem z sił. Wreszcie uciekłem z łona przyrody do śmierdzącego spalinami, gorącego jak piec miasta - i stopniowo odżyłem. Lekarz podejrzewał u mnie ciężkiego kaca, więc z łaski wypisał trzy dni zwolnienia (zwłaszcza że udałem się do niego w poniedziałek) - lecz jeszcze przez kolejnych kilka dni byłem tak słaby, że zataczałem się idąc.

No więc na tej działce zacząłem pisać "Zwiastuna". Nigdy dotychczas nie chorowałem w taki sposób, żeby było stopniowo coraz gorzej, aż wreszcie całkiem źle. Naszły więc skojarzenia ze starością, śmiercią, no i poszukiwaniem antidotum, matuzalemizacją życia, a nawet wydłużeniem go aż po czas życia gwiazd. Temat wiecznego życia, czyli alternatywnej biologii, zawsze mnie fascynował, więc uparcie powracałem do pytania, dlaczego nie można tego wszystkiego urządzić inaczej? Zagadnienie rozwinąłem w kilka miesięcy później w mikropowieści "Spotkanie z wiecznością", a po latach powróciłem do tematu w powieści "Władcy świtu".

Ciągle uważam, że można urządzić to inaczej, tylko uczeni mają za mało fantazji, żeby znów wziąć się za kamień filozoficzny. Czarów tu nie potrzeba, wystarczy nauka, panie i panowie jajogłowi!

Fragment

 

Wiedziałem, że w końcu to nastąpi. Wychodzę na ceglasty kort, gdy pociemniała tarcza słońca zanurza się w zasnuwających widnokrąg mgłach. W oddali majaczy koścista sylwetka - Tamten. Bierze zamach i serwuje z całych sił, ledwie widoczna piłka pomyka w długich cieniach zmierzchu, odbija się zupełnie płasko i ucieka dołem, pod moją rakietą. Tamten spokojnie przechodzi na drugą połowę i znów bije z precyzją automatu. Ponownie nie odbieram. Czuję, że ciało mam śliskie od zimnego potu, wilgotna, osłabła dłoń nie utrzymuje rakiety. Puszczam jedną piłkę za drugą, mijają mnie z szumem rozpychanego gwałtem powietrza. Jest chłodno, na powierzchni kortu kondensuje wieczorna rosa. Robię uniki, nie próbuję nawet odbierać. Boję się, że któryś z tych piekielnych serwisów dosięgnie bezpośrednio mojego ciała. Przy kolejnym strzale Tamtego, gdy odwracam się bokiem do toru piłki, dostrzegam Dziewczynkę.

Siedzi na ławce tuż przy siatce, machając w powietrzu zwieszonymi nogami. Po co tutaj przyszła? Czyżby chciała być świadkiem mojej klęski?

W czasie krótkiej przerwy, po kolejnym utraconym gemie, podbiega do mnie i prosi, abym wyciągnął dłoń. Pokrywa ją talkiem, obsypuje jasnym proszkiem uchwyt rakiety, obtacza w nim piłkę. Potem wspina się na palce i szybko, wstydliwie całuje mnie w policzek. Ucieka na swoją ławkę.

Uderzam mocno, rakieta dobrze siedzi w dłoni. Świecąca piłka przemyka tuż nad siatką i trafia w pole o centymetry od linii. Tamten rzuca się, ale nie jest w stanie jej dosięgnąć!

Teraz serwuję pewniej, co raz spoglądając na uradowaną twarzyczkę Marii. Tu także było coś za coś, ja pomogłem jej, a teraz - ona mnie. A może tak to wygląda tylko w pierwszym przybliżeniu? Mimo wszystko czuję radość i wzruszenie.

Mgła opada, słońce mocnym blaskiem oświetla kort. To nie był zmierzch, lecz brzask nowego dnia. Doskonale widoczna piłka kreśli białe błyskawice, słucha rakiety tak, jakby była kierowana myślą. Biorę gem za gemem, set za setem. W końcu Tamten podnosi ręce, opuszcza głowę, uznaje się za pokonanego. Zarzuca na ramię ręcznik, ze złością wciska rakietę do pokrowca. Odchodząc przystaje koło ukrytej w cieniu ławki, z której podnosi się wysoka, lekko przygarbiona postać.

Poznaję go po żółtej łysinie, garbatym nosie i wełnianym płaszczu, narzuconym na ramiona. Odchodzą razem: Tamten i Handlarz Skórą.

 

 

Pod ochroną

Sierpień 1980 - luty 1981, 66 stron


Komentarz

W tej historii po raz pierwszy puściłem się na długi dystans i powstała właściwie mikropowieść. Przesłanie dotyczy kosmicznego porządku dziobania i niemożności porozumienia, a także, rzecz jasna, miłości. W opowiadaniu pokazałem krajobrazy i impresje amerykańskie, a także podkreśliłem swoje zauroczenie egzotyką południa. Tekst trochę "podrasowałem" do drugiego wydania, co głównie polegało na cięciu przymiotników. Nie trzeba było dużo zmieniać, bo utwór, mimo drobnych młodzieńczych grzeszków warsztatowych, broni się dobrze.

Młody mężczyzna wybiera się na wakacje i chce spędzić czas naprawdę intensywnie, lecz staje się nie tylko świadkiem, ale także uczestnikiem dziwnych wydarzeń, których następstwem jest m. in. tajemnicza epidemia amnezji. Okazuje się, że Obcy traktują Ziemię jako teren łowów, a ich zdobyczą pada ludzka świadomość. Myśliwi wypożyczają sobie ciała szczególnie atrakcyjnych kobiet i mężczyzn, bo mają nałożone ograniczenie: celny strzał może paść tylko w kulminacyjnym momencie flirtu. Czy nasz bohater uniknie losu zwierzyny, i czy w wynajętym na czas polowania ludzkim ciele łowczyni pozostanie później wspomnienie przeżytej miłości?

Fragment

  Gdy doszliśmy do szosy, wyciętej w pochyłości zbocza, nadpłynęła pierzasta mgła. Zagubiony w białym mleku, mając tylko kilkanaście centymetrów pewnego gruntu pod stopami, poczułem się jak ślepiec. Po omacku trafiłem na szeroki kamień i usiadłem. Jej głos dobiegał jak poprzez zwoje waty, wyciszony i zmiękczony na tysiącach zawieszonych między nami mikroskopijnych kropli.
   - Ja... nie chciałam pana urazić. Dla mnie to też niezręczna sytuacja. Niech pan wczuje się w moje położenie.
   Oddychałem głęboko. Wczuć się w jej położenie! To mogłoby być nawet ciekawe. Chociaż właściwie nie - przecież nic nie pamięta, oprócz swojego normalnego życia.
   Nie doczekawszy się odpowiedzi, niepewnie (a może tylko mgła zniekształcała jej głos?) mówiła dalej:
   - Nawet nie wiem, jak się tutaj znalazłam. Na początku myślałam, że to może pan mnie... to znaczy... Ale teraz...
   Chmura odpłynęła tak nagle, jakby podniosła się mlecznobiała zasłona, i poraziło nas ostre światło nisko stojącego słońca. Dziewczyna umilkła, jakby zawstydzona własnymi słowami.
   Niebawem dotarliśmy do samochodu i rozpoczęliśmy ostrożny zjazd. W miasteczku najpierw udaliśmy się do hotelu po jej rzeczy, potem pojechaliśmy na Terminal. Przez cały czas nie zamieniliśmy ani słowa.
   Błyszczące niklem karoserie autobusów przypominały skorupy olbrzymich żuków, szykujących się do wymarszu. Zaparkowałem naprzeciwko kas biletowych. Czułem wilgotny uścisk w krtani.
   - Czy... pani naprawdę niczego nie pamięta? Z tego, co przeżyliśmy wspólnie? - pytałem w kółko o to samo, mając w głowie zupełną pustkę.
   Milczała długo, myślałem już, że wyszła z wozu. Ale nie ruszała się z miejsca, siedziała ze zwieszoną głową w powodzi czarnych włosów, ściskając swój podróżny neseser.
   - Przepraszam, jeśli zrobiłam coś złego. Ja naprawdę... nie chciałam. Nie wiem nawet, jak wydostałam się ze swojego miasta; to przecież nie pan? - spojrzała na mnie pytająco, a później ciągnęła cicho dalej. - Potem był sen, przeważnie przyjemny, lecz niczego już nie pamiętam, oprócz ogólnych wrażeń i nieistotnych strzępów obrazów, no i świadomości, że przecież coś przeżywałam. Czy pan... wiem, że to brzmi śmiesznie... jest człowiekiem z tego snu? - Spojrzała mi prosto w oczy, głęboko i badawczo, aż poczułem nieprzyjemny dreszcz. Uwierzyłem wreszcie, że naprawdę nic nie pamięta, i że dalsza rozmowa nie ma sensu.

 

 

O tym, który słyszał woń nenufarów

Grudzień 1979, 5 stron


Komentarz

To jedno z moich wczesnych opowiadań, może nie niosące zbyt wyrazistej puenty, napisane raczej po to, aby czytelnik spędził miło czas, uśmiechając się przy lekturze. Tekst jest oszczędny, skondensowany, miejscami nawet nieco konspektowy, jak we wszystkich moich wcześniakach, ale płynie swobodnie, słowo rwie się niby źrebiec na łąkę. Uczesałem go w dwóch czy trzech miejscach i puściłem, niech biegnie!

Humoreska, bazująca na liniowej ekstrapolacji czułości słuchu. Zwykle z upływem czasu słyszymy coraz gorzej, ale u Jana stało się odwrotnie. Co ciekawe, słyszał również to, co zwykle widzimy, czujemy węchem, przeczuwamy, rozumiemy, potrafimy wydedukować, słowem - jednym zmysłem potrafił odebrać wszystko, nawet świst rozcieńczanego spirytusu czy wredny, a więc zgrzytliwy charakter sąsiadki. Czy potrafił podsłuchać duszę?

Fragment

  Skąd się to wszystko wzięło? Wczoraj był w drogerii, mógł więc coś powąchać. A może to przez seanse spirytystyczne, w których ostatnio uczestniczył? Mógł go jeszcze Bóg wynagrodzić lub diabeł ukarać (albo odwrotnie) za tę jego wieczną ciekawość wszystkiego, co istnieje i co nie istnieje, zresztą powód zawsze się znajdzie, jeśli dobrze poszukać. Ale... zaraz! Wczoraj przecież uderzył się o szafkę, aż gwiazdy zatańczyły mu na tle brudnej ściany kuchennej. Szansa leży w kuracji wstrząsowej! Nie zwlekając, Jan zdjął z półki kilka opasłych tomów encyklopedii w twardej oprawie. Wyrżnął się nimi w ciemię, aż świat pociemniał, a rozmowy wokół też przycichły. Ufff...
     Wtem usłyszał, jak jego ciotka Adelajda mówi po angielsku. Właściwie nic w tym dziwnego, wszak już dziesięć lat temu osiadła w Montrealu. W... Montrealu!!
     Jan przyodział się naprędce i pognał do lekarza. Przed gabinetami laryngologa i neurologa były kolejki, wpadł więc do psychiatry.
     - Ja... - zająknął się - słyszę sąsiadów i innych...
     - Wiem - przerwał mu lekarz przyjacielskim tonem - niech się pan nie martwi. Poradzimy.
     - Ale ja ich wszystkich słyszę. Ja słyszę... o wiele za dużo!
     - Rozumiem. Czopki, proszę.
     - Do uszu?
     - Nie. Normalnie, per rectum. Rano i wieczorem. Zobaczy pan, wszystko będzie po pańskiej myśli!

 

 

Marcjanna i aniołowie

Październik 1986-kwiecień 1987, 190 stron (powieść)


Komentarz

To moja pierwsza powieść. Tutaj muszę wyznać, że zasadniczo jestem autorem opowiadań, co widać po spisach: powieści mam w dorobku dwie (do 2007 roku), a opowiadań siedemdziesiąt. Cóż, lubię być zwięzły, gadulstwo jest cechą, której nigdy u siebie nie obserwowałem. Stąd przywiązanie do krótkiej formy - pomysł, szkic postaci, wytworzenie nastroju, rozegranie fabuły i puenta - wszystko ładne, zgrabne, małe i treściwe, oto mój ideał.

No dobrze, ale czytelnicy wolą powieści, bo wtedy jest czas na "wprowadzenie się" do innego świata, skumplowanie się z bohaterami, przywyknięcie do krajobrazu. Sam lubię pogrążyć się w powieści, ale na równi cenię sobie lekturę opowiadań. Natomiast pisać wolę opowiadania - być może wynika to także zwyczajnie z lenistwa, wszak powieść wymaga od pisarza sporej dyscypliny.

"Marcjanna" opowiada o kosmicznej ekspedycji, lecz nieco innej niż klasyczna. Astronautów werbuje się jak do wojska, lot odbywa się inną przestrzenią, a w docelowym świecie mamy cywilizację ludzką i temporalne bramki do różnych czasów, np. historycznego, gdzie te same osoby występują w różnych epokach historycznych. Morał jest dosyć antyglobalistyczny: każdy powinien żyć u siebie i nie wściubiać nosa w sprawy innych.

 

Fragmenty

- Uwaga, rozpoczynam manewr lądowania. Od tej chwili przywrócona zostaje wam pełna zdolność działania. Uprzedzam, że celem penetracji jest strefa o potencjalnym dużym współczynniku zagrożenia. Każdy odpowiada za siebie i równocześnie za całą ekspedycję — pieszczący głos Arieli otaczał ich, płynął zewsząd, wnikał pod czaszki.
Powoli rozpalało się światło. Ujrzeli się wszyscy, zawieszeni w przestrzeni na tle gwiazd, ustawieni kręgiem twarzami do wewnątrz, z nogami skierowanymi w stronę czarnej misy Kariatydy. Świetlna otoczka wokół planety jarzyła się w jednym miejscu oślepiającym blaskiem — tam za chwilę miało wzejść jej słońce. Statek drgnął i zszedł z orbity, na powrót zanurzając się w mroku nocy; niecka pełna ciemności rozrastała się na boki, wydawała się otaczać ich jak rozwarta paszcza Lewiatana.
Pierwszy umarł Har Gobind Khorana. Jego szeroko otwarte oczy podeszły bladą żółcią, usta zesznurowały się, wpadły do środka, jakby nigdy nie miały warg, skóra przybrała barwę zetlałego papieru. Rozpaczliwie rzucił rozsypującymi się ramionami: kruszyły się, leciał z nich brudnoszary pył, odskakiwały łamliwe łuski. Padł na plecy, gubiąc nogę, która potoczyła się w bok, nabierając konsystencji piaskowcowej bryły. W ranie — jeśli to jeszcze była rana — nie pokazała się ani jedna kropla krwi, tkwiło tam coś przypominającego ubity żużel. Gdy legł w samym środku wciągającej ich ciemności, w drgawkach tłukąc stwardniałymi pośladkami w taflę pola siłowego, krzyknął. Był to obcy, charkotliwy dźwięk; odebrali go jako krzyk tylko dlatego, że wydobył się z ludzkich ust. Dopiero wtedy rzucili się, aby mu pomóc. Pod ich chaotycznymi dotknięciami skóra klatki piersiowej rozdarła się, rozlazła tak samo łatwo jak warstwa sparciałej gumy. Z wnętrza buchnęło gorącą sadzą; odskoczyli, osłaniając twarze łokciami. Grey zaniósł się suchym kaszlem, przez chwilę zdawało mu się, że nabrał w usta wrzątku.

***

Wszedł w słoneczną przestrzeń, nasyconą żółtym, oleistym blaskiem. Ponad feerią barwnych plam powietrze zakrzepło w setki krystalicznych wielościanów, przypominających monstrualnie rozdęte bąble piany.
Poczuł, że ktoś chwyta go za włosy. Posypały się bolesne razy.
Wciąż jeszcze oślepiony ostrym światłem, wyrwał się niewidocznym oprawcom i rzucił w bok. Uderzył w duże, miękkie ciało, obalił je swoim impetem i zrobił jeszcze trzy skoki. Potem trafił na przeszkodę.
Elastyczna błona objęła go delikatnie, cofnęła się, a potem wypchnęła z powrotem. Upadł ciężko, bezsilnie. Z żabiej perspektywy widział tuż obok wąskie, bose stopy, jakimś cudem unoszące się pół centymetra nad gruntem.
— Zostawcie go, idioci!! — wściekły, kobiecy wrzask wibrował w szklistym powietrzu. — Nie widzicie, że to świeży odprysk czasowy?!
— Właśnie dlatego — zacmoktał ktoś tuż obok niskim, drgającym głosem.
— Precz z łapami! Według Etykiety ma trzy godziny karencji.
— Ty zawsze bronisz jakichś sukinsynków — narzekał ktoś inny obrażonym tonem. Grey rozluźnił napięte mięśnie. Ma trzy godziny, żeby zniknąć.
Podnosił się powoli jak znokautowany bokser, pomagając sobie rękoma. Kilkakrotnie zaciskał i rozwierał powieki, aby usunąć nieostrość widzenia. Nie całkiem mu się to udało, bo wodząc wzrokiem po nagiej łydce swojej wybawicielki rejestrował ją na tle czerwonej mgły. Kręcił głową jak chrabąszcz, usiłując obejrzeć wszystko ze swojej kucznej pozycji.
Była zupełnie naga. Lśniąca gładź wewnętrznych stron ud, czarna kępa włosów łonowych, sklepienie brzucha, rozcięte głęboką szramą pępka, sterczące na boki piersi. I twarz. Ta twarz!!
***

— Hej, wstawaj — jeden z żołnierzy trącił czubkiem buta leżące ciało. Drugi odwrócił je twarzą do góry.
— Za późno — mruknął pierwszy. — Nie będziemy chyba wieźć umrzyka?
— Był rozkaz, żeby go dostarczyć — uciął oficer. — Brać ciało i jedziemy.
Rzucili go byle jak na podłogę wozu. Ruszyli pełną mocą silnika, aż opony zabuksowały na kruszącej się glinie.
Przebudzenie nie było przyjemne. Obezwładniający ciężar gniótł pierś, śliskie macki pchały się do krtani, tamując oddech. Potem trzęsły go dreszcze, w których każda komórka z osobna wydawała się brać czynny udział. Wreszcie, po ustaniu oczyszczających torsji, obmyto mu twarz zimną wodą i usadzono na fotelu o regulowanym kącie nachylenia oparcia. Arystydes Grey, przywrócony do życia po śmierci klinicznej, mógł spojrzeć na powtórnie witający go świat.
— Gdzie... ja jestem? Gdzie... ona? — wyjąkał.
Po gabinecie krzątały się dwie młode lekarki, tak młode, że wyglądały na studentki.
— Ona już nie przyjdzie, a pan żyje i cieszy się dobrym zdrowiem — uśmiechnęła się jedna z nich i włączyła aparat do masażu.
Obydwie miały śniadą cerę i lekko skośne oczy.
Po zabiegu Grey wstał ostrożnie, lecz serce pracowało równo i cicho jak dobrze naoliwiony mechanizm. Zrobił krok, potem dwa, wreszcie kilka szybkich przysiadów. Jego ciało było znów sprawne i silne. — To niemożliwe — mruknął.
— Dlaczego? Ostatnio technika bardzo się rozwinęła, zwłaszcza w niektórych dziedzinach — dziewczyny gorliwie pospieszyły z odpowiedzią. Ich żółte oczy wpatrywały się w niego wyczekująco, bez jednego mrugnięcia.
— Czy można prosić jeszcze o... masaż mózgu? Niektóre szare komórki mam zużyte w równym stopniu co serce — powiedział. Czyżby po raz kolejny dostąpił zaszczytu korzystania z supertechnologii, zastrzeżonej dla wybranych?
— Niestety, muszę odmówić — młoda kobieta uśmiechnęła się przepraszająco. Te ich uśmiechy, co chwila wykrzywiające twarz w identyczny sposób, były sztuczne, rutyniarskie, stanowiły w założeniu terapeutyczny dodatek do zastrzyków i masażu. — Pański mózg potrzebny jest właśnie taki, z całym bagażem doświadczenia i sceptycyzmu.
— Potrzebny... do czego?
— Przykro mi, ale to już nie nasza sprawa. Proszę przejść do pokoju obok. Tak, oczywiście, zaprowadzimy.
Na spotkanie wyszedł dobrze zbudowany mężczyzna w oliwkowym mundurze. Nie odpowiedział na żadne z pytań, zamiast tego podprowadził gościa do panoramicznej szyby-
Wypłowiałe niebo. Granatowy ocean z turkusowymi plamami płycizn. Zielone wzgórza, przystrzyżona łąka. Pola golfowe? Spojrzenie uparcie błądzi bokami, omija znajomy kształt, znajdujący się na wprost, w samym środku pola widzenia. Ale jak długo można udawać, że nic się nie dzieje, że głupia nadzieja nie walczy ze słusznym gniewem, że świat nie rozsypuje się, a potem nie zespala w podobny, choć zupełnie inny kształt?
Statek kosmiczny spoczywał na trawiastym zboczu jak lekko uchylony kapelusz Pana Boga, zapraszającego śmiałków na niebiańską wycieczkę. Jego lustrzany owal porażał wzrok, odbijając sączący się przez mgłę błękit. Załoga stała zbita w gromadkę na łyżce pola siłowego, wyniesionej wysoko w niebo.
Czekają już tylko na ciebie, Arystydesie Grey — pomyślał i spróbował się uśmiechnąć. Lecz jego twarz pozostała nieruchoma jak maska.

 


 
 

Okładki:

Główna

  Naukowa

    Literacka

      Publicystyczna

        Galeria i podróże

Ciąg dalszy nastąpi

 

W PRZYGOTOWANIU

UNDER CONSTRUCTION

 

W przygotowaniu:

 

Randka z Homo sapiens (24), październik 2005 - styczeń 2006

Rzeźbiarze o poranku (40 str.), wrzesień-listopad 1985

Opus na trzy pociski (55 stron), grudzień 1984 - luty 1985

Enklawy szczęścia (46 stron), luty - grudzień 1984

Potrójne życie Jamesa Olivera Chuckwooda (9 stron), styczeń 1984

 

W następnej kolejności:

 

Kochanek Chimery (16 str.), marzec 1988

Plener poza czasem (10 str.), październik 1986

Stare światy (5 str.), sierpień-wrzesień 1986

Biurowa love story (6 str.), styczeń 1986

 

Jesteś na stronie: http://zimniak.art.pl/  * Jesteś na stronie: http://zimniak.art.pl/  * Jesteś na stronie: http://zimniak.art.pl/  * Jesteś na stronie: http://zimniak.art.pl/  * Jesteś na stronie: http://zimniak.art.pl/  * Jesteś na stronie: http://zimniak.art.pl/