UNDER CONSTRUCTION!
Okładki: |
Andrzej Zimniak
DOKUMENTACJA DOROBKU
|
|
W tym dziale docelowo znajdą się krótkie opisy i fragmenty wszystkich moich opublikowanych utworów. Lubię porządek, i również dlatego robię tę stronę. Poza tym ułatwi ona czytelnikom wybór tych tekstów, które chcieliby przeczytać. Kiedyś będą mogli sami ułożyć sobie zbiorek, czyli zrealizować druk na życzenie. |
Kwerenda (kolejność wg daty napisania): |
||
|
Biały rój Maj 2003-lipiec 2005, wyd. luty 2007, 293 strony (powieść). Komentarz Do Ziemi zbliża się rój lodowych asteroid po takiej trajektorii, że kataklizm jest nieunikniony. Tymczasem ludzie nadal krzątają się wokół swoich spraw, walczą o władzę i srebrniki, urzędują wypełniając rubryki przewidziane w okólnikach. Okazuje się, że najsprawniej zaczyna funkcjonować nieformalny zespół wolontariuszy, choć ma przeciw sobie nie tylko fanatyków, ale także poważne urzędy trzymające władzę - na szczęście nie wszystkie, bo nawet pośród urzędników da się znaleźć jednostki z wyobraźnią. Ta książka ma wielu bohaterów, ale wyróżniają się dwaj: genetyka i indolencja władzy wobec precedensów. Genetyka może pomóc w przystosowaniu człowieka do nowych warunków, w których przyjdzie mu żyć, a indolencja decydentów może łacno te działania pokrzyżować. Fabuła prowadzona jest głównie dialogami, akcja rwie ostro do przodu, nie poskąpiłem sensacji, którą doprawiłem szczyptą erotyki. Styl tej książki ma niewiele wspólnego z poetycko-onirycznym nastrojem mojej pierwszej powieści "Marcjanna i aniołowie", wydanej w 1989 roku. |
Fragment
Genetyk Gloria Herreira była dobrze utrzymaną czterdziestolatką. Miała kruczoczarne, gładko zaczesane włosy z przedziałkiem pośrodku głowy, kokieteryjnie podwinięte rzęsy, pociągłą, nadal urodziwą twarz i trochę przesuszoną figurę tancerki. Właściwie bez przerwy tańczyła, bo tak można było określić jej żywiołową gestykulację. Fireball, pomyślał Haywick. — Droga pani profesor — zaczął, pozostając pod wrażeniem dynamiki i urody jej ruchów. — Mamy niewielki wybór: spróbować dostosować się albo zginąć. Więc… — Więc może — weszła mu w słowo — lepiej zginąć człowiekiem, niż przeżyć padalcem? Nie sądzi pan, Benonie Haywicku? Stokroć lepiej terraformować kosmos, niż kosmoformować człowieka! Haywick wstał i podszedł do kamiennej balustrady. Nisko, nad wynurzającymi się z mgły górami wisiał księżyc w pełni, przypominający gong w kolorze jasnej sepii. Od pobliskiego płaskowyżu wiało chłodem. — Sęk w tym, że terraformowanie kosmosu na razie możliwe jest tylko w fantastyce, i to niezbyt naukowej — zauważył. — Natomiast w kwestii wyborów… mam nieco inne zdanie niż pani. Uważam, że zgoda na śmierć jest najgorszym wyjściem. Mówiąc krótko, sympatyzuję z materią ożywioną, jakakolwiek by ona była. Padalec może kiedyś przekształcić się w anioła, jeśli damy mu szansę i trochę czasu, a z truchła z pewnością nie powstanie nic oprócz garści pyłu. — Nie zgadzam się! — krzyknęła, wyrzucając ręce w górę i kończąc przytupem. Podbiegła do balustrady, oparła się o kamień koniuszkami palców i spojrzała w dół urwiska. — Ależ tu wysoko! I pięknie. Czuje pan, jak cała budowla jest jeszcze nagrzana słońcem? Te stare mury, popękane i łuszczące się, są tak bardzo autentyczne. Na pewno pamiętają jeszcze czasy nie tylko sprzed deglomeracji latyfundialnej, ale nawet sprzed globalizacji. Może przeżyją ludzkość? — A więc nie możemy liczyć na pani współpracę? — Pytanie zabrzmiało obcesowo, ale chciał mieć pewność. Zapatrzyła się w księżyc, którego blask wygładził jej zmarszczki, stonował barwy i zamienił twarz w starojapońską maskę. — Tego nie powiedziałam — stwierdziła, stukając w kamień paznokciem. — Moje zdanie, hmm, nie jest aż tak ważne. Tyle rzeczy robimy codziennie wbrew sobie... A poza tym każdy rozumny człowiek wie, że nie zawsze ma rację. Szanuję cudze opinie, wysłuchuję ich, uczę się. Wiem, że jestem impulsywna i nigdy nie zmieniam zdania, więc wprowadziłam na własny użytek poprawkę, którą nazywam współczynnikiem poszanowania intelektualnego. Specjalnie dla takich intelektualistów jak… na przykład pan, doktorze Haywick.
|
Intermezzo z Chrys2sem Sierpień 2005, 38 stron. Komentarz To dosyć kontrowersyjne opowiadanie. Parowski narzekał na nie, ponoć nie podobały mu się dialogi, a nie światopogląd. Nigdzie nie jest powiedziane, że Chrystus nie może mieć brata, a z Bogiem nie można negocjować. Kto wie, może istnieje tylko bariera językowa? Kolokwializm wypowiedzi bohaterów tej opowiastki świadczy o tym, że niekoniecznie tylko filozofowie mogą próbować włączyć się do takich negocjacji. Treść jest z grubsza taka: na ludzkość spada nieszczęście, plaga, która, paradoksalnie, roznosi się przez miłość. Nie, moi drodzy, to nie żaden nowy syfilis - zaraza jest mentalna i dotyka tych najlepszych, co potrafią kochać empatycznie. Ludzkość woła Boga na ratunek, i ratunek nadchodzi (choć nie jest pewne, czy wołanie dotarło do Adresata). Ród ludzki zostaje ocalony, ale cena - rozumiana jako wiara w wyższą sprawiedliwość - po raz kolejny wystawiona jest na niszczącą próbę. |
Fragment - No - sapnął śmigstylny, poprawiając kuloodporną misiurkę. - Przyniosłem coś dla ciebie, Baraba. - Wyciągnął zza pazuchy różową bibułkę zwolnienia z zakładu i uniósł ją dwoma palcami jak zdechłego szczura. - Jest twoja. Więzień skoczył na równe nogi, ale tamten cofnął dłoń, drażnił się z nim. - Jest twoja, ale nie za darmo. Chcę cię zaangażować. Wszyscy obecni zastygli w pół ruchu i wstrzymali oddechy. Cholera, ten Herbst sam negocjuje, reszta to dupki, asysta, publiczka, nawet nie mają pojęcia, o co chodzi, pomyślał Barabas. Opuścił ramiona w geście podporządkowania. - Robimy spektakl, a ciebie wytypowano do głównej roli. Będziesz gwiazdą, obejrzy cię co drugi człowiek na Ziemi, licząc wszystkich, nawet buszmenów i speleologów nigdy nie wyłażących z grot! Pojmujesz? Barabas milczał, koncentrując się. Usiłował nadążyć i jednocześnie odsiać blef od prawdy. Jego wyjałowiony odsiadką umysł błagał o litość, pracując na najwyższych obrotach. - Gdy cytuje się filozofów - dalej katował go Herbst - nie wolno interpretować twierdzeń wprost, chyba o tym wiesz, podobnie jak tu obecni funkcjonariusze. - Nie spuszczając go z oka zatoczył dłonią koło, co wypadło teatralnie, i zapewne właśnie tak miało wyglądać. - A więc: jesteś drobnym złodziejaszkiem-recydywistą, tak jak w zasadzie... każdy. Bo każdy usiłuje coś skraść dla siebie, jedni uczucia, zabierając je konkurentom, inni zaszczyty, które przysługują lepszym choć pokorniejszym, a wszyscy wszystkim - pieniądze, które są fetyszem od dnia ich wynalezienia. Pieniądze skradzione bez naruszenia kodeksu nazywa się pieniędzmi zarobionymi. Czyli, Barabasie, nie będąc mordercą ani gwałcicielem należysz do nas, zwykłych ludzi, choć niestety wykazujesz mniej sprytu od średniego obywatela. Przy tym jesteś, jak my wszyscy, synem Bożym, wszak bez wyjątków mamy prawo nazywać się Jego dziećmi. Wracając do naszego spektaklu, to jesteśmy w wygodnej sytuacji, bo nie musimy wybierać między Barabaszem a Jezusem, wszak nosisz oba te imiona. Osądzimy cię sprawiedliwie i uwolnimy albo skażemy, a w zależności od werdyktu zagrasz Barabasza albo Chrys2sa. W obu przypadkach po happeningu będziesz wolny, wolność stanowi twoje honorarium za występ. Więźnia chwycił zawrót głowy. Czy ten skecz dzieje się naprawdę? - Bę-dziecie mnie przy-przybijać? - jąkał się. - Do krzyża? Śmigstylny rozłożył ręce. - Cóż, do tej roli nie angażujemy kaskadera, ale weź pod uwagę, że zapewne zostaniesz uniewinniony, a jeśli nawet nie, po twojej stronie będzie nowoczesna technika choreograficzna. Jednak według umowy wszystko musisz zagrać sam, od początku do końca. - Do jakiego... końca? - Jak to, jakiego? Do zmartwychwstania. Bóg-Ojciec przyjdzie, aby cię uwolnić. Odstępstw od scenariusza nie przewidujemy.
|
Kochać w Europie Sierpień - wrzesień 2003, 20 stron. Komentarz Niewątpliwie, jest to tekst prześmiewczy, groteska, czarny humor, itd. Poza tym możnaby odnieść wrażenie, że idę w jednym szeregu z feministkami, homofilami, i podobną awangardą wolnomyślicieli. Nie całkiem. Otóż czasem okazuje się, że użyłem ostrego jęzora albo powiedziałem coś złośliwie. Tylko czasem, bo na co dzień jestem układny i spokojnej natury. Ale czasem, jak natrafię na niezrozumiałe, przesadne zachowania, na ekstrema, na coś, co ma szanse - przy kontynuowaniu trendu - sięgnąć rejonów absurdu, wtedy korci mnie, żeby stworzyć parodię, hiperbolę. Raz więc dostaje mi się z prawa, a raz z lewa, bo wyśmiewam dziwolągi po obu stronach drogi. Za to żadne ugrupowanie nie próbuje rościć sobie do mnie pretensji, więc mogę nadal pozostawać outsiderem. I, uwierzcie, całkiem mi z tym dobrze. |
Fragment Rozprawa była otwarta, lecz przybyli tylko nieliczni obserwatorzy, ponieważ sprawy prenatalne zdążyły już spowszednieć. - Otwieram rozprawę przeciwko obywatelowi Europy Pawłowi Molickiemu - oznajmił eurolicencjonowany sędzia w błękitnej todze z trzydziestoma słonecznymi gwiazdami, rozmieszczonymi helikoidalnie. - Proszę pana prokuratora o zabranie głosu. - Dziękuję - powiedział chudy, siwowłosy mężczyzna, powstając i zapinając marynarkę. Miał w sobie coś z sępa, zarówno w twarzy, jak i w ruchach. - Będę mówił krótko, bo sprawa jest typowa. Oto tam, na ławie oskarżonych, siedzi morderca prenatalny. Zostało dowiedzione, że w czwartym miesiącu matczynej ciąży zaatakował swojego brata, a potem w następnych tygodniach ponawiał haniebne postępki, powiem więcej, mordercze poczynania, które spowodowały zgon bliźniaka, a następnie resorpcję płodu przez organizm matki. Pragnę podkreślić, że matka jedynie wchłonęła martwe ciało, i proces ten nie ma nic wspólnego z poronieniem, nie można więc w żadnym stopniu uważać jej za winną. Mężczyzna wstał i wyszedł przed audytorium, po czym wskazał na przestrzenny hologram, który ukonstytuował się nieco z boku na wysokości dwóch metrów, doskonale widoczny z każdego miejsca sali. Wewnątrz pojawił się tomograficzny obraz wnętrza brzucha ciężarnej kobiety, w którym obejmowały się i przepychały dwa płody. Środowisko było cieliste, galaretowate, półpłynne. Prokurator zmienił obraz. Teraz poruszał się już tylko jeden płód, a ten nieruchomy przy kolejnych odsłonach zmniejszał się, zamieniał w kadłubek, rozpuszczał, aż w końcu zupełnie znikł. Pozostały rozpierał się w obszernym brzuchu, miał teraz znacznie więcej miejsca. Po widowni przebiegło westchnienie. - Tak, proszę państwa. Wszyscy byliście świadkami przestępczego czynu. Nagrania dowodowe zostały zarejestrowane w Szpitalu Bielańskim, a o ich prawdziwości zaświadczy obecny tu doktor Wernicki. Proszę, doktorze. - Poświadczam - potwierdził lekarz, siedzący w ławie świadków. - Przejrzałem szpitalne archiwum i nie mam żadnych wątpliwości co do tożsamości matki, syna i płodów. - Czy obrona chce na tym etapie rozprawy skorzystać z prawa głosu? - Włączył się sędzia. - Nie - poinformował przydzielony z urzędu adwokat. - Owszem, tak - odezwał się przedstawiciel społeczności Łemków. Oprócz Łemków przybyli reprezentanci grup etnicznych Kaszubów i Tyrolczyków. Tyrol ostatnio mocno akcentował swoją obecność, zapewne szykował kolejną petycję o rozszerzenie uprawnień. - Chciałbym wiedzieć, dlaczego płód ma odpowiadać według kodeksu, którego jeszcze nie miał okazji poznać? - Proszę o pozwolenie na odpowiedź. - Prokurator znów wyszedł przed audytorium. Gdy sędzia skinął głową, kontynuował. - Otóż muszę nie bez żalu stwierdzić, że większość obywateli Europy też nie zna kodeksu, ani karnego, ani żadnego innego. Niestety. A mimo to, zgodnie z literą prawa, odpowiada za czyny przestępcze! Chciałbym od razu uprzedzić następne pytanie i przypomnieć, że istnieje w kodeksie istotny paragraf 45, dotyczący przestępstw nieumyślnych. Cytuję: Za nieumyślne pozbawienie życia stosuje się karę więzienia do lat dziesięciu.
|
Śmierć ma zapach szkarłatu Grudzień 2002 - luty 2003, 69 stron. Komentarz Znana sprawa - jak chce się wykorzystać człowieka jako narzędzie, zrobić z niego posłusznego i sprawnego agenta, należy oskarżyć go, a potem dać wybór: albo my wykonamy karę, albo ty wykonasz zadanie. Trochę mniej znana rzecz, to przystosowanie agenta - misja wymaga modyfikacji cielesnych. Ale nie takich typowych, jak powiększenie masy mięśni czy zwielokrotnienie odporności na stres - chodzi o to, że EmirII ma wytropić po zapachu swoją byłą kochankę. A jakie stworzenie nadaje się do tego lepiej niż przedstawiciel społeczności owadów, będący w stanie zareagować już na kilka pojedynczych molekuł feromonu swojej samicy? Nic nie szkodzi, że wizualizuje ów zapach w postaci fioletowej chmury ze złotymi rozbłyskami, wszak można spekulować do woli, jak owady "czują" świat pełen woni i atraktantów. Opowiadanie to, czy może mikropowieść (prawie 70 stron), pisałem w dużym tempie, aby domknąć zbiór dla "Fabryki słów". Utworowi wyszło to na dobre, bo jest spójny zarówno w stylu, jak i nastroju. Taki "bat" nieraz bardzo przydaje się autorom. Wyszło opowiadanie sensacyjne, trochę pachnące thrillerem, o szybkiej akcji, w sporej części prowadzone dialogami. Wymaga od czytelnika dużej wyobraźni - bo trzeba wczuć się w system percepcyjny owada. Mocne sceny, tekst raczej dla mężczyzn. |
Fragment Jej prawdziwy zapach niedawno podarował mu pułkownik Vertejak. Już wcześniej, jeszcze w ludzkiej skórze, Emir dobrze poznał ludzką wersję kompozycji Sulejki, bo podczas samotnych wieczorów podniecał się wtulając twarz w tę część damskiej garderoby, którą kiedyś przez niedopatrzenie dziewczyna zostawiła w jego łóżku. Jednak dopiero jako EmirII zobaczył - właśnie, dosłownie zobaczył - urodę i niepowtarzalny charakter atraktantów byłej kochanki. Następnego dnia po przeistoczeniu komendant wziął go do siebie i wyjął z szuflady damskie figi, które kiedyś były czerwone w żółte kwiatki, a teraz aż buchały intensywnym fioletem, a w nim jak race eksplodowały złote płomienie. Tak wyglądał wspaniały, jedyny zapach Sulejki! Skoczył wtedy na siatkę swojego boksu, a pułkownik zdjął wieko i łaskawie wrzucił mu majtki do środka. EmirII wpadł w ich fałdy, nagarniał materiał odnóżami, chwytał szczękami i dotykał głaszczkami wargowymi, prężył odwłok wyginając go w kabłąk, sycił się kochanką jak podczas najprawdziwszego ars amandi. W zmysłowej konsumpcji brała udział ludzka część jego percepcji, nie było imperatywu owadzich feromonów i wrażenia dźwigni, sterującej zachowaniem bez udziału świadomości. - Musiała być naprawdę dobra - zadudnił głos Vertejaka, a potem rozległ się łoskot śmiechu. - Mikrożołnierzu, tak dobrze zapamiętaj ten zapach, ażeby wrył się w twoje pseudomózgowe zwoje do końca życia. Jasne? Pułkownik nachylił się nad nim i spoglądał olbrzymim, wolim okiem. Pachniał na żółto z odcieniem sepii. - Czy po to mnie zrobiliście? - zasygnalizował skrzydłami EmirII. Stękające gromy i uderzenia szybkich szkwałów, czyli śmiech. - Nigdy nie zapominaj, że w gruncie rzeczy jesteś człowiekiem. I że ją kochasz. - Gdzie ona jest? - nadał, a Vertejak poprawił słuchawkę w uchu. - Jest szczęśliwa, bo kocha i zabija. Dewiacyjne spełnienie w łączeniu miłości i śmierci. Powinieneś to rozumieć. |
Egzorcysta Luty-sierpień 2002, 42 strony. Komentarz
Dawny Ptasznik przekwalifikował się na Egzorcystę, bo tego wymagała kosmiczna
unifikacja, która doprowadziła również do galaktycznego ujednolicenia prawa.
Odebrano chleb Ptasznikowi, ale Egor ma się czym pożywić - wypędza z ludzi
zło, za co pobiera prowizję. I stałby się wyrobnikiem jak większość z nas,
gdyby nie pewien kruczek: oto jego prowizja obejmuje również ekwiwalent
za ludzką chciwość, przewrotność i wiarołomstwo. Okazało się, że Egor trafił
na istny róg obfitości!
Opowiadanie jest kontynuacją
tekstu "Ornitologia" z 1985 roku. Tam Ptasznik wykorzystywał różnice w
surowości kodeksów różnych planet, aby zgarniać dolę za utrzymywanie praworządności.
Teraz czasy stały się bardziej poprawne: należy ludzi ulepszać, a za wykonaną
pracę trzeba brać wynagrodzenie. Ciekawiło mnie, jak można zarobić nie
wykorzystując ludzi, lecz ich przywary - i ten wątek rozwijam w "Egzorcyście".
|
Fragment Ptasznik przekwalifikował się na Egzorcystę. Jego nowym zadaniem było wypędzanie z ludzi zła, a to działanie, zwłaszcza przy liberalnym podejściu, nieraz dawało się zaklasyfikować jako czynienie dobra. Można więc powiedzieć, że nasz bohater nie tylko potrafił odnaleźć się w nowej rzeczywistości, ale także wykazał powszechnie oczekiwaną poprawność etyczno-moralną. A fakt, że przy okazji zarabiał na życie i czerpał z tego wszystkiego przyjemność, było wyłącznie jego prywatną sprawą. Jego i Oczu Dowodowych, wykalibrowanych jurysdykcyjnie przez najwyżej rozwinięte konsorcja, realizujące rządowe zamówienia. Oczy Dowodowe, unosząc się zawsze tam, gdzie trzeba, bezmyślnie śledziły wszelkie poczynania istot rozumnych, tym samym nie naruszając ich prywatności, i ożywiały się dopiero wtedy, gdy w wyniku jakichś nieprzemyślanych działań Obywatel zamieniał się w Podejrzanego. Jest oczywiste, że Ptasznik-Egzorcysta, w skrócie Egor, starał się nigdy nie budzić Oczu z ich czujnego snu. [...] Homofilnie zmodyfikowany gwiezdny rumak, którym podróżował, zapewnił mu symulację podstawowych wygód, pławił się więc w wannie, zażywał wodnych masaży, jadał kwiczoły nadziewane jąderkami koników morskich, uprawiał miłość z hologramem wypełnionym jędrnym i ciepłym polem siłowym, a w łóżku, do kieliszka courvoisiera, czytywał Szekspira. Jednak podczas przepraw przez rozlewiska czasu nie zawsze mógł prowadzić obserwacje świata zewnętrznego, więc gdy w końcu wierzchowiec wynurzył się z turbulencji i wyrwał grawitacyjnymi skokami do pierwszego z wyznaczonych celów, w mig podłączył się do oczu zwierzęcia i zachłannie rozejrzał po okolicy. Wprost przed nim, zdawałoby się że na wyciągnięcie dłoni, w granatowym kosmosie jaśniała zielono-żółta planeta. Uśmiechnął się do swoich myśli: oto nieznany glob sygnalizuje barwnym kodem, że nadchodzi czas żniw. Uniwizor, nastawiony na pomiar zaawansowania cywilizacyjnego, nie wykazał istnienia supertechniki żadnej kategorii, ale ktoś, kto żył tam w dole, musiał przynajmniej znać i stosować koło. Tubylcy plasowali się na średnim poziomie inteligencji, zaludnienie było małe, a współczynnik porządku społecznego i moralności okazał się satysfakcjonująco niski. Egzorcysta odłożył tubus i zatarł dłonie. Będzie kogo ratować! Zakomunikował biostatkowi, że jego wybór padł właśnie na ten świat. Bezzwłocznie rozpoczęli lot rozpoznawczy. |
Na końcu będzie słowo Październik 2001 - styczeń 2002, 28 stron. Komentarz Dwóch przyjaciół pisze do siebie listy z życzeniami. Jednak na starość stają się wygodni i zlecają tę czynność wyspecjalizowanym firmom. Bezterminowo, a więc po śmierci jednego z nich listy nadal regularnie nadchodzą. Gdy odchodzi drugi, ożywiona korespondencja trwa nadal, a nawet rozkwita, ponieważ zatrudnione firmy stale ulepszają swoją ofertę, zwłaszcza po zainstalowaniu Sztucznych Inteligencji. Po Wielkiej Wojnie Virusowej na ślad tej korespondencji trafiają historycy i odkrywają rzecz zdumiewającą: w ramach akcji zrównywania praw białkowców i wirtuali naszych bohaterów rewitalizowano, podobnie jak to uczyniono np. z bohaterami interaktywnych seriali telewizyjnych. Gdzie oni są teraz i jak im się żyje? Można odnieść mylne wrażenie, że to humoreska. Otóż jest to nostalgiczna opowieść o przemijaniu i świecie, w którego obwodach już niebawem będziemy mieli przyjemność się zanurzyć. Ten pomysł nosiłem od lat, ale wciąż nie byłem gotowy do rzucenia go na papier. Przecież nie zakończę ckliwej historyjki opisem oberwanej furtki ze skrzynką na listy, pełną rozmiękłego od deszczu papieru! Tu jest miejsce na dydaktyczną radę dla młodych: nie piszcie (i nie mówcie) byle czego, poczekajcie, aż będzie o czym. Nie wystarczy sklecić fabułkę, wasza historia musi coś czytelnikowi mówić. Najlepiej coś ważnego. W końcu, po chyba ok. 15-tu latach, pojawiły się brakujące ogniwa fabularne, nadeszła puenta, wytworzył się nastrój. Skąd, w jaki sposób? Może wreszcie dojrzałem do tematu? Nie powiem, bo sam nie wiem. Nawet się nad tym nie zastanawiam, bo to nie moja robota. Może powstanie nowa specjalizacja krytycznoliteracka, coś w rodzaju psychologii pisania literatury? Dopiero wtedy dowiem się, skąd pisarze biorą pomysły, i dlaczego jedni piszą wbrew wszystkiemu, choć nie są maniakami, a inni gasną jak meteory, choć niewątpliwie też mają talent. |
Fragment
Drogi Gismunie, wybacz, że dawno nie pisałem, ale nie miałem na tyle ważkiego tematu, abym śmiał zajmować Twój czas. To się zmieniło, bo wczoraj przeżyłem zaiste dziwną przygodę, zupełnie jakby wyjętą z jakiegoś horroru o samuraju-shinto. Siedzę tedy sobie spokojnie w mojej ulubionej akademickiej kawiarence, gdy ktoś nagle zasłania mi światło, a tego bardzo nie lubię, zwłaszcza kiedy grzebię w materiałach i nie mogę znaleźć odpowiedniego odnośnika. Podnoszę więc twarz na tego osobnika, jak sądziłem - studenta, gotów naurągać mu od bezinteresownych szkodników, bo jaki skolar mógłby mieć interes w utrudnianiu dociekań na temat Zachowań Seksualnych Ludów Przedcybernetycznych, którym to - dociekaniom, mój drogi - właśnie się oddawałem. Podnoszę tedy wzrok i nabieram powietrza, ale daję sobie czas na akomodację soczewki, wszak nie widzę zbyt dobrze, a potem dodaję sobie jeszcze nieco więcej czasu na namyślunek, bo widzę, że... sprawa jest bardziej skomplikowana, niż sądziłem. Gość, stojący nade mną, okręcony jest w szczególnego rodzaju starannie dobrane łachmany, które niektórzy nazywają ciuchem cebulkowym. Twarz ziemista, ale to wszystko nic - jego oczy! Oczy są jak wrzecionowate dziury do innego wszechświata, nie mają barwy, powierzchni, konsystencji, i pozostają doskonale puste, bo nie potrafię ich opisać, ale czuję, że w ich głębi czai się straszliwy napór odległej materii, ciśnienie pyłu, z którego powstają gwiazdy. Wstrzymuję oddech i czekam na moment, w którym ta mgławica eksploduje na mój świat, aby zrobić miejsce pod zarzewie młodej galaktyki, lecz nic takiego nie następuje. Stwór odsuwa się nieco, zupełnie jakby był dalekowidzem i chciał dokładnie przeczytać mnie całego, a ja wtedy znów robię się silny, prężę wątłe mięśnie, wypuszczam hormony agresji z przyschniętych gruczołów, odchrząkam, co powinno brzmieć jak narastające warczenie lwa. Tamta maszkara odstępuje jeszcze dalej i... uśmiecha się bezgłośnie, szczerzy rządki cholernie równych, sztucznych zębów, pokrytych modną szaroniebieskawą śniedzią. Wysuwa do przodu ramiona, dotychczas schowane za plecami, w uspokajającym geście: nic ci nie zrobię, nie bój się, człowieczku! Stwór macha swoimi gargantuicznymi łapami w zupełnie idiotyczny, niebezpieczny sposób, więc nic dziwnego, że trafia w kontuar i rzędy zawieszonych nad nim kieliszków. Kulę się odruchowo, oczekując na grad odłamków szkła, ale jest wciąż cicho, tak dziwnie cicho. Bar i szkło uginają się, a potem wracają do pierwotnego kształtu - nawet nie podejrzewałem, że uniwersytecką kanajpkę stać na taką zgrabną symulatkę - a gość wciąż uśmiecha się, a w końcu opuszcza ramiona i wychodzi. W drzwiach przystaje i znów taksuje mnie spojrzeniem swoich nie-oczu, robi to o wiele za długo, ale ja jestem hardy i wciąż wypełnia mnie moc. Dopiero gdy tamten przekracza próg i znika, powraca rzeczywistość, a ja wyczuwam w przełyku sopel lodu długi przynajmniej na łokieć. Tak, drogi Gismunie, to spotkanie było dalekie od codziennej kurtuazji naukowych salonów, niechby powierzchownej, ale takiej, do której nawykłem. Gdy szkło kielichów, zawieszonych nad barem, znowu zalśniło jak żyrandole z moskiewskiego socrealu, przewietrzyłem płuca, zgarnąłem szpargały, po czym udałem się do bursy. Chyba rozumiesz, że nie byłem w stanie dalej pracować tego wieczoru. Kim był dziwny nieznajomy, nie wiem. Na drugi dzień rozpytywałem u barmana, a potem u tej zdziwaczałej poetki, skrobiącej w kącie wiersze na antystatycznych serwetkach, ale niczego się nie dowiedziałem. Chyba nie był niebezpieczny, bo w trakcie jego wizyty źrenice spokojnie polatywały pod powałą, a na zewnątrz roiły się nad wejściem w normalny, stochastyczny sposób. Chociaż licho wie, może zostały nielegalnie przestrojone, wszak w dzisiejszych ciekawych czasach deprawacja możliwa jest na każdym poziomie dostępu.
Napisz, przyjacielu, jak posuwa się Twoja praca nad Pangalaktyczną
Historią Publicznych Wychodków. Pionierskość tych dociekań jest zaiste
porażająca, choć - jak kiedyś donosiłeś - nie dla Komisji Nowatorskich
Badań. Niestety, KNB ma w wyłącznej gestii fundusze zarówno statutowe,
jak i indywidualne, o czym obaj przekonaliśmy się wielokrotnie.
Twój oddany Imoro.
|
Przygoda ostatniej blondynki Sierpień-grudzień 2000, 22 strony Komentarz Nie, moi drodzy, TO NIE JEST FANTASY!!! Może więc fantastyka baśniowa? Poniekąd, choć prawdę mówiąc obecnie każda hard sf jest trochę baśniowa. Tyle się dzieje w nauce i okolicach, że my, autorzy, "oswajamy" magię na chwilę wcześniej niż uczynią to jajogłowi. Aluzja i przenośnia stały się bardziej nośne po tym, jak okazało się, że każda bardziej ścisła antycypacja przyszłości warta jest funta kłaków. Jeśli do tego pisze się z lekkim dystansem, a nawet przymrużeniem oka, jest szansa, że utwór nie zestarzeje się już w przyszłym roku. Pewna śliczna blondyneczka jest znudzona nie tylko mężem, ale i dotychczasowym życiem. Szuka pomocy u swojego lekarza (nie psychoanalityka, to byłby amerykanizm), a ten aplikuje jej czasowe przeniesienie do świata baśni. Sam jest stamtąd, a w zgrzebnej rzeczywistości tylko zarabia na życie. Okazuje się, że oba światy przenikają się i właściwie stanowią jedność, a nasza blondynka zaczyna rozumieć znacznie więcej, co powinno ułatwić jej życie. Jednakże nie da się przed nią ukryć, kim jest naprawdę... |
Fragment
Pędzili razem przez chłodną noc, ramię przy ramieniu. Woskowy księżyc
przeświecał przez chmury, podobne do rozbryźniętej galarety, a dołem pomykały
miasta, rozsypane hałdy tlejących brył, i uśpione, mroczne wsie. Zatrzymywali
się i wchodzili do mieszkań, domków, lepianek, na wskroś przenikali przez
ściany, maszyny, sprzęty.
|
Przynieś mi serce Matki Teresy Wrzesień 1998 - styczeń 1999, 41 stron Komentarz Zacząłem pisanie z głębokim przeświadczeniem, że pracuję nad tekstem marynistycznym, ale zarówno fabuła, jak i przesłanie szybko wymknęły się spod autorskiej kontroli i zamiast szantów powstał song o miłości. Jest w tym zwariowanym opowiadaniu również o nurkowaniu w światach równoległych, o kosmoformowanych osadnikach z gwiazdy Tau Ceti i o tokijskich burdelach, ale głównie chodzi o poszukiwanie czystej miłości pośród zjawisk, reprezentujących wielość odcieni i niuansów tego słowa. Wszak miłość może być chrystusowa, bliźniego, duchowa, fizyczna, rodzicielska, platoniczna, namiętna, wyuzdana, kazirodcza, narcystyczna, a także własna, do świata, zwierząt lub książek (poprzestanę na tym skróconym wyliczeniu). Można długo dyskutować, czy damsko-męska miłość ogłupia, zniewala, narkotyzuje, paraliżuje i prowadzi do nieuchronnych rozczarowań lub tragedii, czy może wprost przeciwnie: uskrzydla, dodaje sił, pobudza talenty, eliminuje samotność i nadaje sens życiu. W tym opowiadaniu nie umniejszam chwały Świętej, lecz nobilituję miłość kobiety i mężczyzny, bo uczucie to bywa wzniosłe, piękne i szlachetne, i nie ma w sobie nic z grzechu, dopóki sami nie zgrzeszymy. Można w skrócie powiedzieć, że napisałem alternatywną historię Matki Teresy, która poszukiwała czystej miłości wśród ludzi. Mamy więc nurkowanie w praoceanie kosmicznym i we wnętrzu gwiazdy, poszukiwanie miłości doskonałej wśród ludzi, a także historię alternatywną Matki Teresy. Nurek Aristo dostaje dobrze płatne zlecenie z kolonii kosmoformowanych ludzi, żyjących w gazowych obłokach gwiazdy Tau Ceti. Ci ludzie są w zasadzie nieśmiertelni, ale od pewnego czasu ich mężczyźni umierają na dziwną chorobę, którą zaszczepia w nich ktoś przybywający z wnętrza gwiazdy. Aristo ma wytropić i unieszkodliwić intruza, ale okazuje się, że w tym celu musi nauczyć się nurkowania w światach równoległych, w których stężenie miłości jest inne niż w naszym. Czy nurek Aristo pozostanie sobą? |
Fragment
Nurek Zerowej Klasy Genlord
Aristo szykował się do kolejnej wyprawy. Pozbył się natłoku myśli, wyciszył
wewnętrznie, sprawdził funkcje organizmu. Rozpoznał i uruchomił możliwości,
których zalążkami dysponuje każdy człowiek: wyczuł istnienie układów molekularnych,
będących czymś więcej niż tylko łańcuchami atomów węgla i wodoru, zyskał
świadomość cielistości przestrzeni, żyjącej i posiadającej pamięć, poczuł
się współgospodarzem, reprezentującym jedną z cech świata.
|
Wiano, kobiety i śmiech Luty 1998, 12 stron Komentarz
Istnieje kilka problemów,
spędzających ludziom sen z powiek na przełomie wieków. Jedni obawiają się
starych upiorów, jak wojna jądrowa, zanieczyszczenie środowiska czy efekt
cieplarniany, inni z niepokojem śledzą badania nad sztuczną inteligencją,
manipulacjami genetycznymi czy nanotechnologią. Zyskaliśmy wgląd w geny,
w tę cudowną księgę przepisów, według których powstaje życie. Więcej, możemy
pisać w tej księdze, lecz nie mamy pewności, jak ona później zostanie odczytana.
Mamy klucze do wielu drzwi, ale nie wiemy, dokąd prowadzą przejścia. Wciąż
nie mamy pojęcia, jak z kilkukomórkowego zarodka powstaje organizm pełen
wyspecjalizowanych tkanek i co steruje włączaniem się poszczególnych genów
w trakcie rozwoju.
Rzecz jest o manipulacjach genetycznych, klonowaniu ludzi, a także o efekcie
ubocznym, jakim okazało się "uczłowieczenie" krowy. Irena i Piotr powinni
być szczęśliwi, bo mają wszystko: wzajemną miłość, zdrowie, dostatek, i
mogą mieć dzieci. Jest jednak jeden mały problem - z badań genetycznych
wynika, że ich potomstwo najprawdopodobniej będzie upośledzone genetycznie,
więcej - ich dziecko niemal na pewno nie będzie normalne.
|
Fragment
Irena brodziła
w wysokiej trawie, poprzerastanej kępami koniczyny i lucerny. Jakieś wiotkie
rośliny o długich łodygach obsypały ją płatkami białych kwiatów. Polatywały
niepozorne, podobne do ciem motyle, pasikoniki wypryskiwały spod jej stóp
i umykały chaotycznym, szarpanym lotem, podobne do trafionych w powietrzu
samolotów. Życie pleniło się i kipiało w każdej kępie trawy, a polegało
ono głównie na kopulacji i wzajemnym pożeraniu. Moja linia rodowa długo
by nie przetrwała w tym kotle, pomyślała. Nasza dobra cywilizacja nie tylko
że mnie nie kasuje, ale jeszcze proponuje sposób na posiadanie potomstwa.
Nie szkodzi, że chromego jak ja sama, bo przecież można je dalej klonować,
i złe cechy zapewne nigdy się nie ujawnią. Zapewne.
|
Osiem opowiadań o zbóju Enkelu Historie sowizdrzalsko-łotrzykowskie pisane w latach 1994-97 190 stron |
||
Streszczenie
Enkeliada nie jest w zasadzie powieścią, lecz ciągiem ośmiu opowiadań,
humoresek sowizdrzalsko-łotrzykowskich o chronologii czasowej, połączonym
nie tylko postaciami bohaterów, lecz także sekwencjami zdarzeń. A więc
coś pośredniego. Pisane w 1. osobie, styl lekki, nonszalancki, tekst pełen
kolokwializmów. W uproszczeniu: Enkel to facet z głębokiego marginesu,
który z lęku przed światem walczy z każdym, kto, jak sądzi, może
mu zagrozić. Jest takich wielu, więc bój trwa nieprzerwanie z utworu na
utwór, a bohater swój lęk pokrywa nonszalancją. Enkel jest zdolnym prostakiem-samoukiem,
kierującym się kodeksem honoru "ludzi prawdziwych", jak sam nazywa siebie
i sobie podobnych. Całą infrastrukturę społeczno-polityczną i państwową
uważa za wyraz bufonady fircyków i za grę pozorów, śmieszną i niepotrzebną.
Ma jednak swoją własną etykę, a właściwie wypracowuje ją sobie, żmudnie
do niej dochodzi; jest przykładem człowieka, który samotniczo, bez
pomocy lub nawet wskazówek z zewnątrz, dobija się swoich wartości, swojej
moralności. W pewnej chwili okazuje się, że jest mu po drodze z siłami
o etyce chrześcijańskiej, więc marsz odbywa się w tym samym kierunku, choć
obok siebie.
|
Komentarze
Interesujący
jest wpływ tworzenia intuicyjnego na kształt tytułowego opowiadania serii,
czyli "Klatki pełnej aniołów". Nowela miała być z założenia antyklerykalna
(nie antyreligijna!). Jednak przy pisaniu nigdy nie wymagam od siebie zbyt
rygorystycznego przestrzegania planu, a wydaje się, że bardzo trudno napisać
cokolwiek wbrew swojemu superego. Potem przyszło mi do głowy sformułowanie "naplułem mu w pępek", które zdefiniowało językowy klimat całego
cyklu.
|
|
v v v |
v v v |
|
Klatka pełna aniołów Marzec-maj 1994, 17 stron |
Fragment Naplułem mu w pępek. Jasne, że wymagało to pewnej zręczności, ale w tym także byłem dobry. Czyn stanowił obrazę jeszcze uchodzącą płazem wobec prawa. W jego następstwie poszkodowany zyskiwał możliwość fizycznej odpowiedzi, w tej sytuacji również bezkarnej. Dalsza eskalacja urastała do rangi pojedynku. [...] Ostatnimi czasy odwiedziłem wiele barwnych, nijakich, albo całkowicie strupieszałych miast w poszukiwaniu Murzyna. Jego Złota Legenda szła przed nim i za nim, ale mnie się nie spieszyło. [...] Słyszałem o nim wiele. Gadali, że mógł nie złazić z baby przez dwa dni, jednym pstryknięciem zabijał psa, a uderzeniem krawędzi dłoni, nie biorąc zamachu, ucinał głowy pyskaczom. [...] Murzyn okazał się Białym o śniadej cerze i torsie błyszczącym od oliwy. Występował półnago, to znaczy nosił tylko nabijaną ćwiekami kamizelkę i buty z cholewami. Przed nim ustawiono baterię butelek piwa, które kolejno katapultował w rozradowany tłumek za pomocą gargantuicznego członka. Jasne, że pochwycona w locie flaszka kosztowała ciut więcej, niż była warta. Gość do pomocy miał całkiem nieźle zbudowaną nastolatkę. Biedak musiał się inspirować, pfuj! - Publicznie obrażasz tę młodą damę - odezwałem się spokojnie, lecz wystarczająco głośno. - Nawet jak na ciebie jest to przedstawienie w złym guście. Murzyn przestał się uśmiechać [...].
|
v v v |
v v v |
Las na wulkanie Styczeń-luty 1995, 18 stron |
Fragment - Otwórz to. Uniosłem się lekko z kamiennej ławki. Sułtan natychmiast przyspieszył, ruszył cielsko, sapnął przy skłonie. Pomyślałem sobie, że się zmarnował, chociaż jeszcze całkiem nieźle robił za zgreda. Zaszeleścił rozrywany papier koperty. W środku tkwiła sztywna rozkładana kartka, coś w rodzaju zaproszenia na ślub, czy pogrzeb. Raczej na to drugie, ha. Sułtan wiedział, co ma robić. Strzepnął tekturką, powąchał ją, potem polizał. Wciąż żył, więc list napisała dama, a nie jedna z tych zawszonych kurewek, które gotowe są zaciukać cię pilnikiem do paznokci dla samej Schadenfreude, czyli frajdy ze złego, jakby ktoś nie znał języków.
|
v v v |
v v v |
Uwolnienie rusałki Luty-marzec 1995, 16 stron |
Fragment Siedziała na podłodze klatki nagusieńka, a jej włosy koloru zszarzałej miedzi pozlepiały się w niezły kołtun i wyglądały jak plątowisko sznurków różnej grubości. Na dodatek twarz miała upstrzoną przynajmniej setką ciemnych, nieregularnie porozlewanych piegów. Oglądałem ciało nastolaty, i byłoby ono jak należy, taki pączek tuż przed rozkwitem, gdyby nie łapska, które dolepił chyba sam diabeł. Dłuższe od moich, rosochate, z dłońmi jak czerpaki koparki. Do licha, dorodny okaz mutantki, przyszykowany do pokazywania na jarmarkach.
|
v v v |
v v v |
Gołębiarka za zieloną fosą Luty-marzec 1995, 17 stron |
Fragment Po drugiej stronie drzewa leżała drewniana beczka o średnicy półtora metra. Do klamer przymocowano zaciskane pętle. - Tutaj lubi sobie używać. Zboczeniec! Kładzie mnie na plecach, potem przewraca na brzuch, a później zaczyna od początku. O, tak. Stanęła plecami do beczki i włożyła stopy w dolne pętle. Przegięła się do tyłu i położyła, wkładając przeguby rąk między rzemienie u góry. Szarpnęła i więzy zacisnęły się same. Sprytnie pomyślane! Pochyliłem się nad nią, chcąc uwolnić z pułapki. Wtedy poczułem jej zapach.
|
v v v |
v v v |
Dziś zombie o czwartej Kwiecień-wrzesień 1995, 20 stron |
Fragment - Czego? - zagaiłem uprzejmie. Drgnął i odwrócił się. Twarz miał lepszą niż przypuszczałem. Rozumną i trochę zmęczoną. Pewnie chętnie rozwaliłby klatkę swojej codzienności i odszedł gdzie wanilia kwitnie, gdyby nie obejmujące go czułym nelsonem kukiełki plemienne. Wydawało mu się, że jest im diabelnie potrzebny. Znałem takich, którym w wieku, kiedy jeszcze nie jest za późno, przerost sumienia przeszkadzał bardziej niż przerost gruczołu krokowego. - No dobra. Wejdź, człowieku, byle nie na długo. I tak nie ubijemy interesu.
|
v v v |
v v v |
Bilet powrotny do raju Czerwiec-listopad 1996, 30 stron |
Fragment Kawiarnia była super, chociaż zrobiona na niekiepski antykwariat. Osobiście wolę solidny styl amerykański: fast-food, zapiekanki, hamburgery, frytki i kawę instant, nawet jeśli mam zachciewajkę na jakiś lepszy hotel. A tutaj było całe muzeum: fortepian, abażury, sute obrusy, krzesła z oparciami jak dla wielbłąda, stoliki na giętych nogach, srebrna zastawa. Do tego przyćmione światła. Kelnerka, mówię wam, jak wycięta z filmu kostiumowego. Pełno na niej było fartuszków, falbaneczek, koronek, aksamitu i świecidełek z perłowej macicy (ta ostatnia zawsze kojarzy mi się z aborcją u ostryg, he, he!).
|
v v v |
v v v |
Gry miłosne Luty-maj 1997, 25 stron |
Fragment - Pan... mi odmawia? W jej głosie było nie tylko zdziwienie, było coś jeszcze, coś, co kazało mi upewnić się, czy Vivaldi lekko wychodzi z cholewy. Nawet Sułtan wietrzył fluja obrzydlaka i pchał się do roboty, wariatuńcio. Uspokoiłem bractwo i kciukiem sprawdziłem Amelkę, kaliber 44. Dopiero później odezwałem się, oczywiście grzecznie, jak na dżentelmena przystało. Bo w tej knajpie byli podobno sami dżentelmeni i same damy, inaczej nie uchodziło. - Oczywiście, że nie - odpowiedziałem, wstając. - Zatańczę, ale tylko z przyjemnością. - Czy... czy Pan mi składa propozycję? - Ależ nie, nigdy w życiu. Przyjemność może przecież człowieka dopaść znienacka, nawet zdarza się, że w tańcu, no nie? Nigdy Pani tego nie miała?
|
v v v |
v v v |
Chabry dla zbója Czerwiec-październik 1997, 44 strony |
Fragment ...chcę mieć najtańszy bilet i porządny pokój, jasne? Nie musisz mnie oświecać, nad jakim morzem wschodzi tamto słoneczko z obrazka, guzik mnie to obchodzi, za to już jutro chcę spacerować po plaży. Rozumiemy się, kawalerze? Rzucił się do maszynki i zaczął dziobać w klawiaturę, a ja miałem spokojny kwadransik na piwko. Czym dłużej gapiłem się na lanszafcik, tym bardziej mi się podobał. Pokraśniałe od roboty dziewuchy żwawo zbierały winogrona, a w nadmorskie skały mewy strzykały białym guanem. Kicz uspokajający duszę, i właśnie tego było mi trzeba. Nadchodził czas na przerwę. Nie minęło pół godziny i miałem już bilety w garści, słowo daję, że na jutro. Chłopak cieszył się, jakby praktykantka dała mu lizaka, a na koniec poprosił o autograf.
|
Rozpakuj ten świat, Evitt Marzec 1996, 13 stron. Komentarz To opowiadanie, dedykowane moim Rodzicom, bardzo podobało się wielu znajomym paniom, więc polecam je wszystkim innym. Ponadto przypadło do gustu ludziom nie związanym z fantastyką, przy czym jedni odebrali je jako skrajnie pesymistyczne, inni przeciwnie - jako niezwykle optymistyczne. Wynika z tego, że podczas lektury każdy rozpakowuje swój własny świat. W schyłkowym, wyludnionym świecie, w którym nawet wulkany dymią inaczej, para starych gospodarzy skansenu oczekuje na gościa. Sercem tego miejsca jest komputer Apple, za pomocą którego można archiwizować i rozpakowywać wszystko: łyżki, kamienie i okoliczne wzgórza, dzięki czemu ukazują się odmienne oblicza rzeczywistości. Jaki po rozpakowaniu będzie nasz świat? Starzy ludzie, Ada i Evitt, przenoszą się gdzie indziej nie doczekawszy się gościa, który jednak przybywa - jak się okazuje - w najbardziej odpowiedniej chwili, którą w końcu sam wybrał. |
Fragment
Zawsze
powtarzała, że jest najmądrzejszy, a on jej na to, że jest najpiękniejsza,
a potem, po latach, że najzaradniejsza. No i spędzili razem sześćdziesiąt
wiosen. Na pewno wygraliby każdy małżeński interquiz. Zawsze robili za
wzór cnót pośród rodziny, przyjaciół i znajomych, dopóki w maratonie zwanym
życiem nie zostali sami. Jednakże cnota
pozostała, choć nikt już jej nie podziwiał, bo oni sami uznawali ją za
coś tak normalnego jak poobiednia drzemka. [...]
|
Miłosne dotknięcie nowego wieku Styczeń 1996, 20 stron Komentarz
Znajomym autorom impuls
do pisania często nadają utwory muzyczne - mnie zdarzyło się to bodajże
dwa razy, a ten drugi właśnie nastąpił podczas słuchania "Statku o siedmiu
żaglach...". Piękna jest historia o sponiewieranym człowieku, przed którym
nagle pochylają się wszystkie głowy. Ale co dalej - to przecież jest najciekawsze.
Czy naprawdę należy wyciąć w pień wszystkich dawnych prześladowców? Okazuje
się, że w przypadku pełnej skuteczności działania, czyli wtedy, kiedy posiadło
się władzę, postanowienia ważą znacznie więcej niż poprzednio, kiedy to
groźby można było miotać do woli, bo "na pusto". Decyzje stają się jeszcze
trudniejsze, gdy na szali dodatkowo położy się miłość.
Stacja geologiczna na Tytanie, oddalona o miliony kilometrów od ludzkich siedzib, staje się obiektem zbrojnego najazdu sekty osiedleńców New Age Opera. Okazuje się jednak, że osiedleńcy przybywają ze świętą misją, a w nowo zaprowadzonym porządku "ostatni stają się pierwszymi". I choć świat wokół się wali, a może właśnie dzięki temu, Berta ma szczęście zaznać uczucia, dla którego warto istnieć - uczucia miłości. Miłość jest ulotna i Berta nie ma szans w obliczu trudnego wyboru, ale jest jedyna, i warto czekać na jej nadejście nawet przez następny tysiąc lat. |
Fragment
|
Czterdziestu małych kochanków Luty - maj 1993, 27 stron Komentarz
Kiedyś opowiadano mi
o lodowcach, spływających wprost do morza, na które można się natknąć,
podróżując dostatecznie długo na północ wzdłuż wybrzeża Pacyfiku najpierw
w Stanach, a potem w Kanadzie. Wizja zadziałała na wyobraźnię i stworzyłem równoległą rzeczywistość, której bajkowość rosła w miarę
posuwania się tym właśnie szlakiem, a ponieważ kiedyś przebywałem w rzeczonych
okolicach, opis realiów nie stanowił problemu. Wzrost natężenia niesamowitości
oznaczał rozluźnienie więzów ze światem pozostawianym za sobą, zanurzenie
się w niespełnionych marzeniach, wejście w zbiorowe postrzeganie, zetknięcie
ze śmiercią i jednocześnie z początkiem czegoś nowego, a z tych rozstajów
można było albo trafić na dalszą drogę, albo powrócić do niedokończonej
ziemskiej edukacji. Wiem, że nie wyrażam się jasno, ale też wcale nie miałem
takiego zamiaru...
Sprawa jest o miłości,
następuje spotkanie w trójkącie z byłym kochankiem i porzuconym mężem, w tle wizja lodowców
uchodzących do morza i mroczny klimat magicznego realizmu. Nasz bohater,
spokojny mężczyzna wiodący spokojne i trochę nudne życie, niespodziewanie
zostaje wciągnięty w wir nowej przygody przez byłą kochankę, która czuje
się zagrożona i musi (chce?) uciekać. Jadą do Północnej Strefy, skąd ludzie
wracają inni lub... nie wracają wcale. Po drodze zabierają męża kobiety
i we trójkę podróżują do miejsca, gdzie ich drogi muszą rozejść się powtórnie.
|
Fragment Droga była nierówna, samochód kołysał się jak łódź. Nagle pozostawili
strefę mgły za sobą, słońce ostro zalśniło na niklowanych częściach wozu.
|
Gra w życie Marzec 1991, 8 stron Komentarz
Historia powstania tego
opowiadania jest nietypowa. W 1991 roku przebywałem akurat na półrocznym
stażu naukowym w USA, gdzie przez łańcuszek znajomych odnalazł mnie Mirek
Jabłoński. Był on organizatorem Euroconu w Krakowie i prosił mnie, żebym
napisał jakiś tekst do Informatora. Poczułem się zaszczycony, że szukano
mnie w tym celu aż na antypodach, więc zaraz zasiadłem do pracy. A że nic
tak nie dopinguje autora jak bliski termin (Mirek dał mi tydzień!), utwór
powstał w tempie iście ekspresowym.
Tu naprawdę nie ma
co streszczać - cały tekst, od pierwszego do ostatniego słowa, jest jedną
alegorią, przenośnią, grą słów lub przetłumaczeniem na literki gasnących
impulsów w neuronach człowieka, który doszedł do kresu. Tak, muszę to zdradzić,
jeśli mam próbować streszczania poetyckiej prozy: opisałem doznania umierającego.
Pierwsza strona czy dwie to zawał, a potem, po bezskutecznej walce z wrogiem
(morzem rosnącej entropii?), którą symbolizuje starcie bojowych samolotów,
następuje śmierć kliniczna. Ale między nią a ostatecznym końcem możliwe
jest intuicyjne podsumowanie i zadawanie pytań. Jak żyłem? Czy w innym
wariancie byłbym szczęśliwszy? Jak jest cena za szczęście? Co jest za Drzwiami?
|
Fragment Wielki stół do
gry w karty przykryty był czarnym suknem i szkłem - wydawało się, że asy,
królowe i blotki unoszą się nad przepastną głębią, ślizgają się po niewidocznej
warstwie kruchości, która dzieli je od wieczności. Za stołem siedziało
dwóch starszych dżentelmenów podobnych do siebie jak bliźniaki: ogromne
łysiny, kłaki siwych włosów, kościste twarze. Różniły ich ubiory: jeden
miał czarny garnitur i białą muszkę, strój drugiego stanowił negatyw pierwszego.
Po żonglersku przesypywali talie błyszczących kart.
|
Flamenco na krańcu świata Październik 1989 - styczeń 1990, 25 stron Komentarz
Pewne tematy powracają
uparcie, są nawet pisarze, uznani i dobrzy, piszący przez całe życie jedną
książkę. Cóż, jeśli robią to interesująco i nie powtarzają ujęć, to może
nawet i lepiej, bo wierni czytelnicy zmieniają się w wielbicieli, a krytycy
mają znakomicie ułatwione zadanie, zawsze otwierając tę samą szufladkę.
Na rubieży naszego
Wszechświata, w miejscu, gdzie efekty brzegowe wywołują wrażenie kosmicznego
lustra, na pustynnej planecie, Strażnik pilnuje skarbu. Wielu intruzów
próbowało ów skarb zdobyć, i ich krzyki wciąż dobiegają z Wieży Czasu,
w której zostali uwięzieni.
|
Fragment Wyszedł z podziemi
i przemierzył dziedziniec zamku, bezgłośnie stąpając po marmurowych płytach.
W tej części planety Orr wstawał świt: wierzchołki gór płonęły błękitem,
a liliowy mrok dolin uciekał, rozpływał się, wsiąkał w rumowiska głazów
otaczających Skarbiec niedostępnymi szańcami. Strażnik machnął lancą i
po odległych turniach przetoczył się grzmot, szczyty rozbłysły jaśniejszym
ogniem niż wschodzące słońce. To był znak dla obcych: odejdźcie w pokoju,
omińcie tę skalistą planetę w bezpiecznej odległości. Jeśli postanowicie
inaczej, będziecie winni wszystkiemu, co nastąpi.
|
Droga do Kolchidy Czerwiec-październik 1989, 10 stron Komentarz Przynajmniej to jedno opowiadanie napisałem pod wpływem zupełnie konkretnego wydarzenia. Syn mojego przyjaciela wyemigrował, hm, po prostu uciekł z Polski. Upływały dosłownie ostatnie dni komunizmu, a na dodatek chłopak zwiał na tydzień przed maturą, do której był zupełnie dobrze przygotowany. Nie bardzo go rozumiałem wtedy, i muszę przyznać, że do dziś nie posunąłem się specjalnie naprzód. Młodzian najwyraźniej dusił się, ograniczony układem rodzinnym, szkołą, systemem, więc wyfrunął. Czy jest mu dobrze? Zapewne raz lepiej, raz gorzej, podobnie jak każdemu w każdym kraju. Od pewnego czasu ustabilizował się i wiedzie mu się niezgorzej. Kiedyś korespondował ze mną, dopóki nie znalazł swojego miejsca, potem zamilkł. Takie "ratunkowe" wymiany listów zdarzały mi się z kilkoma osobami, widocznie stanowię dobre medium, a na dodatek lubię korespondować, co jest rzadkością, nawet... wśród pisarzy. Rzecz jest więc o emigracji - młody człowiek ucieka z kraju, objętego chroniczną suszą. Tam, gdzie każda kropla jest skarbem, marzy o deszczu, rzece, pokoju kąpielowym, wreszcie o szklance wody... Po przyjeździe w pełne wilgoci okolice o mało nie tonie w miejskim kanale, a w strugach deszczu stale odczuwa dokuczliwy chłód. Jako że facet odporny jest na brak wody, dobroczyńcy wysyłają go na pustynną planetę, gdzie najpierw sam ulega przystosowaniu, a potem... przystosowuje innych, taka jest jego praca. Wierzcie mi, że nowych kursantów pozyskuje w naprawdę przedziwny sposób. |
Fragment Zatrzymał się
zdziwiony. Coś stało się z lądownikiem: rozsypał się na części, brzydko
nieregularne, które jakaś siła (wybuch?) rozrzuciła w kilku kierunkach.
Teraz te części poruszały się jak monstra, rosły, zmieniały kształty. Blachy
wydymały się w walcowate twory, z wysięgników pączkowały pręty, ażurowe
konstrukcje wyplatały się same nie wiadomo z czego. Żelastwo żyło, roiło
się, przepoczwarzało. Po upływie kilkunastu minut główne pomieszczenie
było gotowe, z jego prawej strony wypełzł barak mieszkalny, a z tyłu rosły
magazyny. Wraz z zawartością, jak stwierdził Leo, zwiedzając wciąż komplikujący
się obiekt.
|
Nie ma czarów w krainie Alicji Kwiecień 1988, 12 stron Komentarz Już nie pamiętam, czy pomysł na to opowiadanie narodził się pod wpływem właśnie rozpoczynającej się epidemii AIDS, czy może jeszcze wcześniej. W każdym razie co pewien czas powraca pytanie, czy w przyszłości Ziemię spustoszy straszliwa epidemia? Jednak przesłanie tego utworu nie miało polegać na straszeniu, przynajmniej nie w głównej mierze. Chodzi o to, jak ludzie mają się kochać, jeśli nie wolno im się nie tylko pocałować, ale nawet zbliżyć? Czy technika pomoże rozwiązać ten problem? I czy prawda nie będzie zbyt okrutna, gdy nadejdzie czas zdjęcia masek? I znów pytanie zasadnicze: czy warto badać, co kryje się pod maską, skoro z takim trudem wznieśliśmy kruchą konstrukcję w miarę znośnego bytu? Pytanie o to, czy warto poznawać złą prawdę, podnoszę także w opowiadaniu "Enklawy szczęścia". Pomysł jest prosty: ludziom nie wolno się dotykać, bo nawzajem zarażą się śmiertelną chorobą. Aby jednak rodzina mogła żyć razem, zgodnie z wymogami człowieczej psychiki, technika przychodzi w sukurs: każdy z domowników zostaje umieszczony w oddzielnym mieszkaniu, w którym reszta rodziny występuje w postaci mistrzowsko wykonanych androidów. Ruchy "prawdziwych" ludzi są zsynchronizowane z ruchami trójki odpowiadających mu androidów, a więc wszystkie rodziny działają w sposób doskonale sprzężony, stwarzając ludziom substytut prawdziwej koegzystencji. Ów substytut jest w pewien sposób prawdziwy, ponieważ pozostała trójka prawdziwych ludzi wykonuje dokładnie te same czynności, co obecne z każdym człowiekiem androidy. Ludzie stwarzają sobie namiastkę szczęścia, ale Alicja koniecznie chce zobaczyć, co kryje się po drugiej stronie lustra, tuż za ścianą sąsiedniego mieszkania. |
Fragment Gdy rozpinała
mu koszulę, jej palce lekko drżały. Zawsze obawiała się czegoś, czuła się
jak przed próbą w teatrze lub przed egzaminem.
|
Łowcy meteorów Maj 1986, 27 stron Komentarz Odwieczny dylemat: czy szczęście daje dążenie do celu, czy jego osiągnięcie, a potem okres konsumpcji tego, co zdobyte? Niemcy mówią: "Nur im Streben is das Leben, in Erreichen is der Tod" (Tylko w dążeniu jest życie, w osiąganiu jest śmierć"). Oczywiście problem w takim ujęciu jest sprowadzony do absurdu, lub znajduje się blisko niego, bo zwykle osiągnięcie jakiegoś etapu staje się punktem wyjścia do następnego, cząstkowy sukces jest traktowany jako środek, a nie cel. Ale te supozycje nie zwalniają z rozważań, czy wielki sukces, przypadający nam w udziale przez przypadek, bez wysiłku, bez pracy, daje należytą satysfakcję? Należycie korelującą z osiągnięciem? I czy w takim przypadku satysfakcja zależy od poziomu intelektualnego? Problem odwieczny, jak się rzekło, i warto go wciąż rozważać, także w kosmicznych kontekstach. |
Fragment - Wiem o człowieku - to mówił Bilbao, uroczyście przeciągając zgłoski - który przywiózł stamtąd fortunę. Nie, to nie było złoto, dostało mu się co innego, nie pamiętam już co. Nieważne. Po powrocie zniknął na miesiąc, chociaż dziennikarze czatowali wszędzie: w hotelach, knajpach, górach i dżunglach. Pewnego dnia pojawił się nagle na Times Square i zaczaj rozdawać forsę każdemu, jak leci, po sto tysięcy. Pracownikowi banku, staruszce emerytce, pijaczkowi, stypendyście z Nowej Zelandii, po kolei, tak jak przechodzili, przelewał na konta ze swojego percala, aż zapaliła mu się czerwona lampka. Wtedy rzucił pudełko pod ścianę i skręcił za róg. Tyle go widziano. Jeśli o mnie chodzi - zrobił efektowną przerwę - wiedziałbym lepiej, gdzie ulokować pieniądze. Bilbao włożył wiele wysiłku w to, żeby jego głos brzmiał spokojnie, lecz zapomniał o reszcie, przestę-pował z nogi na nogę, ramiona mu drżały, drapał się, zostawiając na gładkiej skórze czerwone pręgi. - Czy i tobie chciwość padła na rozum? - spytała Aspazja, jednak w jej słowach zabrakło przekonania. Wydawało się, że spiera się już tylko dla świętego spokoju lub żeby w razie jakiejś wpadki rzucić sakramentalne: a nie mówiłam? - Liczy się głos większości - zaczął Cider z uśmiechem, ale zaraz potem spoważniał i spojrzał na szefa. Po nazbyt łatwym zwycięstwie zaczynał pojmować ciężar podejmowanej decyzji. - Róbcie, co chcecie - Aspazja wzruszyła ramionami i poczłapała do sypialni. Po brudnej ścianie, oświetlonej tańczącym blaskiem monitorów, przesunęła się jej pochylona sylwetka. - Programuję maszynkę, szefie - w głosie Cidera był tylko cień pytania. Bilbao milczał, wsparłszy się małymi, okrągłymi pięściami o brzeg konsoli. Widocznie uważał, że nieme przyzwolenie uczyni go w mniejszym stopniu odpowiedzialnym. |
Ornitologia Maj 1985, 19 stron Komentarz Bohaterem tego utworu jest relatywizacja prawa - oczywiście, można ją potraktować szerzej, wszak istnieje względność interpretacji, a także - niestety - nawet względność moralności, jeśli rozpatrywać ją na przestrzeni wieków. Tutaj mamy groteską humorystyczną, opowieść o Ptaszniku, który zarabia na odmienności kodeksów, obowiązujących na różnych planetach. Kolejna część cyklu to "Egzorcysta", opowiadanie napisane po wielu latach. Kto wie, czy nie napiszę dalszego ciągu, bo temat jest nośny. Bezskutecznie oczekujemy jakiejś bezwzględnej miary, absolutnego kodeksu, ale niczego takiego dotychczas nie otrzymaliśmy, bo prawa tworzymy i interpretujemy sami. |
Fragment Nad strumieniem w leśnym parku bawią się dwie dziesięcioletnie dziewczynki.
Ptasznik przemykający cienistą alejką odczuwa na ich widok ciepłe drgnienie
w piersiach, zwykle poprzedzające odruch łkania lub niespodziewaną radość.
Z dziećmi ma zawsze najwięcej przyjemności.
|
Pęknięty dzban Kwiecień - maj 1985, 45 stron Komentarz Niektórzy twierdzą, że Ziemię zamieszkują dwa gatunki człowieka: kobiety i mężczyźni. Aż strach pomyśleć, co by było, gdyby osłabło działanie narkotyków miłości, które uzależniają od siebie obie płcie. Ale taką sytuację można próbować przedstawić jako literacką fikcję. Od tysięcy lat wyraźnie zaznaczała się męska dominacja z tej prostej przyczyny, że samiec był silniejszy. Nadeszły jednak czasy, kiedy czynnik siły fizycznej stracił na znaczeniu, co diametralnie zmieniło stosunki społeczne. Ekstrapolując tę tendencję można rozważać sytuację matriarchatu i jego rolę cywilizacyjną - wszak nic nie dzieje się bez przyczyny. |
Fragment
Pierwsze
ostrzegły go piżmaki. Trwożliwe piski zwierząt zabrzmiały w jego mózgu
sygnałami budzącymi czujność. Już wiedział - w lesie był obcy.
|
Piąta pora roku Luty 1984, 10 stron. Komentarz To jest jedno z nielicznych, może kilku moich opowiadań, które można zaliczyć do political fiction. Pamiętam, że jakiś fanzin białoruski dawno temu zwrócił się do mnie z prośbą o bezpłatną publikację, na co oczywiście wyraziłem zgodę, proponując w zamian przysłanie gratisu. Rzecz jasna nie doczekałem się, więc nawet nie wiem, jak ta publikacja wyglądała, jeśli w ogóle się ukazała. Chcieli jeszcze "Dwa litry życia", i dostali je. Co zainspirowało mnie do napisania tego tekstu? Nikt nie zgadnie - tajemnicze dźwięki! Kiedyś, gdy niebo na zachodzie zabarwiło się karminowo i fioletowo, usłyszałem potężny głos kamertonu, dobywający się zza widnokręgu. Naprawdę, wierzcie mi, nie byłem naćpany ani nic takiego! Może gdzieś na bocznicy przemysłowej przeładowywali szyny, ale ja wolałem wyobrazić sobie Amarantowych, którzy zaczynają urządzać świat na swoją melodię. A że byłem wściekły na komunistyczną mafię... Zaraz, na co właściwie byłem wściekły? Głównie na to, że ówczesna propaganda urągała zdrowemu rozsądkowi - a właściwie ludziom, obywatelom, Polakom, mając ich za półgłówków. Żaden człowiek o inteligencji większej niż u półrocznego dziecka nie mógł w wierzyć w codziennie serwowany bełkot, ale musiał go słuchać, a czasem nawet potakiwać. Horror! |
Fragment Czwarty wstał i obrzucił wzrokiem równinę - resztki hamującej harmonijny rozwój człowieczego ducha cywilizacji technologiczno-konsumpcyjnej wsiąkły już w czerwony piasek i jak okiem sięgnąć widać było tylko przygięte do ziemi różowe grzbiety Dobrzetrących sióstr i Mocnotrących braci, a górą niósł się potężny, zawodzący głos: przez tarcie do pełni, przez taarcie do peełni... Sam zaczął trzeć błyszczącą płytkę, by po godzinie pracy uzyskać pięć centymetrów jadalnego wężotworu. I choć bolały go kark i ramiona, był szczęśliwy, że mógł zaspokoić głód. I tak w monotonnym znoju upływały dni podobne do siebie jak czerwone krople krwawicy, dni wypełnione mozołem, w wyniku którego wytworzona ludzkimi dłońmi energia spływała w głąb ziemi, kreując zapewne zręby przyszłego raju. Dawny Wiekowy zapomniał o księgach, myślał tylko o kęsie jadła, podobnie Trunkowy odzwyczaił się od picia, Chciejec od kobiet, a Szpryca od medycyny naukowej. Tylko Łebski nie odzwyczaił się - najpierw był Mocnotrącym Pierwszym, ale wkrótce stał się Bystrzakiem. Nie tarł, tylko chodził i patrzał, a wzrok wyostrzył mu się tak dalece, że z ruchu warg umiał czytać słowa, a z wyrazu oczu - myśli. A już szczególnie zajadle tępił małe, zielone roślinki, które czasami wysuwały spod kamieni swoje wątłe pędy. Wieczorami przychodzili Amarantowi i rozrzucali cukierki dla Supertrących (był to tytuł honorowy i przechodni), a ci walczyli o nie jak zwierzęta. Raz, z okazji Święta Czerwia Pierwszego, rozdawano puchary czerwonego wina, co wydusiło łzy z oczu byłego Trunkowego. Natomiast różnych niedotrzaków i tych, których swoim bystrym wzrokiem wskazał Bystrzak, Amarantowi częstowali tylko razami skórzanych rzemieni. |
Dwa litry życia Sierpień 1984, 16 stron. Komentarz To jest tekst należący do political i w jakimś stopniu social fiction. Zastanawiałem się przy obmyślaniu tego utworu, czy człowiek może żyć bez wody? No, nie całkiem, ale prawie - pijąc tylko tyle, ile musi, myjąc się raz na rok, i to pobieżnie, czas życia licząc za pomocą wodomierza, odliczającego codziennie wodę od życiowego limitu. Innymi słowy, życie można odmierzać nie tylko dniami i latami, ale również liczbą posiadanych partnerów, spłodzonych dzieci, lat przeżytych szczęśliwie, posiadanych samochodów, wypalonych papierosów - i litrami wypitej i "wymytej" wody. Kończy ci się przydział, bracie - szykuj się, żegnaj z przyjaciółmi i kochankami, zamknij konto w banku i dawaj, na cmentarz. Tam kładź się sam do grobu, który zagra ci requiem, puści halucygennego gazu i automatycznie zatrzaśnie wieko. Ale zawsze znajdzie się dociekliwy, co to zamiast grzecznie ułożyć się w piachu wypuści się na daleki spacer poza cmentarną bramę, żeby zobaczyć, co jest dalej. Jak zobaczy trawę, nie będzie wiedział, co to, a jak dotrze do jeziora, zdziwi się, po co zbudowali taką szklaną płytę. A jak zobaczy Przyjazne Oko... Sami poczytajcie. |
Fragment
Z cienia, który był jak spopielały arkusz papieru, Ylc wszedł w pełny blask ulicy. Miasto lśniło, przenikające się płaszczyzny szklanych tafli obwiedzione były delikatną tęczą rozszczepionego światła. Słońce wisiało na bladym niebie, buchając żarem. Ciężar upału legł na jego piersi i ramionach. Spojrzał na tarczę litromierza - pozostały mu jeszcze niemal pełne dwa litry życia. Czuł, jak wysącza się ono kropla po kropli w pęknięcia betonowego trotuaru. Rozdęte banie gablot wystawowych kusiły pstrokacizną towarów, senni, lecz czujnie wyprostowani sprzedawcy stali za kontuarami, wpatrzeni niewidzącym wzrokiem w misterne piramidy puszek i pudełek, a ulicą przesuwał się szary korowód postaci w nienagannie skrojonych ubraniach. NASZE ZUPY ZAWIERAJĄ AŻ 18 % WODY! WAZELINA W SZTYFCIE TO KOMFORT WILGOTNYCH WARG! KWIATY BLEO NIE BLAKNĄ OD KOŁYSKI AŻ PO OSTATNIĄ DROGĘ. Od kopulastych bukietów chryzantem, róż i anemonów, wszystkich jednakowo poprawnie pięknych i rozchylonych w pierwszym słodkim zdziwieniu, smużyły się drażniące wonie. Dokładnie 1,93 litra. Wybrał bladoczerwoną różę na długiej niełamliwej łodydze. Jej satynowe, fantazyjnie podkręcone płatki kojarzyły się z wirującymi płomykami. - Przeżyje cię o tysiące litrów - ledwie słyszalnym szeptem wysyczał sprzedawca, młodzieniec o ziemistej cerze. |
Zwiastun jesieni Marzec 1983, 22 strony. Komentarz Kiedyś wybrałem się na urlop na działkę. W założeniu miałem wypocząć, jak to z definicji na urlopie, ale przypętało się jakieś cholerstwo i poczułem się nienajlepiej. Zamiast pielić, kopać, sadzić i podlewać, głównie spędzałem czas leżąc, bo nawet czytać mi się nie chciało. Dziwne, ale czułem się coraz gorzej - do dziś nie mam pojęcia, co to było: gnojówka w studni, azotany w serze, pestycydy na ogórkach? Jeszcze dziwniejsze, że wszyscy inni - dziecko, żona i rodzice - byli w doskonałej kondycji, tylko mnie licho wybrało i coraz bardziej męczyło. Niczego nie jadłem oprócz kwaśnych owoców, zapach gotowanej strawy pobudzał torsje, opadałem z sił. Wreszcie uciekłem z łona przyrody do śmierdzącego spalinami, gorącego jak piec miasta - i stopniowo odżyłem. Lekarz podejrzewał u mnie ciężkiego kaca, więc z łaski wypisał trzy dni zwolnienia (zwłaszcza że udałem się do niego w poniedziałek) - lecz jeszcze przez kolejnych kilka dni byłem tak słaby, że zataczałem się idąc. No więc na tej działce zacząłem pisać "Zwiastuna". Nigdy dotychczas nie chorowałem w taki sposób, żeby było stopniowo coraz gorzej, aż wreszcie całkiem źle. Naszły więc skojarzenia ze starością, śmiercią, no i poszukiwaniem antidotum, matuzalemizacją życia, a nawet wydłużeniem go aż po czas życia gwiazd. Temat wiecznego życia, czyli alternatywnej biologii, zawsze mnie fascynował, więc uparcie powracałem do pytania, dlaczego nie można tego wszystkiego urządzić inaczej? Zagadnienie rozwinąłem w kilka miesięcy później w mikropowieści "Spotkanie z wiecznością", a po latach powróciłem do tematu w powieści "Władcy świtu". Ciągle uważam, że można urządzić to inaczej, tylko uczeni mają za mało fantazji, żeby znów wziąć się za kamień filozoficzny. Czarów tu nie potrzeba, wystarczy nauka, panie i panowie jajogłowi! |
Fragment
Wiedziałem, że w końcu to nastąpi. Wychodzę na ceglasty kort, gdy pociemniała tarcza słońca zanurza się w zasnuwających widnokrąg mgłach. W oddali majaczy koścista sylwetka - Tamten. Bierze zamach i serwuje z całych sił, ledwie widoczna piłka pomyka w długich cieniach zmierzchu, odbija się zupełnie płasko i ucieka dołem, pod moją rakietą. Tamten spokojnie przechodzi na drugą połowę i znów bije z precyzją automatu. Ponownie nie odbieram. Czuję, że ciało mam śliskie od zimnego potu, wilgotna, osłabła dłoń nie utrzymuje rakiety. Puszczam jedną piłkę za drugą, mijają mnie z szumem rozpychanego gwałtem powietrza. Jest chłodno, na powierzchni kortu kondensuje wieczorna rosa. Robię uniki, nie próbuję nawet odbierać. Boję się, że któryś z tych piekielnych serwisów dosięgnie bezpośrednio mojego ciała. Przy kolejnym strzale Tamtego, gdy odwracam się bokiem do toru piłki, dostrzegam Dziewczynkę. Siedzi na ławce tuż przy siatce, machając w powietrzu zwieszonymi nogami. Po co tutaj przyszła? Czyżby chciała być świadkiem mojej klęski? W czasie krótkiej przerwy, po kolejnym utraconym gemie, podbiega do mnie i prosi, abym wyciągnął dłoń. Pokrywa ją talkiem, obsypuje jasnym proszkiem uchwyt rakiety, obtacza w nim piłkę. Potem wspina się na palce i szybko, wstydliwie całuje mnie w policzek. Ucieka na swoją ławkę. Uderzam mocno, rakieta dobrze siedzi w dłoni. Świecąca piłka przemyka tuż nad siatką i trafia w pole o centymetry od linii. Tamten rzuca się, ale nie jest w stanie jej dosięgnąć! Teraz serwuję pewniej, co raz spoglądając na uradowaną twarzyczkę Marii. Tu także było coś za coś, ja pomogłem jej, a teraz - ona mnie. A może tak to wygląda tylko w pierwszym przybliżeniu? Mimo wszystko czuję radość i wzruszenie. Mgła opada, słońce mocnym blaskiem oświetla kort. To nie był zmierzch, lecz brzask nowego dnia. Doskonale widoczna piłka kreśli białe błyskawice, słucha rakiety tak, jakby była kierowana myślą. Biorę gem za gemem, set za setem. W końcu Tamten podnosi ręce, opuszcza głowę, uznaje się za pokonanego. Zarzuca na ramię ręcznik, ze złością wciska rakietę do pokrowca. Odchodząc przystaje koło ukrytej w cieniu ławki, z której podnosi się wysoka, lekko przygarbiona postać. Poznaję go po żółtej łysinie, garbatym nosie i wełnianym płaszczu, narzuconym na ramiona. Odchodzą razem: Tamten i Handlarz Skórą. |
Pod ochroną Sierpień 1980 - luty 1981, 66 stron Komentarz W tej historii po raz pierwszy puściłem się na długi dystans i powstała właściwie mikropowieść. Przesłanie dotyczy kosmicznego porządku dziobania i niemożności porozumienia, a także, rzecz jasna, miłości. W opowiadaniu pokazałem krajobrazy i impresje amerykańskie, a także podkreśliłem swoje zauroczenie egzotyką południa. Tekst trochę "podrasowałem" do drugiego wydania, co głównie polegało na cięciu przymiotników. Nie trzeba było dużo zmieniać, bo utwór, mimo drobnych młodzieńczych grzeszków warsztatowych, broni się dobrze. Młody mężczyzna wybiera się na wakacje i chce spędzić czas naprawdę intensywnie, lecz staje się nie tylko świadkiem, ale także uczestnikiem dziwnych wydarzeń, których następstwem jest m. in. tajemnicza epidemia amnezji. Okazuje się, że Obcy traktują Ziemię jako teren łowów, a ich zdobyczą pada ludzka świadomość. Myśliwi wypożyczają sobie ciała szczególnie atrakcyjnych kobiet i mężczyzn, bo mają nałożone ograniczenie: celny strzał może paść tylko w kulminacyjnym momencie flirtu. Czy nasz bohater uniknie losu zwierzyny, i czy w wynajętym na czas polowania ludzkim ciele łowczyni pozostanie później wspomnienie przeżytej miłości? |
Fragment Gdy doszliśmy do szosy, wyciętej w pochyłości zbocza, nadpłynęła pierzasta
mgła. Zagubiony w białym mleku, mając tylko kilkanaście centymetrów pewnego
gruntu pod stopami, poczułem się jak ślepiec. Po omacku trafiłem na szeroki
kamień i usiadłem. Jej głos dobiegał jak poprzez zwoje waty, wyciszony
i zmiękczony na tysiącach zawieszonych między nami mikroskopijnych kropli.
|
O tym, który słyszał woń nenufarów Grudzień 1979, 5 stron Komentarz To jedno z moich wczesnych opowiadań, może nie niosące zbyt wyrazistej puenty, napisane raczej po to, aby czytelnik spędził miło czas, uśmiechając się przy lekturze. Tekst jest oszczędny, skondensowany, miejscami nawet nieco konspektowy, jak we wszystkich moich wcześniakach, ale płynie swobodnie, słowo rwie się niby źrebiec na łąkę. Uczesałem go w dwóch czy trzech miejscach i puściłem, niech biegnie! Humoreska, bazująca na liniowej ekstrapolacji czułości słuchu. Zwykle z upływem czasu słyszymy coraz gorzej, ale u Jana stało się odwrotnie. Co ciekawe, słyszał również to, co zwykle widzimy, czujemy węchem, przeczuwamy, rozumiemy, potrafimy wydedukować, słowem - jednym zmysłem potrafił odebrać wszystko, nawet świst rozcieńczanego spirytusu czy wredny, a więc zgrzytliwy charakter sąsiadki. Czy potrafił podsłuchać duszę? |
Fragment Skąd się to wszystko
wzięło? Wczoraj był w drogerii, mógł więc coś powąchać. A może to przez
seanse spirytystyczne, w których ostatnio uczestniczył? Mógł go jeszcze
Bóg wynagrodzić lub diabeł ukarać (albo odwrotnie) za tę jego wieczną ciekawość
wszystkiego, co istnieje i co nie istnieje, zresztą powód zawsze się znajdzie,
jeśli dobrze poszukać. Ale... zaraz! Wczoraj przecież uderzył się o szafkę,
aż gwiazdy zatańczyły mu na tle brudnej ściany kuchennej. Szansa leży w
kuracji wstrząsowej! Nie zwlekając, Jan zdjął z półki kilka opasłych tomów
encyklopedii w twardej oprawie. Wyrżnął się nimi w ciemię, aż świat pociemniał,
a rozmowy wokół też przycichły. Ufff...
|
Marcjanna i aniołowie Październik 1986-kwiecień 1987, 190 stron (powieść) Komentarz To moja pierwsza powieść. Tutaj muszę wyznać, że zasadniczo jestem autorem opowiadań, co widać po spisach: powieści mam w dorobku dwie (do 2007 roku), a opowiadań siedemdziesiąt. Cóż, lubię być zwięzły, gadulstwo jest cechą, której nigdy u siebie nie obserwowałem. Stąd przywiązanie do krótkiej formy - pomysł, szkic postaci, wytworzenie nastroju, rozegranie fabuły i puenta - wszystko ładne, zgrabne, małe i treściwe, oto mój ideał. No dobrze, ale czytelnicy wolą powieści, bo wtedy jest czas na "wprowadzenie się" do innego świata, skumplowanie się z bohaterami, przywyknięcie do krajobrazu. Sam lubię pogrążyć się w powieści, ale na równi cenię sobie lekturę opowiadań. Natomiast pisać wolę opowiadania - być może wynika to także zwyczajnie z lenistwa, wszak powieść wymaga od pisarza sporej dyscypliny. "Marcjanna" opowiada o kosmicznej ekspedycji, lecz nieco innej niż klasyczna. Astronautów werbuje się jak do wojska, lot odbywa się inną przestrzenią, a w docelowym świecie mamy cywilizację ludzką i temporalne bramki do różnych czasów, np. historycznego, gdzie te same osoby występują w różnych epokach historycznych. Morał jest dosyć antyglobalistyczny: każdy powinien żyć u siebie i nie wściubiać nosa w sprawy innych.
|
Fragmenty
- Uwaga, rozpoczynam manewr lądowania. Od tej
chwili przywrócona zostaje wam pełna zdolność działania. Uprzedzam, że celem
penetracji jest strefa o potencjalnym dużym współczynniku zagrożenia. Każdy
odpowiada za siebie i równocześnie za całą ekspedycję — pieszczący głos
Arieli otaczał ich, płynął zewsząd, wnikał pod czaszki. ***
Wszedł w słoneczną przestrzeń, nasyconą
żółtym, oleistym blaskiem. Ponad feerią barwnych plam powietrze zakrzepło w
setki krystalicznych wielościanów, przypominających monstrualnie rozdęte
bąble piany.
— Hej, wstawaj — jeden z żołnierzy trącił
czubkiem buta leżące ciało. Drugi odwrócił je twarzą do góry. |
Okładki: |
Ciąg dalszy nastąpi
W przygotowaniu:
W następnej kolejności:
|