Okładki:

Główna

  Naukowa

    Literacka

      Publicystyczna

        Galeria i podróże

 

 

 

 

 

 

 

Andrzej Zimniak

CZYTELNIA

literacka

 

 

 

Covers:

Main     

  Scientific

    Literary       

      Journalistic    

        Gallery & travel  

 

      

Teksty zamieszczone na tej stronie chronione są prawem autorskim.

Kopiowanie i upowszechnianie utworów bez zgody autora jest niedozwolone.

Wykorzystywanie utworów w celach komercyjnych bez zawarcia umowy z autorem jest łamaniem prawa.

 

 

   
 

CAŁE UTWORY:

Intermezzo z Chrys2sem

Rozpakuj ten świat, Evitt

List z Dune

Fraszki

 


 

To dosyć kontrowersyjne opowiadanie. Parowski narzekał na nie, ponoć nie podobały mu się dialogi, a nie światopogląd. Ukazało się SFFH (4/2006, luty 2006).

Nigdzie nie jest powiedziane, że Chrystus nie może mieć brata, a z Bogiem nie można negocjować. Kto wie, może istnieje tylko bariera językowa? Kolokwializm wypowiedzi bohaterów tej opowiastki świadczy o tym, że niekoniecznie tylko filozofowie mogą próbować włączyć się do takich negocjacji.

Andrzej Zimniak

Intermezzo z Chrys2sem

 

- Bóg istnieje! I jest pilnie potrzebny!

- Nie sądzi pan, że te dwie kwestie należałoby omawiać na osobnych sympozjach?

Dwa pierwsze twierdzenia wypowiedział, a raczej wyrzucił z siebie Lebiediew, mały okrągły człowieczek z nosem jak guzik od kamizelki. Jego wygląd mógł budzić wesołość, dopóki nie zajrzało się grubasowi z bliska w oczy - miał spojrzenie twardości granitu, za którym przyczaiło się bezkompromisowe okrucieństwo, całkowity brak skrupułów w dążeniu do celu. Wyznacznikiem działania tego człowieka była wyłącznie efektywność, a więc mógł być zarówno tyranem, jak i srogim lecz dobrym władcą, pod warunkiem, że przyświecałby mu szlachetny cel. Pytaniem odpowiedział mu Zharistrat, szczupły i ascetyczny starzec o czekoladowej karnacji i nadspodziewanie gęstej, mlecznoburej czuprynie. Lebiediew patrzał przez interlokutora, jakby ów był powietrzem, choć nie miał zamiaru nikogo obrażać. Po prostu już był myślami dwa ruchy dalej.

- Panowie! - odezwał się DeVille, anorektyczny mężczyzna w średnim wielu o sępim nosie i wydatnych wargach. - Nie wolno nam zabłądzić na bagnach bezowocnych dyskusji teologicznych. Bezowocnych i bezsensownych! Mamy cholernie prawdziwy problem, pochodzący z tego, najzupełniej materialnego świata...

- Zaraz, kolego - przerwał mu Lebiediew tak chłodno, że gdyby była wiosna, wiosenne pąki poodpadałyby od gałęzi. TransLator dobrze odtworzył intonację i DeVille skulił się, jakby nagle owionęło go syberyjskie powietrze. - Ta sprawa została już przez nas porządnie opukana. Nu, bez Boga ani rusz!

- A ty jesteś wierzący, Loszka? - strzelił Sodano, mrużąc i tak małe oczka, więc wydawało się, że ma zrośnięte powieki. Jego wielka jak bochen twarz pokraśniała, jak zwykle, gdy zabierał publicznie głos.

- Tak, jeśli trzeba - odwarknął grubas. - Ale w tym przypadku nie muszę. Mogę sobie wierzyć w JEGO wszechpotęgę, dobroć i nieomylność, tak jak w wierność mojej żony, ale w istnienie nie potrzebuję! My jesteśmy dowodem! Trzeba go tylko przywołać, ot co.

- Bluźnisz - jęknął Molistrani. Nosił czarny habit i srebrny krzyż, zawieszony na szyi na masywnym łańcuchu.

- Ach tak - Lebiediew pustoszył kamiennym spojrzeniem jego biurko i jego osobę - zaczynają się słowne igraszki, ple ple, gazetowe sloganiki! Nie po to spotykamy się tutaj, szanowni pionierzy polityki rozumu, żeby dalej międlić propagandową papkę! Powiedz coś, Bliski!

Wywołany był otyłym mężczyzną o rzadkich włosach, nijakiej twarzy i nieforemnym nosie.

- Co racja, to racja - skonstatował. - Nasze spotkania mają być czysto robocze, bez propagandy. - Zakrztusił się i skłonił w stronę Molistraniego. - Przepraszam Eminencję, to było ogólnie. Chciałem powiedzieć, że tutaj wypracowujemy praktyczne stanowiska, a poglądy, w tym światopoglądy, nie mają większego znaczenia.

- Jak to? - zaoponowała Gonzales, kobieta pełnego ciała, zdecydowanie trzymająca kurs mimo ryczących czterdziestek. Manifestowała oburzenie. - Przecież działanie zawsze uzależnione jest od światopoglądu...!

- Niekoniecznie, droga koleżanko - odparował DeVille. - Można dojść do podobnych praktycznych wniosków podążając różnymi drogami rozumowania, można zrobić coś dobrego z różnych pobudek. Gdyby tak nie było, nasze spotkania nie miałyby najmniejszego sensu.

- Brawo! - huknął Lebiediew. - Zawsze świetnie się dogadujemy z tym libertynem mimo jego libertynizmu. Przekonaj go, Bliski, przecież jesteś katolickim agnostykiem, a to unikatowa profesja, ustawiająca cię w połowie drogi od nas do stolicy tolerancji ultymatywnej.

- Coś dużo tych pochwał. - Bliski skrzywił się w półuśmiechu. - Nie traktuję niczego jako dowodu, ale ON po prostu powinien istnieć, bo inaczej świat nie trzyma się kupy. Szanowni zebrani, chyba nie liczycie na to, że tutaj na hokus-pokus zdołamy nawrócić zawziętych ateistów?

- Nawet wtedy będzie ich zbyt wielu - zabrał głos Gustavsson, zwalisty, muskularny blondyn. - U nas kościoły przerabia się na supermarkety z kapliczkami w stoiskach z zabawkami, dopiero wtedy ktoś do nich przychodzi.

- Właśnie! - krzyknął Lebiediew, aż echo wróciło spod przeszklonego sufitu, ponad którym pełzły stada cummulusów. - Kiedyś zdarzały się cuda, bo Bóg przechadzał się pośród nas, był z nami, słuchał i pomagał. Albo szkodził, ale coś robił! Dziś jest nieobecny, usnął, urżnął się, zawiesił, wyjechał, zachorował. Może nawet umarł, ale nie zakładajmy od razu najgorszego. Zawołajmy go!

Molistrani złożył ręce do modlitwy za bluźnierców i odszczepieńców i stwierdził wyniośle:

- Bóg objawi się wtedy, kiedy sam zechce. Muszę stwierdzić, że poziom tej dysputy jest żenujący.

- Jest w sam raz dla praktycznej polityki, Eminencjo - niezbyt uprzejmie wyjaśnił Lebiediew. - Intelektualne teoretyzowanie jeszcze nikogo nie nakarmiło, więc niech nadal odbywa się po uniwersyteckich aulach. My jesteśmy praktykami, którzy w obliczu zagrożenia zmuszeni są do marszu na skróty. Proszę więc o pomnożenie swojego filozoficznego wyrafinowania przez współczynnik barbarzyństwa pragmatycznego, przynajmniej na czas obrad, jeśli łaska.

- Jest tyle zła i niesprawiedliwości, a on, jeśli istnieje, rzeczywiście nic nie robi - palnął ośmielony McConney, opalony i wysportowany pięćdziesięciolatek. Jako jedyny w tym towarzystwie występował w podkoszulku, na dodatek z nadrukowanym czerwonookim sępem.

- Trywialny argument - oznajmiła Gonzales. - Cóż nam wiadomo o boskich drogach i sprawiedliwości wyższej niż nasza?

- Ech, urodziwa koleżanko, reinterpretujesz Hammurabiego i aplikujesz truizm za truizm - ripostował niezmordowany Lebiediew. - Bóg z definicji ma być dobry i doskonały, czyż nie? Powinien więc robić tak, żeby było nam dobrze, jeśli nie jest sadystą, to znany teodycejski problem, ale pewnie nie wszyscy słyszeli. - Prześliznął się spojrzeniem po DeVille'u. - Adwersarze odpowiadają, że porusza się jakimiś innymi drogami. Zgoda, ale podobno jest także wszechpotężny, więc w zakresie jego możliwości leży zniżenie się do naszego poziomu, zrozumienie, a potem zapewnienie nam jakiegoś lokalnego szczęścia na uboczu swoich niezrozumiałych dróg. Nie robi tego, więc albo nie jest z natury dobry, albo nie jest wszechpotężny. Wolę tę drugą ewentualność. Co tam wolę! Musimy ją przyjąć jako hipotezę roboczą, bo złego Boga nie ma sensu prosić, nu, nie tak?

- To już nie droga, a cały gościniec, wybrukowany pseudoteologicznymi sloganami! - Sodano musiał to powiedzieć, z politowaniem kiwając głową, inaczej straciłby twarz. Potem już mógł włączyć się w dyskusję. - Zakładacie więc, że Bóg jest słaby, i do tego opuścił człowieka. To apokryficzne bluźnierstwo, a poza tym przy takim założeniu zaiste smutne perspektywy, bo co można zrobić?

- No, taki słaby to on nie jest - nie zgodził się Bliski. - Dla nas pozostaje mocarzem, który być może też ma swoje problemy i ograniczenia, z oczywistych powodów pozostające poza naszym pojmowaniem.

Lebiediew nalał sobie z półlitrówki, przepłukał gardło, parsknął.

- No, mamy wreszcie rozmowę o konkretach. Są dwie oddzielne sprawy: gdzie i jak. Obie proste jak droga do cerkwi.

Zapadła cisza. Bliski po raz kolejny doszedł do wniosku, że dla tego niedźwiedzia w skórze klowna nie ma rzeczy, które zaklasyfikowałby jako niemożliwe. Zwłaszcza po przepłukaniu gardła.

- Bóg stworzył człowieka na wzór i podobieństwo swoje, tego musimy się trzymać - kontynuował grubas. - Ponieważ jest potężny, może sobie spacerować podniebnym szlakiem, ale skoro jest podobny do człowieka czy vice versa, najlepiej czuje się tu, na Ziemi. Ty, Bliski, jak idziesz na spacer, wkładasz płaszcz i kalosze, albo i czapkę, i łazisz po błocie, aż ci się znudzi. Wtedy wracasz do domu, nu? Bo tam ciepło i można przysnąć na piecu. Wniosek? On jest tu, w naszym wspólnym domu, na Ziemi, i śpi już dwa tysiące lat. Powinniśmy na trzy, cztery krzyknąć jak wystraszone dzieci: Ojcze, wracaj, bo grozi nam śmierć! Tyle że nasze pohukiwania są mało warte, odpadną jak groch od ściany. Właśnie to chcę wam powiedzieć: krzyk człowieka musi zabrzmieć o wiele donioślej.

- Co masz na myśli? - ostrożnie spytał Molistrani.

- Cóż, wiem, jak to zrobić - stwierdził Lebiediew zniżając głos, jakby przestraszył się własnych słów. Rozejrzał się po sali i McConney, który miał najbystrzejszy wzrok, mógłby się założyć, że w spojrzeniu grubego na mgnienie pojawiła się pokora. - Co ja robię od samego rana? - krzyknął prostując się, jakby próbował zrzucić ciężar z ramion. - Cytuję Biblię, bo w tej księdze jest wszystko, czego potrzebujemy. Wierzcie, mnóstwo miejsca zajmuje w niej opis przywoływania Boga. To przecież takie oczywiste.

 

***

 

Señora Gonzales wzięła kopię raportu i zaszyła się w kawiarni, zajmując miejsce w szklanej mansardzie na szklanym dachu przeszklonej sali konferencyjnej. Pod sobą miała pustą w tej chwili aulę, po której pełzali automatyczni sprzątacze, wokół idylliczną panoramę górskiego miasteczka, a w górze ciężkie zwały chmur, po brzegach zażółcone niemrawym światłem zachodzącego słońca. Czasami pokazywał się skrawek granatowego nieba, które nie miało zawierać niczego więcej ponad kosmiczny pył. Właściwie była niewierząca, ale niebo zawsze kojarzyło jej się z Bogiem. No i, wstyd się przyznać, ale w podróży podczas startów i lądowań za każdym razem szeptała nieporadne słowa modlitwy.

Opuściła ostatnie posiedzenie Rady, więc musiała nadrobić zaległości. Że też tacy ludzie pociągają za sznurki, pomyślała. Rzecz jasna, nie miała na myśli akurat siebie, premiera półwyspiarskiego kraju.

Pochyliła się nad dokumentem. W kącie było ciemno, więc podświetliła folię i wywołała pierwszą stronę. Na środku rozpoznała pieczęć Rady z napisem "Tajne". Nie musiała się obawiać, cała konferencja była utajniona, a gmach na czas obrad został odcięty od świata. Zaczęła lekturę.

________________________________________________________

 

Epidemia nieznanej choroby psychicznej

Skrót raportu DU/44/2050

  I. Wybór fragmentów relacji

 II. Ekspertyzy i komentarze

III. Materiały uzupełniające

 

I-1. Obserwator Anzelm

[...] Młodzi, tak, najczęściej zostają porażeni ludzie młodzi, chociaż nie tylko. Wszak flirtowanie to przeważnie przypadłość młodości. Bo zjawisko, to niepokojące zjawisko epidemiczne - nie waham się użyć słowa "epidemia" - zasadza się na flircie właśnie, przy czym trzeba podkreślić, że jest to flirt wyłącznie duchowy, miłość platoniczna. Tak naprawdę nie jest to ścisłe określenie, bo sformułowanie "miłość platoniczna" ma wydźwięk pewnego rodzaju niespełnienia, zatrzymania się w pół kroku czy problemów z konsumpcją, natomiast tutaj mamy od początku do czynienia z dążeniem do zespolenia wyłącznie duchowego. Można przypisywać stronom pobudki altruistyczne czy religijne, lecz według mnie nic takiego nie ma miejsca, raczej mamy do czynienia z zafascynowaniem bliskością drugiej osoby odmiennej płci, z transcendentnym przeżywaniem wspólnoty. Taki flirt koncentruje się więc na oddawaniu czy przekazywaniu czystej miłości, zaś nie na planach ułożenia sobie życia czy posiadania dzieci. [...]

Zaczyna się zupełnie normalnie, powiedziałbym że trywialnie - zaproszeniem na lody, basen, disco, albo mają miejsce jakieś typowe słowne przekomarzania. Za to dalszy ciąg jest inny, bo zamiast wzajemnego ślinienia i pospiesznej kopulacji następuje głębokie spoglądanie w oczy, trzymanie się za ręce, rozmowy o intymnych przeżyciach, ale dotyczących wyłącznie sfery ducha. No i trzeba gwoli ścisłości wyraźnie podkreślić, że strona inicjująca zawsze jest osobnikiem naprawdę urodziwym, zdecydowanie powyżej przeciętnej.

Kończy się fatalnie. "Potrzebuję twojej miłości", "oddaj mi swoje uczucia na zawsze", "połączmy się duszami" - takie slogany słyszałem i utrwaliłem w nagraniach podczas podsłuchu. Fizyczne zespolenie polega na nakładaniu dłoni, przytulaniu się bez eksponowania stref erogennych, wzajemnym dotykaniu częściami twarzy, przy czym takie karesy mogą ciągnąć się godzinami. Właśnie w ich trakcie dochodzi do zarażenia. Tak, zarażenie jest chyba najlepszą definicją, w ten sposób oceniam zjawisko. Pierwszym patogenem są inicjatywni "duchowi flirciarze", a drugim czynniki chorobotwórcze przez nich przekazywane. Co to za czynniki, trudno określić, lecz choroba jest z całą pewnością psychiczna. Dowiedziono, że część chorób psychicznych jest zaraźliwa, ale tylko wobec osobników predysponowanych. Czy w tym przypadku istnieje zarazek, czy infekcja przenosi się przez rodzaj hipnotycznej sugestii, na tym etapie nie jestem w stanie nawet zasugerować.

Co dzieje się dalej? Ofiara zarazy dosłownie z minuty na minutę staje się kim innym, a inicjujący partner usuwa się i odchodzi, czyli ma miejsce szczególnego rodzaju rozstanie. Momentalna zmiana osobowości polega na tym, że osoba zarażona od tej chwili nie wiąże się z nikim, nie przejawia praktycznie żadnych emocji, nawet negatywnych, robi się bierna i obojętna. Niektórzy kończą w zupełnym stuporze, inni jakoś dalej funkcjonują, gorzej lub lepiej. [...]

Moim zdaniem mamy do czynienia ze schorzeniem analogicznym do chorób wenerycznych, tyle że ma ono podstawę psychiczną. Psychiczna choroba weneryczna - brzmi adekwatnie. Kim wobec tego są inicjatorzy? Nosicielami, czyli zarażonymi, u których jednak nie rozwinął klasyczny zespół objawów, za to choroba wygenerowała u nich popęd typu Casanovy, więc po "zerwaniu" są natychmiast gotowi do następnych amorów. Im zaraza nie szkodzi, za to są jej siewcami.

Jak w przypadku każdej dotychczas poznanej choroby zakaźnej, zdarza się i tu wrodzona odporność, co manifestuje się tym, że nie wszyscy są podatni na wdzięki nosicieli. Niektórzy nie nabierają się na lep opowiastek o miłości, przyjaźni, wspólnocie dusz i psychicznym synergizmie pozytywnym, pewnie dlatego że należą do pragmatyków, twardo stojących na ziemi. Okazuje się jednak, że nadspodziewanie dużo mamy podatnych osobników, i że nieraz pod zewnętrzną opoką życiowego realizmu kryje się niezaspokojona potrzeba otwarcia na miłość, ale także dawania miłości. Ci ludzie stanowią populację zagrożoną, a grupę ryzyka szacuje się na około siedemdziesiąt procent ludzkich zasobów. Wesoła nowina dla duchownych i filozofów - DOBRO zwycięża, przynajmniej w przeliczeniu na liczbę głosów. [...]

Nasuwa się jeszcze pytanie, dlaczego nosicielstwo dodatnio koreluje z wybitną urodą? To już jest pytanie dla genetyków i statystyków, w końcu pewne atrybuty urody są obiektywne i dziedziczone jako część fenotypu, więc mają swoją przyczynę w genach.

 

I-2. Obserwatorka Miriam

Jestem głęboko przekonana, że mamy do czynienia z inwazją Obcych. Być może tą wypowiedzią narażam się na śmieszność, ale trudno, ktoś pierwszy musi wskazać przyczynę, dla dobra ogółu. Dzieją się rzeczy niezwykłe, którym trzeba natychmiast zaradzić, póki nie jest za późno. O ile znajdziemy antidotum. [...]

Oto wybrane dane, otrzymane od wywiadu policyjnego. Być może zjawisko występowało już wcześniej, lecz dopiero w maju ubiegłego roku zanotowano po raz pierwszy niepokojący efekt pewnego rodzaju znajomości typu damsko-męskiego. Młoda kobieta o miłej powierzchowności, Angelica Hardt, uwiodła pana w średnim wieku, Beniamina Jarominsky. Znajomość trwała zaledwie dwa tygodnie i raczej nie doszło do konsumpcji związku. Rozstania nic nie zapowiadało, nastąpiło nagle. Po nim Beniamin, człowiek dotychczas nieśmiały, życzliwy i dobroduszny, zmienił się nie do poznania: stał się gburowaty, zamknięty w sobie, nie przejmował się nikim i niczym. Co ciekawe, również sobą i swoimi sprawami. Jak napisał ekspert psycholog, z pyknika zmienił się w psychopatę pozbawionego instynktu samozachowawczego. Czy takie zmiany psychiczne mogły zajść na skutek zerwania związku z panią Hardt? Niczego nie można było wykluczyć, choć psychologowie nie uważali takiego wyjaśnienia za prawdopodobne ze względu na głębokość zmian. [...]

Kolejne przypadki psychicznej dżumy, bo tak nazwano tę szybko rozszerzającą się przypadłość, miały analogiczny przebieg. Osoba o miłej powierzchowności wyruszała "na łowy", następowała trwająca od kilku dni do miesiąca znajomość, często bardzo intensywny flirt, chociaż zazwyczaj pozbawiony zbliżeń erotycznych, po czym ofiara po szybkim zerwaniu popadała w wyżej opisany stan psychicznej niewydolności. Należy dodać, że myśliwy zwykle polował kilka razy, ale nie więcej niż sześć do dziesięciu, po czym żył zwyczajnie, nie wykazując żadnych zmian psychicznych, a nawet zawierał nowe znajomości, które miały już normalny przebieg, bez fatalnych następstw. Warto też nadmienić, że nie zawsze "zwierzyna" stawała się ofiarą. Rzecz jasna nie każda nagabywana osoba miała chęć na przygodę, ale co interesujące i istotne, zdarzały się także przypadki romansu, który nie kończył się degradacją psychiczną dla potencjalnej ofiary. Zgodnie z prowadzonymi dochodzeniami, w takich wypadkach znajomość utknęła na etapie przekonywania i awansów ze strony myśliwego, a więc można wnioskować, że niedoszła ofiara okazała się odporna na uroki podrywacza. [...]

Dlaczego uważam, że doszło do inwazji Obcych? Schemat dramatu jest zawsze taki sam: w losowo wybranego "myśliwego" o ujmującej powierzchowności, który dotychczas żył normalnie i nikomu nie zagrażał, nagle wstępuje "czynnik x", po czym taka osoba rozpoczyna łowy. Po psychicznym podporządkowaniu partnera, lub inaczej - jego zaanektowaniu, ma miejsce osobliwy transfer emocji od ofiary do myśliwego, coś w rodzaju "wyssania mózgu". Jednak wydaje się, że następuje przemieszczenie nie tylko emocji i przynależnego im zasobu pamięci, lecz również ich podglebia, potencjału umożliwiającego ich przeżywanie, a więc zachodzi trwałe usunięcie receptorów emocjonalnych, cokolwiek by to mogło znaczyć. Testy wykazały, że głównie wymazywane są doznania pozytywne i odruchy samozachowawcze, więc po takim ataku ofiarę można określić mianem psychicznego wraka, pozbawionego chęci do życia i życiowego kompasu. Co dzieje się z uzyskanym "ekstraktem", nie stwierdzono, lecz podejrzewa się, że po zakończeniu serii łowów jest przekazywany dalej, a myśliwy służy jedynie za coś w rodzaju biologicznej stacji przekaźnikowej. Z ekspertyz można wnioskować, że myśliwi są nieświadomi swojej roli. [...]

Zjawisko narasta w postępie geometrycznym i wydaje się, że każdy nowy przypadek zawładnięcia ofiarą zwiększa możliwości wchodzących do akcji myśliwych, zupełnie jakby psychiczne soki wypijane przez jednych służyły także innym za źródło emocjonalnej energii. Oszacowano, że za rok aż trzy czwarte populacji ludzkiej na całej Ziemi zostanie zarażone lub podporządkowane. [...]

Zdaję sobie sprawę  faktu, że moja interpretacja lokuje się na samym ostrzu Ockhama, ale żadnych patogenów dotychczas nie znaleziono, a zjawisko jest na tyle nietypowe, że typowe tłumaczenia nie znajdują zastosowania.

 

I-3. Obserwator Benedyktyn

I oto nadszedł dzień szatana. Diabeł, dotychczas atakujący z ukrycia, wypełzł na światło i uderzył otwarcie. Jest oczywiste, że dożyliśmy dnia próby, i właśnie teraz okaże się, kto zapanuje nad duszami - DOBRO czy ZŁO. Szatan posłużył się przebraniem, bo na swoją szkaradną postać nałożył maskę, ubarwił się i dodał sobie regularności rysów. Chroniony mimikrą ruszył do natarcia, powtarzając w kółko słowo "miłość",  którego znaczenia wszak nigdy naprawdę nie rozumiał. Jednak potrafił mówić przymilnie i patrzeć jak ktoś samotny, i wzbudzać litość. Ludzie dobrego serca, prawdziwie wierzący, ale też tacy, którzy byli w przededniu nawrócenia się na wiarę w Pana, nie potrafili odmówić potrzebującemu, i oferowali to, co najcenniejszego dać mogli - swoją miłość. I stało się, że szatan roześmiał się radośnie, bo oto spijał z nich miłość, zabierał im plon życia, i tak czynił przy swoich diabelskich żniwach, żeby nie tylko urwać kłosy, ale zabrać wszystko na zawsze, wyrywając z gleby korzenie. W taki sposób wierni i dobrzy ludzie pozbawieni zostali esencji swoich dusz, swoich skarbów największych, swojego drogowskazu do Pana. Błąkają się teraz bezradni, zawieszeni między niebem a piekłem, niczyi. Zaiste niewielką pociechą jest, że pozbawieni wyboru świadomie zgrzeszyć nie są w stanie, więc do szatańskich zastępów nie trafią, ale i do Pana też dojść nie mogą. [...]

Szatan postępuje perfidnie, żeby oddzielić od Pana jego najlepsze owieczki. Naprawdę smutkiem napawa, że dobrze mają się bezbożnicy, cynicy, niemiłosierni, egoiści, bo ich szatan nie chwyta, oni i tak kiedyś będą jego. Jeśli atak mocy piekielnych nie osłabnie, już niebawem wyludni się Królestwo Niebieskie, a człowiecze plemię pozbawione zostanie tego, co jedyne ma sens - miłości.

__________________________________________________

 

Señora Gonzales zamknęła dokument i zwinęła folię, darowując sobie lekturę ekspertyz. Jak zwykle, starała się bazować wyłącznie na  materiałach źródłowych i własnych opiniach.

 

***

 

Barabas zaklął, bo śmigstylni pojawili się przed celą jednocześnie z dzwonkiem na obiad. Jednak klął cicho, bo ubrani byli w błękitne misiurki, znaczy że ważni. Klawisz otworzył im kratę, drugi pilnował z wycelowaną fujarką, zupełnie jakby mieli prawdziwych ludzi za jakichś wariatów-kamikadze. Cuchnęło pokazówą i Barabas poczuł łaskotanie strachu, bo miał wrażenie, że chodzi o niego. I rzeczywiście, chodziło o niego.

- Baraba, rusz się - mruknął klawisz Kasper zmęczonym głosem. Nie dlatego, żeby naprawdę był zmęczony, ale taki miał styl, fingerprint, piersing, swój kolczyk w nosie.

Więzień wyszedł spokojnie, nie wykonując gwałtownych ruchów, i bez ponaglania skierował się prosto do szoferki. Tak nazywano oszkloną kabinę z mikrofonami, głośnikami, tam zwykle się rozmawiało, prawdziwi ludzie z takimi jak ci co przyszli.

- Nie - stęknął Kasper. - Na Olimp.

Dopiero wtedy Barabas uświadomił sobie, że jest jeszcze gorzej niż źle. Skąd się dowiedzieli, psie juchy? Stopy dźwigał z wysiłkiem, były jak kawały przechłodzonego lodu.

Wjechali windą na dach, gdzie w kopule z kryształu rezydował Dyro. Barabas siedział w tym kojcu już siódmy rok i jeszcze nigdy nie był w windzie, nie mówiąc o kryształowej czapce.

- Barabas Alejandro Raimundo Esteban y Nicolás César Ernesto de Jesús. - Kasper trochę ożywił się podczas recytacji. - Notoryczny złodziej, pierwszy wyrok w wieku piętnastu lat, drugi - dziewiętnastu, trzeci - dwudziestu sześciu. W sumie skazany na osiemnaście lat odsiadki, z ostatniego wyroku od dziś zostały jeszcze cztery lata i osiemnaście dni. W wymiarze kar uwzględniono progresję recydywistyczną.

Dyrektor milczał, jak zwykle. Siwe oczy pod nastroszonymi brwiami, błyszcząca łysina, popstrzona przebarwieniami jak stołowa cerata sraką karaluchów. Figurant, mumia, kukła, na którą klawiszom tak wygodnie się powoływać.

- Rozboje? - zainteresował się jeden ze śmigstylnych i Barabas już wiedział, że on wie. I że właśnie ubijają interes tych w pionowych potokach światła, wyciętych ze słonecznego dnia i pochwyconych między kryształowe płaszczyzny kopuły. Jak się dowiedzieli? Maryna? Nie, niemożliwe, ona nie miała wątpliwości, że zdarzył się wypadek przy pracy.

- Nie - dalej informował klawisz i w tym momencie Barabas miał ochotę go uściskać. - Tylko kradzieże, ale bez specjalizacji. Sztukmistrz, lokalik, daczupiór, automaniak, pieszczoch... Wszystko, jak leci.

- Slangujesz, jak klient - burknął drugi śmigstylny. Sam zaslangował, na co pierwszy wybuchnął szczekliwym śmiechem. Ten pierwszy był tu główny, Barabas nie miał wątpliwości, trzymał poziom wysoko nad Dyrem.

- Mów mi Herbst - ważniak odwrócił się wprost do niego. Zmrużył oczy, pogardliwie wywinął wargi. - Jesteś durny palant, Barabas. Nie, chłopcze, doceniam twoją inteligencję, tym niemniej jesteś durny. Masz trzydzieści trzy lata, powinieneś już być dyrektorem departamentu albo prezesem banku.

Barabas odruchowo zacisnął pięści, ale wzrok tamtego jak uderzenie bicza natychmiast przywołał go do rzeczywistości. W tej samej chwili dotarło do niego z przedziwną jasnością, że może mu wszystko powiedzieć, pod warunkiem, że nie będzie kręcił.

- To nie tak - wyrzucił z siebie. - Pan chce zdobywać, musi. Ja nie.

- Ale po cholerę ciągle pchasz palce między drzwi?

- Każdy ma przypisane mu ścieżki. Pan... na pewno chodzi na dziwki.

W powietrzu zawisła gęsta cisza, jej ciężar dusił. Klawisz Kasper pogłaskał się pałką po goleni, ale Herbst tylko strzepnął dłonią, poirytowany. Wykrzywił twarz w półuśmiechu.

- Nawet jeśli chodzę, nikt o tym nie wie. A ty zawsze dajesz się złapać, durnoto!

Barabas pobladł, lecz opanował się, tym razem bez wysiłku. Wytłumaczył sobie standardowo, że do chamów, którzy potrafią rozsmarować cię po podłodze, trzeba się przyzwyczaić, jeśli nie da się ich polubić.

- Nie jestem na bieżąco z waszą techniką, dlatego. A tamto - dodał, starając się zapanować nad głosem - ten wypadek...

- Dosyć! - warknął Herbst. Był wściekły i nie próbował się z tym kryć.

 Więźniowi płomień przepłynął przez twarz i ciężar uwarunkowania zelżał, a potem zniknął. Odetchnął.

- No - sapnął śmigstylny, poprawiając kuloodporną misiurkę. - Przyniosłem coś dla ciebie, Baraba. - Wyciągnął zza pazuchy różową bibułkę zwolnienia z zakładu i uniósł ją dwoma palcami jak zdechłego szczura. - Jest twoja.

Więzień skoczył na równe nogi, ale tamten cofnął dłoń, drażnił się z nim.

- Jest twoja, ale nie za darmo. Chcę cię zaangażować.

Wszyscy obecni zastygli w pół ruchu i wstrzymali oddechy. Cholera, ten Herbst sam negocjuje, reszta to dupki, asysta, publiczka, nawet nie mają pojęcia, o co chodzi, pomyślał Barabas. Opuścił ramiona w geście podporządkowania.

- Robimy spektakl, a ciebie wytypowano do głównej roli. Będziesz gwiazdą, obejrzy cię co drugi człowiek na Ziemi, licząc wszystkich, nawet buszmenów i speleologów nigdy nie wyłażących z grot! Pojmujesz?

Barabas milczał, koncentrując się. Usiłował nadążyć i jednocześnie odsiać blef od prawdy. Jego wyjałowiony odsiadką umysł błagał o litość, pracując na najwyższych obrotach.

- Gdy cytuje się filozofów - dalej katował go Herbst - nie wolno interpretować twierdzeń wprost, chyba o tym wiesz, podobnie jak tu obecni funkcjonariusze. - Nie spuszczając go z oka zatoczył dłonią koło, co wypadło teatralnie, i zapewne właśnie tak miało wyglądać. - A więc: jesteś drobnym złodziejaszkiem-recydywistą, tak jak w zasadzie... każdy. Bo każdy usiłuje coś skraść dla siebie, jedni uczucia, zabierając je konkurentom, inni zaszczyty, które przysługują lepszym choć pokorniejszym, a wszyscy wszystkim - pieniądze, które są fetyszem od dnia ich wynalezienia. Pieniądze skradzione bez naruszenia kodeksu nazywa się pieniędzmi zarobionymi. Czyli, Barabasie, nie będąc mordercą ani gwałcicielem należysz do nas, zwykłych ludzi, choć niestety wykazujesz mniej sprytu od średniego obywatela. Przy tym jesteś, jak my wszyscy, synem Bożym, wszak bez wyjątków mamy prawo nazywać się Jego dziećmi. Wracając do naszego spektaklu, to jesteśmy w wygodnej sytuacji, bo nie musimy wybierać między Barabaszem a Jezusem, wszak nosisz oba te imiona. Osądzimy cię sprawiedliwie i uwolnimy albo skażemy, a w zależności od werdyktu zagrasz Barabasza albo Chrys2sa. W obu przypadkach po happeningu będziesz wolny, wolność stanowi twoje honorarium za występ.

Więźnia chwycił zawrót głowy. Czy ten skecz dzieje się naprawdę?

- Bę-dziecie mnie przy-przybijać? - jąkał się. - Do krzyża?

Śmigstylny rozłożył ręce.

- Cóż, do tej roli nie angażujemy kaskadera, ale weź pod uwagę, że zapewne zostaniesz uniewinniony, a jeśli nawet nie, po twojej stronie będzie nowoczesna technika choreograficzna. Jednak według umowy wszystko musisz zagrać sam, od początku do końca.

- Do jakiego... końca?

- Jak to, jakiego? Do zmartwychwstania. Bóg-Ojciec przyjdzie, aby cię uwolnić. Odstępstw od scenariusza nie przewidujemy.

 

***

 

- Moi drodzy, jak to dobrze, że tam jesteście, po tamtej stronie wizji... nie, chciałem powiedzieć, że tak naprawdę wszyscy jesteśmy razem, po tej samej stronie interaktywnego superwydarzenia! - krzyczał Kwaido-Jon, najlepszy telewizyjny konferansjer na świecie. - Pod żadnym pozorem nie wyłączajcie teraz odbiorników, to byłby wasz straszliwy, niewybaczalny błąd! Macie jedyną szansę uczestniczyć w największym happeningu nowożytnej ery, więc nie bądź frajerem, ty, Andrew, i nie zgrywaj niesprawnej, Betty, tak, właśnie do was mówię, kochani, nie wychodźcie! Już za chwilę zostanie wam dana możliwość współdecydowania pośrednio o losach świata, a bezpośrednio o losach Chrys2sa. Tak, to prawda, przybył ktoś, kto próbuje obwołać się Synem Bożym, i nikt inny tylko my mamy zdecydować, jakiej poddać go próbie. Globalny super-plebiscyt, jak zwykle, wyjawi ludziom prawdę!

Kwaido-Jon miał na sobie lekki metalowy półpancerz, lśniący płynnym srebrem, z jego hełmu zwieszały się pawie pióra, a do pasa przytroczył krótki szeroki miecz. Twarz o wydatnych kościach policzkowych i kwadratowej brodzie zdobił wąs.

Estrada pełna była zionących białym dymem stożków wulkanicznych, między którymi pląsały wiotkie jak łodygi kwiatów, bladolice dziewczęta, spowite w śnieżne muśliny. Z tym pierwszoplanowym krajobrazem, utrzymanym w odcieniach bieli i szarości, kontrastowały dalsze dekoracje, tnące po oczach ostrymi barwami: tuż nad widnokręgiem unosiło się miasto naszpikowane kościelnymi wieżami, ściśnięte żółtym murem jak gorsetem, bokiem przepływała zielona arka z menażerią statycznie uśmiechniętych zwierząt, a na niebie krzaczastą czerwienią wybuchały fraktale płonących krzewów.

Wtem opadła kurtyna telebimu, a na niej rozwinął się kadr z przestrzeni kosmicznej. Czerń i świetliki gwiazd, a na ich tle płynie kropla bieli, zbliża się, rozrasta w owadzie monstrum. Unieruchomiony w sztywnym skafandrze, z rozłożonymi kończynami, wykonując jednostajny powolny obrót w płaszczyźnie ciała, rzucając nerwowe spojrzenia przez dymną szybę hełmu, nadlatuje człowiek. A może to nie on nadlatuje, tylko do niego zbliżają się kamery, ścigają go orbitalni paparazzi, nachalnymi sztychami jupiterów smagają po oczach, wydzierają każdy sekret.

- Oto i on! - grzmi Kwaido-Jon, wpływając z boku w kosmiczny obraz i zasłaniając gwiazdy swoim opancerzonym torsem. Zbroja lśni jak lustro, doskonale komponując się z astralną scenerią. - Został wyniesiony, tak, ale na razie przez ludzi, i tylko na orbitę wokółziemską. Tam właśnie rozegra się wyjazdowa część dzisiejszej inscenizacji, moi kochani, w której weźmiecie czynny udział. Bo jeśli okaże się, że naprawdę - uwaga, wszystko jest dziś możliwe! - więc że przyszedł do nas Chrystus pod postacią Chrys2sa, najszersze spojrzenie na Ziemię i ludzkość będzie miał właśnie dzięki tej podniebnej perspektywie! A teraz posłuchajcie, zdradzę wam sekret dzisiejszej gry. Ach, jeszcze nie w tej chwili, przedtem rzućmy okiem w stronę Wszechświata, tam, w głąb kosmicznych czeluści. Oto rekwizyt, który nie musi być nam potrzebny, ale przecież należy mieć go pod ręką.

Ujęcie zmieniło się, kamera poszybowała ponad ramieniem uwięzionego w skafandrze astronauty i wyłuskała z mroku następny rosnący przecinek blasku. Coś wydłużonego, regularny kształt, jakiś przedmiot zbliżał się majestatycznie, nie wirując, unosząc się wciąż na tle tego samego gwiazdozbioru Bliźniąt, rosnąc. Rósł bardzo powoli, jakby choreograf precyzyjnie dostrajał powiększenie, i od pewnego momentu już dało się rozpoznać krzyż,  ornamentowany i lśniący żywym srebrem. Krzyż tak wielki, że bez trudu zmieściłby się na nim ów lewitujący człowiek wraz ze swoim rozdętym próżniowym skafandrem.

- Uwaga, panie i panowie, moi wspaniali widzowie, i sędziowie zarazem! Na marginesie tych niesłychanych wydarzeń chciałbym nadmienić, że nasze audytorium w tej chwili przekroczyło dwa miliardy i rośnie w tempie miliona włączeń na sekundę! Ale przejdźmy teraz do reguł, ustanowionych specjalnie na dzisiejszą inscenizację. Te reguły możecie oczywiście zmienić, jeśli uznacie, że tego wymagają. Dziś, kochani, wy jesteście Najwyższą Władzą, Wielki Plebiscyt z waszym udziałem kształtuje oblicze świata! A więc - zniżył głos i nadał mu teatralną, sztuczną intonację - ten człowiek, samozwańczy Zbawiciel 2, ma być osądzony. Jeśli uznacie, że jest małego formatu oszustem, nieodpowiedzialnym albo nawet niepoczytalnym drobnym złodziejaszkiem Barabaszem, nieledwie śmieciem, puścicie go wolno. Żeby odtrąbić odejście takiego gościa, nie trzeba fanfar, wystarczy zagwizdać, a zaraz potem zatelefonować pod numer 4412. Natomiast gdy stwierdzicie, że ów człowiek stanowi transcendentną zagadkę i należy poddać go ostatecznej próbie, to niechaj będzie to... próba krzyża, tak, dobrze słyszycie!, próba krzyża. Po takiej próbie oczekujemy na ostrzeżenie, na znak, na cud. Tak, wtedy niechybnie stanie się cud, coś, co nie zdarzyło się od tysiąca lat, i nie mamy się czego obawiać, bo prawdziwy Chrys2s okaże miłosierdzie, ukazując nam swoje oblicze. Zaś jeśli ten człowiek jest wielkim oszustem i szalbiercą, świętokradcą i heretykiem, poniesie zasłużoną karę, bo wtedy, po prostu, żaden cud się nie wydarzy. Czeka nas szczególna próba miecza: gdy oręż, który dzierżycie, trafi na spiż, odezwą się dzwony, gdy trafi w padalca, odetnie mu głowę.

- Teraz pora wrócić z rejonu metafor do spraw bardziej przyziemnych - kontynuował. - Procedura plebiscytu jest następująca: jeśli postanowicie dokonać transcendentnej próby, sprawdzić moc cudów i, być może, poruszyć Niebo i Ziemię, wybierzcie numer 4414. Regulamin jest taki, że przy różnicy w liczbie oddanych głosów równej stu milionom na korzyść 4412 następuje uniewinnienie, a gdy wystąpi taka przewaga dla numeru 4414, zostanie wbity - uwaga! - pierwszy gwóźdź! Pierwszy gwóźdź w akcie ukrzyżowania. Każdy następny, aż do czwartego, wymaga kolejnych stu milionów głosów przewagi. A więc, do dzieła! Obywatele wolnego świata, czy zdajecie sobie sprawę z doniosłości chwili? Jeśli jeszcze ktoś nie wie, mówię mu wprost: właśnie przystępujecie do odnowienia oblicza ludzkości!

Kwaido-Jon wyrzucił ramiona w górę, jakby miał zamiar chwycić Drogę Mleczną za oba jej końce i ściągnąć na Ziemię. Basem zahuczały organy, i dopiero w tej chwili większość widzów zorientowała się, że spektakl ma podłoże muzyczne.

- Teraz pora na dodatkowe informacje - zawołał Kwaido. - Szanowni sędziowie, o Barabasie wiecie już sporo z naszych codziennych audycji, ale za chwilę wyświetlę wam jeszcze inne sceny z życia tego człowieka, ujrzycie z bliska jego twarz, oczy, gesty. Na krótką, ale jakże wzniosłą chwilę wejdziecie z nim w ponadczasowy, empatyczny kontakt, nastąpi zjednoczenie duchowe. Proszę, wyciszcie się, skoncentrujcie, odstawcie na moment chipsy, colę i słomki. Nasza wspólna mantra to ad-ven-pro, ad-ven-pro... Wszyscy powtarzamy: ad-ven-pro... Niechaj w tej krótkiej lecz ważnej chwili wasze wewnętrzne doznania i intuicja staną się kluczem do podjęcia decyzji, do dokonania wyboru. Uwaga, zaczynamy!

Telebim wypełniły sekwencje klipowych zbliżeń twarzy Barabasa ze skrzypcowym podłożem muzycznym, w tle unisono powtarzano mantrę. Ta stosunkowo statyczna wstawka nie mogła być zbyt długa, więc po kilku minutach powrócił obraz kosmosu z Kwaido-Jonem na poczesnym miejscu.

- Uwaga, wstrzymajcie się jeszcze przez chwilę! - krzyknął konferansjer z udanym, a może i prawdziwym strachem, machając rękami. - Zanim przystąpicie do ferowania wyroku, trzeba podkreślić, że postępujemy etycznie, zgodnie z duchem naszej humanistycznej epoki. Dawno minęły czasy, w których tolerowano publiczne egzekucje. Nie, szanowni obywatele, Najwyższa Plebiscytowa Władzo, nie będzie wykonywania wyroku "na żywo", żebyście, jak kiedyś w Colosseum, mogli sobie obejrzeć ukrzyżowanie i krew. To, co zobaczycie, będzie obrazem głęboko symbolicznym i należy go traktować wyłącznie w transcendentnych kategoriach. Jeśli ktoś nie potrafi przestawić się i ma zamiar urządzić sobie widowisko, angażując najniższe instynkty, powinien uszanować cywilizacyjne kodeksy i natychmiast wyłączyć odbiornik. Mam jednak nadzieję, że takich osób będzie niewiele, jeśli w ogóle się znajdą. A teraz znów obserwujcie okno Wszechświata!

Kamera po raz kolejny wykadrowała wycinek kosmicznego krajobrazu i w przestrzeni pokazał się trzeci obiekt: prom orbitalny, który niczym mrówki obsiadły różnego przeznaczenia roboty naprawcze.

- Szanowni Plebiscytanci, oto oglądacie swoje zbrojne ramię, swoje przedłużenie w rejony Mocy - kontynuował niespożyty Kwaido-Jon, pełen takiej samej werwy i energii jak na początku transmisji. - Żeby wbić gwóźdź, kiedyś człowiek używał młota, dziś wyręcza się robotem. Na statku naprawczym, który widzicie, zgromadziła się brać robotnicza, od spawaczy do dekoratorów, mechaniczny lud, który zrobi za was to wszystko, co postanowicie. A więc uwaga, zaczynamy!

Wodzirej przedstawienia chwycił chorągiew w czarno-białą kratkę, uniósł ją i gwałtownie opuścił, sygnalizując start.

 

***

 

Barabas pocił się, mimo że skafander włączył chłodny nawiew. Serce waliło jak głupie, a strach przyduszał nelsonem. Kretyńska sprawa, chyba jeszcze nigdy tak się nie bał, nawet wtedy, kiedy w Szanghaju napadło go dziesięciu ninja, ani w hamburskim burdelu, kiedy mała ruda kurewka przy ostatnich pchnięciach omdlewającym głosem wyznała, że ma hifa. Z obydwu opresji zdołał się uratować, ani chybi opatrzność nad nim czuwała, bo na cholernych wojowników z jasnego nieba runął policyjny helikopter i eksplodował, i z tego wybuchu, w którym szlag trafił wszystkich ninja - z nieba nie spodziewali się ataku - on wyniósł tylko osmalone rzęsy. Jak zwiewał z burdelu, burdelmama przeorała mu pazurami gębę, chcąc zapłaty, i od niej zaraził się gorączką krwotoczną. Wirus Ebola pośrednio zrobił coś z hifem, zanim ten na dobre wlazł w komórki, i przy tym tak się widocznie osłabił, że z samej gorączki Barabas wylizał się migiem, w trzy dni. Kurewka płakała, przepraszała i tłumaczyła, że chciała jeszcze przed śmiercią mieć jednego przystojniaka, a nie samych śmierdzących grubasów. Cóż, użyła sobie i niedługo potem umarła, a on... wciąż żyje. Czy po to tylko, żeby teraz stawić czoła czemuś znacznie straszniejszemu?

W słuchawkach rozbrzmiewał jazgot tego telewizyjnego kretyna Kwaido-Jona, lecz w nieskończonym kosmosie był sam, zupełnie sam, jeśli nie liczyć zgrai mechanicznych potworów, które zamiast dłoni miały klucze francuskie, palniki, szczypce i dysze do farb. Kwaido-Jon wrzeszczał:

- Moi drodzy widzowie, a raczej Szlachetni Sędziowie! Oto po początkowej dużej przewadze optujących za Barabaszem proporcje się odwróciły i mamy już sporą nadwyżkę zwolenników próby krzyża! Zaraz... to jest już ponad dwadzieścia milionów głosów przewagi! Ach, te liczby! Są niewiarygodne, w tej chwili ogląda nas sześć i pół miliarda ludzi. Gdybyście wszyscy stanęli w szeregu, ów szereg opasałby Ziemię sto razy! Uwaga, skokowy wzrost, tak jest, już trzydzieści milionów więcej wybrało 4414 i słupek wciąż pnie się w górę. Niee, jakby zawahał się, wstrzymał tempo, lekko opadł. Weźcie pod uwagę, że spod obszaru nocy wychodzi właśnie Irlandia i Hiszpania, ale także Anglia i Francja, nie mówiąc już o Holandii i Belgii. Uwaga! Czerwony słupek przewagi dla 4414 znów ruszył w górę, eech, skoczył od razu na pięćdziesiąt, teraz wskazuje sześćdziesiąt milionów! Niesłychane. A może właśnie teraz wyrażamy zbiorową mądrość, niedowierzając samozwańcowi i, kto wie, pewnie i bluźniercy? Nie, nic takiego nie powiedziałem, nie mogłem, wszak jestem tylko bezstronnym konferansjerem, którego rolą jest przekazywanie czystej informacji.

Barabas klął na głos, krzyczał, protestował, ale efekt był taki, jakby prosił klawisza o drugi obiad. Usłyszał stukot gdzieś przy skafandrze i gwiazdy zatrzymały się, a potem przesunęły w przeciwnym kierunku i znieruchomiały. Na skraju wizjera pojawił się obelisk krzyża, do którego doholował go jeden z robotów, używając miniaturowych silników na sprężone powietrze. Inna mechaniczna maszkara, podobna do dwumetrowego kraba, chwyciła w szczypce rękaw skafandra i przymocowała go elastyczną taśmą klejącą do ramienia krzyża. Nie widział, co dzieje się z drugiej strony, ale poczuł, że jego drugie ramię zostało unieruchomione w podobny sposób. Nogawice także przyciśnięto i przytroczono do dłuższej części słupa.

Gdy zaczął się szarpać, inteligentny skafander nadmuchał prawy rękaw, blokując ruchy ręki, po czym zaaplikował ciśnieniową iniekcję. Odpowiedź organizmu była natychmiastowa: najpierw fala gorąca, trzepotanie serca, ale to krótko; potem raptowna senność. Może i usnął na chwilę, lecz zaraz ocknął się, już spokojny, rejestrował wszystko, nawet nie był otępiały, lecz rzeczywistość wokół oddaliła się, obserwował ją z dystansu, jak teatralne przedstawienie. Owszem, ciekawe obrazki, ale co mu do tego? Co raz jakiś sztukmistrz próbuje urządzać przedstawienia uczestniczące, ale widz leniwy, woli sobie pooglądać, lepiej niech inni się narobią.

- Uwaga, szanowni Opiniodawcy, to wy, nikt inny tylko wy, społeczność światowa, właśnie podjęliście niesłychanie ważną decyzję, która z pewnością okaże się kulturowym krokiem milowym na drodze ludzkości. Oto numer 4414 akurat w tej chwili przekroczył magiczne sto milionów przewagi nad 4412!

Coś działo się z robotami. Uformowały szyk, lecz zwrócony na zewnątrz, w stronę trzech monstrów o wyglądzie najbardziej zbliżonym do ludzi. Jeden z nich był mały i gruby, o niemal kulistym tułowiu, drugi miał cztery patykowate odnóża, zakończone chwytakami, a trzeci przypominał intelektualistę-okularnika, bo prowadził obserwację przez ruchome soczewki. Żelazny szereg cofał się, ale wciąż pozostawał zwarty, podczas gdy trzy automaty zamknięte wewnątrz krótkimi skokami parły do przodu.

Otępiały Barabas był zdolny do ograniczonego przeżywania emocji, lecz zaświtała mu nadzieja. Czyżby bunt, albo chociaż niejednomyślność pośród maszyn? Sztuczne inteligencje, broniące człowieka przed nim samym?

Nie widział zbyt dobrze trzech robotów wewnątrz koła, ale wydawało mu się, że wykonują gwałtowne ruchy stalowymi członkami, zupełnie jakby groziły, albo prowadziły rozgrzewkę smarów w łożyskach. A może tylko symulowały zadane sekwencje ruchów, sprawdzając stopień przygotowania do wykonania zadania? Najprostsze wyjaśnienia nie muszą być prawdziwe, pocieszał się. Wciąż był więźniem, bo jeszcze nie wykonał pracy i nie zainkasował wynagrodzenia. Weź się wreszcie do pracy, Barabas! Słyszał, że aktor powinien wczuć się w rolę, spróbować na czas spektaklu stać się osobą, którą gra. Stać się Chrys2sem? Bzdury, rzuciło ci się na mózg, człowieku.

Chwilami czuł, że odpływa. Błękitna Ziemia u stóp falowała i zmieniała kształt, stawała się owalna lub płaska jak talerz. Może zastrzyk był narkotykową szprycą?

Nagle pierścień robotów, eskortujących maszyny w środku, rozerwał się i rozsunął na boki, odsłaniając żelazną trójcę. Kulisty automat zamachnął się i czymś rzucił, więc Barabas spróbował zasłonić głowę. Oczywiście nie udało się, bo ramiona miał przywiązane. Potem gwałtownie zgiął się wysięgnik "inteligenta" w soczewkowych okularach, ale i ten rzut, jak poprzedni, okazał się symulowany. Wtedy ulokowany pomiędzy tamtymi dwoma mechaniczny patyczak rozłożył ramiona i rozpostarł palce, które pewnie mogły pełnić rolę anten radiolokacyjnych, po czym odsunął szyber, udający usta. W ciemnej wnęce zamigotał laser celowniczy, a po ułamku sekundy robot wypluł ostre wrzeciono. Dwudziestocentymetrowy gwóźdź błysnął błękitem w blasku Ziemi, przebił rękawicę próżniowego skafandra jakby to była bibuła i przyszpilił dłoń człowieka do krzyża.

Barabas nie poczuł bólu, tylko uderzenie, jakby ktoś zdzielił go w rękę kijem. Krzyczał, ale z gardła wydobywał się tylko głuchy charkot, a po wargach ciekła ślina. Wzdłuż przedramienia biegały pajączki, a głębiej coś pulsowało, mięśnie same przemiennie napinały się i rozluźniały.

Znów usiłował krzyczeć i tym razem się udało. Jego skarga w postaci wiązek fal radiowych pobiegła ku odległej atmosferze, krzyk trwogi przeniknął do powierzchni Ziemi, rozlał się szeroko po lądach i morzach, zwielokrotnionym echem redundował w pasmach transmisji telewizyjnych, radiowych, telefonicznych i internetowych, zagrzmiał w głośnikach podczas koncertów, na dworcach i lotniskach, zagłuszył muzykę w centrach handlowych i głębokim pogłosem nałożył się na fonię w salach kinowych. Cywilizacja technologiczna była w stanie rozprowadzić ten impuls po systemie nerwowym swoich łączy, przewodów, kabli, linii wysokiego napięcia, światłowodów, a głównie przez modulacje niezliczonych transmisji bezprzewodowych, i zrobiła to.

Ziemia pozornie podniosła się i stała teraz na wprost Barabasa, ponieważ krzyż zmienił pozycję. Była piękna, biało-błękitna, otulona jasnym welonem atmosfery, żądna krwi panna młoda, urokliwa morderczyni. Niech ją szlag trafi, niech spali ją kosmiczny piorun!

Barabas nie wiedział, ile czasu upłynęło do smagnięcia kijem w drugie ramię. Znów ruszyły pajączki, znowu mięśnie poruszyły się zupełnie same, jakby pod skórą zaszyte miał pęczki węży. Nie bolało, tylko po ręce rozlało się ciepło, którego skafander nie zneutralizował. Krzyczał, modlił się i złorzeczył, wzywał Boga i go przeklinał. Jego wołanie ogarniało Ziemię, docierało na szczyty górskie i w rozpadliny dolin, w głębie oceanów i do labiryntów jaskiń, szybowało pod chmurami i pędziło w porywach wiatru nad bezkresnymi stepami. Krzyczał coraz słabiej, gdy żelazny kij bił go po stopach. Zwiesił głowę i zapadł w odrętwienie, ale i wtedy nie dano mu spokoju. Pojawił się obraz Herbsta.

- Umierasz, Barabasie - stwierdził przybyły. - Umawialiśmy się, że odegrasz rolę Chrys2sa, a ty wciąż jesteś tylko zdurniałym Barabasem. Jak widać, niespieszno ci do nagrody.

Ukrzyżowany chciał coś odpowiedzieć, ale nie zdołał wydać dźwięku.

- Spójrz na to inaczej, człowieku - kontynuował śmigstylny. - Śmierć każdemu jest pisana, prędzej czy później, więc pod tym względem nie robisz niczego szczególnego. Ja też kiedyś umrę, ale... hmm, moja śmierć będzie tuzinkowa, duszna i paskudna, trywialna, po prostu nie dam rady złapać następnego oddechu i uduszę się, a świat w okamgnieniu skurczy się do nicości. Moje zejście nic nie da oprócz metra ditlenku węgla z komina, i zwolnionego etatu. Ale z tobą jest inaczej, bracie, masz szansę zrobić coś pożytecznego, nadać sens rozpadowi swojego cielesnego homeostatu i uszlachetnić duszę. Aby to się stało, zagraj Chrys2sa. Wiem, i ty wiesz, że zrobisz to nieudolnie, jak mały i do tego durny człowieczek, ale spróbuj. Jeśli się uda, będziesz drugim w historii, który umiera z sensem. Nawet gdy ten twój sens będzie się mierzyć ledwie na naparstki, wszak nie o ilość tu idzie, lecz o samo pragnienie. Spróbuj, człowieku!

Obraz Herbsta zbladł i rozpłynął się. Barabas miał nadzieję, że błękitna kula Ziemi też zniknie, a on obudzi się w swojej celi i zacznie codzienne odmierzanie czasu od miski wodnistej owsianki do talerza śmierdzącej zupy ziemniaczanej. Ale planeta tkwiła tam nadal, a nawet rosła, takie przynajmniej miał wrażenie, gdy z trudem dźwigał ołowiane powieki. Na domiar złego zaczął się korowód zjaw i cieni.

Najpierw jechali konni, nędzarze w powycieranych skórach, potem rycerze w zbrojach. Za nimi szły zastępy procarzy, łuczników, kopijników. Dalej już nie wojsko, a bezładny tłum mężczyzn, kobiet, dzieci. Wysmukłe kobiety o elegancko upiętych fryzurach, postawni mężczyźni, sekretarki w granatowych kostiumach i białych bluzkach, chłopcy z farbowanymi brwiami, kosmoformanci marsjańscy o żółtych keratynowych twarzach. Każdy człowiek był draniem, którego należy natychmiast oszukać, żeby on nie zdążył oszukać ciebie. Może z wyjątkiem dupków, którzy nie wiedzą, jak żyć. I niektórych kobiet. I dzieci, choć też nie wszystkich.

- Popatrz uważnie - odezwał się Herbst gdzieś z tyłu. A więc łajdak nie odszedł, nadal węszył. Jego głos był zniekształcony, jakby przebijał się przez zwały waty. - Popatrz, czy mają coś cennego?

Na błyskotki Barabas był wyczulony, więc nawet przez różową mgłę zauważył, że każdy niesie trochę złota. Jedni więcej, inni mniej, zwykle poukrywane, niektórzy chyba wstydzili się tej odrobiny kruszcu. Chciał zapytać o to złoto, ale jego gardło było już zamknięte.

- Zrozum, oni potrzebują pomocy - gorączkowo przekonywał śmigstylny. - Powinni uświadomić sobie, że zasługują na szacunek. Przynajmniej tyle.

Są jak złotonośny piasek na ciemnym dnie, zdołał pomyśleć Barabas w chwili, gdy wokół niego zamykało się już chłodne morze. Trzeba im pomóc.

I to wystarczyło.

 

***

 

Gdy Sykstus odebrał mikrowibracje nakładki czaszkowej, wiedział od razu, że czeka go zadanie specjalne. Była druga w nocy czasu Greenwich i kapitan orbitalnego patrolowca z premedytacją wykorzystał regulaminowe trzy sekundy dopuszczalnej zwłoki.

- Melduję gotowość - powiedział bez pośpiechu, markując umiarkowaną senność. W rzeczywistości był wewnętrznie spięty jak przyczajony lampart, ale nie zdenerwowany, ani tym bardziej przestraszony. W czasie kilkudziesięciu lat służby przeżył już tyle drastycznych sytuacji, że musiał popaść w rutynę albo zwariować. Nie wylądował u czubów, ale nikt, zwłaszcza spoza kręgów wojskowych, nie nazwałby go całkowicie normalnym.

- Mówi generał Flynn. Kapitanie, czy u was wszystko w porządku? - nadawał wszczep.

Sykstus chciał zagwizdać ze zdziwienia, ale poprzestał na samym ułożeniu warg. Nie mógł sobie pozwolić na jakiekolwiek oznaki lekceważenia wobec tak wysokiej kadry dowódczej, tym niemniej czuł się urażony.

- Meldowałem gotowość i taki jest stan faktyczny - rzucił oschle. W myśli dodał, że dokładnie tak jest od trzydziestu lat.

- Nie o to chodziło - zarezonowała siatka w jego głowie. - Pytam o statek i bieżące parametry rozpoznania.

Sykstus sprężył się jeszcze bardziej. Metodycznie skontrolował lewooczną błonę łączności, ale wszystkie wskaźniki pulsowały uspokajającą zielenią, a wartości mieściły się w dopuszczalnych zakresach.

- Melduję prawidłowe odczyty. Lot patrolowy bez zakłóceń, anomalii brak.

- Stan techniczny?

- W normie.

- Stan załogi?

- Prawidłowy - stwierdził dowódca, wytrenowanym skurczem policzka przełączając zakresy monitorowania. - Ośmiu ma wachtę, dwunastu odpoczywa.

- Jesteście pewni? Proszę o kontakt z dowódcą mostka.

- Melduje się zgodnie z regulaminem - potwierdził Sykstus po chwili. Czuł wewnętrzny napór adrenaliny. - Czy...

- No, to dobrze. - W odległym głosie dało się wyczuć wyraźną ulgę. - Tak, kapitanie, mamy problemy. W sąsiednim sektorze A/87/C załoga patrolowca nie odpowiada, choć sam statek nadaje sygnał lokacyjny. Ponadto trzy sąsiadujące boje radarowe uległy uszkodzeniu i nie ma z nimi łączności. Otrzymujecie rozkaz natychmiastowego przeszukania tego sektora, rozpoczynając od jego centrum. Ogłaszam alarm drugiego stopnia, a więc na użycie broni wymagane jest pozwolenie sztabu, który teraz reprezentuję osobiście. Wszystko jasne?

- Tak jest, panie majorze. Pytanie.

- Słucham.

- Czy nie zacząć akcji od przeszukania patrolowca?

- Nie! Wysłaliśmy jednostki medyczne i naprawcze. Kapitanie, rozpoczynacie akcję zdefiniowaną jako bojowa, a nie ratownicza. Rozumiecie, co to oznacza?

- Oczywiście.

Zaszumiały zakłócenia, jakby ktoś sypał piasek na mikrofon. Czujnik automatycznie obniżył natężenie dźwięku, więc głos majora znalazł się na progu słyszalności.

- Jeszcze jedno, kapitanie. Proszę o ciągłą łączność na wizji i fonii. Wszelkie znalezione obiekty, niewyszczególnione w katalogu sektora, należy traktować z wielką ostrożnością. Za ich całość odpowiadacie osobiście!

- Zrozumiałem.

Dowódca statku poczuł lęk, który chłodną obręczą ścisnął mu klatkę piersiową. Dopiero teraz skojarzył fakty i domyślił się, co może być celem jego misji.

- Więc bezzwłocznie przystępujcie do akcji, kapitanie.

 

***

 

Stenogram relacji kapitana Sykstusa

(oficjalnie udostępniona wersja)

 

Kapitan Sykstus melduje: zbliżam się do centrum sektora A/87/C. Ciąg maksymalny. Wszystkie boje nadają w sposób normalny, także trzy najbliższe centrum. [...] Dziesięć minut temu nawiązałem łączność z Henry'm Smookiem, kapitanem patrolowca Skorpion. Tam wszyscy są zdrowi i statek jest sprawny. Po wstępnej kontroli stwierdzono tylko rozregulowanie zegarów, trwa poszukiwanie innych ewentualnych usterek. [...] Stwierdzam obecność nieskatalogowanego obiektu, współrzędne 12/182/57. Procedura bojowa numer trzy. [...] Powtarzam: zmiana na procedurę zwiadowczą numer jeden. Zrozumiałem i wykonuję. Pełny ciąg wsteczny, kurs mijania około tysiąca metrów. Odległość optyczna: wrzeciono, długość dziesięć metrów, niepewność +/- jeden metr. [...] Nawrót, podchodzę na względnej 1 m/s, obiekt jest satelitą Ziemi, orbita kołowa, wysokość jedenaście tysięcy kilometrów. [...] Krzyż. [...] Nie, wszystko w porządku, zamyśliłem się. Skafander na krzyżu nieuszkodzony, jeśli nie liczyć gwoździ, cztery sztuki. Przymocowany taśmami do krzyża. Wizjer ciemny. Zrozumiałem, podchodzę. Powtarzam rozkaz i proszę o potwierdzenie: zdjąć obiekt z orbity i umieścić w ładowni. [...] Czujniki wykazują normalne funkcjonowanie urządzenia, wewnętrzne ciśnienie, temperatura i skład powietrza w normie biostatycznej. Gwoździe przebiły powłoki, które zareagowały samouszczelnieniem. Tak jest, zrównuję parametry, gotowe. Wy-ko-nu-ję. Przystępujemy do komisyjnego otwarcia skafandra. [...] [...] [...] [...] [...]

Kapitan Sykstus melduje: skafander jest pusty. [...] [...] [...] [...] [...]

Kapitan Sykstus melduje: wstępne badanie stroboskopowe ujawniło ślady zakrzepłej krwi (analiza lidarowa) wewnątrz wokół miejsc przebitych gwoździami. Pozostała powierzchnia zawiera ślady potu (poziom na górnej granicy normy), poza tym jest czysta. [...modlitwa...]. Przepraszam, ale musiałem dokończyć. [...]. Tak, obiekt sprawia wrażenie nienaruszonego, zarówno skafander, jak i krzyż, oczywiście nie licząc otworów po gwoździach. [...] Tak jest, chciałbym coś dodać: amen.

 

***

 

- Jak to się stało, że zwróciłeś uwagę na taką gąskę jak ja?

- Całkiem dobrze odchowana gęś!

Roześmieli się i zbiegli ze wzniesienia ku jezioru. Park prezentował się wspaniale w jesiennej szacie, pod nogami szeleściły zeschłe liście. Choć słońce jeszcze przypiekało, od wody ciągnęło chłodem.

Usiedli w altance nad samym brzegiem, szczęśliwi jak młokosy. Irine była dobrze zbudowaną, czarnowłosą kobietą koło czterdziestki, Ive miał dziesięć lat więcej i sporo srebra w czuprynie, która jednak wciąż pozostawała gęsta.

Ujął jej dłoń delikatnie, jakby była z porcelany, i pogładził nią swój policzek. Nie zaprzestając pieszczoty, zadeklamował:

Jesteś motylem

Który wleciał w okno innego czasu

Jesteś uśmiechem zapomnianej wiosny

- Czyje to?

- Ode mnie do ciebie, i tylko to jest ważne.

- Chyba masz rację, chociaż lubię mieć wszystko poukładane. Miły jesteś... i taki przystojny. Czy ty aby nie robisz za "epidemicznego" podrywacza?

- A wyglądam?

- Tak!

Znów się roześmieli. Perlisty śmiech poniósł się nad wodą, płosząc parę łabędzi.

Mężczyzna i kobieta siedzieli przytuleni, wyznając sobie uczucie, bliskość duchową, mówiąc o szczęściu bycia we dwoje. Powtarzali wyświechtane banały i nawet jakąś cząstką umysłu rejestrowali ten fakt, tym bardziej że nie były to ich pierwsze w życiu miłosne wyznania, lecz po raz kolejny odkrywali w tych sloganach nowy sens, świeżość i nadzieję. Dla nich biło teraz źródło o ożywczej mocy, więc byli szczęśliwi.

- Wiesz - mówiła Irine, bawiąc się jego dłonią, splatając i rozplatając palce - mogłabym tak siedzieć bez końca. Kiedyś zaraz ciągnęło mnie do łóżka, byłam gorącą kobietą. Czy już ci to mówiłam, młokosie w średnim wieku?

- Wyczytałem tę informację z faktury skóry twojej ręki, moja droga. Miłość zaczyna się wtedy, gdy kończy się seks, to powiedział ktoś znany, kogo nazwiska również nie pamiętam. - Zachichotał. - Pamięć mam kiepską od urodzenia, prawa półkula mózgu dominuje.

- Artysta, ho, ho! Może jesteś sławny i przerabiamy kolejną wersję bajki o Kopciuszku?

- Gęś, Kopciuszek. Przejawiasz syndrom niedowartościowania i zapominasz, że tak cię cenią, jak sama się cenisz. Oprócz mnie, bo ja uwielbiam w tobie tę skromność, jesteś taka inna od tych wszystkich przebojowych, pewnych siebie feministek.

- Kiedyś... - Irine odgarnęła włosy z czoła, zatrzymała dłoń trochę dłużej, kciukiem i środkowym palcem ucisnęła skronie. - Kiedyś feminizm wydawał mi się atrakcyjną alternatywą, forpocztą koniecznych zmian. Wiesz... Ivo, muszę już iść. Przykro mi, ale przypomniałam sobie...

Mężczyzna objął ją opiekuńczo i uścisnął.

- Kochanie, nie musisz się tłumaczyć. Odprowadzę cię.

- Nie. - Wstała i chwyciła się słupka altany. Odetchnęła. - Nie trzeba. Przyjdziesz jutro?

- Wiesz dobrze, że nie mógłbym nie przyjść, Irine. Na pewno dobrze się czujesz?

- Ależ tak.

Zatoczyła się lekko, ale zaraz złapała równowagę. Pomachała mu ręką i odeszła szybkim krokiem. Udało jej się przejść około stu metrów.

Kwadrans później przypadkowy rowerzysta znalazł ciało na ścieżce. Wydawało mu się, że kobieta nie oddycha i jest zimna. Jej skóra miała lekko złotawy odcień.

Po następnych pięciu minutach na miejscu był ambulans. Lekarz pochylił się i przyłożył dłoń do czoła leżącej.

- Jeszcze jedna pozłacana - mruknął do pielęgniarza. Stwierdził hipotermię i silnie obniżony puls. - Ani chybi, idzie koniec świata - dodał, rozglądając się. Drzewa zaszumiały w nagłym porywie wiatru.

Pielęgniarz nie słuchał. Stał obok z dłońmi splecionymi na piersi i modlił się do Świętej Czwórcy.

  

***

 

- Bóg obudził się i wreszcie wziął się do roboty! - krzyczał Lebiediew, tłukąc pięścią w stół. - Chcecie szukać na siłę innych tłumaczeń!?

- Nastąpił ciąg naturalnych zdarzeń przyczynowo-skutkowych - stwierdził spokojnie DeVille, krzywiąc wargi w sardonicznym uśmieszku.

- Wszechmogący, jak zawsze, czuwa nad nami. - To był Molistrani.

Bliski chciał coś powiedzieć, ale tylko naprzemian bladł i czerwieniał, mnąc w dłoniach kartki z notatkami. Sodano uśmiechał się do siebie, pewien swego.

- No dobrze - włączyła się Gonzales, która przewodniczyła tej ostatniej podsumowującej sesji, odbywającej się po miesięcznej przerwie. - Postrzelaliście w powietrze na rozruch, teraz proszę trochę przyłożyć się do celowania. Kolega DeVille chyba pierwszy zgłosił się do rzeczowej wypowiedzi?

Nad Alpami wstawał poranek, odległe szczyty różowiały w młodym słońcu. Niebo nad szklaną kopułą było głębokie, błękitne.

- Szanowni zgromadzeni - zagaił DeVille, bezskutecznie usiłując wyprostować przygarbione plecy. - Spieszymy się do domów, więc nie będę opowiadał dowcipów i o to samo usilnie proszę następnych mówców. - Zrobił krótką taktyczną przerwę, wodząc wzrokiem po audytorium, wytrawny bywalec mównic. - Otóż przed miesiącem przyszło nam spotkać się w tej uroczej miejscowości, aby rozważyć nietypowe zagrożenie: globalną pandemię dziwnej choroby o nieznanej etiologii. Na temat genezy zjawiska pojawiały się różne domysły, lekarze podejrzewali infekcyjną chorobę psychiczną, astrobiolodzy nie mogli się oprzeć spekulacjom na temat inwazji z kosmosu, zaś teolodzy rozpoznawali ingerencję Siły Wyższej, rzecz jasna nazywaną z dużych liter. Nie można nie dostrzec decydującego wpływu profesji ekspertów na próby wyjaśnienia zjawiska; zwykle tak się dzieje, gdy stajemy przed czymś całkowicie nietypowym, wtedy każdy czuje się bezpieczniej na dobrze sobie znanym terenie. Choć zjawisko jest przez cały czas przedmiotem intensywnych badań, naukowcy wciąż nie osiągnęli jednomyślności. Warto nadmienić, że obecnie niektórzy przychylają się do hipotezy o pozaziemskim źródle infekcji, przy czym wyklucza się najazd jakiejś obcej inteligentnej formy życia, po prostu choroba mogła być wywołana na przykład wirusami zmutowanymi w kosmosie, a zawleczonymi tam przed dziesiątkami lat przez pierwszych astronautów.

- Nie zgadzam się! - obcesowo wtrącił McConney. - Z punktu widzenia nauki...

- Ależ kolego, ja właśnie cytuję niektóre robocze hipotezy uczonych kolegów - odparował DeVille. - Sam nie mam opinii, bo brak wiarygodnych materiałów źródłowych. Wróćmy jednak do głównego wątku. Otóż miesiąc temu rozważaliśmy różne środki prewencyjne, na przykład informacyjne akcje ulotkowe, rozmowy ostrzegawcze, a nawet presję z zastosowaniem przymusu włącznie, a także profilaktyczne zażywanie kombinacji antybiotyków i specyfików przeciwwirusowych. Nasze zalecenia zostały wprowadzone w życie i mniemam, że efekty były pozytywne, choć na wyniki analiz statystycznych należy poczekać.

Teraz trochę ezoteryki. Większością głosów tego gremium przyjęto także projekt przeprowadzenia egzorcyzmów, które, według mojej opinii, nie zawsze są szkodliwe, a czasem mogą nawet wywrzeć pozytywny psychologiczny skutek. W tym jednak przypadku nic takiego nie zaszło, natomiast epidemia po prostu się skończyła. Jak uczy historia, każda zaraza zawsze kiedyś się kończy, czy cholera, czy dżuma, czy donżuanka, jak niektórzy ochrzcili ostatnią przypadłość ludzkości, i nie muszą zaraz brać w tym udziału siły nadprzyrodzone.

- Ejże - zaoponował Lebiediew, który wiercił się jak na szpilkach. - Dwa miliardy ludzi leży w śpiączce, liczba chorych wciąż wzrasta, a kolega już odtrąbił zwycięstwo?

DeVille sięgnął po gazetę i uniósł ją nad głowę.

- Zanotowano przypadki wyjścia z letargu. Według najnowszych doniesień...

- Dobra, znam te depesze, to rzeczywiście pojedyncze przypadki, pewnie dotyczą tych, których w ogóle nie objęło głębokie uśpienie. Wciąż nie wiemy, czy wskrzeszeńcy, jeśli tacy będą, obudzą się normalni. Ale generalnie zgadzam się, że najgorsze mamy już za sobą. Tylko w tym jednym się zgadzam!

Przewodnicząca Gonzales podniosła dłoń.

- Udzielam panu głosu, panie Lebiediew.

Grubas zerwał się i ruszył niespokojnym krokiem, krążąc wokół swojego stolika. Przywodził na myśl podrażnionego gryzzli.

- Zebraliśmy się tutaj, przyjaciele, na tej pożegnalnej sesji nie po to, żeby w okrągłych, tłustych słowach dokonać podsumowania. O kant dupy potłuc podsumowania! One potrzebne są maluczkim, półinteligentom i kronikarzom, a my tutaj nie pracujemy na własną kronikarską chwałę, my robimy coś naprawdę sensownego: tworzymy na bieżąco historię! Nu, więc musimy zająć stanowisko, jasne stanowisko wobec Niego. Dlaczego? Bo On, jak tylko zechce, rozdepcze nas lewym obcasem swojego najlżejszego buta!

Zaległa cisza, tylko DeVille mruczał coś pod nosem, ale nie przerywał. Lebiediew założył ręce do tyłu i wciąż spacerował, patrząc pod nogi. Mówił:

- Mój przyjaciel libertyn uparcie ignoruje fakty. Oto Barabas zostaje przez ludzkość ukrzyżowany, a trzy dni później jego ciało w tajemniczy sposób znika z zamkniętego sarkofagu próżniowego skafandra, orbitującego wokół Ziemi i pilnowanego przez statki patrolowe. Cóż dzieje się następnego dnia? Oto na tajemniczą śpiączkę zapada dwa miliardy ludzi! Życie na planecie i poza nią ulega dezorganizacji, ale po uruchomieniu procedur wyjątkowych obywa się bez globalnej katastrofy, choć straty są ogromne. W efekcie pandemia choroby psychowenerycznej zostaje wstrzymana, wirus nie ma dostatecznej liczby żywicieli i wycofuje się, bo potencjalne ofiary śpią, zapadły w letarg, ich metabolizm zwolnił stukrotnie, a serca biją raz na dwie sekundy! Medycy twierdzą, że gdyby nie to, epidemia psychowenerki mogłaby wytrzebić ludzkość, bo bakcyl stawał się coraz bardziej zjadliwy i w końcu dopadłby nawet tych względnie opornych na miłość. Ważne spostrzeżenie: w tym strasznym dniu na złotą śpiączkę zapadli ci, którzy byli najbardziej "zagrożeni miłością", tak trzeba w skrócie określić tę predyspozycję czy może, mówiąc inaczej, przypadłość. Stwierdzono, że blisko milion spośród tych dwóch miliardów w komie już nie żyje, zapewne charakteryzowali się największą wrażliwością. Natomiast cynicy, psychopaci, zatwardzialcy...

- Chwileczkę! - zaprotestował Gustavsson. - Nie jesteśmy na wieczorku poetyckim.

- Bardzo przepraszam, więc nazwijmy ich pragmatykami. Oni są bezpieczni. Pan nie usnął, Gustavsson, i rozumiem, że woli pan być nazywany pragmatykiem niż zatwardzialcem. Zresztą nikt z naszego grona nie został trafiony, nieprawdaż? O czymś to świadczy, kochani przyjaciele, witajcie w doborowym towarzystwie!

- Że pan jest erudytą, Lebiediew, wszyscy wiedzą, ale nie możemy pozwolić, aby narzucał nam pan swoje niesłuszne poglądy - zaatakował DeVille. - Owe fakty, o których pan wspomina, można bez trudu wytłumaczyć prościej, przy zastosowaniu materialistycznego światopoglądu. Ciało zostało wykradzione, zwłaszcza że istnieją ludzie, także we wpływowych kręgach, którym mogło zależeć na mistycznym efekciarstwie. Masowa koma była spowodowana przez ten sam "wirus X", wywołujący poprzednio obserwowany etap choroby. Wiadomo, że ludzie przewrażliwieni psychicznie byli bardziej podatni, więc i w drugiej fazie właśnie oni stali się celem zmasowanego ataku zarazka. Po czym epidemia sama wygasła, co przecież nie jest niczym dziwnym. Masowy rozrost glonów w zbiorniku wodnym też powoduje ich obumieranie.

Grubas poczerwieniał i z sykiem wypuścił powietrze.

- Tralala - wycedził. - Gdyby teraz przed tobą, DeVille, pokazała się sama Matka Boska i dała ci po gębie, też byś odwrócił kota ogonem i wytłumaczył to Robespierre'm, Sartre'm, brakiem tolerancji, a w najgorszym razie przywidzeniem albo klerykalną propagandą.

- Panowie! - upomniała przewodnicząca Gonzales. - Cytuję regulamin: celem naszych spotkań jest rzeczowa wymiana informacji i konstruktywne działanie. Inne opinie pozostawiamy na użytek prasy.

- Przepraszam szacowne gremium i przy okazji pana, DeVille. Jednakże obstaję przy sformułowaniu na piśmie wniosków, jakby to powiedzieć... natury teologicznej, nawet jeśli to będą wnioski mniejszości. Przypuszczam, że w przyszłości ludzkość może jeszcze nieraz potrzebować przychylności kogoś większego od siebie. Zwij go jak chcesz, DeVille, i ty, Gustavsson: Siła Sprawcza, Konstruktor, może być nawet Demiurg albo Dobroć Antropiczna. Ważne, żebyś Go zauważył, wtedy wybaczy ci nawet obelgi. A mnie, być może, daruje brak ślepej wiary i tę szczyptę wyrachowania, której urzędnik państwowy nie powinien wyzbywać się nawet w kościele.

- Piszcie sobie sami wnioski mniejszości do Pana Boga - mruknął DeVille. - Ja poprzestanę na ziemskich sprawach i na korespondowaniu z ludźmi.

 

***

 

Bliski miał duszności. Napił się wody, ale niewiele to pomogło, więc wyszedł na zewnątrz, w chłodny górski wieczór. Żołnierze pilnujący drzwi przepuścili go niechętnie, bo utrudniał im robotę.

Alpejskie ściany spowijał już granitowy zmierzch, słońce zaszło, ale wciąż barwiło pół nieba gejzerami tlącej się żółci. Nisko szybowały jakieś ptaki, skrzecząc gardłowo - kruki górskie, orły? Znad hal spłynął wiatr i ziąb przeniknął do szpiku kości.

Dziś po południu sporządzili raport wspólny, a także klauzulę mniejszości, śmieszną teodyceę, bo nic lepszego nie udało się uzgodnić. Ogłosili ją w prasie i telewizji, puścili na cały świat, podpisując się jako "grupa świeckich intelektualistów". Hierarchia kościelna zachowała wyczekujące milczenie, za to z miejsca zostali wyśmiani przez większość mediów. Ale to przecież nie jest ważne, istotne jest, że ich głos obiegł glob i był wyraźny.

Mimo to czuł niesmak. Oczywiście formalnie głosował za klauzulą mniejszości, ale emocjonalnie był po stronie DeVille'a, co zakrawało na paradoks nawet dla niego samego. Czyżby łagodny początek schizofrenii?

Szedł szybko i poukrywani w klombach komandosi musieli identyfikować go bezpośrednio w wężowych promieniach latarek. W odbitym świetle zauważył rozpartego na ławce Lebiediewa.

- Spodziewałem się ciebie, Bliski. Dusigrosze kantoniarze za wcześnie wyłączyli klimę i w środku zrobiło się duszno. Jak to szło? "Było smaszno, rykwije smukwijne rykoświstąkały..."

Bliski przysiadł się.

- Zimaa iddzie - poskarżył się, szczękając zębami.

- Nu, dla ciebie zawsze coś się znajdzie - mruknął Lebiediew, wyciągając zza pazuchy piersiówkę. - Walnij z gwinta, bracie Słowianinie.

Bliski nie odmówił. Palące ciepło rozeszło się po piersi.

- Wiem, kolego, co cię gryzie - zagaił grubas. - Myślisz, że mnie nie?

Odebrał butelkę i pociągnął tęgo. Parsknął i otarł usta wierzchem dłoni. Kontynuował:

- To prawda, że najęliśmy Pana Boga na wykonawcę. Ale co innego robi codziennie od zarania naszej ery miliard dewotek, i nie tylko one? Przyjdź, Boże, i dopomóż. Daj, Boże, zdrowie. Toż to robota dla lekarza rodzinnego!

- To nie był Bóg, DeVille miał rację. To nie m-mógł być Bóg. - Bliskiemu wciąż dzwoniły zęby.

- Acha, wracamy do idealizmów - pokpiwał Lebiediew. - Dobry Bóg wypaliłby zimnym ogniem zarazki, nie tykając ludzi. Ha! Mój drogi bracie, Bóg okazał się po prostu skuteczny, tak jak my wobec pryszczycy czy ptasiej grypy. Chciał uratować ludzkość i zrobił to. Przedtem żył Kain, była Sodoma, cierpiało zaklęte przez Chrystusa drzewo figowe, które nie chciało rodzić jesienią. Wierni chodzą do kościołów po nagrodę. Każdemu pisane jest umrzeć, a przed śmiercią większość przeżywa chwile największej trwogi. Przyjacielu, łatwiej ci będzie żyć, jak wyobrazisz sobie, że wszystko czemuś służy w tym Wszechświecie, sterowanym określoną fizyką i warunkami brzegowymi, które zakreślił nikt inny, tylko Bóg, również po to, żeby w tym wymiarze samemu ich przestrzegać. Po prostu, dziś boskie cuda nie przeczą prawom fizyki, więc nieraz trudno je zauważyć.

- Nie. Nie o to chodzi! Ja nie potrzebuję dowodów, dajcie mi tylko wierzyć! Sam mówiłeś, Losza, że dowód zabija wiarę. Oczywistości nie wymagają wiary, ich można dotknąć!

- Dobra, nie krzycz. O wiele łatwiej patrzeć ludziom na ręce, niż zaglądać do sumień, dlatego zajmuję się tym pierwszym i słabo znam się na drugim. Jeśli jednak uwierzysz, że Bóg jest samym sumieniem i miłością, któż ci zabroni nadal modlić się do Niego?

Bliski wpatrzył się w ciemniejące niebo, stopione w granatowosiny amalgamat ze ścianą gór, jakby stamtąd mógł spodziewać się odpowiedzi. Czuł prawdziwie fizyczny ból dokonywania wyborów. W tej chwili zapragnął schronić się w embrionie bezrozumnego trwania, uciec od świadomości istnienia, okrucieństwa nieodwracalności przemijania, od wiary i wątpienia, od tego wszystkiego, co wynosi rozum ponad pozostałą materię.

Ale to była tylko chwila słabości na długiej drodze.

 

 

 


Warszawa, sierpień 2005

 

 


 

To opowiadanie ukazało się w antologii "13 Kotów" w wydawnictwie Nowa. Mirek Kowalski zaproponował mi udział w tematycznej antologii, a ja miałem właśnie na warsztacie nowy tekst. Wprowadzenie do niego kota nie było rzeczą trudną, i to zwierzę nie jest niezbędnym rekwizytem. Siła tego utworu leży gdzie indziej, a jak na razie podoba się on wszystkim, których pytałem, nawet czytelnikom spoza enklawy sf. Sami się przekonajcie!

 

Andrzej Zimniak

Rozpakuj ten świat, Evitt

 

Dalekie góry dymiły tego dnia nie tak jak zwykle, dudniąc i wyrzucając z wierzchołków pióropusze żółtych wyziewów, tylko jakby parowały całą powierzchnią, pociły się wszystkimi skalnymi porami. Wiatr ucichł i siarczana mgła powoli napełniała kotliny.
     Główny Apple zajazgotał, na monitorze skakały rzędy kolorowych liter, jeden wiersz zielony, drugi żółty, żeby było łatwiej czytać. Evitt wiedział, że będzie tak kwiczał, aż ktoś przyjmie E-mail. Ktoś, czyli on. Powłócząc nogami, podszedł do klawiatury. O tak wczesnej porze nie poruszał się jeszcze zbyt szybko. Zresztą i później nikt nie mógłby nazwać go rączym.
     Zdjął Mrusię z obudowy monitora, na której zwykła się wygrzewać, przytulił ją, pomiętosił i puścił w stronę uchylonych drzwi.
     - Przebiegnij się, mała.
     Kotka przeciągnęła się, otrząsnęła i ułożyła na podłodze w środku słonecznej plamy. Zawsze robiła tylko to, na co miała ochotę, za to z wysublimowaną gracją.
     - Prawdziwa dama. Na dodatek prawdziwie wolna. Niedościgniony wzór dla pań - mamrotał, stukając w klawisze. Pracował powoli i uważnie, bo nie chciało mu się powtarzać procedury. A cholerne Jabłko nigdy nie puszczało najmniejszej pomyłki.
     - Mamy gościa - zaskrzeczał. - Czy słyszysz mnie, dobra kobieto?
     Ada spała, leżąc na wznak i chrapiąc. Usta miała półotwarte i łapała powietrze spazmatycznie, jakby czuła, że każdy oddech może być ostatni. Przewróciła się na bok.
     Evitt na dobre rozsiadł się przy monitorze. Najpierw wybrał kawę z cukrem i zawahał się, ale w końcu podwójnie kliknął w jaja na bekonie. Mruknął, gdzie ma podwyższony poziom cholesterolu, i że w tym miejscu nie jest on już specjalnie szkodliwy. Zresztą należało jakoś wyróżnić ten dzień: szykowała się wizyta.
     Ada znowu zasnęła, więc przeskanował ją na adrenalinę. Usiadła i spojrzała ze złością.
     - Zapowiedział się gość - bąknął przepraszająco. Zaakceptował matriarchat już sześćdziesiąt lat temu, ale od czasu do czasu pozwalał sobie na małe odstępstwa. Ada była mądrą kobietą i też na nie pozwalała.
     - Już dobrze, dobrze. Kto to?
     Rozłożył ręce.
     - Jakiś starszy facet z siwą brodą. Nazwisko... - Zaczął szukać po ekranie.
     - Daj sobie spokój, wszystko jedno. Przecież już od dwudziestu lat nie mamy znajomych. Kiedy będzie?
     - Wieczorem. Chce pogadać i przejść się po skansenie.
     - Nocą?
     - Może. Nie wiem, przecież nic więcej nie napisał - odparł niecierpliwie. Od jakichś trzydziestu lat bywał niecierpliwy, ale szacunek dla żony zaraz osadzał go na miejscu. Cenił to, co naturalne i nie skanował się trankwilizatorami. W przeciwieństwie do Ady, która uważała, że leki są dla ludzi.
     - Dobrze, już dobrze. Też chcę jaja z kawą.
     Nie zdziwił się, że czyta w jego myślach. Po tylu latach potrafiła w zależności od sytuacji przewidzieć niemal każdy ruch męża.
     Zaraz po posiłku wzięli się do roboty. Według standardowej procedury wybrali dwanaście spakowanych obiektów, sczytali je teleskanerem i poddali rozarchiwizowaniu. Na polu za oknem bezkształtny kamień rozwinął się w XVI-wieczną chłopską zagrodę z Alzacji, a zakopany do połowy obelisk w żydowski lombard z Warszawy, typowy dla początków XX wieku. Kwadratowa płyta rozkwitła w miniaturę katedry Notre-Dame, natomiast brązowe jajo w krzakach w 100-krotnie pomniejszoną Krzywą Wieżę z Pizy. Robota szła coraz sprawniej, aż wreszcie dokoła ich okrąglaka wyrosło prawdziwe muzeum na wolnym powietrzu.
     - Wystarczy - zarządziła Ada. - Starzy ludzie nie są aż tak ciekawi, żeby porównywać na przykład sumeryjskie domy schadzek z podobnymi przybytkami w Paryżu.
     - A jeśli jego przewodnikiem będzie ktoś młodszy? - ostrożnie dowcipkował Evitt.
     - Ee tam, ojczulku, fantazjujesz. Młodszych już nie ma. A gdyby trafił się jakiś zachłanny historyk, zawsze możemy dorzucić coś z zaplecza, no nie? Dosyć tych eksponatów leży po krzakach.
     Ponieważ mężczyzna tylko pokiwał głową i zaczął przeglądać serwis informacyjny, kobieta przeskanowała się na zwykłą porcję leków i poszła spać. Często buszowała po nocach, porządkując swoje sukienki sprzed kilkudziesięciu lat, a potem odsypiała w dzień. Tak przynajmniej tłumaczyła to sobie i jemu, a naprawdę potrzebowała coraz więcej snu.
     Evitt czytał piąte przez dziesiąte, bo naprawdę niewiele obchodziły go interpelacje parlamentarne w sprawie proszku na rekiny czy wciąż wznawiane próby pobudzenia rozrodczości u kobiet po pięćdziesiątce. Najpierw kazał maszynie czytać głosem przedwcześnie dojrzałej nastolaty (Ada spała już dostatecznie mocno), a potem machnął ręką i wylogował się z wiadomości. Jeszcze potem wyczuł czyjąś obecność za plecami.
     - Już jesteś? Miałeś przybyć wieczorem - zapytał, nie odwracając głowy. Gimnastykowanie kręgów szyjnych nie było jego ulubioną czynnością, wolał wykręcić się z całym fotelem.
     Ale w biurze nie było nikogo oprócz niego i Ady. Podniósł się i zajrzał do innych pomieszczeń, a potem wyszedł przed dom. Nic. Tylko wiatr szumiał pośród dachów skansenu i przeczesywał trawę na polu. Dostrzegł jakiś ruch między wieżami monumentalnej Sagrada Familia, ale to zwykłe wróble skakały po krużgankach, po miniaturyzacji w sam raz pasujących im rozmiarami.
     Odetchnął głęboko łagodnym jesiennym powietrzem i przysiadł na progu. Słońce przyjemnie pieściło przez koszulę, wiatr napierał, ale nie był uciążliwy. Co go obchodzi, że coś się kończy, wali, że ludzie są głupi? Zawsze tak było, a koniec świata mijał już z dziesięć razy za jego długiego żywota. Doceniał swój piękny wiek i każdy następny ranek traktował jako wspaniały dar od Boga.
     Coś (czy może ktoś?) znowu poruszyło się gdzieś bardzo blisko. Słyszał, jak Mrusia szasta się po izbie; w końcu otarła się o jego bok i smyrgnęła na dwór. Nie oglądał się, bo bał się jeszcze raz spłoszyć zjawisko. Jeśli to coś przyszło ze świata jego własnej imaginacji, to albo przybyło w jakimś celu, albo najwyższa pora zacząć skanować się na psychotropy. A może przyszło z zewnątrz, po to, żeby w końcu go zabrać?
     - Pamiętaj - powiedział półgłosem - że ja i Ada to jedno drzewo. Ono rośnie od sześćdziesięciu lat.
     Roz-pa-kuj, roz-pa-kuj - szeptało coś z boku, z tyłu, z góry. Zrób-to, zrób-to. Skan-sen, skan-sen - powtarzał wiatr nad dachami.
     - Ada - poprosił bezradny mężczyzna. - Ada, coś ze mną nie tak.
     Lecz Ada właśnie schodziła w swojej codziennej drzemce do takiego poziomu oderwania od rzeczywistego świata, że nawet najgłośniej czytane wiadomości nie były w stanie zakłócić jej wypoczynku. Cóż dopiero słaby głos męża.
     Odwrócił się bardzo powoli. W pokoju oczywiście nie było nikogo obcego. Ada chrapała, a monitor bluzgał obligatoryjną pstrokacizną. Cholera!
     Evitt w stosunku do spraw ostatecznych był w zasadzie stoikiem: akceptował porządek rzeczy w całej (no, niemal całej) rozciągłości, bezdyskusyjnie włączając w ten system swoją osobę. Bóg daje, Bóg bierze. Przed nieuchronnym należy z szacunkiem pochylić głowę.
     Podniósł się i niespiesznie podszedł do centralnego urządzenia w biurze, komputera Apple Macintosh, który stał się również główną osią aktywności ludzkiej cywilizacji. Jabłko panoszyło się wszędzie, ale także umożliwiało życie. Wierzył, że bez niego ciągle ginąca i nie mogąca zginąć cywilizacja przepadłaby już dawno.
     Tuż przy klawiaturze leżała łyżka. Ciepła, nagrzana padającym przez okno słońcem, ciężka, powyginana. Skąd się tu wzięła? Jadali w kuchni, a w ogóle czy mieli takie stare łyżki? Już nie pamiętał. Kiedyś, w innym domu, w innych czasach, to na pewno... Musiał wziąć ją ze sobą. Nie lubił rozstawać się z przedmiotami.
     Nie wiedział, dlaczego to robi, ale namierzył ją superskanerem, sczytał do pamięci i dał komendę rozarchiwizowania. Nie miał pojęcia, skąd ten pomysł: chciał rozpakować łyżkę, którą rano wcinał jaja na bekonie, a którą dostali z Adą w komplecie w prezencie ślubnym pod koniec Drugiej Wojny Światowej! Pomyślał, że zgłupiał do reszty. Dobrze, że żona nie widzi jego eksperymentów.
     Tymczasem z łyżką działy się dziwne rzeczy. Najpierw skurczyła się w sobie, kiedy superskaner uruchomił sprzężenie zwrotne. Zaczęła zmieniać położenie drobnymi drganiami, tak że jej obraz rozmazał się, a potem roztopiła się i zlała w kulę żółtego metalu. Na koniec rozsypała się w proch, ale okazało się, że dopiero teraz rozpoczęła się najdziwniejsza przemiana. Z prochu wykiełkowała roślina, w okamgnieniu wyrosła pod sufit i zakwitła wielkim, czerwonym kwiatem.
     Evitt był tak wzburzony, że zaklął dosadnie, co zdarzyło mu się po raz pierwszy od sześćdziesięciu lat. Nieznany dźwięk w środowisku rozbudził Adę skuteczniej od adrenaliny.
     - W tym domu nie używa się takich wyrazów - pouczyła mentorskim tonem, nie zwracając się wszakże do Evitta. Usiadła i spojrzała w kierunku kuchni. - Gdzie nasz gość?
     - Nnie... chyba jeszcze nie przyjechał. Zobacz co...
     - Jak to: nie przyjechał? Widziałam go, jak kręcił się po pokoju. Majstrował przy Jabłku, a teraz przeklina. Co za maniery!
     - Przecież spałaś, kochanie. Śniło ci się.
     - Też coś! Wiem dobrze, kiedy śpię. Facet nie zwracał na mnie uwagi, więc znów przysnęłam. Nie lubię bufonów.
     - Ado, co myślisz o tej roślinie?
     - Niezłe zielsko. Po co przytargałeś to-to do domu?
     - Ja nie... To jest... Zresztą poczekaj.
     Wyjrzał na dwór. Dalekie góry pociemniały i parowały szarą mgłą, którą wiatr rozwiewał w żałobne welony. Rozpakowany skansen śpiewał w ostrych podmuchach. Nie było widać żywej duszy. Wrócił na palcach, jakby jednak ktoś mógł podsłuchiwać. Poruszał się znacznie energiczniej niż zwykle.
     - Coś ci pokażę - zarządził. Ada czekała, bo następowała jedna z tych rzadkich chwil, w których jej mąż bezapelacyjnie przejmował inicjatywę.
     - Tylko nie rób bałaganu. Mamy gościa - upomniała.
     - Dopiero będziemy mieli. Zaraz wszystko się sprzątnie. Spróbujmy to teraz spakować.
     Już dawno nie operował na klawiaturze z taką szybkością. Namierzył dziwną roślinę i zarchiwizował ją. Na blacie stołu leżała stara, powyginana łyżka.
     - Ta sama, czy taka sama? - powiedział do siebie.
     - Co ty robisz? O czym mówisz? To nie na mój rozum.
     Zawsze powtarzała, że jest najmądrzejszy, a on jej na to, że jest najpiękniejsza, a potem, po latach, że najzaradniejsza. No i spędzili razem sześćdziesiąt wiosen. Na pewno wygraliby każdy małżeński interquiz. Zawsze robili za wzór cnót pośród rodziny, przyjaciół i znajomych, dopóki w maratonie zwanym życiem nie zostali sami. Jednakże cnota pozostała, choć nikt już jej nie podziwiał, bo oni sami uznawali ją za coś tak normalnego jak poobiednia drzemka.
     Evitt poruszał się coraz żwawiej, zupełnie jakby ubyło mu ze trzy krzyżyki. Chwycił długopis i umieścił go obok klawiatury.
     - To mój - zaprotestowała Ada. - Weź sobie inny.
     Westchnął z rezygnacją. Kobiety, nawet takie jak jego żona, bywają perfekcjonistkami, niestety często w podniosłych chwilach. Wziął swoje pamiątkowe pióro na atramentowe patrony.
     Zeskanował je z największą rozdzielczością i rozpoczął rozpakowywanie. Z blatu stołu wyrosła kępa trawy, poprzetykana kwiatami, których nie znał. Ze środka wyskoczyło jakieś zwierzątko podobne do miniaturowej łasicy. Też nigdy takiego nie widział.
     - Do licha - mruknęła Ada. - Nie wiedziałam...
     - A kto wiedział? Czy rozumiesz, że... że...
     - Nie jestem aż taka głupia, Ev. Weź teraz ten fotel, sztukmistrzu.
     Jakby na to czekał. Od razu namierzył sprzęt teleskanerem.
     - Tylko nie rozpakowuj tego tutaj w środku, bo może być duże - przestrzegła.
     Evitt święcie wierzył w żoniną intuicję, więc wyeksportował zdekompresowany plik na dwór, ze sto metrów od okrąglaka. I dobrze zrobił, bo wyrosło w tym miejscu drzewo wielkie i rozłożyste, podobne do palmy. Jego szerokie, wrzecionowate liście tworzyły naturalny dach, zwieszający się na obrzeżach aż do ziemi.
     - Chodźmy tam - powiedziała Ada. Była wyraźnie poruszona.
     Pod koroną panował półmrok i było ciepło. Z pnia wyrastały owoce w kształcie gruszek. Soczyste, w smaku przypominały melony. Pod liśćmi przecisnęła się Mrusia i, wyraźnie zadowolona, spacerowała na sztywnych nogach i z uniesionym ogonem. Najwyraźniej czuła się jak u siebie.
     - Rozumiesz coś z tego? - spytał bezradnie.
     - Tylko tyle, że to drzewo jest jakimś domem.
     - Jak myślisz... które rodzaje plików są prawdziwe? Czy bardziej prawdziwe?
     - Złe pytanie. Wszystkie jednakowo, tylko służą innym celom, ojczulku. Jak ci wiadomo, kompresja służy tylko do przechowywania. W aplikacjach stosuje się pliki rozpakowane.
     - W normalnych okolicznościach. Przecież fotel zupełnie dobrze służy do siedzenia.
     - Pod tą palmą też możesz siedzieć, leżeć, schronić się przed deszczem i chłodem, a nawet coś zjeść. Chodź, mam pomysł. Teraz rozarchiwizujesz... no, mnie. Moją osobę! - Obwiodła dłońmi swoje boki, żeby nie było wątpliwości, ale on ciągle nie kojarzył.
     - Co?!
     - Zeskanujesz moje ciało, a potem rozpakujesz plik. To będzie łatwe, mężusiu. Zresztą mogę nawet zrobić to sama.
     - Nie zgadzam się. Nie i już!!
     Ada spojrzała ze zdumieniem. Jej sześćdziesięcioletni małżonek nigdy jeszcze nie odezwał się takim tonem.
     - Ja... przepraszam. - Nie dał sobie przerwać. - Ale na to nie mogę pozwolić. Ty i ja to jedno stare drzewo. Już nie możemy żyć osobno.
     Pogłaskała go pomarszczoną dłonią po policzku i przytuliła się. Zatańczyli kilka kroków swojego pradawnego miłosnego tanga. Kiedyś rozgrzewali się w ten sposób, teraz wyrażali wzajemne oddanie.
     - Więc zrobimy to razem.
     Uwolnił się z jej uścisku, wyszedł spod liścianego dachu.
     - Nie - odparł powoli. - Skąd wiesz, co będzie za tą zasłoną? Tu jesteśmy razem i... jest dobrze.
     - Ev, czy nie widzisz, że to wszystko, co dzisiaj się dzieje, jest wskazówką? Dlaczego nie chcesz czytać znaków?
     - Chcę dotrwać w spokoju do końca życia, które zostało mi dane. Z tobą. Szanuję ten dar. To dar... wyjątkowy.
     Wracali do okrąglaka w milczeniu, każde zatopione we własnych myślach. Evitt wiedział, że nie do końca przekonał żonę. Właściwie podejrzewał, że wcale jej nie przekonał, szukał więc nowych argumentów. Może grać na zwłokę? Zwykle była to dobra metoda, bo Ada często płonęła słomianym ogniem jakiegoś pomysłu, który wygasał równie szybko, jak się rozpalał. Ale tym razem w jego piersi czaił się chłodny lęk.
     W domu kobieta zaatakowała z innej flanki.
     - Już wiesz, Ev, że całe nasze biuro to jakiś spakowany skansen. My pewnie też, cała nasza rzeczywistość. Nie ciekawi cię, kim jesteśmy naprawdę, bo chcesz pozostać w znanym sobie świecie. Dobrze, ale proszę cię o jedno: sprawdźmy, z czego składa się to, co jest za oknem. Trawa, drzewa, kamienie, góry. Wszystko. Chcę wiedzieć, czy cały świat jest jednym wielkim spakowanym zbiorem. Zgadzasz się?
     - Taaak... Dobrze - odparł z ociąganiem. Wietrzył podstęp, ale czuł, że ze względów taktycznych musi teraz trochę ustąpić. Trochę... Ale tak naprawdę cóż go obchodził świat, jakieś przestrzenie i problemy bardzo dalekie od niego, Ady i tego miejsca?
     Uruchomili program. Krajobraz za oknem odmieniał się jak zaczarowany: trawy rozrastały się w baldachimy prekambryjskich paproci, sosny w dziwne odmiany sekwoi i eukaliptusów, żwir rozpłynął się w białe wydmy, a góry... Góry nie dały się tak łatwo.
     Na monitorze pojawiła się informacja:
     Obiekt zbyt złożony. Możliwa operacja sekwencyjna z parcjalnym nieodwracalnym kasowaniem pliku pierwotnego. Kontynuuj lub Anuluj.
     Evittowi koszula przykleiła się do pleców. Odezwał się jednocześnie z Adą.
     - Anuluję.
     - Kontynuuj.
     - Kochanie, zrobimy coś, czego nie da się już cofnąć. Zniszczymy cząstkę świata. Zamienimy ją na coś, czego kształtu nie potrafimy nawet w przybliżeniu przewidzieć!
     - Przecież to tylko małe pasmo niskich wulkanów. Bezużyteczne hałdy popiołu. Ojczulku, dlaczego tak się boisz?
     - Bo zwyczajnie dobrze mi tutaj i teraz!
     - Mnie również. Ale to nie znaczy, żeby obawiać się małej próby, uzupełniającej naszą wiedzę. Czy mógłbyś przynieść mi szklankę wody, mój dobry duszku? Zupełnie zaschło mi w gardle od tych dyskusji.
     Evitt oczywiście dał się nabrać na "szklankę wody", tak jak tysiące albo i miliony mężczyzn przed nim. Ten babski chwyt, jak widać, nie zestarzeje się do samego końca świata.
     Ada zakrzywionym palcem wskazującym dziobnęła literę "K". Góry zaczęły zanikać mozaikowo, a z pustych miejsc wylewała się jakaś zielona masa, spływając niby zielona lawa. Wkrótce uformowały się oliwkowe pagórki o lekko nachylonych stokach, po których spacerowały łagodne zwierzęta nieznanych gatunków.
     - Może kliknąć dwie herbaty? - dopytywał się z kuchni Evitt. - Mnie też nieźle suszy od tych emocji.
     - Świetny pomysł, mój drogi. Mam również ochotę na kruche ciasteczka, jeśli dasz sobie radę na naszym kuchennym Jabłuszku.
     - Już się robi, łakomczuchu.
     Tymczasem Ada nie próżnowała. Była głęboko przekonana o swoim posłannictwie, ogień jej determinacji zdążył wzbić się ponad kratery ostatnich znikających wulkanów. W ramach działającego programu wybrała Wszystko poza centrum. Komputer zareplikował kolejną informacją.
     Ta aplikacja spowoduje naruszenie światowych zasobów energetycznych. Ścieżka dostępu jest aktywna. Wybierz Wszystko lub Anuluj.
     Wybrała W. Niebo nagle zmieniło kolor na głęboki błękit, jaki można oglądać z wysoko lecącego samolotu. Jaśniejsze gwiazdy i planety stały się widoczne, a słońce nie oślepiało, lecz było ciepłą, przyjazną kulą światła.
     - Co ty robisz? - zapytał Evitt zmienionym głosem. Stał na progu, trzymając dwie szklanki herbaty w trzęsących się dłoniach.
     - Och, kończę robotę za ciebie. Już wszystko dobrze. Otacza nas inny świat, tylko my pozostaliśmy tacy jak przedtem. Sam zdecyduj, co dalej.
     Tymczasem Jabłko straciło łączność z Siecią i przeszło na lokalne połączenie z wewnętrzną pamięcią cząstkową. Palił się czerwony wskaźnik, co oznaczało awaryjne zasilanie.
     - Co zrobiłaś? - powtórzył Evitt, spoglądając za okno. Jedna ze szklanek wypadła mu z ręki i z brzękiem uderzyła w podłogę. Nie stłukła się, bo była z imitacji szkła.
     - Po prostu: rozpakowałam świat. Był taką samą imitacją jak ta szklanka, mój drogi. Tam - wskazała za okno - jest wreszcie coś prawdziwego. Czy chcesz opuścić wraz ze mną ostatnią enklawę rzeczywistości wirtualnej, jaką stanowi ten budynek?
     - A więc zrobiłaś to. Pomimo mojej prośby. Po raz pierwszy zignorowałaś mnie, Ado.
     - Ależ nie, kochany. Nie chciałeś zmieniać nas i naszego małego światka, więc pozostał taki sam jak dawniej: biuro, pomieszczenia mieszkalne i wspaniały Apple Macintosh. I my w naszym okrąglaku, też tacy sami. Tylko co dalej? Czy chcemy żyć na bezludnej wyspie? Chodź, Evitt, i rozpakuj ten świat. Rozpakuj go do końca!
     - Ja... już nie wiem. Nic nie wiem.
     Postawił przed nią szklankę i usiadł ciężko.
     Zza okna napływało ciepłe, świeże powietrze. Pośród zarośli załopotał barwny ptak. Gwiazdy świeciły w biały dzień. Ale za palmowymi zaroślami i pasmami trawiastych wzgórz czaiło się Nieznane. To, co jeszcze przed minutą było jego światem, już nie istniało. Oprócz Ady, którą też miał utracić. I kilku porozrzucanych wokół drobiazgów. Zgadzając się na próbę, zapomniał, że nie będzie już codziennych wiadomości, źródeł energii, dostaw żywności, pracy w skansenie. Cóż, ta kobieta, jego żona od niepamiętnych czasów, wykonywała ostateczny wyrok. Tyle w tym wszystkim dobrego, że wejdą za zasłonę wspólnie, bo zawsze najbardziej obawiał się cierpienia osobnego życia. Tylko czy TAM znów się spotkają?
     - Mam propozycję. - Ada jak zwykle czytała w jego myślach. - Przeprowadzimy proces odwracalny, uaktywnimy automatyczną funkcję Cofnij w ciągu dziesięciu minut. Wyjrzymy na chwilkę i wrócimy, a dopiero później zdecydujemy, co dalej. Zgoda?
     - Czyń, co musisz, kobieto.
     - Nie bój się. - Przykryła jego dłoń swoją. - Jestem z tobą.
     Nie zwlekała. Wywołała program i wybrała Centrum. Odpowiedź maszyny była do przewidzenia:
     Obiekt zbyt złożony przy braku połączenia z Siecią. Możliwa operacja sekwencyjna z parcjalnym nieodwracalnym kasowaniem pliku pierwotnego. Kontynuuj lub Anuluj.
     Bez namysłu wybrała K. Decyzję powzięła wcześniej, o wiele wcześniej, przed tysiącami lat. Lecz wtedy, choć bardzo pragnęła się cofnąć, było już za późno, i zaczął się karnawał zła, i miara musiała się dopełnić. Obawiała się, żeby nie spóźnić się po raz drugi.
     Wszystko poszło gładko i bez bólu. Okrąglak i skansen zamieniły się w owocowy sad. Na ostatku samorozpakowania dokonał komputer Apple Macintosh. W kamiennej misie spoczęło dorodne zielone jabłko.
     I wydarzył się cud: Evitt i Ada stali naprzeciw siebie młodzi, nadzy i piękni. Chwycili się za ręce i krzyczeli z radości, a potem odtańczyli swój rytualny miłosny taniec. Objęci, poszli w kierunku nowego domu z szałasowej palmy. Mieli co robić: przecież należało zaludnić cały nowy świat. Zupełnie zapomnieli o Gościu i o zaklętych kosmosach. Byli wolni i niewyobrażalnie młodzi!
     O ich nogi ocierała się Mrusia. Ona jedna pozostała taka sama, bo od początku była prawdziwa: idealne piękno i gracja. Doskonałość jej urody przetrwała wszystko i pozostała doskonałością nawet w dniu ostatecznym.
     Gdy już znikli za ścianą liściowych wrzecion, na polanę wyszedł oczekiwany Gość, który okazał się Gospodarzem. Siwobrody ogrodnik zabrał swoje jabłko z kamiennej misy i bez zwłoki powiesił je na gałęzi drzewa, do której przyrosło w okamgnieniu. Zaróżowiło się i zapachniało.
     Znów kusiło jak niegdyś.
 

 

 


 

Opowiadanie "List z Dune" ukazało się po raz pierwszy w czasopiśmie "Fantastyka" 1/84. Uzyskało nagrodę w plebiscycie PSMF i wyróżnienie redakcji "Fantastyki". Nawet Jacek Inglot stwierdził, że opiera się upływowi czasu.

Andrzej Zimniak

List z Dune

 

Drogi Arturze!

     Lato, a wraz z nim wakacje, mają się ku końcowi, a ja ciągle nie mogę się zdecydować na opuszczenie Dune, tego sennego nadmorskiego miasteczka. Niewielkie murowane domki stoją rozłamanymi szeregami wzdłuż brukowanych uliczek, które zalega cisza i zatęchły cień. Uparte zielsko wdarło się wszędobylskimi pędami pomiędzy płyty chodników i w szczeliny spękanych ścian, wszędzie tam, gdzie wiatr nawiał choć trochę ziemi. Niektóre z okiennych jam są zabite surowymi deskami, w inne wprawiono odłamki szyb, zapewne odkopane w starych śmietnikach. Za tymi smutnymi witrażami widać zniekształcone twarze, a wieczorami żółte, rozmigotane światło wskazuje na gnieżdżące się tam życie. Tak z zewnątrz wygląda Dune, uczepione żyznego jęzora ziemi naniesionej przez dawno wyschnięty strumień, wciśnięte pomiędzy kopne wydmy, z domami rozsypanymi jak garść klocków na dnie doliny uchodzącej do morza, które w pogodne dni jest zwodniczo niebieskie.
     Na pewno kiedyś wspominałem ci o moich planach podróży na północ. Wszystko zaczęło się dawno temu, jeszcze w szczenięcych latach - przypadkowo wpadła mi w ręce pewna książka, przesadnie wychwalająca uroki dziwnych, cichych lasów. Wyniosłe sosny królowały tam nad rzadkimi zaroślami krzewów, które dawały się łatwo przemierzać bez używania maczety. Ponad dywanami wrzosowisk wonne powietrze rozwiewane bywało nagłym podmuchem od strony morza i wtedy korony strzelistych drzew poczynały tańczyć powoli i dostojnie. Nie było szelestu i trzepotu liści, tylko narastał i potężniał głuchy szum, na który składał się śpiew milionów sosnowych igieł, tnących powietrze. Tam zaś, gdzie obłe wzgórza opadały łagodnie, nastroszone młodym zagajnikiem, na samym dnie niecki błyszczała powierzchnia wody.
     Te opisy, zbyt piękne, aby mogły być prawdziwe, chłonąłem wtedy z wypiekami na twarzy. Zafascynowała mnie niezrozumiała cisza leśnych ostępów. Przecież cichy las - to martwy las! Gdzie przepadło mrowie cykad i świerszczy, dających nieustanny koncert? Musiałem sam doświadczyć dziwnej ciszy w żywym, zielonym lesie, w którym było tak zawsze - milczenie borów nie było tutaj wynikiem działalności człowieka.
     Niespełnione marzenia dzieciństwa, męczące jak mała, lecz dokuczliwa zadra, wywołujące żal za czymś zaprzepaszczonym i utraconym, i utrudniające rozsądne myślenie, kazały mi chwycić plecak i jechać na północ. Nareszcie znalazłem się w cichych, lecz żyjących lasach. Jednakże okazało się, jak to zwykle bywa, że spełnienie dawnych rojeń nie było warte nawet części wysiłku, włożonego w trud ich urzeczywistnienia. Cóż, wciąż uważam, że w takich przypadkach każdy musi przekonać się o tym na własnej skórze.
     Możesz uwierzyć lub nie, ale podałem ci główny powód wyboru tych niegościnnych okolic na miejsce moich wakacji. W najbliższym sąsiedztwie Dune od wieków rozciągały się potężne ostępy leśne. Spokojne, ciche i bezpieczne bory sosnowe. Tak przynajmniej sądziłem; nie mogłem przypuszczać, nikt z zewnątrz zresztą nigdy nie podejrzewał, co dzieje się w Dune i w otaczających je lasach. Wkrótce sam miałem się o tym przekonać.

Już na stacji czekała mnie niespodzianka. Przyjechałem parową ciuchcią, kursującą raz na tydzień; byłem jedynym pasażerem. Na ozdobnym krześle, ustawionym wprost na peronie, drzemał stary człowiek. Kosmyki siwych, pozlepianych włosów opadały mu bezładnie na twarz i czerwony kark. Na dźwięk gwizdka poruszył się i sennie spojrzał w kierunku pociągu. Gdy opuściłem wagon, powstał nagle i z niespodziewaną energią pokuśtykał w moją stronę.
     - Witam pana serdecznie u nas, panie...- zająknął się, wlepiwszy wzrok w moją tabliczkę identyfikacyjną - ...panie Frank. Jestem naprawdę rad.
     Rzeczywiście uśmiechał się szeroko, ukazując żółte zęby. Fizjonomię miał dosyć odpychającą: czerwona, pełna przebarwień skóra z ospowatą wysypką zwykłych guzów i narośli, jedno oko nabrzmiałe i otwierające się z trudem, drugie pokreskowane siecią fioletowych żyłek. Kiedyś była to na pewno standardowa twarz zadbanego inteligenta, podobna do tych, które można wyszukać w starych encyklopediach. Kiedyś, zanim nie pokryła jej ta odpychająca maska.
     - Pan pomylił mnie z kimś innym - głos miałem schrypnięty, jak zwykle, kiedy byłem speszony lub zdenerwowany. Chciałem wyminąć go, lecz powstrzymał mnie zdecydowanym ruchem ręki.
     - Nie, Frank. Właśnie na pana czekałem.
     - To niemożliwe. Znalazłem się tutaj zupełnie przypadkowo, jedynie dlatego, że najbliższy pociąg odchodził właśnie do Dune. Chciałem jedynie dotrzeć do wybrzeża. Więc...
     - Proszę mi uwierzyć. Przypadkami także rządzi prawidłowość. Kiedyś musiał tutaj przybyć człowiek podobny do pana.
     - Ach tak... - Stałem niezdecydowany.
     - Wskażę panu kwaterę. Chyba nie ma pan nic przeciwko temu?
     - Niee... Będzie mi to nawet bardzo na rękę. Nie znam tutaj nikogo.
Poprowadził mnie wąską, cienistą uliczką. Byłem przyzwyczajony do widoku ruin i opuszczonych domów, lecz to, co zobaczyłem, zrobiło na mnie wyjątkowo przygnębiające wrażenie. Szeregi rozsypujących się, zmurszałych ruder ciągnęły się wzdłuż zarastającej zielskiem ulicy.
     - Czy pan... rzeczywiście jest Efem? - spytał niepewnie, obserwując z nie ukrywanym zadowoleniem tabliczkę na mojej piersi.
     Podobne pytania zadawano mi już setki razy, miałem więc z góry przygotowany szereg wariantów odpowiedzi. Spośród nich wybierałem za każdym razem najbardziej pasującą do rozmówcy.
     - Czy pan naprawdę sądzi, że to coś - ująłem swoją tabliczkę - tak łatwo podrobić? A nawet gdybym spróbował, to czy zadawałbym sobie tyle trudu tylko w tym celu, żeby nałożyć na siebie wiele w końcu uciążliwych obowiązków?
     - Proszę mi wybaczyć, tak niezręcznie postawiłem pytanie. A tych... obowiązków, to wielu ludzi ich panu zazdrości.
     - Chętnie zamieniłbym się z nimi. l robiłbym te rzeczy tylko wtedy, kiedy miałbym na nie ochotę.
     Kiedyś mówiłem ci o tym, Arturze, i teraz powtarzam z całą mocą: być płodnym mężczyzną, oznakowanym jak bydło zarodowe literą F, to może jeszcze nie nieszczęście, ale już coś bardzo bliskiego. Spełnianie obowiązków dawcy można jeszcze wytrzymać, ofiarowywanie zakapsułkowanych plemników potrzebującym lub wytrwale ponawiającym próby kobietom jest również do zniesienia. Najgorsze są jednak spojrzenia, zarówno mężczyzn, jak i kobiet, pełne niechęci i zawiści, a nierzadko jawnej wrogości, i cichnące na mój widok rozmowy. My, Efy, czujemy się na tyle inni wobec milczącej solidarności Enów, że również najchętniej przebywamy we własnym towarzystwie. Nie wiem, czy zdajesz sobie z tego sprawę, ale wielokroć uniknąłem śmierci tylko dzięki odstraszająco ostremu ustawodawstwu. Wszak sąd wymierza karę główną każdemu, kto zagrozi mojemu życiu czy zdrowiu. I to jest logiczne - jesteśmy teraz zbyt cenni dla rodzaju ludzkiego. Jednakże szczerze zazdroszczę Ci twojej litery N.
     Mój przewodnik przydzielił mi zupełnie przyzwoitą kwaterę przy samym rynku. Wyłożony spękanymi, betonowymi płytami plac otaczały kamienice; ich fasady zachowały ślady dawnego piękna. Pośrodku rynku dumnie wznosiła się uszkodzona wieża ratuszowa. Zaiste, smutny to był widok. Przywodził mi na myśl pewną zadbaną staruszkę, zapamiętaną z tłumu przypadkowo napotkanych postaci, której sina i zmięta twarz zachowała wciąż jeszcze regularność rysów i niepokojący blask niegdyś uwodzicielskiego spojrzenia.
     Moją gospodynią była Juana. Jej pięcioletni syn, jedyne dziecko w miasteczku, stanowił namacalny dowód płodności tej niezwykłej kobiety. Zgrabna, ale jednocześnie rosła i silna, była wprost stworzona do macierzyństwa. Jasne włosy, szarozielone oczy i wydatne kości policzkowe wskazywały na nordyckie pochodzenie jej przodków. Lecz największe wrażenie zrobiła na mnie skóra tej kobiety: była doskonale gładka, bez skaz, wysypek czy najczęściej występujących owrzodzeń, o lekko żółtawej karnacji i fakturze tak drobnej, że w dotyku przypominała jedwab. Przekonałem się o tym jeszcze pierwszej nocy - przyszła do mnie bez żadnych ceregieli, nawet bez uprzedzenia, zrzuciła sukienkę, odchyliła koc i weszła do łóżka. Zupełnie tak, jakby nie było nic innego do roboty, jeśli spotykają dwa różnopłciowe Efy. Zrozumiałem wtedy, dlaczego Godwin, tak bowiem nazywał się oczekujący na stacji starszy człowiek, zaprowadził mnie prosto do niej. Cóż było robić, podporządkowałem się ich woli. Znów ten zakichany nadrzędny interes! Mijały ciężkie, nabrzmiałe sennością godziny tej chłodnej nocy, wiatr łomotał obluzowanymi futrynami, w sąsiednim domu huczało palenisko w miejskiej destylarni wody, a jej wciąż było mało. Gdzieś o szarym świcie nareszcie odciążone posłanie uniosło się o kilka cali, a ja zapadłem w kamienny sen.
     Następnego dnia chciałem wracać. Drzwi nie zamykały się - chyba wszyscy, a miasteczko liczy około czterystu mieszkańców, przyszli obejrzeć to dziwne zwierzę o nazwie Frank. Ludzie w różnym wieku, ale większość starych, pokracznych, poobsypywanych liszajami i niedomytych. Gdy już pakowałem plecak, odwiedził mnie Godwin i uprosił o parę dni zwłoki. Jego pełna godności determinacja zrobiła na mnie wrażenie, tak że w końcu dałem za wygraną, wszakże pod warunkiem, że przynajmniej do wieczora będę miał czas wyłącznie dla siebie.
     Zaopatrzony w wysokie gumowe buty i parasol, wybrałem się nad morze. Szedłem około mili, najpierw gliniastą drogą pośród upraw warzywnych, potem spopielałym ugorem, w końcu przedarłem się przez ochronne zadrzewienia. Wtedy zobaczyłem spokojne, martwe morze.
     Szary przestwór wodny wlewał się na plaże małymi falami; przez zmąconą powierzchnię, odbijającą słabo światło ołowianego nieba, nie dostrzegłem żadnych konturów dna. Cofnąłem się na wydmy, zdjęty nagłym lękiem przed tym groźnym bezmiarem, w którym czyhała śmierć. Ze szczytu pobliskiego wzniesienia patrzyłem długo na rozmazaną linię widnokręgu, wyobrażając sobie brzegi tych dalekich wysp, wokół których jeszcze pływają żywe ryby.
     Widok oceanu zawsze wprowadza mnie w refleksyjny nastrój. Ogrom wód przytłacza swoją potęgą i każe wygasić myśl o drobnych, codziennych sprawach; pozostaje wiec kontemplacja. Jestem później zły na siebie za te tragikomiczne uniesienia, ale przyznasz, Arturze, że każdy z nas od kiedy ogłoszono hipotezę o istnieniu nieskażonej połaci Pacyfiku, co pewien czas w skrytości ducha rozważa możliwości dotarcia na pełne życia wyspy. Podobno zamknięty układ prądów morskich tego akwenu pozwala tylko na bardzo powolną wymianę wód. Zresztą, nawet jeśli owe wyspy nie istnieją, dla niektórych ludzi rozmyślanie o nich ma niewątpliwe funkcje terapeutyczne. Banalna kwestia zależności zdrowia psychicznego od wiary. Ale musze przyznać ci rację w naszym dawnym sporze: u podstaw każdego banału leży jakaś fundamentalna prawda, i nie wolno wstydliwie nie brać jej pod uwagę.

     Wieczorem znów przyszedł Godwin. Jego obecność nie była dla mnie przykra, nawet polubiłem tego starego, spokojnego człowieka, który, jak już zdążyłem zauważyć, był kimś w rodzaju duchowego przywódcy mieszkańców Dune. Juana zrobiła nam herbaty i poszła do destylarni po wodę do mycia.
     Od początku tej wizyty wiedziałem, że Godwin ma mi coś do powiedzenia, lecz nie ułatwiałem mu zadania. Długo nie mógł się zdecydować, pytał o różne głupstwa lub opowiadał o miasteczku. Byłem zmęczony i nawet nie starałem się ukrywać ziewania.
     - Pan jest wykształcony, Frank, może więc...
     - Nie przesadzajmy - przerwałem mu - dopiero rozpocząłem studia. Chciałbym po prostu zrozumieć jak najwięcej.
     - No tak, ale i tak pan... - wyraźnie grał na zwłokę.
     - Mam prośbę, niech pan mówi po prostu: Frank. Nie sądzę, abym w swoim krótkim życiu zdążył zapracować na tytuły.
     - Zgoda - uśmiechnął się. - Chciałem cię o coś zapytać, Frank.
     - Słucham pilnie od samego początku.
     - Czy mógłbyś... - Na czoło wystąpiły mu krople potu. - Jak to jest naprawdę z tą płodnością? Dlaczego prawie wszyscy należą do Enów?
     Spojrzałem na niego z osłupieniem. Nie dość, że nie mógł zdecydować się na wyjawienie właściwego celu wizyty, to jeszcze zadawał śmieszne pytania.
     - No bo widzisz - tłumaczył się - kiedyś twierdzono, że będą rodzić się same kaleki. Że świat zaludni się kalekami!
     - Ach, o to panu chodzi. Po prostu, stało się inaczej. Jeszcze jedna nietrafna prognoza. I z pewnością nie ostatnia.
     - Ale dlaczego?
     - Człowiek nie jest zrobiony z plasteliny. Nie można przykleić mu dwóch głów lub czterech rąk. Taki twór nie będzie żył, zginie w embrionalnej fazie rozwoju lub jeszcze wcześniej, jako komórka płciowa. Ziemskie życie to proces, który może toczyć się jedynie w bardzo wąskim przedziale warunków zarówno zewnętrznych, jak i wewnętrznych. - Czułem się trochę nieswojo, pouczając człowieka trzy razy starszego ode mnie. A może on zwyczajnie sobie drwi? - pomyślałem i zaczerwieniłem się aż po czubki uszu.
     - Chyba masz rację - mruknął, myśląc już o czymś innym. - Ale właściwie nie o to chciałem cię zapytać. Mam... prośbę.
     - Chodzi o zapładnianie waszych kobiet? To należy do moich obowiązków.
     - Nie, to nie to - machnął niecierpliwie ręką. - Płodnych kobiet jest u nas tylko kilka. Chodzi o coś innego; przychodzę w imieniu wszystkich mieszkańców. I, oczywiście, w swoim własnym.
     - Nie rozumiem. - Moja ciekawość rosła.
     - Chciałbym prosić cię o... pozostanie w Dune przez jakiś miesiąc, może dwa.
     - To całe moje wakacje! Ale po co?
     - Chodzi o... - Sapał z wysiłkiem. - O drobną pomoc dla nas.
     - Na czym ma ona polegać? Co jeszcze potrafię, czego sami nie możecie zrobić?
     - Co pewien czas zbieramy się, rozmawiamy, radzimy - mówił, patrząc gdzieś w bok, jakby ze wstydem. - Chcielibyśmy, aby w tych spotkaniach uczestniczył ktoś młody spoza naszego grona. - Spojrzał na mnie zaczerwienionymi oczyma, nawet opuchnięta powieka uniosła się nieco. - Frank, bardzo mi na tym zależy. Chociaż na miesiąc.
     - No dobrze... - powiedziałem z ociąganiem, myśląc o długich dniach, podobnych do siebie jak szare krople deszczu. I nocach... Chociaż te zawsze i wszędzie były podobne.
     - Dziękuję ci w imieniu mieszkańców - rzekł Godwin nieco pompatycznie, wstając i ściskając mi dłoń. Był wzruszony. Już wtedy poczułem się nieswojo i przez myśl przemknął mi cień podejrzenia.
     - Nie rozumiem jednak, do czego przyda wam się taki młodzik jak ja. - Nie dawałem za wygraną. - Starsi, doświadczeni ludzie powinni radzić i rozstrzygać, młodzi natomiast najlepiej sprawdzają się w rolach żołnierzy lub kochanków.
     - Jestem przekonany, że nam pomożesz. - Uśmiechnął się wymijająco. - Chodzi przede wszystkim o - szukał przez chwilę właściwego określenia - świeżość myśli. O nowy punkt widzenia.
     Wzruszyłem ramionami i mruknąłem coś w rodzaju "okaże się". Nie mam żadnych wątpliwości, drogi Arturze, że wtedy zdecydowanie odmówiłbym, gdybym znał cel i przebieg owych "narad". Dlatego sprytny Godwin więcej przemilczał niż powiedział, przypuszczając, że mimowolnie zostanę wplątany w tok wydarzeń. Po wyjściu gościa zasunąłem zasłony i z lubością wyciągnąłem się na łóżku. Prawie natychmiast rozległo się energiczne stukanie do drzwi.
     - Nagrzałam ci wody do mycia! - wołała Juana.
     - Dziękuję, ale umyję się jutro rano!
     Chciałem odpocząć, wyspać się porządnie. To było zagwarantowane ustawą - szkoda, że nie wziąłem ze sobą jej tekstu, mógłbym przybić go na zewnętrznej stronie drzwi. Co druga noc z mocy prawa była moja i tylko moja.
     Potem jeszcze raz rozległo się pukanie, lecz nie zwróciłem na nie żadnej uwagi. Nie dotarł wtedy do mnie fakt, że jak na Juanę było ono zbyt słabe i nieśmiałe.

     Następne dni rzeczywiście okazały się podobne do siebie jak krople deszczu, który spadał regularnie koło południa. Niepomny przestróg, uzbrojony w potężny parasol i gumowe buty, wyruszałem na długie spacery do cichych lasów lub, gdy pogoda była bezwietrzna, wzdłuż wybrzeża morskiego. Z wolna zaczęło mnie to nużyć; samotne wędrówki po milczących zaroślach i widok ołowianej tafli oceanu nie pobudzały już wyobraźni.
     Coraz częściej opanowywało mnie uczucie pesymizmu. Zastanawiałem się, czy lepiej nudzić się pośród lasów i w towarzystwie zdziwaczałych mieszkańców Dune, czy też nad szarymi stronicami podręczników akademickich. Pragnąłem chociaż raz doświadczyć uczucia miłości lub radości tworzenia, co tak pięknie zostało opisane w starych, ocalałych książkach. Niestety, teraz chodzi nam wyłącznie o przeżycie; w okresie zerowej lub nawet ujemnej ekspansji brak jest miejsca i czasu na uniesienia twórców, zaś miłość całkowicie podporządkowano rozpaczliwym próbom podtrzymania gatunku. Tak rozmyślając wałęsałem się godzinami bez celu, osłaniając się od skażonego deszczu imponujących rozmiarów parasolem, i coraz bardziej żałowałem przyrzeczenia danego Godwinowi. Skrupulatnie liczyłem dni pozostałe do wyjazdu.
     Regularnie wywiązywałem się z obowiązków męskiego Efa. Zaraz na początku pobytu w Dune któregoś wieczora niespodziewanie wszedłem na sejmik pięciu nieznajomych kobiet oraz Juany, odbywający się w moim pokoju. Ponieważ wtedy właśnie przypadał wieczór służby prokreacyjnej, nawet nie mogłem wyrazić swojego niezadowolenia. Panie ustalały harmonogram wizyt u mnie, z kalendarzykami w rękach dowodząc jedna przez drugą swoich racji. Udało mi się nieco uspokoić wzburzone umysły, rozdając fiolki z kapsułkami pełnymi konserwowanych plemników oraz przynależne do nich instrukcje i utensylia. Na koniec wypiliśmy butelkę jednorocznego wina z jabłek i panie poszły sobie z wyjątkiem jednej. Tej, która najgłośniej krzyczała. Miała ona około czterdziestki i ważyła sto osiemdziesiąt funtów! To wszystko wydaje Ci się na pewno zabawne, ale mnie wcale nie jest do śmiechu. Ty masz swoją Teresę, do waszego małżeństwa nikt się nie wtrąca, możecie robić, co wam się żywnie podoba. Mnie nie wolno kochać, żenić się, czy żyć w odosobnieniu. Jestem własnością społeczną, chociaż tę prawdę maskuje się ładnymi sloganami.
     Juana, chyba prawem kontrastu, wydawała mi się teraz miła i pociągająca. Często wspólnie jadaliśmy kolacje.
     - Dlaczego masz takie dziwne imię? - spytałem ją kiedyś.
     - Nie ja je wybierałam - odparła ze śmiechem. - Moi rodzice pewnie naczytali się jakichś książek.
     - A twój synek?
     - Ja jestem Marcin - wyrecytował rumiany chłopiec, ledwie wyglądając ponad blat wysokiego stołu.
     Wtedy rozległo się ciche pukanie i weszła Emma. Była to drobna, sucha kobieta, nie wyróżniająca się niczym szczególnym.
    - Dziś Frank ma wolne - pospieszyła z wyjaśnieniem Juana. Ale przecież... ty jesteś niepłodna! Po co tu przyszłaś? - Jej głos zabrzmiał ostro.
     - Ja... - Emma zmieszała się i opuściła głowę, lecz po chwili odrzuciła włosy do tyłu i spojrzała prosto na mnie z wyzywającym uporem. - Przyszłam zobaczyć Franka. Czy to zabronione?
     - On nie jest małpą w zoo! - Juana parsknęła śmiechem. Była już trochę podchmielona jabłecznikiem.
     - On jest naszym Stróżem - odparła poważnie Emma, zaciskając wąskie wargi. Oczy miała głębokie i błyszczące, podcięte ostrymi zmarszczkami. Tak, Arturze, słowo "Stróż" wypowiedziała w tak szczególny sposób, że musiałem napisać je z dużej litery.
     - Dopiero ma być. - Juana weszła jej w słowo i nagle zaczerwieniła się. - Kto upoważnił cię do rozmawiania z nim na ten temat? - spytała zachrypniętym głosem, wstając.
     - Nikt - odpowiedziała spokojnie. - Po prostu twoje pytania są zbyt natarczywe. Przepraszam, muszę już iść. Do widzenia - odwróciła się i wyszła, zakładając szeroki kaptur. Mżył rzadki deszcz.
     Nie pytałem o nic Juany tego wieczora, ale za dwa dni wymówiłem się od kolejnej wspólnej kolacji. Lecz Emma nie przyszła.

     Kilka dni później przeżyłem swoją pierwszą przygodę w Dune. Trudno powiedzieć, abym nie najadł się strachu.
     Tego dnia słońce mętnym blaskiem oświetlało sosnowe bory, w których obudziły się jakieś szepty i westchnienia. Nie był to już nieruchomy, cichy las, czasami tylko grający dalekim porywem wiatru. Ptaki kotłowały się w koronach drzew, a w gęstym poszyciu szeleściły drobne zwierzęta. Życie nieporadnie lecz uparcie gnieździło się w zakamarkach tych ostępów, kurczowo czepiało się każdej szansy przetrwania.
     Szedłem dobrze znaną ścieżką, pogwizdując wesoło; po raz pierwszy od początku wakacji odczuwałem zadowolenie. Do wszystkiego można się przyzwyczaić, mówiłem głośno do siebie, pozostaje tylko kwestia czasu, potrzebnego do adaptacji. Wtedy właśnie usłyszałem gwałtowny szelest w gęstym młodniaku tuż przy drodze. Jakieś duże zwierze poderwało się ciężko i uciekło, łamiąc po drodze gałęzie.
Serce podeszło mi do gardła, ale po chwili roześmiałem się. Musiałem wypłoszyć sarnę lub jelenia z legowiska w mateczniku. Przestraszył mnie nagły, głośny trzask gałęzi. Swoją drogą to ciekawe, bo dotychczas byłem przekonany, że tak duże zwierzęta nie uchowały się na wolności.
     Zaklaskałem głośno w dłonie, aby wypłoszyć innych ewentualnych mieszkańców okolicznych krzaków, i uspokojony ruszyłem w dalszą drogę. Nie przyszło mi wtedy na myśl, że może powinienem był zawrócić.
     Uszedłem może jeszcze z pół mili. Dalej droga zwężała się, meandrując w cienistym lasku, złożonym z liściastych krzewów. I wtedy zobaczyłem je.
     Jakieś obłe kształty przecięły w szybkim biegu ścieżkę niedaleko przede mną, niknąc natychmiast w gęstych zaroślach. Stanąłem jak wryty.
     Jelenie? Nie, to nie mogły być jelenie. Niskie zwierzęta o długich, czarnych tułowiach nie były podobne do niczego, co dotychczas widziałem w naturze lub na fotografiach. I te nogi! Pokraczne, szeroko rozstawione, stawiające drobne, lecz zawrotnie szybkie kroki, pchające masywne kadłuby naprzód bez wdzięku, ruchem pocisku. A może rzeczywiście... były to sztuczne twory? Jakieś fragmenty dawnych instalacji wojskowych? Na nogach?! Co za bzdury! Lecz nie dostrzegłem żadnych szczegółów, zwierzęta mignęły mi tylko w szybkim biegu.
     Teraz wolałem już zawrócić. Najpierw szedłem szybkim krokiem, bezustannie rozglądając się wokoło, potem biegłem, aż płytki oddech zaczął palić mnie w piersiach, później znów szedłem na miękkich nogach. Nie ma co, te ciche lasy też dostarczają swoich atrakcji!
W miejscu, z którego wypłoszyłem nieznane zwierzę lub zwierzęta na początku spaceru, spomiędzy gałęzi patrzyły na mnie wielkie, żółte ślepia. Nic więcej nie widziałem, reszta tonęła w cieniu, w mroku fosforyzowały tylko te dziwnie, podzielone na odrębne fragmenty, obce oczy. Gdy przystanąłem, czując nagle ołów w nogach, zjawisko znikło. Rozległ się cichy szelest, jakby podmuch wiatru musnął najwyższe chojaki zagajnika. Może to tylko strach podsuwał mi dziwaczne wizje?
     Do skraju lasu nie było daleko. Bez tchu wpadłem pomiędzy długie zagony warzywne i pracujących przy nich mieszkańców Dune. Jeszcze nigdy nie pragnąłem tak mocno znaleźć się w grupie ludzi.
     Jak widzisz, Arturze, trudno zaliczyć opisane zdarzenie do przyjemnych, a był to dopiero początek. Zapewne domyślasz się, że od tego dnia zaprzestałem wycieczek do lasu.
Wieczorem przyszła Emma. Byłem wciąż zdenerwowany, a właściwie zły na samego siebie za tchórzostwo. Uciekać jak dziecko przed byle leśnym bydlęciem? Przecież wiadomo, że żadne większe drapieżniki nie przeżyły w północnych lasach.
     Sam nie wiem dlaczego, ale wpuściłem ją. Ostrożnie zdjęła szeroki płaszcz i opłukała ręce w misce z destylowaną wodą.
     Była zwyczajna. Wąska twarz, szare włosy, pomiędzy które wkradły się już pasemka siwizny, szczupła, nawet sucha sylwetka. Skóra naznaczona licznymi przebarwieniami. Tak samo jak moja, pomyślałem, niezbyt grzecznie leżąc na łóżku. Milczałem.
     - Panie Frank - mówiła z wysiłkiem, trzymając pochyloną głowę, tak że nie mogłem dostrzec wyrazu jej twarzy - chcę pana prosić o przysługę.
     - Narąbać drzewa?
     - Niech pan ze mnie nie żartuje - poprosiła, spoglądając niemal błagalnie. Tak, te oczy nie pasowały do jej w gruncie rzeczy pospolitej twarzy.
     - No dobrze - usiadłem na łóżku - ale pani należy do Enów? To widać z daleka na pani tabliczce.
     - Wiem - powiedziała cicho - ale... to nieprawda. Teraz jest już inaczej.
     Uśmiechnąłem się z politowaniem. Rozmawiałem już z setkami takich kobiet; żadna z nich nie była w stanie wyrzec się beznadziejnych i upokarzających prób. Dla nich esencją życia było macierzyństwo, bez niego dalsze istnienie nie miało sensu. Niestety, tylko jeden jedyny raz od uderzenia laski z pustynnej skały trysnęła woda.
     - Droga Emmo - starałem się, aby moje słowa zbytnio jej nie zabolały - niech pani złoży prośbę o przekwalifikowanie. Jedno badanie zupełnie wystarczy.
     - Już złożyłam - odparła cicho.
     - Doskonale! Więc trzeba cierpliwości...
     - Wyznaczono mi termin za osiem lat! - W jej wielkich, szklistych oczach pojawił się błysk.
     Opadłem zmęczony na poduszki. Tak, znałem te sprawy. Spośród odwołujących się płodna okazywała się jedna kobieta na dziesięć tysięcy. Powtórne badania nie miały po prostu sensu, lekarze byli potrzebni gdzie indziej.
     - Miałem dzisiaj naprawdę ciężki dzień, proszę to zrozumieć. Nic nie mogę dla pani zrobić. - Zmusiłem się do tych słów wiedząc, że gaszę jej ostatnią nadzieję. - Może... ale nie, to bezcelowe. Naprawdę, szczerze współczuję. Czy... gra pani na jakimś instrumencie? A może przysłać pani trochę książek?
     Usłyszałem zgrzytnięcie klamki i stukot lekkich bucików na schodach. Nie podniosłem nawet głowy. Wyciągnąłem się wygodnie, lecz sen nieprędko przyszedł tego wieczora.
Dwa dni później dosłownie wpadłem na nią na ulicy, gdy wybiegała z destylarni z wiadrem pełnym wody. Odbiła się ode mnie jak dziecko, przewracając naczynie i wylewając na bruk jego zawartość.
     Podniosłem ją, bąkając słowa przeprosin. Wziąłem wiadro i napełniłem je świeżą, jeszcze ciepłą wodą. Zapadło niezręczne milczenie, więc żeby je przerwać, zaprosiłem tę niepogodzoną kobietę na herbatę.
     Drżała, kiedy rozpinałem jej bluzkę. Ciało miała drobne, kształtne, skórę na piersiach, brzuchu i udach prawie bez przebarwień, suchą i szorstką w dotyku. Ta szorstkość sprawiła mi niespodziewaną przyjemność; w dotyku nie kleiła się, była tylko gorąca i jakby obsypana drobnym piaskiem.
     Później, gdy piliśmy przyrzeczoną herbatę, w uśmiechniętej kobiecie z roziskrzonym wzrokiem nie mogłem poznać przygaszonej, smutnej Emmy sprzed dwóch dni. Naprawdę, niewiele im trzeba do szczęścia, pomyślałem i zachciało mi się śmiać. Trąciłem ją lekko w ramię, puszczając oko.
     - No, jak to było naprawdę z tą destylarnią?
     Zachichotała jak dziewczynka.
     - Czekałam na ciebie z pół godziny, aż wreszcie wyszedłeś. Efy też potrzebują wody.
     - Przyjdź jutro... nie, jutro pracuję z Elspet. No to pojutrze. A na jutro weź to. - Wręczyłem jej fiolkę.
     - Nie. - Odsunęła moją dłoń, otaczając ją drobnymi, cienkimi palcami. - Nie trzeba. Wystarczy, jak przyjdę za dwa dni.
     Tak to było z Emmą, Arturze. Nie uwierzysz, ale mój nieracjonalny impuls opłacił się ludzkości - rzeczywiście zaszła w ciążę! A ja... od początku czułem się jej bardzo potrzebny. To jest piękne być komuś tak potrzebnym, że niemal niezastąpionym. I może właśnie po to, aby ów stan utrzymać, ona potem stała się potrzebna również mnie. Czy to nazywa się miłością, Arturze? Czy to samo odczuwasz wobec swojej Teresy? Na pewno jestem śmieszny, poza tym głupio mi pytać Cię o tak intymne sprawy - ale ja spełniałem dotychczas jedynie rolę instrumentu. Nikt nie interesował się, co sprawia mi przyjemność i co mógłbym polubić.

     W dalszym ciągu tej relacji chciałbym opisać ci dramatyczne wypadki, jakie rozegrały się w Dune w połowie sierpnia. Wtedy dopiero wyszła na jaw przyczyna zatrzymania mnie w miasteczku. Zdaję sobie w pełni sprawę ze znaczenia tych wydarzeń i chciałbym, abyś poniższe sprawozdanie potraktował równie poważnie, udostępniając jego treść opinii publicznej. Sądzę, że sam potrafisz ocenić, co i komu należy dalej przekazać; ufam Ci całkowicie.
     Któregoś pogodnego dnia Godwin zabrał mnie na przechadzkę. Spacerowaliśmy wąskimi, pustymi uliczkami, omijając kępy traw i chwastów. Rozmowa nie kleiła się, wyczuwaliśmy, że żaden z nas nie mówi o tym, co go naprawdę interesuje. Już chciałem zakomunikować, że mam zamiar w najbliższym czasie opuścić Dune, zabierając jeszcze kogoś ze sobą, gdy niespodziewanie wyszliśmy na rynek. Wokół samotnie sterczącej wieży ratusza zgromadziło się kilkanaście osób. Jeden z oczekujących spostrzegł nas i wskazał innym. Wtedy zrozumiałem, że nie znaleźliśmy się w tym miejscu przypadkowo.
     - Chodźmy do nich - powiedział Godwin, biorąc mnie pod ramię. - Czekają na nas.
     - Po co? - Opierałem się odruchowo. Nigdy nie lubiłem zgromadzeń i tłumu.
     - Zobaczysz. Chciałem powiedzieć ci o tym wcześniej, ale... to nie jest takie proste. Najlepiej będzie, jeśli przekonasz się o wszystkim sam.
     - Jest pan dzisiaj niezwykle tajemniczy. Może dowiem się chociaż, po co oni tam stoją?
     - Czekają. Dzisiaj urządzamy zebranie mieszkańców.
     - Aha. Czy... jest jakiś specjalny powód?
     - Zawsze jest jakiś powód - odpowiedział wymijająco, pozdrawiając zebranych szerokim gestem. Wszedł na wąskie schody, wiodące na szczyt ratusza i pociągnął mnie za sobą. Od omszałych kamiennych ścian powiało wilgocią.
     Ludzie wyglądali z góry jak stado kaczek. Widząc nas na galerii rozproszyli się i uformowali wokół podstawy wieży dość regularny pierścień.
Godwin nachylił się do mnie, starając się przekrzyczeć wiatr.
     - Ty będziesz prowadził! Czy mnie słyszysz?!
     Wicher świszczał w prętach zardzewiałej balustrady, szumiał w uszach.
     - Słyszę! Ale dlaczego akurat ja?!
     - Jesteś młody i pełen nadziei. - Z wysiłku twarz mu poczerwieniała, a na czole uwypukliły się żyły. - No i jesteś Efem! Ludzie zaufali ci! A bez ich zaufania nie możesz być... Stróżem.
     - Stróżem? - powtórzyłem, nie będąc pewien, czy dobrze usłyszałem ostatnie, ciszej wypowiedziane słowo.
     - Patrz. - Godwin mówił szybko, wykorzystując przerwę w płynących znad morza podmuchach. - To nasi ludzie. Są teraz twoi, ufają ci.
     - Przykro mi, ale nie wiem, jak wam pomóc. Nigdy nie potrafiłem wygłaszać przemówień - powiedziałem, kierując się ku schodom.
     - Poczekaj! - warknął, przytrzymując mnie z niespodziewaną siłą za rękaw. - Popatrz - wskazał na dalekie lasy, wzbierające zielonoburą falą gąszczu poza granicami pól uprawnych - stamtąd nadejdzie niebezpieczeństwo. Spróbuj... wypatrzeć je... może usunąć. Tych ludzi - wskazał na gęstniejący na dole tłum - możesz zawsze zwołać. Wystarczy, że tutaj wejdziesz.
     - No tak, ale... - wciąż niewiele rozumiałem.
     - Zostań tutaj, aż wrócę - rzucił rozkazująco i zszedł po schodach. Po chwili dołączył do stojących kręgiem ludzi. Wśród nich rozpoznałem także Juanę z synkiem i Emmę.
     Czułem się nieswojo. Czego oni chcą ode mnie? Wszystko to przypominało jakiś rytualny obrzęd dawnych, dzikich plemion, o których czytałem w starych książkach. Po plecach przebiegły mi ciarki. Może to ja mam być ofiarą?
     Niebezpieczeństwo ma nadejść z lasu... Nagle przypomniałem sobie swoją niedawną przygodę. Czyżbym miał z wieży wypatrywać tych dziwnych zwierząt i sygnalizować mieszkańcom zbliżające się zagrożenie?
     Wbiłem wzrok w daleką ścianę lasu, ale widziałem tylko tańczące na wietrze wierzchołki młodych chojaków. Oczy zaczęły zachodzić łzami, otarłem je pięścią. I wtedy zaczęło dziać się coś dziwnego.
     Szaroniebieskie niebo pojaśniało nad widnokręgiem, a las przybliżył się, zrzedniał, stał się jakby przezroczysty, tak że bez przeszkód mogłem ujrzeć jego wnętrze. Chociaż nie - raczej uniósł się ku niebu, ukazując, jak podniesiony kamień, rozbiegających się mieszkańców ciemnych nor. Nie, też nie tak, Arturze, gąszcz ani nie przybliżył się do mnie, ani nie uleciał ponad ziemię. To ja widziałem inaczej, odczuwałem przestrzeń i zawartą w niej materię jakimś nieznanym mi dotychczas zmysłem. Mój opis przypomina zapewne próby przedstawienia swoich wrażeń przez ślepca, który nagle odzyskał wzrok. No, może przejście nie było aż tak drastyczne, bo jednak widziałem o b r a z , który choć tak różny od oglądanych uprzednio widoków, mogłem ogólnie przyporządkować zmysłowi wzroku. Nie musiałem więc uczyć się wszystkiego od początku.
     Po chwili zobaczyłem je. Biegały szybko po lesie, zatrzymując się nagle i równie błyskawicznie ruszając w dalszą wędrówkę. Przypominały ogromne mrówki o wydłużonym, cylindrycznym tułowiu. W polu obserwacji znajdowało się kilkanaście tych niesamowitych stworzeń, lecz nie tworzyły skupisk, były rozproszone po całym obszarze. W pewnej chwili jedno z nich, z przodu wyglądające jak czarny pająk, wypadło z lasu i rzuciło się na samotnego robotnika rolnego, pracującego w polu.
     Nagła fala gorąca uderzyła mi na policzki i objęła głowę. Nie wiedziałem, co robić. Chciałem krzyczeć, potem usiłowałem wskazać kierunek zagrożenia ludziom, zebranym na dole. Lecz wszystkie próby spełzły na niczym; widziałem tylko daleki, zewnętrzny obraz, jakby jedynie w mojej wyobraźni rozgrywała się tragedia. A na skraju lasu, w zasięgu wzroku, ginął człowiek. To, że mnie nie spotkał kilka dni temu podobny los, zawdzięczam tylko szczęśliwemu przypadkowi.
     Usiłowałem odwrócić głowę. Nie mogę patrzeć na krew, zawsze uciekam jak najdalej od żądnego makabry tłumu, otaczającego miejsce każdego wypadku. Lecz było już za późno - wlepiłem wzrok w ciężko biegnącego człowieka i jego prześladowcę, nie mogłem tam nie patrzeć, znieruchomiałem jak sparaliżowany. Widziałem dokładnie, kiedy potwór strzyknął brunatną cieczą, jak potem chwytał ofiarę w przednie łapy i sięgał tępym dziobem do jej szyi.
Przemożne uczucie obrzydzenia wtłoczyło mi żołądek do gardła. Byłem też tak wściekły, że w pierwszym odruchu mógłbym chyba z kijem w ręku rzucić się na obrzydliwą pokrakę, dławiącą człowieka jak pająk muchę.
     Mój drogi Arturze! Zapewne nie wierzysz w cuda; mogę Cię zapewnić, że i ja nie jestem mistykiem. I teraz już wiem z całą pewnością, że także wtedy w błyskawicznie zachodzących wypadkach nie było niczego nadnaturalnego. Ot, po prostu zdarzyło się jeszcze jedno z tych zjawisk, należących do zakresu oddziaływań między człowiekiem a środowiskiem. Ale muszę przyznać, że wtedy, gdy nieszczęśnik wyzwolił się nagle z kosmatych objęć i ruszył szalonym biegiem w kierunku najbliższych zabudowań, nie miałem takiej pewności. A było tak: jakby pod ciosem mojego nienawistnego wzroku zwierz cofnął się, ogłuszony, wypuszczając ofiarę, a potem przewrócił się na bok i w gwałtownych drgawkach poplątał swoje owadzie nogi. Nagły skurcz wygiął tułów najpierw na zewnątrz, potem zaś do środka, tak że monstrum w końcu znieruchomiało zwinięte w ciasną, martwą bryłę.
     Po krótkiej chwili ochłonąłem; nie był to odpowiedni moment na dociekanie. Wytropiłem następnego pająka. Z rosnącą odrazą śledziłem jego pozornie niezdarne, lecz niezwykle szybkie ruchy. Jednakże impuls nie był wystarczająco silny - zwierz znieruchomiał na parę sekund, po czym pognał dalej. Śledząc go wyobraziłem sobie, że goni i dopada bezbronną Emmę. Skutek przeszedł wszelkie oczekiwania: drapieżca gwałtownie skoczył w górę, jakby wbiegł na rozżarzone węgle. Na ziemię spadł już martwy.
     W podobny sposób rozprawiłem się z tymi pająkami, które nie zdążyły uciec poza pole obserwacji. Nie miałem żadnych skrupułów, czułem, że postępuję słusznie i że tego właśnie ode mnie oczekiwano. Teraz zastanawiam się czasem, czy zasadniczą motywacją nie były lęk i odraza w stosunku do wszelkich całkowicie od nas odmiennych form bytu. Lecz ilekroć o tym myślę, usprawiedliwiam nasze postępowanie prostą obroną własnego zdrowia i życia. Zaś innego sposobu niż całkowite unicestwienie wroga nie znaliśmy.
     Na pewno jesteś ciekaw, dlaczego nazywam te drapieżniki pająkami. Po prostu wydają mi się one najbardziej podobne do pająków, choć w istocie nimi nie są. Zresztą moje obserwacje są zbieżne z wrażeniami innych mieszkańców Dune - i wśród nich używane jest to określenie, obok czarta, diabła lub ludojada. A czym to zwierzę jest naprawdę, po prostu nie wiem. Rzeczywiście przypomina olbrzymiego owada, chociaż słyszałem kiedyś, że wielkość zwierząt zaklasyfikowanych do tej gromady ograniczona jest ze względu na wydolność ich organów oddechowych. Kto wie, może nastąpiła tutaj jakaś zmiana, lub też po prostu mylący jest wygląd drapieżników. A może są to pierwsze zwiastuny fali gwałtownych mutacji, które na przekór naukowym prognozom, zaleją świat różnego rodzaju potworami? Woda na młyn zwolenników takich teorii! Osobiście nie wierzę, aby tak się stało. Po prostu, jedna mutacja na miliardy mogła spowodować wydanie na świat dziwolągów, lecz podobny zbieg okoliczności powtórzy się zapewne nieprędko. A może te żądne ludzkiej strawy bestie są dalekim pokłosiem prowadzonych bez opamiętania prac nad bronią biologiczną? Lub są to zjawy całkiem nie z tej Ziemi? Nie wiem i nie chcę tracić czasu na zbędne spekulacje. Może kiedyś dowiemy się prawdy, lecz nie sądzę, aby miała ona inne znaczenie oprócz czysto poznawczego.
     Wracam do przerwanej opowieści. Po unieszkodliwieniu wszystkich pająków, znajdujących się w polu widzenia, zdołałem wyłączyć się z transu. Zataczałem się trochę, jak po raptownym powstaniu z łóżka, lecz poza tym wszystko było w porządku. Słońce obniżyło się bardzo, musiałem spędzić na ratuszu kilka godzin. Podmuchy wiatru były ostre i zimne, lecz nie odczuwałem chłodu; krew pulsowała szybko, jak po dużym wysiłku fizycznym.
Chciałem zbiec po schodach, gdy na dole spostrzegłem ciasno zbity krąg ludzi. Oni stali tam przez cały czas! Wychyliłem się przez balustradę i pomachałem wesoło ręką, szukając wzrokiem Godwina. Lecz słowa pozdrowienia zamarły mi na wargach - na dole czekał na mnie nieruchomy, skamieniały tłum.
     Ich twarze były blade i skurczone, oczy obciągnięte napiętymi powiekami, usta sine, szyje rozdęte nabrzmiałymi pod skórą żyłami. Stali sztywno jak manekiny, wykonując tylko nieznaczne ruchy kolanami w celu utrzymania równowagi. W pierwszym, wewnętrznym szeregu stał Godwin. Jego twarz zastygła w siną, odrażającą maskę.
Cofnąłem się o krok. Czułem się osaczony, zdany wyłącznie na siebie, bez szans. Po prostu bałem się.
     Przez żelazne sztachety balustrady zobaczyłem, jak jeden człowiek z tłumu osunął się na bruk. Chciałem krzyczeć, ale gardło miałem zaciśnięte, a na piersiach leżał obezwładniający ciężar. Dopiero po długiej chwili postąpiłem do przodu. Odetchnąłem. Nie, to nie była Emma. Z podkurczonymi kończynami, zwinięty w kłębek, na ziemi leżał drobny, stary mężczyzna.
Na szarym od zmierzchu rynku powoli zaczął się ruch. Jak za dotknięciem różdżki ludzie kolejno budzili się z odrętwienia, poruszali się, wychodzili ze zwartych szeregów, półgłosem prowadzili rozmowy. Po chwili przyszedł Godwin i sprowadził mnie na dół.
     - Widziałeś je? - zagadnął schrypniętym głosem. Jego twarz z wolna przybierała zwykłą barwę.
     Skinąłem głową, bo nie byłem w stanie wykrztusić słowa.
     - I co? Odeszły? Ile ich jest?! - Tak gwałtownie wyrzucał z siebie pytania, że aż poczułem na twarzy kropelki śliny z jego posiniałych warg.
     Ci z dołu nie mają rozeznania, chociaż muszą dawać mi swoją siłę, pewnie są tylko źródłem energii, pomyślałem.
     - Dziesięć, może... więcej. - Wreszcie mogłem przemówić. - Zabiłem je.
     Wynoszono zmarłego. Ciała nie można było wyprostować, pozostało zwinięte w kłębek.
     - Dlaczego... on zginął? - spytałem z trudem, przez zaciśnięte gardło. Godwin wzruszył ramionami; grymas niechęci, który przebiegł mu po twarzy, świadczył o tym, że poruszyłem nieodpowiedni temat. W milczeniu odprowadził mnie do domu i na pożegnanie mocno uścisnął dłoń.
     - Dziękuję - powiedział zduszonym głosem. - Nie zawiodłeś nas.
Wreszcie znalazłem się sam z Emmą w swoim pokoju.
     - Kim byt ten człowiek? Czy to one go zabiły? - Zasypałem ją niecierpliwymi pytaniami. Skrzywiła się lekko.
     - Czy to takie ważne?
     - Słuchaj - zerwałem się nagle - może wy myślicie, podejrzewacie, że to ja...
     - Nie pleć bzdur! - krzyknęła prawie, również wstając. - Jak mogłeś nawet tak przypuszczać - dodała z wyrzutem, gładząc mój policzek. Odsunąłem ją nieco zbyt szorstko.
     - Może ty nie, ale inni...
     - Nikt tak nie myśli, mogę ci przyrzec!
     - Phi, przyrzec...
     - Po prostu wiem. - Spojrzała mi prosto w oczy. - To zawsze się zdarzało, wiec i teraz też.
     - Zawsze?
      - Tak. Po każdym seansie. Zawsze ginie ktoś z nas. Nie wiemy ani dlaczego, ani kto będzie następny. Może to jakiś refleks, odbicie. Niektórzy mówią, że to ofiara za ocalenie życia pozostałych.
     - No wiesz - burknąłem. - Czy zawsze ginie jeden człowiek?
     - Tak, tylko jeden.
     - Więc kim on był? - powtórzyłem.
     - To Tom, był szewcem. Porządny człowiek, dla każdego miał uśmiech i dobre słowo.
     - A... kto zginął poprzednio?
     - Dlaczego mnie wypytujesz? - Obruszyła się.
     - Czy to tajemnica?
     - George - powiedziała po chwili, rumieniąc się lekko. - Kiedyś był dziennikarzem. Również spokojny człowiek, nikomu nie przeszkadzał. Wciąż pisał i pisał, do końca, jakby ktokolwiek jeszcze chciał to czytać...
     - No tak - uciąłem - a gdzie jest wasz poprzedni Stróż?
     - Wygnaliśmy go. Stracił nasze zaufanie.
     - To było bez sensu. Przecież przyjechałem zupełnie przypadkowo.
     - Nie wszystko jest zależne od naszej woli. Seanse po prostu nie wychodziły.
     - Czegoś nie rozumiem. - Przysunąłem się do niej. - Dlaczego po prostu stąd nie wyjedziecie? Nie przeniesiecie się gdzie indziej?
     - Myślisz, że takie to proste? Kto nam da mieszkanie i zajęcie? Z czego będziemy żyć?
     - Gdzieś w świecie znajdziecie dom. Tutaj te pająki prędzej czy później wysączą z was krew.
     - Frank, wszędzie są jakieś pająki.
     - Natknąłem się po raz pierwszy na to zjawisko.
     - Każdy człowiek i każda społeczność ma swoją groźbę, swoje niebezpieczeństwo, które wisi nad nimi jak ciężki but nad mrowiskiem. Czy jest więc sens ponosić ofiary tylko po to, aby zamienić znane zagrożenie na nieznaną groźbę?
     Umilkłem, zbity z tropu. Dalsze tłumaczenie, że nowe niebezpieczeństwo mogłoby być mniejsze, nie miało sensu, zepchnęłoby bowiem dysputę na tory jałowej retoryki. Bez słowa wziąłem ją w ramiona - takie zakończenie rozmowy wydało mi się najprostsze.

     Następne dwa tygodnie minęły spokojnie. Postanowiliśmy z Godwinem czekać na jak największe nagromadzenie drapieżników, żeby zgładzić je wszystkie za jednym zamachem przy minimalnych stratach własnych. Myśleliśmy obydwaj o tym samym, chociaż żaden z nas nie poruszał drażliwego tematu. Wraz z innymi mieszkańcami Dune uczestniczyłem w skromnym pogrzebie szewca Toma. Żal złapał mnie za gardło, gdy ciężkie grudy ziemi zadudniły na wieku trumny. Czy naprawdę musiał zginąć? Wiele dałbym za rozwiązanie tajemnicy śmierci każdej z tych niewinnych ofiar.
     Kiedy wracaliśmy z cmentarza, na skraju lasu pokazały się czarne bestie. Utrzymaliśmy je w bezpiecznej odległości zapalonymi pochodniami i wybuchami petard. Godwin wystrzelił kilka razy z myśliwskiego sztucera, ale kule nie przebijały grubego pancerza pająków. Pospiesznie wycofaliśmy się w obręb zabudowań. Zrozumiałem, że zbliża się chwila ostatecznej rozgrywki. Kto będzie następny?
     Ludzie stali się jeszcze bardziej milczący i napięci; rzadko i tylko w koniecznej potrzebie opuszczali swoje domy, rozglądając się podejrzliwie i chyłkiem przebiegając puste ulice. Na warzywnych zagonach bujnie rozpleniły się chwasty, nikt w tych trudnych dniach nie interesował się uprawą roli. Nawet kobiety należące do Efów nie zawsze zjawiały się u mnie w umówionym dniu, tak że mogłem więcej czasu poświęcać Emmie. Sam również odczuwałem wzrastające napięcie, nieraz bywałem rozdrażniony i opryskliwy. Gryzłem się stale tym, że być może przeze mnie zginął stary Tom i niebawem śmierć poniesie ktoś następny. Ktoś równie niewinny.
     Drogi Arturze, zbliżam się do końca mojej relacji z Dune. Wybacz mi częstą zmianę tematów i enigmatyczność niektórych opisów, ale chciałem możliwie zwięźle przedstawić Ci jak największą liczbę faktów, a także wprowadzić w atmosferę tego dziwnego miejsca. Pragnąłem również opisać zmianę swojego stosunku do tutejszych spraw i problemów, które nieopatrznie stały się moimi w stopniu znacznie większym niż mogłem przypuszczać. Wtedy, po pierwszym starciu, jeszcze nie znałem prawdy, chociaż przeczuwałem już, o co chodzi. Wielkie słowo, prawda. Prawdy nie ma - możemy jedynie subiektywnymi ocenami zbliżać się lub oddalać od również subiektywnej średniej. Znasz moje poglądy na ten temat. A ludzie są już tacy, że wszystko, cokolwiek dostaną w ręce, obrócą przynajmniej w części przeciwko sobie.
     Pewnej nocy zbudziło mnie walenie do drzwi. Zerwałem się wystraszony. Na zewnątrz płonęły ognie, biegali ludzie, rozlegały się krzyki. Huknęły strzały. Zrozumiałem, że to już.
W mig znalazłem się na dworze. W ciemnych wylotach uliczek przemykały czarne bestie, na razie odstraszane wybuchami petard i rzucanymi w ich stronę płonącymi pochodniami. Jeden pająk uczepił się dachu i tkwił tam jak gigantyczny skorpion, obezwładniający swoją ofiarę. Jego pancerz połyskiwał czerwonym odblaskiem w migotliwym świetle ognisk.
     Wokół wieży ratusza płonął zwarty krąg ognia. Przez wąskie przejście wbiegali ludzie i ustawiali się na swoich miejscach. Gdy wszyscy znaleźli się wewnątrz, zawalono przesmyk stertami suchych gałęzi i w szarzejące od wschodu niebo buchnęły jęzory świeżych płomieni.
Stałem przy balustradzie i spoglądałem na krąg stłoczonych na dole ludzi, na otaczające ich kolisko ognia i na pokraczne drapieżniki, zbliżające się niepewnie do trzaskających płomieni. Byłem napięty do ostatecznych granic, ale przez chwilę poczułem się wodzem tych ludzi, całkowicie teraz ode mnie zależnych. Byłem ich panem i władcą. Zapomniałem wtedy, że mój los w równej mierze zależał od nich, że ja tylko kierunkowałem i ogniskowałem na wybranym celu ich wspólny wysiłek.
     Wytężyłem wzrok aż do bólu i nagle w dalekich ciemnościach, które rozjarzyły się niebieskawą poświatą, dostrzegłem dziesiątki rozbieganych cieni. Rejestrowałem także obecność tych bliskich i najbliższych bestii, od których widoku serce napełniało się chłodnym lękiem. Było ich tak wiele, że przez chwilę zwątpiłem, czy dam radę wszystkim.
     Powoli ogarnęła mnie zimna, zawzięta wściekłość - mogłem rozpocząć dzieło zniszczenia. Zabijałem je po kolei, aż czarne kadłuby utworzyły zwały skręconych cielsk, pokryte plątaniną kosmatych kończyn. Gdy uporałem się z pająkami wewnątrz miasteczka, kontynuowałem rzeź na spowitych mrokiem polach, a potem wysyłałem cichą śmierć na pozostałe w lesie drapieżniki. Tylko kilka zdołało uniknąć pogromu, lecz nie sądzę, aby prędko powróciły w okolice Dune. Jeszcze przez tydzień po tej dramatycznej nocy mężczyźni wywozili i zakopywali w lesie cuchnące trupy potworów.
     Wyswobodziłem się ze zbiorowej hipnozy i wyczerpany opadłem na balustradę. Wschodzące słońce ciepłymi promieniami wypełniało czysty przestwór nieba, barwiąc na pomarańczowo dachy wyzwolonego miasteczka. Czułem ogromną ulgę, lecz zarazem piersi ściskał mi ból. Nie śmiałem spojrzeć w dół. Potykając się zszedłem po schodach, przecisnąłem się przez kordon budzących się ludzi, rozrzuciłem butami żarzące się jeszcze głownie. Omijając skręcone kadłuby pająków poszedłem do siebie i rzuciłem się na łóżko.
     Serce waliło mi jak młotem, głuchy puls rozsadzał skronie. Liczyłem sekundy i minuty. Wiedziałem, że jeśli minie kwadrans i nikt nie przyjdzie, moje przeczucie okaże się prawdą. Straszną prawdą, z którą nigdy nie będę mógł się pogodzić.
     Weszła cicho, usiadła na łóżku i gładziła mnie po włosach. Nie od razu poczułem ulgę, stopniowo zrzucała głazy z mojej piersi, uwalniała od kamiennego pancerza. A więc jednak nie ona! Emma była przy mnie i też płakała.
     Zginął mały synek Juany. Gdy później nieśliśmy jego ciałko na cmentarz, przysiągłem sobie, że trzeba zlikwidować przyczynę tych tragicznych zgonów. Dalej tak być nie może!
Pisałem Ci już, co sądzę o prawdach ostatecznych. Lecz wydaje mi się, że poznałem już trochę Dune, jego mieszkańców i ich niesamowity sposób obrony. Wierz mi, Arturze, to jest potężna broń, jeszcze jedna z groźnego arsenału superbroni. Jednak teraz i tutaj jest to ciągle brzytwa w ręku dziecka.
     Jestem coraz bardziej przekonany, że to nie ja byłem przyczyną tragedii, chociaż niczego nie można wykluczyć w sposób definitywny. W pełni kontroluję sytuację aż do końca... to znaczy do momentu, w którym sam wychodzę ze świadomego transu. Oni natomiast trwają jeszcze przez chwilę w bezwolnym letargu, rozporządzając przy tym straszliwą siłą niszczenia życia. Nieświadomi, nieodpowiedzialni, potężni... Rozumiesz już? Ludzka zawiść, drzemiąca w każdym z nas, obraca się zawsze przeciwko najlepszym. Nie możemy znieść, że nie jesteśmy tacy jak oni. Zła, nieprzychylna myśl w normalnych warunkach nie jest nawet wypowiadana, wstydzilibyśmy się jej. Ale tutaj... Oni nie kontrolują swoich odruchów, są nieświadomi. Rozumiesz? Dziennikarz, który pogrąża się w niedostępnym dla innych, lepszym świecie... Zawsze pogodny, stary szewc... Codziennie roześmiane, jedyne w Dune dziecko w ramionach szczęśliwej matki... Teraz wiesz, że nie mogę stąd wyjechać! Nie mogę ich opuścić, jestem potrzebny.
     Po raz pierwszy czuję się potrzebny w szczególnym sensie. Można powiedzieć, że jestem niewymienialny. To nie znaczy niezastąpiony, bo takich nie ma. Po prostu nie można mnie wymienić ot tak, z dnia na dzień, z tygodnia na tydzień. Ty znasz to uczucie od dawna, jesteś szczęśliwym małżonkiem. Ja zaznaję go po raz pierwszy.
     Muszę zostać i walczyć dalej. Zdaję sobie sprawę z ogromu przedsięwzięcia. To nie jest zadanie na siły jednego człowieka i na czas jednego życia, wiem o tym. Ale też mój cel jest znacznie skromniejszy: nie może być więcej ofiar na placu pod ratuszem. Nie wiem jeszcze, jak tego dokonam, lecz już niebawem napiszę Ci o tym.

Twój oddany Frank.
 

 

 


  Tu wkrótce przybędą teksty nowych opowiadań:

 

 

Dwa litry życia

(opowiadanie z pożółkłych kartek)

 


  Poprzednio zamieszczone opowiadania:

 

 

• Pojedynek

• Mała Enkeliada

   ◊ Enkeliada tysiąca i jednej nocy

   ◊ Tańcowała Chimka z Liturą

   ◊ Fekal, czyli prawo pięści

   ◊ Jaja dinozaura

 

 

Okładki:

Główna

  Naukowa

    Literacka

      Publicystyczna

        Galeria i podróże

 


 

Jesteś na stronie: http://zimniak.art.pl/  *  Jesteś na stronie: http://zimniak.art.pl/  * Jesteś na stronie: http://zimniak.art.pl/  * Jesteś na stronie: http://zimniak.art.pl/  * Jesteś na stronie: http://zimniak.art.pl/