Okładki:

Główna

  Naukowa

    Literacka

      Publicystyczna

        Galeria

 

ANDRZEJ ZIMNIAK

HUMOR I GROTESKA

 

Poniższych artykułów nie należy brać całkiem serio, ponieważ zostały napisane z okazji 1. kwietnia


Prezentacja całych artykułów:

   • Seks ostry i przewlekły

   • Przystanek Green Forest Camp

   • Wulkan w Górach Świętokrzyskich

   • Lipokineza - rewelacja w sporcie i kosmetyce medycznej

 

 

 

Skocz na stronę literacką:

   Fraszki

Teksty będą sukcesywnie zmieniane

 

 

 

Andrzej Zimniak

SEKS OSTRY I PRZEWLEKŁY

 

"Płciowość szarpie nami jak wiatr chorągiewką" - tak w wolnym tłumaczeniu można przedstawić sentencję starożytnego poety Andymonidesa, "życie bez kobiety jest jak żeglowanie bez oceanu", twierdził Lord Byron, a Mickiewicz, wpędzony w depresję po odmowie ze strony wybranki serca, żalił się, układając rym "kobieto, puchu marny". Autorytet seksuologiczny dr Lew Starowicz zapewne podpisałby się pod twierdzeniem, że "seks angażuje ogromne siły i steruje życiem człowieka".

Płciowość jest nam niewątpliwie potrzebna, bo wynikająca z niej strategia prokreacyjna daje dużą przewagę w walce o lepsze miejsce w środowisku (patrz J. Klag "Po co nam płeć", Wiedza i Życie 11/99, str. 14), ale płacimy za to swoją cenę. Problem nie w grach wstępnych i samej istocie cielesnych zbliżeń, lecz w tym, że okres "człowieczej rui" trwa przez cały okrągły rok. Znakomita większość gatunków zwierząt i roślin ma swój kalendarz prokreacyjny i wykazuje syndrom tzw. seksu ostrego, bo jedynie w ściśle określonych porach roku ich przedstawiciele przystępują do pracochłonnych i często niebezpiecznych czynności, związanych z rozmnażaniem. I tak np. jelenie zbierają się na rykowiskach tylko na przełomie września i października, żeby potrykać się w przedmiłosnych bojach, a potem zapłodnić łanie zdobyte w walce, domowe koty dostają miłosnego szału i wrzeszczą pod oknami zawsze w marcu, a węgorze zaledwie raz w życiu wędrują na Morze Sargassowe, aby dopełnić rozrodczej powinności i... umrzeć. Rośliny też mają swoje terminy zapylania, można się o tym dowiedzieć z prognoz pogody, w których ostrzega się przed alergenami w powietrzu. A my, ludzie, trwamy w erotycznej gorączce seksu przewlekłego przez wszystkie najlepsze dni życia, mając z tego zaledwie jedno-dwa trafienia "w dziesiątkę". A więc wydajność kiepska, nijak mająca się do włożonej pracy.

Jest się nad czym zastanawiać, bo wyliczono, że jeden uczciwy stosunek płciowy wymaga wydatkowania energii, potrzebnej do przemieszczenia półtorej do dwóch ton materiałów sypkich za pomocą łopaty. Nie wiem, jaki algorytm stosowano, ale być może rachmistrz wkalkulował także energetyczny równoważnik wydatków na kwiaty, czekoladki i podobne gadżety gry przedwstępnej. Tak czy owak, widać jak na dłoni, jak wiele czasu i energii trzeba zainwestować w płeć. Do tych inwestycji doliczyć należy aktywację zawodową, czyli trudy dojrzewania, oraz przejście na emeryturę, czyli zmorę przekwitu. Że już nie wspomnę o różnych uciążliwych "always", ze skrzydełkami lub bez, dla pań w wieku optymalnym. Wiadomo, że zakochany młodzian czy dziewczyna chodzą jak w transie i przeznaczają popołudnia i wieczory na randki, zamiast uzupełniać wiedzę, a ludzie w sile wieku wiele czasu trawią na bezowocnym zażegnywaniu, a potem rozwiązywaniu małżeńskich kryzysów. Przypuszczano, że tak być musi, bo małe prawdopodobieństwo zapłodnienia kobiety przy pierwszym zbliżeniu powinna równoważyć duża ich częstość, manifestująca się całoroczną nieprzerwaną aktywnością.

Taka była zgodna opinia seksuologów do połowy roku 1998, kiedy to młody doktor antropologii Allan Herzlich podjął badania uczestniczące na wyspie Papua - Nowa Gwinea. W głębokich dolinach, które przecinają olbrzymie masywy górskie, do dziś żyją w kompletnej izolacji od świata zewnętrznego plemiona tubylców, które zachowały swój dawny sposób egzystencji. Młodemu badaczowi natychmiast rzuciło się w oczy, że nie skażeni przez cywilizację Papuasi zupełnie nie reagują na wdzięki drugiej płci, nie podejmują stosunków płciowych, słowem - wykazują całkowitą obojętność seksualną. Herzlicha tak to zaciekawiło, że wytrzymał wśród nich przez prawie dziesięć miesięcy, mimo niezwykle trudnych warunków: miejscowe plemiona nie znały ognia, a za schronienie służyły im nory, wygrzebane w ziemi. W końcu jednak doczekał się, bo w maju ich kobiety przebudziły się płciowo, zaczęły produkować feromony, na co mężczyźni natychmiast zareagowali agresywną gotowością do zbliżeń. Po miesiącu orgiastycznych zmagań wszystko wróciło do bezpłciowej normy, a cel został spełniony, bo niemal wszystkie zdolne do rozrodu kobiety zaszły w ciążę.

Herzlich bezzwłocznie uruchomił swój laptop sprzężony z telefonem komórkowym i w ciągu dwóch tygodni dysponował już grupą, złożoną z kilkunastu entuzjastów. Rozdzielili się i w ciągu miesiąca przebadali dużą część górskiego masywu Owena Stanleya, robiąc wywiady i ustalając wiek dzieci. Wiedzieli, czego szukać, więc poszło jak z płatka; okazało się, że w całym regionie zachowania seksualne są podobne.

Gdy rewelacje grupy Herzlicha poszły w świat, natychmiast rozgorzał spór o przyczynę zjawiska. Antropolodzy kultury zinterpretowali wyniki jako dowód na dominację modelu zachowań nad fizjologią, paleoantropolodzy dopuszczali możliwość przetrwania w izolacji gatunku człowieka neandertalskiego, a lekarze zaczęli poszukiwać odmienności genetycznych. Na tym nie koniec, bo rychło włączyli się ekolodzy, blokując atol Mururoa i obarczając winą Francuzów i ich próby jądrowe, a chemicy stwierdzili, że przyczyną zahamowanej aktywności prokreacyjnej musi być toksyczne oddziaływanie organicznych pochodnych metali ciężkich, najpewniej metylortęci. Następnie do dyskusji włączył się laureat Nagrody Nobla Sir Blumberg orzekając, że jest zupełnie odwrotnie: to właśnie cykl rozrodczy tamtych górskich ludów, żyjących w pierwotnej harmonii, jest prawidłowy i zgodny z zegarem natury, natomiast my ze swoją permanentną adoracją seksu jesteśmy cywilizacyjnymi dewiantami.

Większość naukowców początkowo wyśmiewała hipotezę Blumberga, mimo że miał on tytuł szlachecki, nadany za zasługi dla nauki, ale byli tacy, którzy poszli jego tropem. Rozumowali oni w ten sposób: ponieważ nadaktywność seksualna człowieka była już relacjonowana pismem klinowym na sumeryjskich tablicach, czynnik nazwany przez nich "blumberginą" musi działać od zarania cywilizacji. Od tamtych czasów ludzie robią trzy rzeczy, odróżniające ich od zwierząt, a mianowicie: myślą (czasami), piją alkohol (często) i gotują strawę (bezustannie). Sformułowano więc hipotezę, że któraś z tych czynności powoduje uwalnianie blumberginy. Ponieważ Papuasi niewątpliwie przynależeli do Homo sapiens, a także poddawali fermentacji soki, za to obawiali się ognia, za przyczynę wpędzenia ludzkości w stan nadaktywności seksualnej uznano powstawanie jakiegoś afrodyzjaku w trakcie obróbki termicznej produktów spożywczych.

Na tym etapie przystąpili do działania analitycy i chemicy-teoretycy, biorąc pod lupę około 500 nowych związków chemicznych, powstających podczas gotowania i smażenia. Pierwsi wyodrębniali kolejne substancje i badali je na fokach, które, jak wiadomo, żyją z dala od wszelkiego ciepłego pokarmu i rozmnażają się normalnie, czyli raz w roku, zaś drudzy zasiedli do komputerów i wzięli się za modelowanie interakcji wyizolowanych związków z receptorami w ludzkich gruczołach płciowych. Wkrótce ich połączone wysiłki dały rezultaty - wydzielono niewielkie białko i potwierdzono jego aktywność w symulacji komputerowej. Zaprojektowanie, a potem synteza enzymu blokującego ów afrodyzjak nie stanowiły już żadnego problemu. Uczeni wznieśli toast, ale ich radość była krótka, bo wyniki badań natychmiast utajniono w błyskawicznej międzyrządowej akcji, wycofując wszystkie już złożone w redakcjach artykuły. Dlaczego? Z trzech prostych powodów.

Po pierwsze: stało się jasne, że ludzie nie będą chcieli zrezygnować ze swojej hedonistycznej seksualności za żadną cenę, a samo podejrzenie, że istnieje jakiś specyfik blokujący blumberginę, mogłoby wywołać zamieszki. Po drugie: społeczeństwo, w którym istniałby tylko jeden miesiąc rui, zyskałoby istotną przewagę nad tymi, które nadal byłyby ogarnięte permanentnym imperatywem erotycznym. Weźcie pod uwagę, jak wiele energii i czasu można byłoby zaoszczędzić i przeznaczyć na pracę. Po trzecie: wojskowi zaklasyfikowali blumberginę jako nową generację broni chemiczno-biologicznej, ponieważ dostarczenie odpowiednio dużych dawek np. z wodą pitną powodowałoby u nieprzyjaciela destrukcyjny orgiastyczny szał, który mógłby prowadzić nawet do śmiertelnego wyczerpania - dokładnie taki jest mechanizm zastosowania niektórych feromonów owadzich jako insektycydów.

Można się zastanawiać, dlaczego wobec tego Papuasi nie prześcignęli ogłupiałej od seksu ludzkości w technologicznym rozwoju? Wiedza jest kumulatywna, bo polega na sumowaniu odkryć przez wieki i tysiąclecia, a do przekazywania informacji potrzebne jest pismo, którego mieszkańcy Papui nie znali. Ponadto odkrycia sumują się w dużych populacjach, ponieważ musi nagromadzić się ich dostateczna - progowa - liczba, aby zaistniały następne, zaś liczebnie niewielkie szczepy mieszkańców wyspy żyły oddzielone potężnymi łańcuchami górskimi i praktycznie nie kontaktowały się ze sobą.

Rodzi się też zasadnicze pytanie, dlaczego niektóre inne gatunki, jak małpy czy króliki, podobnie jak ludzie mnożą się przez cały rok, bez ograniczeń? Otóż, według nowych teorii, ewolucji nie wymuszają zmiany warunków zewnętrznych, np. klimatu, lecz znacznie szybsze zmiany w obrębie innych gatunków, można więc rozpatrywać ten proces jako "międzygatunkowy wyścig". Człowiek początkowo zyskał w tym wyścigu prokreacyjną przewagę (co utrudniło mu rozwój cywilizacyjny), więc, naturalną koleją rzeczy, inne gatunki musiały wkrótce dołączyć i nadrobić zaległości. Jak stwierdzono, w genomach małp i królików występuje gen, kodujący blumberginę, a więc te miłe zwierzątka pod względem aktywności erotycznej wyprzedziły nawet człowieka. Znalazło to kulturowy wyraz w popularnych porzekadłach, np. "mnożą się jak króliki" albo "dostał małpiego rozumu".

Na koniec winien jestem wyjaśnienie, w jaki sposób udało mi się opublikować te utajnione informacje. Otóż dane przesłał mi przez sieć pewien znajomy biochemik ze Stanów Zjednoczonych z prośbą o ich ogłoszenie poza siecią czasopism naukowych. W Ameryce ten fortel się nie udał, ale ów naukowiec miał nadzieję, że u nas zakaz publikacji jeszcze nie dotarł do redakcji pism popularnonaukowych. Nasz zamysł powiedzie się dopiero w chwili, w której przeczytacie te słowa.

I jeszcze jedno: obserwujcie uważnie swoje reakcje wobec drugiej płci. Jeśli stopniowo osłabną i w końcu ograniczą się do majowego flirtowania, to dobrze, bo będzie to oznaczało, że nasz kraj został włączony do procesu globalnego rozwoju według klauzuli zalecającej powszechne dodawanie do pieczywa substancji dezaktywujących blumberginę. Jeśli reakcje wzmogą się nienaturalnie, to bardzo źle, bo duże nasilenie popędu będzie sygnalizowało agresję z zewnątrz przy użyciu broni nowej generacji, a więc koncentratu blumberginy, rozpylanego nad Polską np. przez satelity w stratosferze. A jeśli nic się nie zmieni, to znaczy, że - jak zwykle - trwamy na peryferiach głównego nurtu dziejów. Przypuszczam, że w pewnych przypadkach nie jest to najgorsza sytuacja.

 

Tekst remasterowany w listopadzie 2006 

Pierwodruk: Wiedza i Życie


 

 

 

 

Andrzej Zimniak

PRZYSTANEK GREEN FOREST CAMP

 

Istnieje takie miejsce na Ziemi, gdzie czyste wody płyną szeroko, wiatr przynosi wyłącznie zapach żywicy, w pogodne noce widać miliardy gwiazd, a człowiek żyje w pełnym zespoleniu z przyrodą, w najmniejszym stopniu nie szkodząc środowisku naturalnemu, a więc i samemu sobie. To osada Green Forest Camp, leżąca w zachodniej części USA, odgrodzona od cywilizacji technologicznej potężnym łańcuchem Gór Skalistych. A wszystko zaczęło się od dyskusji na temat prątków gruźlicy.

 

Właściwie zaczęło się grubo wcześniej, bo od Roberta Kocha. Gdy ów uczony w 1882 roku po raz pierwszy zobaczył pod mikroskopem zarazki gruźlicy, wpadł w zachwyt ("Wiedza i Życie" 9/98, s. 7). W polu widzenia na tle brązowych, bezkształtnych komórek pęcherzyków płucnych wyraźnie odcinała się jasnoniebieska, zgrabna laseczka gruźliczego prątka. Pod koniec XX wieku te obserwacje zinterpretowano ponownie w duchu holizmu naukowo-kulturalnego. Ponieważ nie każdy zetknął się z tym interesującym pojęciem, śpieszę z wyjaśnieniami.

W roku 1998 zawiązała się luźna internetowa grupa dyskusyjna pod nazwą Gaja-Sci, w której uczestniczyli głównie naukowcy, zafascynowani koncepcją Matki-Ziemi, Gai, porównywanej do żywej istoty, której wszystkie organy i tkanki muszę żyć w homeostazie, aby ów organizm mógł sprawnie funkcjonować. Potem na listę dyskusyjną wpisało się kilku umiarkowanych przedstawicieli New Age, awangardowych artystów i ekologów z różnych frakcji. Niemal wszyscy z grupy spotkali się na początku 1999 roku na pierwszym zjeździe w Los Angeles i opracowali nowatorską koncepcję filozoficzną, polegającą na odwzorowaniu organizmu Gai w ludzkiej cywilizacji, a więc kolejne podejście typu holistycznego (całościowego). Od podobnych teorii unifikacyjnych zaliczanych do New Age nowa koncepcja wyróżniała się pozostawieniem religii w sferze wiary, a więc poza światem materialnym. HolCy (Holiści Cywilizacyjni; taką nazwę przyjęto dla nowopowstałego stowarzyszenia) uznali, że podziały na naukę i sztukę są nieistotne, wszak wszystko stanowi jedną spuściznę cywilizacji. Powoływano się przy tym na naukowców-prekursorów, którzy nazwali jeden z kwarków powabnym, pewną wielkość fizyczną określili mianem dziwności, a także na tych, którzy uznali teorię strun za prawdziwą ze względu na jej elegancję. Inni cytowani badacze, zajmujący się analizą struktury związków chemicznych, wyróżnili jedną z technik spektralnych jako SEXY, co jest podejściem zarówno holistycznym na styku nauki i kultury obyczajowej, jak i interdyscyplinarnym między chemią strukturalną i psychologią medyczną. Artyści wyszli uczonym naprzeciw, np. fotograficy wybierali jako tematy zdjęć fragmenty rur, śruby, detale maszyn, a pewien plastyk, prof. von Hagens, wykonywał rzeźby z porozdzieranych ludzkich zwłok, konserwując je tworzywem sztucznym i nazywając plastynatami, co jest typowym przykładem przenikania sztuki rzeźbiarskiej do nauki dotyczącej anatomii człowieka.

Dalsze nieoczekiwane wsparcie przyszło od grupy awangardowych artystów, którzy, jak wiadomo, gotowi są do najbardziej śmiałych posunięć, zwłaszcza na początku kariery dla jej przyspieszenia lub po to, by w ogóle ją rozpocząć. Grupa malarzy Qwgh, związana z radykalnym skrzydłem radykalnych ekologów, przyjęła za credo, że "piękne nie może być złe", i wysunęła postulat - uwaga! - wzięcia pod ochronę prątka gruźlicy, który pod mikroskopem wygląda jak błękitny aniołek. No tak, wyobrażam sobie miny czytelników w tym miejscu lektury. Ale, jak się okazało, znaleźli się dalsi obrońcy projektu, który teraz rozpoczął własne życie. Rozwojowi wypadków nie zaszkodziło nawet zdystansowanie się od sprawy trochę przestraszonych HolCów, od których przecież wszystko się zaczęło.

Na tym etapie do akcji weszli ekstremalni zwolennicy Matki Gai tłumacząc, że prątki istniały przed cywilizacją ludzką (jak wykazały badania paleozoologiczne, na gruźlicę chorowały amerykańskie bizony już 17 tysięcy lat temu; "Wiedza i Życie" 3/00, s. 13), więc stanowią naturalny składnik biosfery, który mądrej Matce do czegoś jest potrzebny. W prasie niszowej zrobiła się wrzawa, ale poważne pisma ignorowały dyskusję do momentu, w którym włączyli się lekarze i epidemiolodzy. Przedstawiciele części tych grup zawodowych wystosowali tzw. Apel Tokijski, opublikowany w "Nature" (nr 6763/1999), w którym wystąpili z propozycją wstrzymania w skali światowej stosowania antybiotyków przeciwgruźliczych. Formalnie nie nawiązywali do akcji Gaistów, lecz stwierdzali, że skoro i tak od prątków umiera 3 miliony ludzi na rok, a większość szczepów jest oporna na wszelkie specyfiki, to już lepiej niepotrzebnie nie zaburzać "bakteriosfery" i nie generować dalszej oporności krzyżowej. Tłumaczyli, że byłby to odwrót taktyczny, coś jak oddanie terenu przed następnym uderzeniem, bo w ciągu 10-15 lat przerwy powinna zaniknąć lekooporność prątków. A może - dodawali ekomedycy i zwolennicy medycyny naturalnej - żadne kolejne uderzenie farmakologiczne w przyszłości nie będzie potrzebne, bo gruźlica wycofa się samoistnie, a do terapii lokalnych przypadków wystarczy akupunktura i homeopatia? Tak się stanie - przytakiwali Gaiści - bo naruszona równowaga powróci wreszcie do normy, dajmy więc szansę Matce Ziemi, zaufajmy jej mądrości.

Oficjalna nauka cierpliwie nie zauważała narastającego problemu, ale politycy musieli jakoś zareagować, zwłaszcza po ulicznych demonstracjach w obronie "prątka powabnego", jak nazwali go aktywiści ruchu. Największe wystąpienie miało miejsce równolegle do praskich manifestacji skierowanych przeciwko globalizacji. Tuberofile szli wówczas ramię w ramię z agresywnymi zwolennikami gospodarki rozproszonej, niosąc nieco naiwne transparenty wyobrażające zmagania wiotkich niebieskich laseczek z molekularnym kordonem antybiotyku. Ich adwersarze, bo tacy oczywiście także tam się znaleźli, wykrzykiwali obelżywie "laska nebeska!", zwłaszcza w kierunku demonstrantek, ale te zachowywały wzgardliwe milczenie albo ciskały jajami, wcześniej przygotowanymi na dygnitarzy.

Takie wystąpienia wskazywały na wagę problemu, więc politycy postanowili jakoś ukierunkować, a więc i opanować emocje. Rząd Stanów Zjednoczonych po raz kolejny okazał wielkoduszność i wyznaczył lokalizację przyszłej eksperymentalnej osady na terytorium stanu Colorado. W promieniu kilkunastu mil miała rozciągać się specjalna strefa ochronna.

 Odwiedziłem Green Forest Camp i mile wspominam czas tam spędzony. W pięknej okolicy osiedlili się nie tylko Tuberofile, ale także część HolCów, trochę Gaistów, kilku ekologów o różnych orientacjach i jeden malarz z formacji Qwgh, który jednak szybko wrócił do Paryża, stęskniony za artystyczną koterią. W osadzie wcielono w życie szereg ciekawych koncepcji. Oczywiście nie stosuje się żadnych antybiotyków i w ogóle leków, z wyjątkiem uniwersalnych naparów z kilku ziół, zbieranych w okolicznych lasach. Nie wolno używać pestycydów, bo zawierają szkodliwy chlor, więc mieszkańcy trudnią się głównie zbieractwem, aby zdobyć pożywienie. Z korzyścią dla człowieka odwrócono porządek rzeczy - w razie potrzeby źródłem białka stają się szkodniki, które gromadnie obsiadają rośliny uprawne. Dla Europejczyków takie menu początkowo wydawało się, użyjmy eufemizmu - egzotyczne, ale Azjaci czuli się jak u siebie. Pchły, wszy i pluskwy zwalcza się naturalną metodą przedkolumbijskich Indian, paląc co pewien czas drewniane domostwa i przenosząc się w inne miejsce. Nie przeciągnięto linii elektrycznych wysokiego napięcia, bo pola elektromagnetyczne podejrzane są o wywoływanie białaczek, lecz niskowoltowy prąd wytwarza się na miejscu, puszczając kozy w małych przydomowych kieratach-prądnicach. Wszystkie dzikie zwierzęta są, rzecz jasna, pod ochroną, więc wilki, kojoty i pumy należy odstraszać kijem albo jeszcze lepiej grzechotką, bo wtedy na pewno nie zrobi się im krzywdy. Problem niedźwiedzi nie istnieje, bo nie ma zwabiających je odpadków - mieszkańcy spożytkowują wszystko. Bobry co jakiś czas podtapiają osadę, ale wtedy ludzie przenoszą się w inne miejsce, zachowując park krajobrazowy z jego bogactwem wodnego życia. Osadnicy skutecznie zapobiegają świetlnemu zanieczyszczaniu środowiska (light-pollution, "Wiedza i Życie" nr 11/00, s. 8), szczelnie zasłaniając okna zaraz po zmroku i nie paląc ognisk, kiedy nie jest to niezbędne. W ten sposób także zmniejszają emisję dwutlenku węgla, gazu cieplarnianego powodującego wzrost temperatury w atmosferze. Jest oczywiste, że środki przedsiębrane w tak małej osadzie nie spowodują zauważalnej zmiany w globalnym ziemskim bilansie, ale Green Forest Camp pomyślany jest przecież jako prekursorski eksperyment i ma stanowić przykład dla innych.

Powróćmy teraz do prątka, od którego zaczęła się ta relacja. Otóż lekarze i epidemiolodzy, którzy wystosowali Apel Tokijski, mają powód do dumy, albowiem ich przewidywania sprawdziły się w stu procentach! Ostatnio przeprowadzone badania wykazały, że żaden z 49 mieszkańców Green Forest Camp nie choruje na gruźlicę, a więc można uznać, że odwrót tej choroby już się rozpoczął.

Osada ma ograniczoną pojemność, więc na razie nabór nowych kandydatów został wstrzymany. Ponieważ jednak ma powstać druga, bliźniacza wioska w sąsiedztwie pierwszej, chętni już mogą się zgłaszać. Kandydatów (zdrowych, wiek do 30 lat) prosimy o listowne nadsyłanie podań do Redakcji "Wiedzy i Życia", która podjęła się pośrednictwa.

Drobne niedogodności egzystencji w osadzie nie mogą jednak wpłynąć na zdecydowanie pozytywną ocenę całego eksperymentu, bo w Green Forest Camp żyje się naprawdę wspaniale, a co najważniejsze, w pełnej harmonii z przyrodą. Należy jak najszybciej doprowadzić do poszerzenia tej strefy specjalnej na obszar całej Ziemi, a człowiek powinien nareszcie zrozumieć, że nie jest dumnym Władcą Natury, ale niewielką, zapewne chwilową fluktuacją w organizmie Matki Gai. A więc musi żyć według danych mu możliwości i trzymać się swojej niszy ekologicznej, jeśli chce żyć w ogóle.

 

Tekst poprawiony w grudniu 2006

Pierwodruk: Wiedza i Życie


 

 

 

Andrzej Zimniak

WULKAN W GÓRACH ŚWIĘTOKRZYSKICH

 

Wulkanizm i trzęsienia ziemi nie są niczym dziwnym na obszarach sejsmicznych, gdzie płyty tektoniczne wsuwają się pod kontynenty albo - w innych rejonach - rozstępują się, tworząc gigantyczne pęknięcia w skorupie ziemskiej. Płyta Oceanu Spokojnego zagłębia się pod obie Ameryki i powoduje, że sto kilometrów od wybrzeża magma wydostaje się na powierzchnię przez system wulkanicznych kraterów, natomiast z poszerzających się szczelin w dnie Atlantyku wylewają się ogromne ilości płynnej skały wprost do wody. Tam ze stygnącej lawy powstają podmorskie łańcuchy górskie, których najwyższe szczyty sięgają ponad powierzchnię wody i formują wyspy pełne kraterów i gejzerów, jak np. Archipelag Kanaryjski czy Islandia. Nie wszyscy jednak wiedzą, że również w pozornie spokojnych, niesejsmicznych okolicach, rozciągających się na centralnych obszarach płyt kontynentalnych, zdarzają się erupcje wulkaniczne, a to za sprawą tzw. kropel magmowych.

 

Wędrówka z wnętrza Ziemi

Taką kroplę w dużym uproszczeniu można porównać do bąbla powietrza w płynnym miodzie, który powoli przeciska się ku powierzchni. W środowisku o względnie dużym ciężarze właściwym działa na niego spora siła wyporu, jednakże lepkość ośrodka działa hamująco i nie pozwala na szybki ruch. Podobnie jest z pęcherzem magmowym, który został wyrzucony z jądra do płaszcza Ziemi i znalazł się w lepkim, lecz plastycznym środowisku o dużej gęstości. Różnica gęstości jest w tym przypadku niezbyt wielka, lecz jeśli magma jest lżejsza od otaczających ją skał o konsystencji plasteliny, powoli unosi się ku górze, torując sobie drogę ku powierzchni, gdy jednak jest cięższa, "tonie" i na powrót zagłębia się w jądrze.

Magmowy pęcherz ma zwykle wiele kilometrów średnicy i nie zdąży wystygnąć nawet w ciągu tysięcy lat wędrówki ku powierzchni. W miarę unoszenia się spada ściskające go ciśnienie, co powoduje wewnętrzne przegrzanie i efekt "rzucania" w tyglu stopionych skał, z których gwałtownie wydzielają się uwalniane gazy, podobnie jak "bąbelki" uchodzą z otwartej butelki szampana. Gdybyśmy mogli zajrzeć do środka magmowej kropli, stwierdzilibyśmy, że substancja przypominająca czerwone błoto gotuje się, wyrzucając dwutlenek węgla i tlenki siarki, a czasem także przegrzaną parę wodną. Gazy przepychają się ku górze, formując szczeliny i pęknięcia w skale, a nierzadko żłobiąc całe systemy pieczar, przypominających czeluście piekieł. Pokryte nalotami siarki i pełne trujących wyziewów, każdego śmiałka-speleologa przyprawiłyby o natychmiastową śmierć, zwłaszcza że temperatura w tych podziemnych galeriach sięga tysiąca i więcej stopni.

Sieć pęknięć górotworu drąży przestrzeń ponad magmową kroplą, a gdy sięgnie powierzchni, można obserwować wiele ciekawych zjawisk. Przede wszystkim nagrzewają się zbiorniki wód podskórnych, zarówno oligoceńskie, jak i solankowe, co umożliwia praktyczne wykorzystanie tzw. energii geotermalnej, np. do ogrzewania mieszkań albo do procesów produkcyjnych. Wewnętrzne ciśnienie wypycha z głębin wody mineralne, także radonowe, które pożytkowane są w lecznictwie i balneologii. Z kruszonych skał uwalnia się radioaktywny gazowy radon, nasycając rzeki i jeziora, a także, niestety, pomieszczenia w ludzkich siedzibach. Radon może zwiastować trzęsienie ziemi, ale nie tylko, bo - jak widzimy - także rychły wybuch wulkanu kroplowego. Nazwę "wulkanizm kroplowy" zaproponował wybitny wulkanolog litewski Gledolicius, który dwa wieki temu badał naturę podobnej erupcji pod Kownem.

Gdy kropla jest już niedaleko pod naszymi stopami, z wykrotów i skalnych szczelin wydobywa się gorące powietrze, nierzadko cuchnące siarkowodorem, tworząc siarczane kwiaty, skały wibrują i drżą, jakby w pobliżu przejeżdżał pociąg, a piaszczyste pagórki nagrzewają się i stale otacza je delikatne zamglenie. Mieszkańcy zazwyczaj bagatelizują te zjawiska, a bystrzejszych obserwatorów mają za nawiedzonych wieszczów przepowiadających koniec świata, więc najczęściej erupcje kroplowe stanowią zaskoczenie i są katastrofalne w skutkach. Właściwie trudno winić ludzi za brak wyobraźni, bo kto na spokojnej, obsianej pszenicą równinie mógłby spodziewać się wybuchu wulkanu? Ale w tych rzadkich przypadkach kasandryści mają rację, bo gdy wreszcie magma przeciśnie się wyżłobionymi przez gazy korytarzami, następuje wybuch o wielkiej sile połączony z erupcją błota i skał, wyrzucaniem w powietrze setek tysięcy ton głazów, żużlu i popiołu, wypływem całych rzek lawy i z typowymi towarzyszącymi zjawiskami atmosferycznymi, jak burze, huragany, tornada i gradobicia. Taki wulkan bywa czynny przez dziesięciolecia, aż do wyczerpania zapasów magmy w kropli. Współcześni naukowcy opisują wiele podobnych zjawisk, występujących m. in. na równinach australijskich, w brazylijskiej dżungli, a nawet na plantacjach kukurydzy w centralnej części USA (w pobliżu Kansas City w 1967 r.).

 

Sejsmiczne Góry Świętokrzyskie

Mało kto pamięta trzęsienie ziemi w Polsce na wiosnę 1977 roku. W Warszawie tylko zadźwięczały szyby, ale w Kielcach na osiedlu Barwinek bloki mieszkalne kołysały się jak statki na morzu, a przerażeni mieszkańcy uciekali na dwór w niekompletnych strojach, jako że pora była wczesna. To był pierwszy wyraźny sygnał, zwiastujący zjawiska nietypowe dla regionu. Sprawą zajął się prof. Benkowski z Politechniki w Lublinie, ale badania prowadził raczej na zasadzie hobby, bo grantu z KBN nie otrzymał - w końcu wstrząsy mogą wystąpić wszędzie tam, gdzie zaistnieją naprężenia w skorupie ziemskiej, więc pieniądze były bardziej potrzebne na inne cele.

Ale na wstrząsach się nie skończyło. Prof. Benkowski zaobserwował wzrost średniej temperatury wód podskórnych o 3oC w ciągu 5 lat, odkrył w masywie Łysogór solankowe źródła i niewielkie solfatary, a pewien rolnik spod Bodzentyna doniósł mu, że musiał przenieść stodołę, bo pod stanowiskami dla cielnych krów zauważył parującą szczelinę, która w ciągu kilku dni zamieniła się w niewielki gejzer, co 5 godzin wyrzucający wrzątek pod ciśnieniem. Gdy w 1993 roku profesor odkrył ogromne złoże gorących podziemnych wód na północ od Kielc, zaproponował ich wykorzystanie do ogrzewania osiedli mieszkaniowych. Sprawą zainteresowała się szwedzka firma Corlin&Swinsson, a dziś kieleckie dzielnice Piaski, Sieje i Szydłówek podłączone są do instalacji geotermalnej, zaś lokatorzy płacą za ciepło połowę tego, co przedtem.

Są jednak i minusy. Zmiana klimatu, a zwłaszcza brak mroźnych zim, spowodował rozplenienie się wszelkiego rodzaju robactwa, w tym szkodników upraw. W 2003 roku kilkunastu mieszkańców Daleszyc zapadło na dziwną chorobę o objawach podobnych do nawracającej grypy, z dreszczami i wrażeniem przejmującego chłodu. Dopiero niedawno stwierdzono ponad wszelką wątpliwość, że była to malaria, choroba dotychczas występująca tylko w tropikach. Okazało się, że ogrzane bagniska w dorzeczu rzeczki Belnianki stanowią wystarczająco dobry biotop do rozwoju zarodźców tej groźnej zarazy. Niezależnie od objawów lokalnej aktywności sejsmicznej, te zjawiska stanowią zapowiedź zmian, jakie niewątpliwie czekają mieszkańców Polski po ociepleniu klimatu, oczekiwanym w wyniku tendencji globalnych w ciągu 20-30 lat.

Jednakże największe zagrożenie dla rejonu Gór Świętokrzyskich stanowi sama kropla magmowa, nieuchronnie torująca sobie drogę ku powierzchni. Na podstawie badań przy użyciu echosondy prof. Benkowski ocenia, że pozostało tylko kilka kilometrów warstw iłowo-łupkowych z konkrecjami ze starych bazaltów, które nie stanowią żadnej przeszkody dla tarana, na który składa się 10 km3 wrzącej skały. Według profesora, najdalej 3 lata, a być może już za rok zjawiska wulkaniczne na terenie Gór Świętokrzyskich wzmogą się tak dalece, że zapewne powstanie kilka kraterów typu Strombolego, charakteryzujących się cykliczną erupcją gazową, a niedługo potem grozi kataklizm na wielką skalę. Tymczasem Benkowski wciąż nie może zdobyć ani grosza na dalsze badania, bo gdy wysyła aplikacje i chodzi po urzędach, oficjele patrzą na niego jak na wariata. Wulkan na Łysej Górze - tego jeszcze w Polsce nie było, ani za komuny, ani za prawicy, ani za neokomuny, ani nawet za Jagiełły czy Mieszka I-go. Dlaczego więc ma być teraz? No a nawet gdyby w tej bajce było ziarnko prawdy, otwarcie kasy przecież niczego nie zmieni.

 

Sabat czarownic

Tymczasem w Górach Świętokrzyskich robi się tłoczno. Przybywają ciekawscy turyści, żeby własnoręcznie dotknąć cienkiej warstwy ziemi, odgradzającej spokojny, rolniczy świat od szalejących żywiołów. Pojawiają się międzynarodowe ekspedycje klimatologów, biologów i ekologów, badające wpływ szybkiego ocieplenia na środowisko, przyjechała nawet delegacja na szczeblu Unii Europejskiej, aby ponownie określić wysokość dopłat do rolnictwa na newralgicznym terenie. Wulkanolodzy nie zasypiają gruszek w popiele (wulkanicznym), ale przemierzają teren, pobierają próbki gleby, wód i gazów, a także rezerwują tereny pod przyszłe stanowiska obserwacyjne. Chodzą słuchy, że pewien chłop spod Zagnańska już teraz wynajął pagórek na swoim polu za 10 000 dolarów miesięcznie i zainkasował należność za 3 lata z góry. Ogólnie tubylcom żyje się lepiej, niektórzy nawet zaczęli stawiać nowe murowane domki wierząc, że lawa popłynie bokiem. Nowobogaccy inteligenci (takie zbitki pojęciowe zaiste urzeczywistniają się jedynie w sytuacjach ekstremalnych) najęli specjalistów aż z Islandii, którzy pod koniec XX wieku uratowali swoje miasteczko przed erupcją lawy z kilometrowego pęknięcia.

Pod Kielcami pojawiły się także indywidualności spod znaku spirytualizmu i New Age. Wyznawcy sekty Wschodzącego Księżyca uważają, że niegdysiejsze sabaty czarownic na Łysej Górze przyciągnęły złe siły z głębi ziemi, natomiast grupa Zielonych Filozofów głosi współczesną wersję spełnienia mitu o Hefajstosie, który - jak wiadomo - został ukarany za wykradzenie bogom wiedzy o piorunach.

Tymczasem prof. Benkowski wyniósł się z powrotem do ojczystego Lublina, bo skończył mu się skromny grant, przyznany na badania przez dyrektora pewnej kieleckiej firmy pończoszniczej (firma słusznie przewidywała zarobek na turystach, więc jej bilans zamknął się z sporą nadwyżką). Wracając wieczorem z Politechniki profesor zawsze przystaje przy skwerze, skąd ma rozległy widok, i kieruje spojrzenie na zachód. Naszych czytelników też zapraszamy do obserwacji, bo przy dobrej pogodzie łuna powinna być widoczna z całego kraju.

 

Tekst poprawiony w grudniu 2006

Pierwodruk: Wiedza i Życie


 

 

 

 

Andrzej Zimniak

LIPOKINEZA - REWELACJA W SPORCIE I KOSMETYCE MEDYCZNEJ

 

Już Horacy pisał, że "jeśli nie biegasz pókiś zdrów, będziesz biegał jak zachorujesz". Starożytni Rzymianie zalecali tysiąc kroków po kolacji. Dzisiaj modne są sanatoria odnowy biologicznej, a lekarze przepisują aerobik, jogging, siatkówkę lub basen dwa razy w tygodniu, no, w ostateczności dziesięć minut codziennej gimnastyki. Każdy uczniak wie, że ruch to zdrowie, a regularne uprawianie sportu, niekoniecznie przecież wyczynowego, zapobiega miażdżycy, zawałom, otyłości, zmniejsza prawdopodobieństwo wystąpienia cukrzycy i ogólnie przedłuża życie.

Dobroczynny wpływ ruchu na zdrowie bywa zadziwiający. Warszawski sędzia Anastazy F., cierpiący na anginę pectoris, po roku ostrożnego uprawiania biegów odstawił wszystkie leki, a po dwóch latach pozostawiał za sobą na bieżni nie ćwiczących młodzików na dystansie 10 km! Pewna 65-letnia mieszkanka Chicago, uprzednio ważąca 87 kilogramów, po siedemnastu miesiącach intensywnego uprawiania aerobiku i diecie Michela Montignaca straciła 30 kilo, a potem truchcikiem pobiegła do Nowego Jorku. To nic, że zajęło jej to cztery miesiące, bo po drodze sporo odpoczywała i udzielała wywiadów - i tak znalazła się w księdze rekordów Guinessa.

Jak widzimy, znaczenia ruchu dla zdrowia nie można przecenić. Nawet wspomniane dziesięć minut gimnastyki codziennie rano dałyby statystycznemu Polakowi pięć i pół roku przedłużenia życia w prezencie (E. Siemilińska et al., Roczn. PZH, 1986, 37(3), 185). Wyobraźmy sobie tłumy czerstwych 70-latków, wylegających co rano w dresach na ulice naszych miast i wsi! Młodsi niechby też podeszli do problemu poważnie, bo czego Jaś nie posieje, tego Jan nie zbierze. Rychło przyjdzie wiek dojrzały, a wtedy zawsze dobrze jest mieć te pięć latek w zapasie - żeby było trochę czasu na podróże, pisanie pamiętników i spotkania po kawiarniach z innymi dinozaurami.

Przejdźmy jednak od marzeń do twardej rzeczywistości. Prawdę mówiąc, nie spotkałem jeszcze człowieka, który by uprawiał poranną gimnastykę dłużej niż przez pięć kolejnych dni. Biję się w piersi, bo nawet ja sam, orędownik sportu i turystyki, nie jestem bez grzechu. Nasze wrodzone lenistwo powoduje, że mamy za nic oczywistą wymowę faktów, a może po prostu wolimy żyć krócej, ale za to wygodniej?

Na szczęście jednak nie jest aż tak źle, bo naukowcy pracują za nas. Odkrycia ostatnich lat stanowią prawdziwą rewelację i najwyższa pora, aby informacje, rozproszone dotychczas po hermetycznym naukowym czasopiśmiennictwie, zostały usystematyzowane i przedstawione szerszemu ogółowi. Pierwsza wzmianka ukazała się w Nature w zeszłym roku (E. Kishott, A. Andermann, (1995) 15, 3506), ale potem zaległa cisza. Jeśli w homosferze (tak nazwijmy ludzki światek) dzieje się coś dziwnego, zwykle chodzi o pieniądze, a jeśli dzieje się coś bardzo dziwnego, zwykle chodzi o duże pieniądze. Próby utajnienia wyników badań pachną skandalem, ale mają swoje logiczne uzasadnienie: lobby przemysłowo-handlowe nigdy nie jest zainteresowane w zbyt gwałtownej rewolucji zachowań populacji, bo za dużo zainwestowało w obecną infrastrukturę socjalną.

Żeby wszystko stało się zrozumiałe, pora na krótki wykład. O zastosowaniu liposomów w kosmetykach było swego czasu głośno. Te mikroskopijne lipidowe pęcherzyki z łatwością "przesiąkają" przez skórę i mogą transportować w jej głąb praktycznie dowolne substancje. Głównie chodziło o wodę, aby skóra chwilowo nieco napęczniała i sprawiała wrażenie gładszej. Kilka lat temu R. Hernandez zauważył (Biochemistry, 1991, 18, 445), że jeśli lipidy wzbogaci się odpowiednio zmodyfikowaną fosfatydylocholiną, migracja jest znacznie głębsza i d-liposomy (deep liposomes) wnikają aż do mięśni. Stanowią więc idealny miejscowy czynnik penetrujący!

Teraz trochę o pracy samego mięśnia. Mocno upraszczając można powiedzieć, że depolaryzacja błony komórkowej, czyli zrównywanie potencjałów po obu jej stronach, powoduje skurcz mięśnia, a proces odwrotny - jego rozkurcz, czyli rozluźnienie. Na przykład przy gimnastyce: na raz - impuls nerwowy wyzwala acetylocholinę, błony komórkowe ulegają "elektrycznemu rozładowaniu" i mięsień napina się, na dwa - enzym ATPaza pompuje jony wapnia przeciw ich gradientowi, czyli w kierunku ich wzrastającego stężenia, przywracając skok potencjału po obu stronach błony i zwalniając napięcie mięśnia. Więcej informacji na ten temat można znaleźć np. w Principles of Biochemistry, Academic Press, New York 1975.

Genialnym odkrywcą metody lipokinetycznej jest U. Chakraborty. Już dawno, bo w roku 1987, interesowało go indukowanie naprężenia mięśni z pominięciem udziału woli (badania prowadził na zlecenie tokijskiego Instytutu Optymalizacji Wydajności Pracy). Dwa lata później zaprzyjaźniony fizyk John Kwasinsky z CalTechu podczas żartobliwej rozmowy o dietach wyszczuplających nawiązał do makrocząsteczkowego efektu jo-jo. To było właśnie to, czego potrzebował Chakraborty. Raźno wziął się do roboty i już po roku miał gotowy swój "bicz ACT"! Pionierski artykuł kolejno odrzucały redakcje Nature, Science i The New Scientist. Udało mu się go ulokować dopiero w mniej znanym Drug Metabolism and Disposition, 17, 841 (1990). W skrócie zjawisko opisać można następująco. Do mięśni wprowadza się łańcuch polipeptydowy posiadający wzdłuż jednej osi dokładnie 12 250 wiązań chemicznych. Rodzaj tych wiązań nie jest istotny, ważna jest długość łańcucha. Boczne odgałęzienia cząsteczki stanowią aktywne molekuły enzymu ACT, wyzwalającego acetylocholinę z synapsów. Cząsteczka o rozmiarach tzw. rezonansowych aktywuje się samoistnie już w momencie powstawania, a centrum aktywne przemieszcza się ruchem wahadłowym od jej jednego krańca do drugiego i z powrotem, tak długo, jak długo istnieje polipeptyd. Na tym właśnie polega makrocząsteczkowy efekt jo-jo, lub, bardziej naukowo, rezonansu aktywacyjnego (R. Pauling, Bioenergetics 1975, 7, 61).

Jaka jest rola tego efektu w "biczu ACT"? Otóż przemieszczająca się wahadłowym ruchem fala aktywacyjna wzbudza kolejne drobiny enzymu, który lokalnie uwalnia acetylocholinę, powodując naprężenie okolicznych włókien mięśniowych. Proces rozluźniania jest samorzutny, bo po osiągnięciu molarności jonów wapniowych równej10-6, ATPaza, czyli pompa wapniowa, rozpoczyna pracę. Reasumując: wzdłuż mięśnia, ale tylko na odcinku "bicza ACT", periodycznie przechodzi fala skurczu raz w jedną, raz w drugą stronę.

Genialne w swojej prostocie odkrycie zyskało swój praktyczny wymiar dopiero po pojawieniu się d-liposomów Hernandeza. Kłopotliwe iniekcje zastąpiła aplikacja kremu o np. nagietkowym zapachu. Czynnik aktywny, zamknięty w mikrokapsułkach lipidowych, wędrował poprzez skórę głąb mięśni i... zaczynało się!

Po uwolnieniu "bicza ACT" rozpoczyna się trening wewnętrzny, niezależny od naszej woli. Mięśnie napinają się i rozluźniają w mikromodułach, nie grożą niebezpieczne skurcze, po pożytecznie pracującym ciele rozchodzi się przyjemne ciepło. Intensywność ćwiczenia i stopień napięcia mięśni regulować można ilością naniesionego kremu. Proces po godzinie ustaje, bo nieselektywne polipeptydazy niszczą "bicz ACT", ale od czego pomysłowość farmaceutów? Otrzymano d-liposomy o przedłużonym działaniu, stopniowo uwalniające czynnik aktywny w ciągu ośmiu godzin. Można posmarować się i iść do łóżka, reszta należy do biochemicznych krasnoludków.

Reperkusje odkrycia trudno oszacować. Wyobraźmy sobie sportowców, którzy zamiast harować na boiskach po kilkanaście godzin dziennie, wysmarują liposomami te partie ciała, na których im zależy, i obsiądą kawiarniane stoliki. Wreszcie urzeczywistni się grecka idea olimpijska, bo każdy jako tako zbudowany facet będzie mógł zostać mistrzem! A w medycynie? Większość seksuologów leczących męską impotencję straci pracę, bo przecież wystarczy grubiej posmarować. Podobny los czeka specjalistów od rehabilitacji: nie będzie już wybujałych nastolatków z zapadniętymi klatkami piersiowymi i lordozą kręgosłupa. A nam, ludziom w sile wieku, ubędzie wyrzutów sumienia, a także strzykania w krzyżu. Zniknie widmo porannej gimnastyki, a bicz Chakraborty'ego sam pogoni leniwe komórki.

Drodzy Państwo, już niebawem pojawią się w aptekach o preparaty lipokinetyczne z pierwszych serii sygnalnych. Takiej okazji nie wolno przegapić!

 

Pierwodruk: Wiedza i Życie


 

 

 

 

Planowane artykuły:

   • Serce rozgwiazdy

 

 

 

 

Okładki:

Główna

  Naukowa

    Literacka

      Publicystyczna

        Galeria

 


Jesteś na stronie: http://zimniak.art.pl/  * Jesteś na stronie: http://zimniak.art.pl/  * Jesteś na stronie: http://zimniak.art.pl/  * Jesteś na stronie: http://zimniak.art.pl/  * Jesteś na stronie: http://zimniak.art.pl/  * Jesteś na stronie: http://zimniak.art.pl/